…Za uczciwego polityka uważam tylko takiego, który w swojej publicznej działalności przyznaje się do popełnionych błędów, koryguje swoje tezy w miarę narastania wiadomości i doświadczenia zaczerpniętego z rzeczywistości. Józef Mackiewicz. Prawda w oczy nie kole, 2002

(Ciąg dalszy z części I)

Nazajutrz po wyjeździe z Korelicz Tadeusz przypomniał sobie coś, rozpiął burkę, pod nią kożuch i wydobył zawiniętą paczkę.

- Masz - powiedział - schowaj. To pieniądze. Mnie za dużo jest nosić wszystkie. Za wypchany będę. Połowę miejty.

Na miejsce przybyli koło południa. Dawna izba czeladna, do której ich zaproszono na obiad, obecnie stołówka sowchozu, wybielona była wapnem czysto. Kierownik wyjechał do Baranowicz, więc Tadeusz podał się głośno za traktorzystę, który miał być zaangażowany, Paweł zaś za furmana, który go przywiózł i odwiezie z powrotem po rzeczy, jeżeli się tamten ugodzi.

Kury dawnym obyczajem spacerowały po klepisku i pies, stary, pański, po dawnemu jeszcze się wabił Lord. Za oknem widać było drzewo w sadzie, jabłoń. Sądząc z odległości, kierunku werandy, na prawo od kuchni czeladnej i innych jeszcze wskazówek, których udzielił Bogucki, mogła to być ta sama jabłoń, pod którą leży złoto. Do izby wszedł parobek, rzucił w kąt chomąt i podszedł grzać się do pieca.

- A to co za panowie tacy? - rzucił stamtąd nie odwracając głowy.

- A, ot, panowie - podchwycił żartobliwie Tadeusz - majątek przyjechaliśmy kupować.

- Kupujcie, ja mogę przedać.

- Nie ma już i nie będzie więcej sprzedaży - odezwał się poważnie starszy jegomość o wyglądzie ekonoma. - Skończyli się i panowie, i sprzedaże. Teraz wszystko ludowe - dodał z akcentem napuszonej surowości.

Dziewczyna, zajęta gotowaniem przy piecu, odwróciła się, żeby przyjrzeć się lepiej przybyłym.

- Jadzia - odezwał się stary, wskazując ich wzrokiem. - Proszę tu i towarzyszom traktorzystom obiad dać.

Jeden z parobków burknął za stołem: - Dziś do miski, to każdy towarzysz. Tylko tołku nie ma z tego towarzystwa...

- Dlaczego? - wtrącił Tadeusz, przybierając swój mentorski ton. - Jeżeli ziemię teraz sprawiedliwie podzielili, każdy na swoim może pracować.

- Ziemi nie podzielili - odpowiedział ten sam starszy jegomość. - Majątek, jak był, tak został, tylko że teraz nie pański, a... nasz, wspólny.

- Taką ich mać... z tą wspólnotą! Biednemu wiatr zawsze w oczy - odszczeknął parobek.

- Wy, obywatelu, z takim gadaniem... - chciał go skarcić tamten, ale urwał i łagodnie zwrócił się do Tadeusza. - Człowiek, jak ciemny, to nie widzi własnego interesu, Będą szkoły, przyszłą lepsze książki wtedy zrozumieją ludzie.

W tej chwili wszedł wysoki człowiek, lat przeszło czterdziestu, z wygolonym podbródkiem, w czapce-cyklistówce na głowie, schludnie odziany w szarą kapotę nieokreślonego kroju. Czapkę powiesił na haku i zbliżył się do stołu szukając miejsca.

- Proszę, proszę - odsunął się grzecznie stary i zwracając do przybyłych: - Ot, poznajcie obywatele, to nasz obywatel ogrodnik, a to obywatel mechanik, na traktorze ma pracować.

Paweł nie mógł się powstrzymać, by nie przyglądnąć się uważnie człowiekowi, z którym, według przewidzianego planu, mieli zawierać ryzykowną spółkę. Cerę miał szarą, jak jego kapota, ale oczy duże i spokojne.

Ogrodnik mieszkał w małym domku, tynkowanym z zewnątrz na biało, do którego przytykała zniszczona oranżeria. Poszli do niego zaraz po obiedzie. W jego izdebce było schludnie. Na podłodze leżał chodniczek z wiejskiego, kolorowego samodziału. Na komodzie cykał budzik. Koło lustra zatknięte papierowe kwiaty. Takież kwiaty stały we flakonach zrobionych z gilz artyleryjskich pocisków z okresu pierwszej wojny światowej, ustawionych po obu stronach Matki Boskiej Bolesnej. Kilim wiszący na sznurze oddzielał drugą część izby, skąd przezierało łóżko z czystymi na nim poduszkami. Była nawet półeczka z książkami. Obok leżał starannie złożony we czworo dodatek nadzwyczajny starej gazety, zapowiadający wybuch wojny niemieckiej z roku 1939.

- Pamiątka? - spytał Paweł, oglądając go ciekawie.

Ogrodnik uśmiechnął się smutnie, kiwnąwszy głową.

Cała atmosfera tego pokoiku wydała się gościom jakąś oazą, żywym wspomnieniem minionych czasów. Nie zastanawiając się dłużej, Tadeusz - powodowany impulsem swej ryzykownej zasady - ujawnił ich właściwą sytuację socjalną.

- Ja to odrazu zauważyłem - odparł ogrodnik - że panowie, jak to mówią, coś lepszego. Cóż robić, teraz takie czasy, że każdy się ukrywa i przebiera. Tu to nie bardzo bezpiecznie, ale jak pan powiedział, że jest mechanik, to może być na razie spokojny. To dzisiejsza arystokracja, he he. Proszę, niech panowie siadają, takie tu u mnie mieszkanko małe... Ja zaraz zrobię herbaty. I przenocować będzie można.

Obydwaj dziękowali serdecznie, wspominali o kłopotach, mobili ceregiele i gadali grzeczności ze smakoszostwem ludzi, którzy po długim poście dorywają się nagle do mięsa. Poweselał jeszcze bardziej w oczach i ten mały pokoik, i sad za oknem. Od południowej strony kapało z dachu. W starym wazonie, który pozostał po jakiejś zagranicznej roślinie i stał pod rynną wypełniony wodą, przeglądało się zachodzące słońce. Gdy krople spadały z dachu, od znagła poruszonej tafli refleksy biegały po suficie.

- Więc panowie znali pana Boguckiego? Ach, jaka szkoda jego majątku. Dobry człowiek był, gospodarz sprawiedliwy... Trochę lubił pieniądze, no, ale kto ich nie lubi, he he...

- A jakże się tu ludzie zachowywali? - spytał Tadeusz.

- Strasznie nawet opowiadać. Jak zwierzęta, jak dzikie zwierzęta z początku. Ale za to później... Czysta komedia, teraz chcieliby powrotu dawnych czasów. Ale czy wrócą?... zakończył w przestrzeń.

"Tak-nie, tak-nie, tak-nie..." cykał budzik pod obrazem Matki Boskiej Bolesnej.

Tadeusz, gdy ogrodnik wyszedł na chwilę, zatarł ręce z ukontentowaniem: - No, więc, świetnie się składa. Mam najlepsze przeczucia! Powiadam ci - i trzasnął żartobliwie Pawła po łopatce - jeszcze wywrócimy bolszewizm do góry nogami!

- Z twoim szczęściem do ludzi... - odpowiedział Paweł tym samym tonem.

Plan swój rozwinęli przed ogrodnikiem dopiero nazajutrz po śniadaniu. Gdy opowiadali zmyśloną historię, słuchał z pewnym zaniepokojeniem, ale w skupieniu, gdy zaś doszli do skrzyni zawierającej broń, zasępił się wyraźnie. Zdawało się, że twarz jego nabrała jakby ostrego wyrazu, a cień zniechęcenia przebiegł po niej i utkwił w kącikach ust. Gdy wymienili kwotę nagrody, nie odpowiedział nic, wstał, podszedł do komody, nabijał fajeczkę tytoniem i, wciąż odwrócony plecami, odezwał się po chwili niezwykłym u niego, rzeczowym tonem:

- Panowie z nikim o tym nie rozmawiali?

- Nie. Uchowaj Boże.

- Proszę wystrzegać się. Zwłaszcza tego starego pana, co to wczoraj zapoznał nas. To taki sobie szlachcic był, miał ładną gospodarkę, dziś robi z siebie komunistę. Później ta... dziwka, Jadzia, to... też dobra kur..., plotkarka - poprawił się. Milcząc wyszedł do kuchenki, a gdy powrócił, powiedział krótko:

- Więc spróbujemy. To trzeba w dzień robić. We dwóch starczy. Ja i może - zwrócił się do Tadeusza pan... przepraszam...

- Skarbek - odrzekł Tadeusz - Tomasz Skarbek.

- Tak, to może ja z panem Skarbkiem. Wymyślimy jakiś pretekst.

- Jest pan ogrodnikiem, więc zawsze może pan coś kopać w ogrodzie.

- No, tak, tak, naturalnie.

Paweł wyszedł powałęsać się po obejściu. Opatrzył konia i z nudów zaszedł do pustej o tej porze czeladnej poflirtować z Jadzią. Tadeusza zobaczył dopiero w obiad. Był rozpromieniony. Prowadził jakieś długie narady z ogrodnikiem, a później szepnął do Pawła na osobności:

- Jutro musimy być gotowi do odjazdu. Wszystko w porządku. Ogrodnik wymyślił, że będziemy w tym miejscu wkopywać żerdź dla anteny. Dobra myśl?

- Dobra.

Nie podobna było siedzieć cały dzień w gościnie u ogrodnika. Paweł znów poszedł do Jadzi, o której ogrodnik wypowiadał się w słowach nader niepochlebnych, co jednak nie zmieniało rzeczy, że była ładna, silnie zbudowana, miała twarde piersi, choć czuć ją było trochę dymem kuchni i zapachem jarzyn. Do jej izdebki prywatnej wchodziło się po schodach w kształcie drabiny. Paweł, idąc za nią, wpatrywał się w delikatną skórę w zgięciu pod kolanami, która przeświecała pod spódnicą i stąpnąwszy fałszywie omal nie spadł ze stromej drabiny. Odwróciła się i zaśmiała wesoło, przygładzając spódnicę:

- Pewnie podpatrywał, gdzie nie trzeba...

Pozostał u niej, i na noc nie powrócił do domu ogrodnika. Jeden guzik jej białych, staromodnych majtek przyszyty był czarnymi nićmi, a gdy żartem zganił ją za to, westchnęła:

- Bieda teraz wszędzie.

Kierownik sowchozu wciąż jeszcze nie był powrócił.

Po południu trzeciego dnia pobytu Tadeusz ciągnął przez sad ogromną żerdź, położył ją pod jabłonią i siadł na niej; jął skręcać papierosa w oczekiwaniu ogrodnika. Paweł założył konia i uwiązawszy go w szopie za stajnią, stał na ganeczku ogrodniczego domku, patrząc na objawy zbliżającej się wiosny. Szła skądciś, od Morza Czarnego, z Wołynia, z bagien poleskich, zza Prypeci, cała w podróżowionych obłoczkach po jasnym niebie. Z metalicznym chrzęstem spadały pożółkłe sople lodowe z okapu dachu. Kałuże szkliły się tłusto na śniegu śladami płóz, zbrukane nawozem. Sikorki wołały na jej spotkanie: ti-ju, ti-ju!

Nagle na ścieżce między drzewami ukazała się Jadzia. Biegła. Wdepnęła w kałużę i ani się nie obejrzała śpiesząc wprost na Pawła, w spódnicy krzywo zapiętej i w narzuconej chuście. Łapiąc oddech wyrzuciła z siebie niezrozumiałe słowa:

- No, co robisz tu jeszcze?! Czemu nie jedziecie?! Czego czekacie jeszcze?!

Paweł zdetonował się, ale zmusił do uśmiechu i wyciągnął nawet rękę, żeby ją objąć. Odtrąciła ją.

- Uciekajcie zaraz! Ogrodnik na was do milicji donos złożył.

- Ogrodnik?!...

- Ogrodnik.

- Ogrodnik?!!!...

- No, co pytasz sto razy: ogrodnik, ogrodnik... Mówię, że ogrodnik!

Paweł otworzył usta jak zdumione dziecko i jednocześnie zobaczył, że Tadeusz, widocznie zniecierpliwiony oczekiwaniem, ruszył przez sad w przeciwnym kierunku, ku zabudowaniom. Jadzia mówiła śpiesznym szeptem:

- Ach, durnie, przepadniecie wy za nic. Już ja wiem. jeżeli mówię... Ten ogrodnik, to chytry człowiek. On niby ze wszystkimi trzyma. Mówili, że on jakieś złoto wykopał w sadzie, aresztować chcieli zeszłym latem, ale wykręcił się i jeszcze do komitetu wybrali.

- Wykopał zło...? - ale Paweł nie dokończył zdania, gdyż w tym momencie spostrzegł, jak Tadeusz zwolnił kroku, a później stanął jak wryty i, tak jak stanął, stał opuściwszy ręce w pozie dziwnie bezwolnej, sam pośrodku sadu. Było coś strasznego w tym raptownym sparaliżowaniu jego ruchów. Naprzeciw wyszło zza odryny trzech milicjantów z karabinami i kilku chłopów. Wszystko to trwało nie dłużej jak trzy, cztery sekundy. Tadeusz odwrócił się raptownie...

- Stać! - wrzasnął milicjant. Wtedy on rzucił się do ucieczki, ale w tejże chwili złapał go parobek przyczajony z boku. Tadeusz trzasnął parobka pięścią w twarz, zwalił na ziemię, ale powalonemu udało się uchwycić go za nogi i wywrócić. W tym samym momencie podbiegł chłop w rozpiętym kożuchu i pałką uderzył Tadeusza po głowie. Ogłuszony, próbował się zerwać, wyprostować, wyciągnął rękę, ale otrzymał drugi cios przez oczy, zęby, nos. Zatoczył się wtedy z podniesioną ręką, krew pociekła po twarzy i zdawało się, że się rozpłakał. Z tyłu doskoczył człowiek z grubym kołem.

- Nie bić! - krzyknął milicjant - żywego brać!

Ale człowiek już uderzył z góry w dół po czapce. Czapka zwisła na uchu, a tamten wciąż po głowie, po głowie, po głowie kołem!

Paweł nie widział więcej twarzy przyjaciela. Dostrzegł tylko po raz ostatni, jak się pochylił, później cały zgiął się jakoś w pół ciała, właśnie w jego stronę, jakby się kłaniał czy żegnał z daleka.

- Czego... Oni... - wyszeptał w przerażeniu Paweł - jego... biją?... - I jak przez sen usłyszał odpowiedź Jadzi:

- Bo mogą, to i biją.

Za krzakami agrestu ścieżką od rozwalonej czemuś lodowni statecznie i sztywno, spokojnie, jakby się nic w tym sadzie nie działo, szedł ogrodnik.

Paweł skoczył za róg domu, skrył się, ale nogi chwiały się pod nim i ręce drżały jak w febrze.

- Uciekaj tędy! - dognała go Jadzia. - Konia zostaw, nie zdążysz! Na te rojsty, za rzekę. Ja powiem, że uciekłeś w drugą stronę, do lasu. A ty biegnij, tam dalej będzie taki brzeźniak gęsty, ze dwa kilometry. Zobaczysz. Tam zaczekaj. W brzeźniaku. Rozumiesz?! - Targała go za kożuszek. Ja tobie wieczorem sanki podprowadzę.

- Jakże ty...? - wybełkotał.

- Już moja w tym głowa, nie twój interes. Jak mówię, że przyprowadzę... Prędko, uciekaj!

Uciekł.

Czekał.

Przyszedł najpierw zmierzch, siny od stygnącego śniegu, później co raz ciemniejszy aż czarny w końcu. Od dawna już zimno przejęło Pawła do kości. Później nie czuł nawet, jak marznie. Zaczął się bać i zdawało się, że strach dodaje mu ciepła. Bał się strasznie, żeby nie złapali. Wtulił cały między gęste krzewy i głęboki śnieg. Bał się coraz bardziej, ale czekał jeszcze. Przyszedł księżyc. Dwa razy przejeżdżali niedaleko ludzie sankami, raz pies gdzieś zaszczekał w pobliżu, i Paweł poczuł, że serce mu zamiera. Przyszedł mróz. Zrobiło się już bardzo zimno. W mózgu tykał gorączkowo puls, zupełnie jak budzik ogrodnika. - "Czy już nie przyjedzie?" - pomyślał. Tak-nie, tak-nie, tak-nie..." cykał puls w głowie.

Nie przyjechała. Paweł przywołał całą energię i siłę woli do życia. Wypełzł ostrożnie z krzaków i powlókł się na przełaj, grzęznąc w śniegu, przedzierając przez haszcze, na przełaj przez rojsty, przez pola, przez lasy. Nie pamiętał już, w jakim miejscu i po raz który sięgnął ręką do kieszeni w poszukiwaniu tytoniu i zapałek, które - też nie pamiętał - gdzieś zostawił czy zgubił: gdy nagle w kieszeni na piersiach kurtki namacał skostniałymi palcami gruby pakiet... Przez czas jakiś szedł bezwiednie, trzymając palcami za kieszeń kurczowo. Później się zapiął, wyprostował i po raz pierwszy otrzepał ze śniegu.


XX


Sprawa pieniędzy, które znalazły się w kieszeni Pawła, stała się dominującą od chwili jego powrotu. Jeszcze gdy leżał w gorączce dochodził go jak przez sen gruby głos męski i podniesiony Marty, które zdawały się o coś sprzeczać. Kilka dni temu wrócił, wypuszczony z więzienia, Jan, mąż Mani, i zażądał zwrotu pożyczonych sanek. W gruncie rzeczy nie były mu potrzebne, bo teraz nie miał nawet konia, ale za to tym bardziej potrzebował pieniędzy. Chciał więc zapłaty i za przeszłe użytkowanie i zaliczki za dzierżawę ich na przyszłość albo natychmiastowego zwrotu.

Chwilowa sytuacja Pawła nie budziła żadnego podejrzenia. Wiadomo było, że pracował w mieście, i każdy rozumiał, że będąc chorym nie mógł sobie pozwolić, aby koń stał i żarł darmo. Że więc wydzierżawił komuś swój zaprzęg, jak to oświadczyła Marta, było rzeczą naturalną. Ale Jan żądał pieniędzy. Marta wiedziała, że sanki przepadły bezpowrotnie, że zwrócić ich nie można będzie, wyjaśnić sprawy też nie mogła, więc nie widziała innego wyjścia, jak zaproponować Janowi, że je od niego odkupi. On się zgodził. Marta po dłuższym targowaniu wyjęła na własną rękę z paczki owiniętej w gazetę odpowiednią sumę i kupiła przepadłe sanki za cenę niską, ale i tak Jan zrobił na tym dobry interes, bo sprzęt był marny, a do tego zbliżała się wiosna.

Paweł nie pamiętał nawet, jak dobrnął do domu. Z początku żona obawiała się, że dostał zapalenia płuc, i chciała już wzywać lekarza, ale po kilku dniach stan się poprawił. Pewnego wieczoru zaczął jej po raz drugi, tym razem dokładnie, opowiadać całą historię, którą znała dotychczas z urywanych zdań pierwszego dnia jego powrotu. Słuchała milcząc. Gdy kończąc doszedł do miejsca, jak uciekł i czekał daremnie na obiecane przyprowadzenie konia i sanek, westchnęła tylko cicho. Po dłuższej pauzie, która nastała, utrąciła:

- A ona ładna była?

- Kto?

- No, ta Jadzia, o której opowiadałeś.

- Taka sobie - odparł niechętnie.

- Może i ją aresztowali...

Paweł opadł głową na poduszki, patrząc w sufit. Nagle uniósł się na łokciu i opierając głowę na dłoni, przypomniał sobie:

- Poczekaj! Ale gdzie był krzak caprifolium? Nie było krzaku caprifolium!... Nie, nie pamiętam go zupełnie, żeby był.

Marta wstała, poprawiła mu łóżko i poszła przebierać kartofle na sadzonkę. Myśleli oboje o tym samym: o pieniądzach.

Nie żeby którekolwiek z nich uważało, że można nie oddać ich w całości do pralni, owej Hali, tak jak to kiedyś polecił był Tadeusz jeszcze w Ejszyszkach, ile ciążyła im świadomość, że naruszyli już sumę, spłacając sanki Janowi. Ale z drugiej strony, skąd było wziąć...

Po upływie kilku dni, gdy Paweł mógł już wstawać, a później zaczął nawet wychodzić, Marta zaczęła doradzać mu, żeby nie śpieszył się z pójściem do miasta. - "Kto wie", mówiła, "jaki obrót przyjąć mogło śledztwo? Czy możesz być pewien, że nie dojdą i nie wykryją całej tej pralni? Żeby tylko nie zrobili tam jakiejś zasadzki". - Paweł przekonany był, że nic nie mógł w sowchozie zostawić takiego, co w konsekwencji mogłoby naprowadzić na jego osobisty ślad. Oczywiście, oboje nie mówiąc sobie tego budowali na tym, że Tadeusz został zabity i że przeto nie mógł składać żadnych zeznań. - "Ani jedna z kobiet w pralni", zapewniał Paweł, "nie zna nawet mego prawdziwego nazwiska. Wiedział tylko Leon i prawdopodobnie, tak sądzę, ów otyły facet..."

Czas mijał w nieustannym naprężeniu nerwów i męczącym wyczekiwaniu na coś, co - jak się pocieszali wzajemnie - nie powinno było nastąpić. Raz gdy o niespodziewanej porze stuknęła furtka, Paweł zbladł i skonstatował z przykrością, że nie może opanować drżenia rąk. Marta udała, że tego nie zauważa i wstała z pozornym spokojem, aby zobaczyć, ale Paweł zatrzymał ją raptownie, nie wytrzymując wewnętrznego napięcia.

- Poczekaj. Ja sam - powiedział zduszonym głosem.

Przyszedł Franciszek spod Lasu. Od czasu pierwszej przestrogi Oli upłynęło już wiele miesięcy. Paweł wiedział, że Franciszek związany jest współpracą z zarządem sielsowietu, a prawdopodobnie pełni funkcje konfidenta, a teraz przypomniał sobie, że Marta wspominała, iż kilkakrotnie już zachodził podczas jego nieobecności w jakiejś sprawie. Nie przywiązywał do tego większej wagi, ale w tej chwili przywitał się z nim milcząc i nie podnosząc wzroku czekał, co tamten ma mu do powiedzenia.

Franciszek wydawał się być czymś zakłopotany i kołował w rozmowie, co wzbudziło tym większą czujność Pawła. "Że wiosna się spóźnia", myślał, "o tym każdy wie, nie od Franciszka mu się o tym dowiadywać". "Kartofli"? Nie, kartofli na sadzonkę nie będzie kupował, własnej starczy. - "Czy był chory"? Owszem, był, jeszcze ciągle czuje się trochę niezdrów... (Ale, co dalej, co dalej?!) Wypadało mu właściwie zaprosić gościa do mieszkania, nie mógł się jednak jakoś zdobyć, trawiony nerwową gorączką dowiedzenia się (prędzej, prędzej), z czym przyszedł?! Właściwie, to Franciszek chciał tylko pożyczyć piły od Pawła, tej piły, której zęby ongiś sam stroił, bo jego... Paweł przerwał mu: Dobrze, dobrze, mogą zobaczyć. - Przeszli do drewutni. Franciszek stuknął palcami po stali, a później, jak to się fachowo wypróbowuje, gwałtownie postawiwszy wygiął ją o ziemie. Piła wydała długi dźwięk płaczący, przeciągły jak skarga zanikająca w oddali. Ale Franciszek nie dosłuchał dźwięku do końca i zaczął zupełnie od rzeczy: "Czy Paweł myśli, że on co złego robi? Ludzie mówią, że z sielsowietem "trzyma". Ale na czym to "trzymanie" polega? Każdy ratuje się dziś, jak może. Ale żeby on na kogoś donosił, to już nieprawda! Boże, strzeż od takiego grzechu! On to i chciał tylko powiedzieć, żeby Paweł wiedział.

- Ale przy czym tu ja?

- Ni przy czym, tak tylko. Chciałem powiedzieć. - Nagle pochylił się, podniósł z ziemi zardzewiały gwóźdź, przyglądając mu się z uwagą, jakby to był jakiś ważny, gospodarski przedmiot i dodał. - Żeby pan wiedział... Jeżeli zdarzy się, że... że na przykład czasy się zmienią.

Rzucił gwóźdź na ziemię. W swoim zakłopotaniu, żegnając się. zapomniał zabrać piłę, o pożyczenie której prosił.

Paweł w milczeniu podniósł porzucony gwóźdź i też począł go obrabiać w palcach jak ważny, gospodarski przedmiot. Nagle, w ostatniej chwili, gdy Franciszek był już za furtką, przypomniał sobie coś, o czym już dawno nie pamiętał:

- Franciszek! - zawołał.

Tamten zatrzymał się w pół obrotu.

- A co to było... Co to było wtedy z tą rewizją w lesie, gdyśmy drzewo piłowali?

- A ja skąd mogę wiedzieć - wzruszył ramionami i poszedł.

Paweł stał jeszcze jakiś czas, później odetchnął głęboko.

Nazajutrz wybrał się do miasta.

Gdy wszedł w znaną sobie uliczkę, zauważył od razu, że szyld znikł. Ponieważ orientował się zawsze według niego, a nie pamiętał nawet numeru domu, minął go i przystanął w zdumieniu. Pralni nie było. Zawrócił z powrotem i nie mógł się połapać. Wreszcie poznał schodki. Okno zamknięte było okiennicą na głucho; drzwi zabite deskami. Doznał przykrego wrażenia zamętu w głowie, ponieważ nagle zdało mu się, że Tadeusz, że wszystko było tylko nierealnym widziadłem. Wszedł przez bramę na podwórze, ażeby dowiedzieć się czegoś od kobiety, która pełniła funkcje dozorczyni domu. Tu jednak natrafił na nieprzewidzianą przeszkodę: z oddali już dochodził straszliwy jazgot i krzyki. Dozorczyni pokłóciła się z inną babą z tej samej kamienicy i od słowa do słowa na klatce schodowej, później koło studni, później koło śmietnika doszło do wylewu tych strasznych pomyj, które potrafi tworzyć język ludzki w ustach kobiety, gdy nią już być przestaje. "Tfu"! - splunął jakiś człowiek, który stał obok. Paweł minął go, niezauważony teraz przez nikogo, podszedł do drzwi, które, wiedział, z pralni wychodziły na podwórze. Były tak samo zaryglowane. Potok brudnych słów lał się w dalszym ciągu z ust dozorczyni. W tym stanie rzeczy niepodobieństwem było pytać ją o cokolwiek. Wyszedł na ulicę.

Boguckiego nie zastał. Odpowiedziano, że podobno wyjechał i zamknięto mu drzwi przed nosem. Do mieszkania Leona nie mógł się w ogóle dostukać. Jakiś lokator z przeciwka, zawołał doń cierpko, żeby nie robił hałasu. Paweł zbiegł po schodach, nie uświadamiając sobie nawet, że te wszystkie ledwo wpółotwierane drzwi i nieprzyjazne twarze, nie sprawiają mu dlaczegoś żadnej przykrości. Jeszcze raz, bez wiary wewnętrznej w słuszność swoich kroków, poszedł w znaną uliczkę; przybywszy tam, zatrzymał się, popatrzył. Była pusta. Zza rogu wyjechał wóz naładowany jakimiś starymi meblami i toczył się wolno w przeciwnym kierunku. Stać w ten sposób nie było sensu. "Czy ja jestem temu winien, że nie mogę oddać tych pieniędzy?" - pomyślał Paweł. "Zdaje się, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby..." Ale nie chciał dłużej myśleć. Zawrócił. Odchodząc obrócił się po raz ostatni... i wolnym, spokojnym krokiem, poszedł do fryzjera; chciał to już dawno uczynić, bo miał za długie włosy.

W małym zakładzie strzygł tylko jeden pracownik. W rogu, twarzą od okna, wciśnięty między wiszące palta, siedział drugi klient i czekał swojej kolejki. Paweł nie zwróciwszy na niego uwagi powiesił kożuch, siadł i wyjął pudełko z tytoniem. Po dłuższej chwili siedzący obok z widocznym przymusem i przesadnie ugrzecznionym tonem wyjąkał słowa powitania. Paweł odwróciwszy się, zaskoczony, zobaczył, iż był to stary znajomy, zecer z drukarni, do której Paweł zachodził w dawnych czasach często. Znał go chyba od lat pięciu jako przyjaznego i rozsądnego człowieka. Właśnie w dzisiejszym numerze lokalnej "Prawdy", którą kupił na dworcu, uderzony był wyjątkowo przykrym tonem "wywiadu", jakiego udzielił ten zecer w rubryce "Wypowiedzi robotników". Zapewniał w nim o bezgranicznej miłości i wdzięczności dla Związku Radzieckiego za wyzwolenie, cytując jednocześnie nieprawdopodobne zgoła przykłady nędzy dawnego zecera, głodowe stawki itd... Kończył zaś słowami o własnym sercu, które: "krwawiło i rozdzierało się w bólu przy składaniu pod butem systemu kapitalistycznego artykułów oszczerczych i wrogich względem Związku Sowieckiego i Jego Wodza, genialnego Stalina".

Paweł odkiwnął głową, milcząc.

- Czy pan myśli, że to ja sam tak mówiłem? - odezwał się szeptem zecer.

- Co? A... w "Prawdzie"? Tak, czytałem - odparł Paweł krótko.

- Kazali. Nic nie poradzisz. Kazali podpisać i koniec. Spróbuj przeciwstawić się... - mówił dalej zduszonym szeptem. - Pan przecież sam chyba wie.

- Ja wiem, ja wiem. - I Paweł zaczął przyglądać się portretom wiszącym na ścianie. U fryzjera był nie tylko przepisowy Stalin, ale ponadto Woroszyłow, Mołotow i Budienyj.

- Przecież... - jeszcze bardziej zniżając głos, szeptał zecer - pan wie, jak było... Razem pracowaliśmy... I jak ślicznie się zarabiało. Ot, chociażby i to palto, co mam... - Było coś nieprzyjemnie poniżającego w tych szeptem składanych usprawiedliwieniach nieomal po psiemu skomlących, i Paweł mimo woli przytaknął:

- Tak, tak. Pamiętam. - Zecer ucieszył się z tych słów. Zaczął skrupulatnie wyliczać, co mógł kupić kiedyś za swoją dawną pensję.

- Wszystko, co mam, to jeszcze zawdzięczam... ot, chociażby i to palto - powtórzył.

- Tak, tak.

- A wie pan, że robotnikom, to chyba teraz najgorzej...

- Tak, tak.

Nastała cisza, którą przerywało tylko dzwonienie nożyczek. Fryzjer i jego klient milczeli.

- A co pan teraz robi? - zagadnął po chwili zecer.

- Ja? Chcę kupić konia i wóz - odpowiedział Paweł machinalnie i poczuł w zdumieniu, że po raz pierwszy wypowiada słowami swoją ukrytą myśl. Tak, chcę kupić konia - powtórzył twardo.

Zecer zastanowił się i powiedział:

- Jeżeli pan chce kupić konia, to ja mogę naraić. Sąsiad mój sprzedaje. Dobry koń. I wóz do tego.

Paweł ożywił się od razu i zapominając zupełnie o po przedniej niechęci, zaczął rozpytywać. Zecer dał mu dokładny adres: w końcu przedmieścia, na którym sam mieszka. Już prawie na wsi. Niech się na niego powoła. Jest to stary człowiek, uczciwy - mówił wymieniwszy uprzednio nazwę ulicy i domu - tylko trochę fiksowaty. Stuknął palcem w czoło.

- Jak to fiksowaty? Dziwak jakiś?

- Nie... Nie żeby dziwak, zdaje się nawet rozumny człowiek, tylko, widzi pan, on ptaszkami zajmuje się. Bywa, całymi dniami chodzi i na drzewa patrzy. Ale sam w sobie sprawiedliwy człowiek. Autobusem niech pan jedzie, a stamtąd piętnaście minut piechotą, nie więcej. - Zecer rozgadał się już teraz na dobre i znać było, że jest zadowolony z obrotu rozmowy. Fryzjer skończył, strzepnął fartuch i zawołał: "Następny!"

- Jeżeli panu się śpieszy, to ja zaczekam - powiedział półgłosem zecer.

Paweł chętnie skorzystał z uprzejmości. Gdy skończył strzyżenie, pożegnał zecera uściskiem dłoni i szybko skierował się do drzwi.

- A niech towarzysz - powiedział już zupełnie głośno zecer, zasiadając poważnie na fotelu przed lustrem - niech towarzysz nie zapomni na mnie się powołać.

- Dobrze, dziękuję - odparł Paweł.

Nie wahał się więcej. Był zdecydowany: zima się kończy, kupi wóz i kupi sobie konia. Jakby z bardzo daleka zaświtała jeszcze jedna wątpliwość, ale tym razem była to już naprawdę ostatnia: "A co na to powie Marta?... Marta ucieszy się z mojej decyzji" - dopowiedział sobie w myślach i wskoczył do autobusu.


Sad owocowy, obramowany żywopłotem i starodrzewiem, teraz bez liści, łagodnie opadał ku rzeczce. Furtkę otworzyła garbata dziewczyna. Paweł obrzucił wzrokiem całe obejście i powiedział:

- Ładnie tu pewnie u was latem, co?

- A niczego sobie. I rzeczka jest w dole. Niech pan tędy idzie, ścieżką. Tam spotka ojca.

Stary leżał na słomie w szałasie zbudowanym z gałęzi i obserwował poprzez otwór z przeciwległej strony. Paweł przedstawił się, powołał na znajomego zecera i wyjaśnił cel przybycia.

- Na ptaki sieci pan nastawia? - spytał w końcu.

- A pan na ptaszkach zna się?

- Znam - odrzekł z przekonaniem Paweł, przypominając sobie uczniowskie lata, gdy z namiętnością hodował w klatkach ptaki śpiewające. - Ale, teraz pan łapie? Pod wiosnę?

- To znaczy, pan mało się zna, jeśli pyta. Bo szczygły to tylko pod wiosnę i łowi się, a nie, jak inne, na jesieni. Na bodziaki łowi się.

Obok rozczyszczonego toku wisiała klatka z wabikiem, który odzywał się niezbyt raźno. Stary podał mu głos, do tego stopnia idealnie naśladujący szczygła, że Paweł aż spojrzał zdumiony.

- W ten sposób, to i rozmawiać pan może z ptakami.

- A wiesz pan, bez mała, że rozmawiam. Było się czasu nauczyć. Pogoda dobra, a nie idą. Też swój humor mają. Wycofał się rakiem z szałasu, zabrał klatkę z wabikiem i poszli ścieżką pod górę ku domowi.

Gospodarz otworzył stajnię i wyprowadził dobrze zbudowanego, sześcioletniego kasztana z białymi pęcinami. Obmacali palcami żebra, kłąb, zajrzeli pod ogon, w zęby, w kopyta.

- Za przeproszeniem, dupka, to jak u panienki. A strzałkę pan widział, jaka w kopycie?

- Widziałem.

- Kopyt suchy. Jednym słowem.

Paweł machinalnie trącił końcem buta pod kolano przedniej nogi. Stary zerknął nań z dezaprobatą.

- Co tam próbować pod kolana. Czy pan kupuje pod siodło? Do ataku jeździć pan nie będziesz, a dzisiejszym czasem, za przeproszeniem, gnój wozić. Choć, jak pan widzi, i przednie nogi mocne. Przeprowadził go następnie truchcikiem po podwórzu. Koń był dobry. Potargowali się bardziej dlatego, aby zadośćuczynić tradycji kraju, w którym jeszcze nikt nie sprzedał i nikt nie kupił niczego bez targu, i ugodzili w ciągu pięciu minut, po czym gospodarz zaprosił do domu.

W jasnej, obszernej izbie okna i część ścian zawieszone były klatkami różnych wymiarów i kształtów. Zewsząd dochodziło ćwierkanie i śpiew ptaków. - Zaraz nam córka poda cokolwiek zakąsić i po kieliszku. "Borysz" wypić należy się. Bez tego nie można - powiedział stary ptasznik,

Przy jednym z dwóch okien, w samym rogu, zwyczajem prawosławnym paliła się lampka, ledwo rozświetlając twarz Matki Boskiej. Paweł przyjrzał się jej.

- Kazańska, cudotwórcza - wyjaśnił ptasznik.

- Pan prawosławny?

- Nie. Tylko żona, nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą, była ruska. Ożeniłem się w Symbirsku nad Wołga. Na jej pamiątkę świecę przed ikoną. A zresztą... nie ten do nieba trafi, kto jakiej wiary, a kto sprawiedliwy.


No, i cóż było dalej? - pytał Paweł, gdy siedzieli już dawno przy stole, a stary opowiadał dzieje swego ojca, który jeszcze w połowie zeszłego wieku wyemigrował nad Wołgę: "Miedziana kopiejka" - mówił - "choć daleko jej do rubla, przecież cenę swą miała. Głodnych było mało, a bogatych dużo. Ojciec owocami handlował, a sadów było w Symbirsku nad Wołgą! Oho! Ojciec zaczął później sam dzierżawić, dorobił się. Kupił wreszcie... Ech, bywało wyjdziesz rankiem do sadu, pod jesień, jeszcze rosa, owoce spadają, jagody dzikie czerwienią się, nasiona wszelakie dojrzały, a ptaków, ptaków - ciżba nieprzebrana! Zjeżdżali,

na rynki handlarze, znawcy, miłośnicy ptaków. Nie sprzedawało się byle co i byle komu. Ptaki bywały nawet uczone. Raz za trzyletniego gila, wyuczonego gwizdać melodie, wziął 50 rubli srebrem. A pan wie, co w tamte czasy było 50 rubli?! Ho, hoho! Dzisiaj nie ma takich pieniędzy. Weź na przykład tego czyża. - Stary wstał, podszedł do jednej z klatek, otworzył, wypuścił ptaszka do pokoju. - Cztery lata u mnie. Ja bym jego za żadne pieniądze nie sprzedał, ale i nie kupiłby nikt, bo kto ich ma dzisiaj, pieniądze na to? Nikt. - Ptasznik otworzył górną połowę okna i czyż wyleciał, siadł na poręczy werandy, ale nie uciekał.

- Tatko całe mieszkanie wyziębi! - sarknęła garbata, która weszła z kuchni.

- Nie burcz, nie burcz - mruknął stary i zagwizdał nagle po czyżemu, czysto i sucho. Ptaszek wleciał z powrotem do pokoju. Garbata podeszła do okna i zatrzasnęła je.

Ptasznik zrobił ruch głową w jej kierunku: - Dobra ona u mnie córka, ale na ptaszkach nie rozumie się.

- Nie rozumie się! - podchwyciła jego słowa. - A za co opału kupić? Tatko myśli, że ciągle stare czasy.

- Myśleć, ja nie myślę. Dobrze wiem, że nowe.

- I wyjechał pan? - nawiązał Paweł do opowiadania.

- Pan wie, kto w Symbirsku rodził się? Włodzimierz Iljicz Uljanow. Kiedy on Leninem przezwał się, nie pamiętam. A my z nim jednolatki byli. Pamiętam jego dobrze... Gdzie jego tam nosiło po świecie, później... ale wyniosło, w górę wyniosło. A szkoda. Życie było kiedyś. Czółnem, bywało, płyniesz o świcie na wyspę, zapadki stawić... Albo wiosną, gdy wody rozleją szerooooko! A w cerkwi zadzwonią, to tak, zdaje się, jakby głos żywy biegł po wodzie niby czajka, skrzydłami dotykając. Przestrzeń, swoboda... Wyjechałem, pytasz pan? A co tam było robić? Ptaki zabronili łowić, a jakże! Zamiast tego ludzi do klatek nasadzali. Co tu i mówić. Ot, teraz słyszę, wszyscy na Hitlera naskoczyli, cały świat krzyczy, że morduje Żydów. A czemu to zapomnieli, jak w bolszewicką rewolucję gołych oficerów za nogi po bruku ciągali, duchownych do przerębli rzucali, kupcom oczy łupili? Co to, Żyd co lepszego od oficera czy innego? To samo człowiek. Ale ja nie o tym chciałem mówić. Mordować, w każdym narodzie mordują, ale że kraj zmienili. Nawet i nie to, że nędza nastała, a tak... zmienili. Żona umarła przy rodach. Córka tylko, ot, kaleka; z ojca strony trochę krewnych tu zostało. Wtedy jeszcze optować było można. No, to i zaoptowałem w ojcowiznę. Domek ten kupiłem.

Paweł poczęstował go tytoniem. Stary zrobił przeczący ruch ręką: - Nie będziemy jeszcze palić. Zakąsimy i po kieliszku, jednym, drugim, a to ja zagadałem się i nie częstuję. A później zapalimy na świeżym powietrzu.

- Bo co, ptakom dym szkodzi?

- Nie. Żeby bardzo, to nie szkodzi, ale zawsze.

- Delikatne; lepiej już być człowiekiem niż ptaszkiem zażartował Paweł.

- Zależy, jak jakim. Ja nie uczony, ale powiem panu, że ludzie nawet uczeni, a nie zawsze pojmują, kiedy mówią: ptaszki. U nich i dzięcioł ptaszek, i sikorka, i drozd, i kanarek ptaszek. Że ptaszek, to prawda, ale każdy innego gatunku. A my, ludzie, im naprzeciw, to też tylko gatunek jeden i ten sam, a nie żeby kilka.

- Są jednak różnice między narodami.

- Są, nie będę się spierał, ale tylko z wychowania czy obyczajów, a nie z gatunku. Czy to będzie jaki tam Hiszpan czy Ruski, czy Francuz, czy Niemiec, to wszyscy, jakby powiedzieć: tylko szczygieł czy tylko sikorka. I nie tak jak różne sikorki, jeden naród, na przykład: bogatki, drugi: czarnogłówki, a trzeci: czubatki. Nie, wszystkie to samo, na przykład: czarnogłówki. A zwyczaje, ma się rozumieć, różne mogą być. Gil na przykład na swobodzie je zwyczajnie jarzębinę, a w klatce woli konopie. Znaczy, zwyczaj swój zmienia. Ale różnica gatunku w czym innym objawia się. Widzisz pan tę klatkę, do połowy chustką zawiniętą? Ja w niej próbuję połączyć samca czyża z samką kanarka. W nauce, to one uchodzą, jakby powiedzieć, za najbliższych krewnych, z jednego pnia, jednej rodziny. A zobacz pan, ile sztuki trzeba, ile zachodu, ile różności i jakiego doboru, a jeszcze rzadko udaje się doprowadzić, żeby czyż pokrył samkę kanarka. W dodatku jajka wychodzą najczęściej puste. Tymczasem uczeni nazywają, że oni są bliskie, a między narodami, to tylko i szukają różnicy i ciągle wywodzą, że jeden od drugiego daleki. A za przeproszeniem pana... - urwał i czekał aż córka, która weszła zabrać brudne talerze, wyjdzie do kuchni.

- ...tak ot, za przeproszeniem pana, żeby pokryć Polaka z Niemką czy jakiego Francuza z Ruską, to żadnych do tego sztuk nie trzeba... I dzieci jeszcze rodzą się, bywa, zdrowsze. A dlaczego? Bo my wszyscy, kość z kości, krew z krwi te same... I nawet Żydzi, choć Chrystusa zamordowali, też te same.

"Szkoda", pomyślał Paweł, "że go Tadeusz nie znał..."

I nagle na wspomnienie tamtej okrwawionej głowy wstrząsnął nim dreszcz.

- A co? Śmierć przeleciała? - zauważył ptasznik. - No, pan jeszcze młody, a ot ja...

W tym momencie stuknęły drzwi wejściowe, słychać było jakąś krótką rozmowę w kuchni i następnie ciężkie kroki w sieniach.

- Kto to? - zapytał Paweł i obejrzał się na okna. Na dworze robił się już zmierzch.

- To pewnie Fjodor Mikołajewicz, mój przyjaciel. - Drzwi się otwarły i stanął w nich człowiek bardzo wysoki, w mundurze oficera czerwonej armii, z oznakami majora. Ptasznik wstał. Paweł uniósł się również i powiedział:

- Chyba mnie już czas w drogę.

- Eee, zaczekaj pan teraz. Poznaj bolszewika - odparł ptasznik. Przybyły uśmiechnął się, wyciągając rękę do starego: Miał włosy mocno szpakowate, na skroniach zupełnie siwe. Nos długi, raczej mięsisty, natomiast skórę na twarzy suchą, pooraną zmarszczkami. Specjalnie wyróżniały się jednak jego oczy, które skutkiem swej wewnętrznej wyrazistości zatracały do tego stopnia zewnętrzny swój kolor, że trudno byłoby odpowiedzieć na pytanie, jakiej właściwie są barwy? Gospodarz przedstawił wzajemnie gości i zaraz objaśnił obszernie: z Fjodorem Mikołajewiczem łączą go najstarsze więzy przyjaźni jeszcze z Symbirska. Służyli też razem w wojsku carskim, tylko że tamten dochrapał się rangi oficerskiej i wyszedł w końcu do rezerwy w stopniu kapitana. W roku 1920 zmobilizowali go bolszewicy do wojny z Polską. - I widzisz pan, komu służy! - zakończył z uśmiechem. - Majorem nawet został. I oto los pokierował spotkać się znowu po latach. Zachodzi prawie codziennie na pogawędkę. Z nim możesz pan rozmawiać, jak ze mną, szczerze.

- Tu z garnizonem? - spytał Paweł.

- Tak. W koszarach za rzeką - odparł tamten.

- Konia sprzedałem, Mikołajewiczu - oświadczył ptasznik.

- Szkoda. Ładny koń był.

Usiedli. Przybyłemu nalał gospodarz pełną szklankę wódki - niech dopędza! Ten wypił haustem do połowy, wziął widelec, trzymając go szukał przez chwilę oczami po stole, aż ptasznik przysunął mu talerzyk z grzybkami. - "Aha..." - mruknął oficer i dziobnął jeden widelcem. Rozmowa potoczyła się na temat koni, następnie spóźnionej wiosny. Później jedli jakiś czas w milczeniu. Po chwili ptasznik uczynił ruch głową w kierunku Pawła:

- Też nie lubi bolszewików.

- Hm... - mruknął major pod nosem i podciągnął ku sobie kawałek wędzonej szynki domowego wyrobu. - A za co?

- Śmieszne pytanie stawiasz, Mikołajewicz - wtrącił ptasznik.

Paweł podniósł wzrok na majora, oczy ich spotkały się na chwilę i zatrzymały. Czy to pod wpływem wypitej wódki, czy zachęcony wyrozumiałością spojrzenia, Paweł nie zawahał się z odpowiedzią.

- Za łgarstwo przede wszystkim.

- Łgarstwo? W odniesieniu do czego?

- Do wszystkiego.

- A... Do wszystkiego.

Nastało milczenie, które zdawało się świadczyć, że major chce się uchylić od dalszej dyskusji, gdy niespodziewanie tym samym spokojnym tonem, nie przerywając jedzenia, podjął:

- To jest wyłącznie kwestia przyzwyczajenia.

- Sądzi pan?

- Bez wątpienia. I oswojenie przyjdzie z czasem.

- Może - odparł z niechęcią Paweł.

- My, proszę pana - mówił major równym głosem - wychowaliśmy się w tak zwanej kulturze chrześcijańskiej. I ojcowie nasi, i dziadowie. Dlatego wszystko, co w niej było nieprawdą, nawet najoczywistszą, nas nie raziło. Przywykliśmy. Ot, jak ten czyżyk do klatki naszego kochanego gospodarza. Panu może pokazywał? No, więc. Ale co by pan powiedział, gdyby na przykład jakiś nieobyty zajechał... No, powiedzmy, ludzie z innej planety przybywają do nas, do chrześcijan. Pierwsze pytanie: jaka u nas religia, czym odznacza się, jakie przykazania? I odpowiedź: wyznają Boga, który jest uosobieniem miłości, a przykazania takie, żeby drugiemu nie robić nic złego. Aha, nu, i na drugi dzień, powiedzmy, ci ludzie z drugiej planety dowiadują się, że my od tysięcy lat nic innego nie robimy jak tylko drugiemu zło: mordujemy, w więzieniach trzymamy i coraz to wymyślamy nowe wynalazki, żeby móc zamordować nie jednego już bliźniego, ale całe tysiące od jednego machu. Co by pan powiedział, żeby sam był z tamtej planety? Powiedziałby: "Ależ to największe łgarze, jakich spotkałem". - Znowu nałożył sobie na talerzyk. - Czego symbolem jest krzyż? Wielkich nakazów: "Nie zabijaj, kochaj bliźniego, jak siebie samego" itd. A wie pan chyba, w jaki sposób ten znak krzyża najbardziej, najskuteczniej rozpowszechnia się po świecie? Proszę, już druga taka wojna, a ile ich było przedtem! Ludzie idą jeden drugiego mordować, a tam gdzie zamordują postawią znak: "kochaj bliźniego"; zamordują i znak: "nie zabijaj"; zamordują i znak postawią: "on w ciebie kamieniem, a ty - chlebem", i tak dalej, i tak dalej. Im więcej morderstw, tym więcej krzyżów, Miliony krzyżów po tamtej wojnie, miliony będą po tej, miliony tych symboli miłości bliźniego, a każdy postawiony akurat w miejscu, gdzie bliźni został zamordowany. Ten sam morduje i ten sam często krzyż stawia. To nie jest kłamstwo? Jest. Ale my przywykliśmy, że tak jest, i nikomu do głowy nie przyjdzie nawet wytykać.

- To, zdaniem pana, nie może być po prostu wojny sprawiedliwej?

- Owszem, być, to ona by mogła, tylko że jej nie ma. Ja mówię z punktu chrześcijańskiego, oczywiście. Powiedzmy krucjaty w wiekach średnich, w obronie wiary, mogłyby być, owszem, ale nie były. I dziś też każdy prawie naród idzie na wojnę "z Bogiem", tylko dlaczegoś tak dziwnie się składa, że żaden z tych narodów, z których każdy odprowadzany jest modłami, ani też wszystkie one razem, właśnie tylko z jednym nie próbowały walczyć, z tym, który Boga prześladował najwięcej dotychczas w dziejach. ...I to nie jednego chrześcijańskiego, ale wszystkich, ilu ich jest. Z tym wrogiem swych bogów nie tylko nie walczą, ale jeszcze dobre interesy robią. Czy to nie jest łgarstwo? Jest naturalnie.

Ptasznik słuchał ze spuszczoną głową ,i pokiwał nią.

- Nie lubi on Boga bardzo, Fjodor Mikołajewicz, to niedobrze.

- Nie, dlaczego, Michale Andrzejewiczu, owszem, ja nawet bardzo lubię, tylko zależnie jakiego? Może tego, do którego twoje ptaszki modlą się śpiewając. A tego z cerkwi czy kościoła też ani nie lubię, ani lubię, tylko mówię po prostu, jak jest.

- To nie nam rozstrzygać. To nie na nasz rozum sprawa - ciągnął ptasznik w zamyśleniu.

- Oto właśnie, zupełnie tak samo i bolszewicy mówią. Ludzi do koncłagierów wsadzą czy do więzień, ruszać się nic pozwolą, a każą wychwalać i dziękować za wolność. A ich zapytasz: "Jakże to, bracia, u was tak wychodzi jakoś na odwrót?" To i odpowiedzą akurat to samo: "Ty, widać, w piśmie naszym nieuczony, durak ty za wszystkiem, to nie twego rozumu sprawa". Może być, ja przepraszam - zwrócił się do Pawła - nie chciałem obrazić, bluźnierstwo jest to, co mówię. Ale dla bolszewika będzie tak samo bluźnierstwem, jeżeli pan zwątpi w słowa Stalina. I ciągle wychodzi na jedno.

Ptasznik wciąż w zamyśleniu:

- Jeszcze nic nie wiadomo... W puszczy Rudnickiej, mówią, prorok jakiś pojawił się i wojnę przepowiada na wiosnę.

- Co? - zagadnął go major. Ale Paweł wtrącił w tej chwili:

- Zupełnie "na jedno", jak pan mówi, to nie wychodzi. Chociażby z tego względu, że w ustroju niebolszewickim można wypowiadać się głośno i krytykować, i wytykać błędy itd., a w bolszewickim nie można.

- A po co? - odparł oficer. - Pan na przykład wiesz, może nawet z własnego doświadczenia, że słowa Ewangelii: "Proście, a będzie wam dano", to nieprawda. 1 wie pan też o tym z doświadczenia innych ludzi, którzy w modlitwach nie raz prosili i nie otrzymali. I wiedzą o tym tysiące, setki tysięcy, miliony tych innych. A czy przyjdzie panu do głowy wystąpić publicznie i wołać wielkim głosem: "Słuchajcie! To nieprawda!" Dlaczego do pana nikt nie ma o to pretensji, ani pan sam do siebie? A ja na przykład znałem dobrze marszałka Tuchaczewskiego, i też wiem dobrze, że nieprawdą jest, jakoby był on szpiegiem niemieckim i agentem kapitalistycznym, tak samo jak nieprawdą, że Trocki, Bucharin i inni byli tymi, za kogo ich głoszono. I moi znajomi wiedzą, i znajomi moich znajomych, i tysiące, i miliony wiedzą. Ale tak samo nie ma co dziwić się, że ja, że inni nie wystąpią i nie krzyczą o tym wielkim głosem. Niech pan pozwoli jeszcze chwileczkę... - zrobił ruch ręką, wstrzymując odpowiedź Pawła. - Pan może powie, że gdybym ja wystąpił, to by mnie w ustroju sowieckim nikt ze strachu nie podtrzymał, a przeciwnie, wszyscy z tych milionów, którzy wiedzą, że to ja mam rację, jeszczeby mnie zakrzyczeli, potępili i podeptali? Słusznie. Ale czy tak samo, nie potępiłyby pana miliony chrześcijan, gdyby pan zechciał zaprzeczać Ewangelii, a razem i ci, dla których jest ona szczerze obojętna a którzy do kościoła nigdy nie chodzą, nie wierzą i wiedzą, że pan ma rację? Niech pan pozwoli jeszcze... - major zaczął tracić swój pierwotny spokój i mówił ze wzrastającą namiętnością. - Bo najważniejsze, że słuszność będą mieli oni, a nie pan. Bo po co pan ma to mówić? Wolność słowa? Wolność krytyki? Wolność wypowiadania własnego zdania? Pan wie, co to jest? To jest właśnie ta pycha jednostki, która za jednakowy grzech uważana jest i tu, i tam! Panu pozwolą wypowiadać się czy drugiemu, i już pan i drudzy będą to uważali za wolność. Ale niech pan najpierw zapyta, czy to jest ważne, czy to jest potrzebne komu, to co ma pan powiedzieć? Czy pan to mówi z intencją dla dobra, czy tylko, aby dać upust własnej pysze i pragnieniu władzy nad innymi, aby im narzucić swoje zdanie. Człowiek po prostu chce powiedzieć, tak samo jak chce zjeść. A powie czy zje i nic go nie obchodzi, czy inni są z tego syci. Tak jest naprawdę. I więcej panu powiem: tak zwana wolność słowa prowadzi często do własnej niewoli. Człowiek wciąga się, chce wciąż mówić dalej, a żeby go słuchali, zacznie iść na ustępstwa w stosunku do słuchaczy, na kompromisy, zacznie mówić tylko pół prawdy, później ćwierć prawdy, a z tego może wyjść, że łże nie tylko innym, ale nawet sobie. A wszystko przez pychę: "Ja, moje zdanie!" A na czorta ono komu, to jego zdanie! Prawdziwa wolność jest nie w słowach, proszę pana, a w milczeniu. W tym właśnie, żeby słowa nie zakłamały własnych, prawdziwych, wewnętrznych myśli. Na tym polega prawdziwa wolność jednostki w stosunku do przytłaczającej ją zbiorowości. - Odetchnął i mówił już spokojniej. - Przez tysiące lal przywykliśmy nie krytykować spraw wiary świętej, a teraz przywykamy nie krytykować wiary bolszewickiej. Mówię panu, to kwestia przyzwyczajenia. Przywyknie i pan z czasem. Od razu przyjść nie może, człowiek jest niesforny. Dlatego i potrzebne są z początku GPU i NKWD, jak kiedyś potrzebna była inkwizycja, a teraz więzienia, obozy. Etapami. Ot, nasz gospodarz, on powoli przyzwyczaja swoich czyżyków: najpierw zieloną chustką okryje klatkę, w spokoju trzyma... łamie charakter...

- Łżesz, łżesz wszystko, Mikołajewicz, łżesz! - ptasznik uderzył pięścią w stół.

- Dlaczego łżę? Mnie się zdaje, że ja wcale nie łżę. Mnie się zdaje, że ja mówię prawdę. - Nalał sobie pół szklanki wódki, chciał wypić, ale odstawił, zauważywszy puste przed współbiesiadnikami, napełnił więc wszystkim. - Na zdrowie! Też ważna rzecz, zdrowie. Ja nie łżę. Sam byłem prawosławnym, rosyjskim oficerem, wiernie służyłem carowi. A oto teraz jaki mundur noszę... Z początku rzygać się chciało na samego siebie. Ale cóż, jeżeli każda władza od Boga pochodzi... I chyba tak musi być, skoro widzimy, że On się z tym pogodził. - Po raz pierwszy od chwili gdy zaczął mówić oczy jego zwęziły się i błysnęły w nienawistnej jakiejś ironii; nie poznać było, czy przeciw Bogu, który go zawiódł, czy przeciw Stalinowi, któremu służy. - Coż, wypijem.

Paweł wychylił szklankę jednym haustem, skrzywił się, przeciągnął palcem po wargach.

- A jeżeli to jest tylko pycha wypowiadać własne zdanie, to po co pan wypowiadał je wobec mnie?

- Przez pychę. Człowiek jest słaby.

Paweł sięgnął ręką po zakąskę, nagle zbladł, zachwiał się na krześle i tak jak siedział runął na podłogę koło stołu. Głowę miał zawsze mocną, ale widocznie nie wydobrzał jeszcze dostatecznie po ostatnich przejściach, i organizm, wyczerpany zarówno fizycznie, jak nerwowo, nie wytrzymał nadmiaru alkoholu.

- Eee... Słabizna... - usłyszał jeszcze nad sobą słowa starego ptasznika.


XXI


Ooo!... Jak długo nie przychodzi wiosna. Ooo!... Jakże się czeka i czeka na spóźnioną. Leśniczy w nocnych pantoflach wyszedł rano na ganek, wyciągnął ramiona, aż trzasnęło w stawach, ziewnął, podrapał się w zadek, spojrzał od niechcenia po czubkach niskorosłych sosenek, które ławą ciągnęły się aż do wysokopiennego lasu. Ziewnął raz, drugi i przeniósł wzrok na szaromleczne niebo, niebo bez wyrazu, nie przepowiadające nic. Wtedy dopiero powiedział do Pawła, że od jutra może wozić budulec z lasu do rampy kolejowej.

- Po czemu?

- Dziesięć rubli od wozu.

- Czerwońca?! Siedem kilometrów?! Daj Boże obrócić dwa razy, a pud owsa kosztuje...

Leśniczy przejechał się dłonią wzdłuż niegolonego jeszcze podbródka, skrzywił się, machnął ręką na odczepne i zawrócił bez słowa odpowiedzi. - Czego on czeka od tej wiosny? Co jemu, co innym może dać odwilż albo roztopy? Trochę wilgoci w butach i tyle tego.

Paweł wrócił do domu, założył konia i pojechał szukać w okolicy furażu. Na rozstaju spotkał Rymaszewskiego, który szedł w tym samym kierunku, więc ściągnął lejce. Rymaszewski kiwnąwszy głową na znak podziękowania, przysiadł się sąsiedzkim zwyczajem, aby podjechać kawałek. Wyjął tytoń, skręcili w bibułkę papierosy. Wiatr zgasił dwie zapałki.

- Daj pan mnie. - Rymaszewski sięgnął po pudełko, zapalił, osłaniając kunsztownie rękami ogień, podał go Pawłowi i oddał pudełko z podziękowaniem..

O wiośnie nie mówili.

- Do gminy? - spytał Paweł, puszczając dym.

- Tak. - Rymaszewski wypluł drobinki machorki, oblizał językiem wargi. - Raczenko wzywa.

Siedział przygarbiony, spojrzał spode łba na nowego konia, chciał zapytać, gdzie go Paweł kupił i za ile, ale zaniechał. Co mu tam po takich informacjach. Ostatnio wzywano go kilkakrotnie do sielsowietu, ale nic ciekawego nie wiedział. Bożek pokiwał głową, nie wróżąc dobrego. - "O Pawle, co wie?" - A nic, co by wiedzieć takiego... - "Źle Rymaszewski". - Teraz wezwał Raczenko. Prawda, że źle, sam wiedział, że źle.

Paweł chętnie zaproponował Rymaszewskiemu, że go podwiezie, bo zamyślił przy okazji zapytać go o Weronikę. Ponoć gdzieś wyjechała w tamtym czasie, gdy go nie było, a później chorował. Nie wypadało jednak rozpytywać we wsi, a zresztą kogo? Wstydził się, bo i tak już za dużo gadano. A Rymaszewskiego nie miał się czego krępować. Dlaczego o Rymaszewskim wiedziano bardziej niż o wszystkich innych, że jest konfidentem, i przyjęto wiadomość tę traktować jako naturalną, trudno powiedzieć. Przypuszczalnie, przyczyna głębsza tkwiła w tym, że Rymaszewski szczerze nie lubił tej pracy. Paweł pamięta, że gdy piłowali jeszcze drzewo z Karolem, narzekali raz na źle dostrojone zęby, to znów żywicę, że klejka... Koniecznie trzeba lubić to, co się robi, w przeciwnym wypadku robi się źle. Rymaszewski robił źle, niezgrabnie. Bożek dawał do zrozumienia, że podejrzewa go, iż rozmyślnie nie chce dobrze robić. Nie miał racji. Rymaszewski chciał, ale nie potrafił, bo nie lubił. Był kiepskim konfidentem, stąd wszyscy o tym wiedzieli, że nim był. Pawłowi zdawało się nawet, iż może być pewnym, że Rymaszewski po to idzie teraz do gminy, żeby między innymi i na niego meldunek składać, a Rymaszewski też wiedział, że Paweł wiedział.

- A gdzie to jest... Weronika Rojkiewiczowa, że jej wcale nie widać? - spytał Paweł, przesłaniając rękawem udane ziewnięcie..

Rymaszewski, wyrwany z zamyślenia, zastanowił się chwilkę i odrzekł na wpół żartobliwie: - Do proroka pojechała. Do Popiszek. Lekarstwa na miłość szukać. - Później uśmiechnął się porozumiewawczo. - A może i na co innego jeszcze...

Paweł puścił mimo uszu docinek. - Ach, do Popiszek. Przecież tam jej rodzina mieszka. - Poczuł ulgę. - Co ona, z mężem się pokłóciła?

- Kto ją tam wie... - mruknął Rymaszewski, któremu w tej chwili inne myśli przyszły do głowy. - Jak pan sądzi, czy to naprawdę może być taki człowiek, co przyszłość odgaduje? Ja, to nie wierzę. "Prorok"! nazywają. Jaki on tam prorok. Popiski chłopak, nagle: prorok.

- A co on przepowiada?

- Takie tam, różne... Ola moja mówiła, że ostatniej niedzieli ksiądz na kazaniu strach, jak krzyczał i nakazywał nie wierzyć w takie głupstwa.

- On co złego mówi?

- Nieee. A wreszcie, ja nie wiem... Ludzie mówią, jakoby prawi, że wojna wkrótce z Sowietami wybuchnie. A pan myśli, że to może nastąpić? Wkrótce?

- Kto to może wiedzieć.

- To pan słusznie powiedział: kto może wiedzieć - westchnął Rymaszewski, ciężko westchnął.

- Gdzie by to owsa można kupić? W Borkowszczyźnie myślałem - przerwał milczenie Paweł.

- Nie wiem. Chyba najpewniej, niech pan spróbuje u Rukowskiego. Tak, to już najpewniej u niego.

- A to może najlepsza rada - ucieszył się Paweł i zaraz za leśnym mostkiem wstrzymał konia, a gdy Rymaszewski zlazł, by iść dalej, sam skręcił drogą na prawo.

Raczenko był to młody, niespełna trzydzieści lat liczący mężczyzna, o suchej, proporcjonalnej budowie, ale niskiego wzrostu... Na służbę NKWD wstąpił dopiero przed trzema laty. Wyróżniwszy się zdolnościami i taktownym zachowaniem podczas likwidacji resztek kułackich pozostałości w białoruskiej SSR, przydzielony został do elitarnej ekipy wysłanej na ziemie wyzwalane w roku 1940. Przy tym uwzględniono, że i żona jego, partyjna komunistka, miała ukończoną szkołę agitatorów. Raczenko pochodził z okolic Pskowa; ojciec jego, który był rybakiem, utonął podczas wypadku w jeziorze Pejpus jeszcze w czasach przedrewolucyjnych, których syn nie pamiętał. Rozczytawszy się ostatnio w "Cichym Donie" Szołochowa, zapragnął nadać swej sylwetce wygląd zewnętrzny tamtych bohaterów. Nosił więc niską czapkę barankową, tzw. kubankę, którą sprawił sobie jeszcze w Mińsku. Natomiast krótki, czarny kożuszek, który kazał sobie przeszyć również na modłę kozacką, nabył dopiero tutaj. Takoż buty, o miękkiej marszczonej cholewie, uszył mu szewc miejscowy. W ten sposób przyodziany chadzał po osadzie gminnej, gdzie pełnił funkcje politruka i kierownika oddziału NKGB; wyprostowany, odpowiadając na ukłony chłopów grzecznie, ale poważnie. Do dziewcząt się nie zalecał, choć z żoną, Katarzyną, starszą odeń o rok, która była kierowniczką kooperatywy, odległej o kilka kilometrów, widywał się nie częściej jak raz w tygodniu. Rymaszewskiego przyjął zimno, nie prosił siadać, nie ukrywał niezadowolenia z jego odpowiedzi: - Nic nie wie, nawet o najbliższych sąsiadach! Baba przez płot zajrzy, a i ta więcej się dowie! Ech-ma... i jeszcze seksot się nazywa!

Rymaszewskiemu zdawało się w tej chwili, jakoby od lat już nic innego nie czynił, tylko wciąż i wciąż stał przed jakimś stołem i obracał nerwowo czapkę w rękach. Najgorzej, że w takich wypadkach wszystko z głowy ucieka, niczego przypomnieć nie podobna.

- Aha... on pojechał, ot, teraz nawet, do Rukowskiego, Raczenko cisnął niedopałkiem w podłogę:

- No to co, że pojechał?! Pojechał - przedrzeźnił go - no i co z tego? A?!

Rymaszewski obracał czapkę: - Rukowski... były obszarnik. Nie bez tego, że jakieś rozmowy mieć mogą...

- Eee! - machnął ręką Raczenko. - Rozmowy. Tu nie chodzi o to, co mogą mieć, a co mają. Trzeba faktów! Faktów!

A Rymaszewskiemu przypomniało się dlaczegoś właśnie teraz, że żona prosiła, aby w sklepiku prywatnym kupił zeszyt dla Krysi... Ot, jakie fakty lazły do głowy... I koniecznie, żeby nie w kratkę, a liniowany... - Raczenko spojrzał nań spod portretu:

- Źle, Rymaszewski. Cóż, sam wiedział, że źle.

Tego samego ranka w mieście z okna pierwszego piętra głównego gmachu NKGB wyskoczył na ulicę człowiek. Było tak, że okno nie zostało domknięte z racji wietrzenia, gdyż całą noc w pokoju nr 218 badano jednego po drugim trzynastu chłopów litewskich z okolicy Święcian, podejrzanych o nacjonalistyczne sprzysiężenie. W tej chwili nowego aresztowanego badał lejtenant Kopyłow i nikogo prócz strażnika we drzwiach nie było więcej. Człowiek pchnął Kopyłowa w momencie, gdy ten podszedł do karafki z wodą, stojącej na sąsiednim stole. Zwalił go razem z tym stołem, karafką, szklanką, kałamarzem i leżącymi tam aktami.. Kopyłow zerwał się i rzucił za nim do okna, gdy tamten przesadził już jedną nogę i obydwoma rękami trzymał się za boki futryny. Strażnik nie wiedział, czy ma strzelać, czy podbiec i pchnąć bagnetem; mógłby zrobić jedno lub drugie, ale Kopyłow niefortunnym ruchem swoim zasłonił uciekającego plecami. W ułamku sekundy ich straszne oczy, oczy walczących ze sobą mężczyzn, spotkały się. Aresztowany prawą, nieopartą nogą z podkutym obcasem buta kopnął Kopyłowa w twarz, i ten runął po raz drugi; sam zaś wykręcił się w oknie i skoczył w dół. Było wysoko. Zapewne połamałby sobie nogi, gdyby wiosna przyszła była wcześniej i miał pod sobą suchy bruk. Tego ranka jednak leżały tam zwały zmiecionego z jezdni śniegu. Z drugiego pokoju wypadł Greczannikow, oficer sprężysty, o czarnych jak węgle oczach i czarnych kędzierzawych włosach. Odepchnął w biegu strażnika, przeskoczył przez Kopyłowa. wyrwał z kabury pistolet o długiej lufie i wychylił się z okna. Ale uciekający był widocznie taktyk nie lada. Wprost z zaspy skoczył jak ryś na ogłupiałego wartownika pełniącego

służbę na zewnątrz gmachu. Nim go dopadł, ten zdążył zdjąć karabin, ale nie zdążył go jeszcze pochylić trzymając w dwóch rękach koło twarzy przed sobą, gdy człowiek już porwał z drugiej strony za kolbę, trzasnął okropnie zamkiem karabinu wprost w zęby, łamiąc mu szczękę i obalając na ziemię. Greczannikow nie mógł strzelić, gdyż celowałby jednocześnie w wartownika. Strzelił dwie sekundy później, gdy uciekinier przebiegał jezdnię do wylotu sąsiedniego zaułka. Nie trafił. Rzecz sama w sobie była tak niezwykła, że sąsiedni wartownicy, nie wdrożeni praktycznie w podobne incydenty, nie połapali się dostatecznie szybko. Zaczęli strzelać, gdy już znikł za rogiem. Jedna z kul, odbita rekoszetem o mur, gwizdnęła fałszywie w powietrzu. Uciekinier przesadził na bliższy parkan z lekkością zdumiewającą dla jego otyłej budowy, pobiegł dalej, wpadł w sień kuchenną przeciwległego parteru, przebiegł na drugą stronę klatki schodowej, potrącił jakąś kobietę, wybiegł na inną ulicę i znikł. Kobieta zdążyła zauważyć jedynie, że był bez czapki i miał na sobie sweter barwy rudej.

Cała dzielnica została natychmiast otoczona gęstą strażą i przystąpiono do przeszukiwania domów, ale bez rezultatów. Przechodnie obchodzili z daleka i patrzyli przeważnie w inną stronę. Nikt się też później nie dowiedział, kim był wyskakujący oknem, bo jak można się dowiedzieć rzeczy, nie dowiadując o niej wcale...

Nie dowiedział się też Paweł, jakkolwiek pośrednio albo, kto wie, może nawet i bezpośrednio wyniki badań aresztowanego. gdyby nie udało mu się uciec, mogły były zauważyć i na jego losie.


* * *


Podjeżdżając do zabudowań Rukowskiego Paweł zobaczył z daleka, jak gospodarz, rozkładając i składając długie ręce, przekonywał o czymś sąsiada, b. właściciela majątku Wykonty, obecnie również okrojonego do 30-hektarowej resztówki, gwarantowanej konstytucją litewskiej republiki radzieckiej.

Paweł uwiązał konia u płotu i poszedł w ich kierunku.

- Kochany Witoldzie - perswadował Rukowski - weź w takim razie pod uwagę, że szkodzisz nie tylko sobie ale i innym. W ten sposób podrywasz stanowisko nas wszystkich.

- Ani jednego ziarnka! - zaciął się Witold a spostrzegłszy Pawła skorzystał, żeby się pożegnać, poszedł drogą między wierzbami, dawnym wygonem dla bydła.

Rukowski westchnął:

- Wariat! - I zwrócił się do Pawła: - Co kochanego gościa sprowadza? - Miał zwyczaj mówić do każdego per "kochany". Będąc już dobrze po pięćdziesiątce nie tracił na zewnątrz dobrego humoru, zawsze przejawiając młodzieńczy optymizm. W ostatnich czasach słuchał uważnie komunikatów radiowych, wyłapując z nich dużo pomyślnych wiadomości. - Anglicy biją Niemców w Afryce na łeb! - oświadczył z miejsca. - To wielka radość. A ten wariat... - i zrobił ruch ręką w kierunku, w którym znikł sąsiad.

- Dlaczego wariat? - spytał Paweł.

Rukowski wyjaśnił: przed kilkunastu dniami nałożono na trzydziestohektarowe gospodarstwa rolne obowiązek dostarczenia tyle zboża w ramach przymusowych dostaw dla państwa, ile w ogóle wyprodukować nigdy nie byłby w stanie. - Naturalnie, że jest to cyfra fantastyczna - ciągnął - ale trzeba dostarczyć. Trzeba. Trzeba ich przekonać o naszej dobrej woli, naszej chęci współpracy. Że my nie jesteśmy żadnym wrogiem ludu, jak nas nazywają, żadnym sabotażystą, a przeciwnie potrafimy dokonać rzeczy nawet ponad siły.

Paweł czekał, nie przerywając, aż skończy.

- Niech wiedzą - mówił Rukowski - że chcemy szczerze brać udział w produkcji, nie uchylamy się od obowiązków obywatelskich. Tylko w ten sposób ich krzywdzący stosunek do nas ulec może zmianie. Zobaczy pan, na przyszły rok to się wszystko ułoży. Ja wymiotłem u siebie całe zboże ze spichrza, zebrałem resztkę pieniędzy, brakowało, to sprzedałem biżuterię żony, a nawet futro; pojechałem po wsiach, skupiłem trochę wszędzie, gdzie się tylko dało, gdzie jeszcze mogłem coś znaleźć, wyprosiłem nawet i, proszę pana, dostarczę im wszystko, czego żądają, do ostatniego kilo! No, a ten wariat - i znowu wskazał w kierunku dawnego wygonu - ten wariat powiada, że jak tyle żądają, to on nie da ani jednego ziarnka! Cóż poradzić z głupcem?!

- A ja chciałem właśnie kupić u pana kilka pudów owsa...

- Kochany mój, nie dziś, nie dziś. Widzi pan, jak się składa. Ja bym rad, no, ale cóż począć... - Rozłożył ręce. Grunt - tylko nie martwić się. Damy radę, powiadam panu.

- To fatalnie - mruknął Paweł.

- Nic fatalnego nie ma. Głowa do góry! Właśnie mówię panu, że zaczynają bić Hitlera na Zachodzie!

- Przyznam się - odparł Paweł kwaśno - że mnie więcej obchodzi, co się dzieje na Wschodzie niż na Zachodzie.

- Ach, jakże pan takie rzeczy może mówić! Od zwycięstwa nad Hitlerem zależy...

- Mnie pud owsa potrzebny, a pan mnie pobitym Hitlerem pociesza.

Rukowski zniżył głos, choć nie było żywej duszy wokoło: - Sowiety przejdą do naszego obozu. Oni sami zaczynają już przejrzewać, że tak nie można dalej. Ale my nie powinniśmy uchodzić za czarne owce ani w ich oczach, ani w oczach Europy. Nam trzeba pójść im trochę na spotkanie. Ot, co.

- A siana pan też nie ma?

- Nie, kochany. Zostawiłem sobie ledwo kapeczkę, a i to kwaśne... A zresztą trzeba się liczyć z nastrojami, proszę pana. Niech pan weźmie na przykład, mój Józio, kochany chłopiec, naturalnie brzdąc jeszcze, co mu tam, czternaście lat dopiero, ale, powiadam panu, ja mu się przysłuchuję i... Wie pan, że jemu dużo rzeczy się podoba, on się wciąga. I pod pewnymi względami ja mu nawet przyznaję rację. - Ujął Pawła pad ramię podprowadzając kilka kroków. - Tym bardziej, proszę pana, sam pan chyba przyzna, kochany, że w ostatnich czasach znacznie się uspokoiło. O nowych aresztowaniach prawie nie słychać...

Tak, Paweł musiał przyznać, że się uspokoiło, i wielu, nie tylko Rukowski, zaczęło bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość.

- Niech mi pan wierzy, kochany panie Pawle, jesteśmy w przededniu zupełnej normalizacji stosunków.

Nagle zatrzymali się obaj uniósłszy głowy i przesłaniając oczy rękami patrzyli w górę. Po niebie, nad ziemią pokrytą jeszcze śniegami, leciały pierwsze bociany.

Zaczynała się wiosna 1941 roku.


XXII


Wprowadzenie czasu moskiewskiego w kraju było niewątpliwie dużą anomalią. Dotychczasowa różnica dwóch godzin wynikała nie z różnic politycznych, a zwyczaju i zachowania się słońca. Utarło się bowiem, że wkracza ono do Europy przez łańcuch Gór Uralskich i gdy przychodzi do Moskwy, robiąc tam ranek, ma jeszcze długą drogę przed sobą zanim dosięgnie zachodnich połaci b. Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jest to droga wytknięta przez klęskę Napoleona, ale słońce robiło ją codziennie w czasach o tyle wcześniejszych, że nikt nie może twierdzić, jakoby kiedykolwiek mogło być inaczej. Borodino, Możajsk, Wiaźma, Smoleńsk, w poprzek Berezyny, Mińsk, a stąd Czarnym Traktem, wysadzanym podwójnym szpalerem wielkich brzóz. Gdy w Moskwie w gmachu przy placu Dzierżyńskiego pod numerem 2, to znaczy w Ludowym Komisariacie Bezpieczeństwa Państwowego, pracowano już przy pełnym świetle dziennym, w dalekim kraju, świeżo wyzwolonym spod jarzma kapitalistycznego, ledwo zaczynało świtać.

Naczelnik 3 oddziału 4 wydziału centrali NKGB w Moskwie, starszy lejtenant bezpieczeństwa państwowego Rudaków, wchodząc do pokoju z pliką papierów, zamknął za sobą szczelnie drzwi i powiedział do maszynistki:

- Proszę przygotować się do pisania.

Maszynistka wkręciła arkusz ruchem machinalnym i nie odwracając głowy, spytała:

- Jak zawsze?

- Tak. W rogu na prawo.

Wystukała: "Ściśle tajne." Za czym: tik-tik-tik-tik-tik... podkreśliła i czekała.

- Po środku, proszę. Podkreślić: "Instrukcja" (tik-tik-tik-tik...) Dobrze. Dalej od nowego wiersza, też po środku, małymi literami: "O sposobie przeprowadzenia operacji wysiedlenia elementu antysowieckiego z Litwy, Łotwy i Estonji." Pod spodem: jedynka, punkt. "Ujęcie ogólne".

Punkt. Podkreślić. Od nowego wiersza, z normalnym odstępem. Tekst. Proszę pisać.

Maszynistka spojrzała bokiem w okno, przekrzywiła głowę i zmrużyła mimo woli lewe oko. Słońce z tej strony dokuczliwie trafiało w źrenicę.

- Chwileczkę, czy mogę przesunąć firankę?

- Proszę. - Rudakow skrzypiąc butami przeszedł się po pokoju, trzymając papiery w ręku. - Już? Dobrze.

"Wysiedlenie elementu antysowieckiego z republik nadbałtyckich..." - dyktował.

- Nadbałtyckich - dużą literą?

- Małą - "jest zadaniem o wielkiej politycznej wadze. Właściwe przeprowadzenie akcji zależy od tego..."

Wprawne ręce maszynistki biegły po klawiaturze ze wzrastającą szybkością. W równych odstępach dzwonił dzwoneczek, stukała przekładnia.

"...przy tym należy wyjść z założenia, aby operacja przeszła bez hałasu i paniki, tak iżby nie dopuścić do żadnych wystąpień i innych ekscesów, nie tylko ze strony wysiedlanych, lecz również ze strony pewnej części ludności otaczającej, wrogo usposobionej względem władzy sowieckiej."

Od nowego wiersza, proszę.

"...trafnie oceniając sytuację, wykonawcy mogą i po winni stosować wszelkie decyzje, skierowane do tego samego celu: aby bez hałasu i paniki wypełnić zadanie".

Punkt drugi: "Sposób instruowania". Podkreślić.

"Instrukcje dla operacyjnych grup powiatowych trójek winny być udzielone nie wcześniej jak dnia poprzedniego w możliwie krótkim terminie poprzedzającym akcję, z jednoczesnym uwzględnieniem czasu niezbędnego na przyjazd na miejsce akcji..."

Rudakow chodził wciąż po pokoju poskrzypując butami i nowym pasem. Zatrzymał się, gdy maszynistka zmieniła drugi arkusz, patrzył, jak wkłada kalkę, dyktował:

"Powiatowe trójki zawczasu przygotowują niezbędne środki transportowe, celem przerzucenia grup operacyjnych do wsi..."

Od nowego wiersza.

... Krótko opowiedzieć, kim są wysiedlani, że wrogami ludu i narodu sowieckiego, a zatem..."

Przy zakładaniu następnej kartki Rudakow siadł za biurkiem, zapalił papierosa i chowając zapalniczkę domowego wyrobu dyktował dalej: "Punkt czwarty".

"Sposób dokonania wysiedlenia... Po przybyciu na miejsce, grupy operacyjne nawiązują kontakt z (zachowaniem niezbędnej konspiracji) z miejscowymi przedstawicielami władzy...

... Akcja rozpocznie się z nastaniem świtu. Wszedłszy do domu wysiedlanego, starszy grupy operacyjnej zgromadza całą rodzinę do jednego pokoju, zachowując przy tym środki ostrożności...

... Wysiedlanym pozwala się zabrać ze sobą rzeczy codziennego użytku, nie więcej jednak niż 100 kg na rodzinę...

... Wszystkie osoby, które w trakcie przeprowadzanej akcji zajdą do domów wysiedlanych, podlegają zatrzymaniu...

... Jeżeli w trakcie akcji wokół domu wysiedlanego zaczną się zbierać mieszkańcy wsi, należy im zaproponować, aby się rozeszli do domów, nie dopuszczając do utworzenia tłumu...

... Działać należy w każdym wypadku twardo i zdecydowanie, ale bez wytwarzania hałasu i paniki. Odbierać..."

- Chwileczkę - powiedziała maszynistka. - Koniec strony.

Rudakow czekał, postukując ołówkiem po blacie stołu. Następnie przedyktował pięć wierszy i znowu wstał, aby się przechadzać tam i z powrotem.

"Reguły rozdzielenia rodziny od głowy rodziny". Punkt. Podkreślić. Od nowego wiersza.

- Przepraszam bardzo, ja chciałam jeszcze raz poprawić firankę.

- Co wy dziś, Mario Siergiejewno, z tym słońcem?

- Szybko idzie. Wiosna już... - spojrzała po raz pierwszy na dyktującego. Rudakow się nie uśmiechnął. - Przepraszam - powiedziała siadając i wyciągnąwszy przed siebie ręce na klawiaturze, jak pianistka gotowa do wzięcia akordu, czekała.

"Wobec tego, iż duża ilość wysiedlanych powinna być aresztowana i rozmieszczona w specjalnych obozach, a rodziny ich skierowane zostaną gdzie indziej, do specjalnych miejsc osiedlenia w odległych okręgach, przeto należy akcję wysiedlania rodzin, zarówno jak głów rodzin, dokonać jednocześnie, nie uprzedzając nikogo o mającym nastąpić rozdzieleniu...

... Doprowadzenie na dworzec kolejowy odbywa się nie inaczej jak w dzień, dla uniknięcia wszelkich niespodzianek, i na wspólnym dla całej rodziny środku lokomocji, a dopiero na dworcu głowę rodziny, pod taktownym pretekstem, umieszcza się w specjalnym wagonie...

... W czasie pakowania rzeczy w mieszkaniach wysiedlanych, należy uprzedzić głowę rodziny, ażeby swoje osobiste rzeczy układał do innej walizki, pod pretekstem, że mężczyźni podlegać będą inspekcji sanitarnej oddzielnie od kobiet i dzieci."

- Już?

- Tak jest: "i dzieci".

Rudakow spojrzał na zegarek, podyktował jeszcze dwie stronice, zawierające punkt 6: "Reguły konwojowania wysiedlanych" i punkt 7: "Reguły przy ładowaniu do wagonów".

--------------------

- Wszystko. Teraz odstęp i dużymi literami: ZASTĘPCA LUDOWEGO KOMISARZA BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWOWEGO ZWIĄZKU SOCJALISTYCZNYCH REPUBLIK RADZIECKICH, KOMISARZ BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWOWEGO 3 STOPNIA -

SIEROW

- Dobrze. Dziękuję. - Wyszedł zabierając ze sobą okólnik do podpisania.


XXIII


Hukanie sów podobne jest czasem do dalekich odgłosów lokomotywy. Dlatego, być może, śniła mu się płaszczyzna szyn rozległej stacji kolejowej, migocąca w świetle latarni: zbiegające i rozbiegające tory, czerwone i zielone sygnały... Hu-huhu! odjeżdżał jakiś parowóz w bardzo daleki, nieznany kraj, ale zanim znikł w ciemności snu o wyjeździe, inny głos, urywany, przykry, natrętny, zły, przebiegał w poprzek różnokolorowych semaforów i wdzierał się pod czaszkę...

- Pies strasznie szczeka! Pies szczeka strasznie! Wstawaj, ja tymczasem zobaczę, kto. - Marta narzuciła swoim zwyczajem kożuch na koszulę, wsadziła bose nogi w walonki i wybiegła. Gdy stuknęła drzwiami, sowa siedząca na szczycie dachu zleciała bezszelestnie i znikła w mroku. Zaledwie świtało. Przy furtce stał Drużko, przewodniczący sielsowietu.

- Mąż jest? - spytał.

Marta spojrzała na drogę: Drużko był sam.

- Zaraz.

Stało się tak jak co roku: śniegi zaczęły złazić z pochyłości nachylonych ku południowi i z łysych wierzchołków wzgórz, ale na drogach było jeszcze mokro i leżały resztki lodu, mocno uklepanego przez płozy sań.

- Co za sprawa? - spytał Paweł, dochodząc płotu i wzdrygając się z zimna.

- Obywatela wzywają do gminy. Proszę stawić się obowiązkowo dziś nie później godziny jedenastej.

- Po co?

- Nie wiem. Wczoraj późno przykazali. Obowiązkowo. - Oddalając się od furtki, Drużko podrzucił głową w kierunku zaróżowionego na wschodzie nieba i dodał: - Ot, i wiosna.

- Aha, wiosna - odparł Paweł.

Marta, skoro już raz wstała, zaczęła rozpalać ogień w kuchni na śniadanie. - Czego chciał? - zapytała.

Paweł minął ją, wszedł do pokoju, siadł ciężko przy stole i dopiero stąd odpowiedział:

- Wzywają.

Czekał kilka sekund. Milczenie. Wtedy zaczął patrzyć przez okno na ogród. Po raz pierwszy od dłuższego czasu niebo było bez chmurki. Słońce zaczęło wstawać wprost nad żywopłotem bezlistnych o tej porze akacji, tuż za młodą brzózką, która była już w pączkach. Opodal leżała porzucona łopata, na której perliła się teraz rdzawa wilgoć. Rozkopana ziemia była czarna i też wilgotna. Marta w tym miejscu chciała założyć grzędę inspektową, przykrywając ją starymi ramami okien.

- Co chcesz tam posadzić? - Paweł usłyszał własny głos i zdziwił się mu. Po chwili dopiero Marta odezwała się z kuchni:

- A ty myślisz, że po co oni mogą wzywać?

- Nie wiem.

- Drużko nie mówił?

- Nie.

Milczeli do siebie poprzez otwarte drzwi z pokoju do kuchni, nie widząc się wzajemnie. Upłynęła dłuższa chwila.

- Słuchaj... - powiedziała Marta. - Możebyś nie szedł?...

Czekał na te słowa, ale zanim zrozumiał ich treść, poznał intonację: wypowiedziane były bez przekonania, zdawało mu się nawet, że z wymuszeniem. Wtedy pomyślał: "Stało się. Muszę iść. Pójdę".

- Do... sielsowietu czy do gminy?

- Tak. Do gminy. Uhum. - I nagle strach i żałość zaczęły mu ściskać gardło. Co by dał, żeby można było odwrócić bieg wydarzeń tego ranka! Rozmiękła ziemia nie pozwalała na wyjazd ani saniami, ani wozem. Wziąłby się więc za łopatę i na przykład pomagał kopać Marcie grzędę...

- Wiesz... naprawdę... Trzeba by się zastanowić... - zaczęła znów Marta.

- Nad czym? - przełamał się, by odpowiedzieć spokojnie, ale jednocześnie poczuł, że nie potrafi obronić się złej myśli: "Ona się boi, że mógłbym nie pójść". Bo nie pójść na wezwanie oznaczałoby ukrywać się, od zaraz, od już. To byłby już koniec dotychczasowego życia.

Marta, krzątając się w kuchni, potrąciła i omal nie wylała pełnego wiadra z jadłem dla świń, przygotowanym jeszcze z wieczora. Zabrała je i wyszła do chlewu. Po prostu czuła potrzebę ruszenia się z miejsca.

Od wczoraj w specjalnym odgrodzeniu siedzi na jajach kokoszka. Patrzy sztywnym okiem i nastrasza pióra. - "No, i czego się boisz?" - mówi do niej Marta, a u niej samej ręce drżą i serce kołacze nierówno. Gdy powróciła do kuchni, Paweł wypowiedział zdanie, które zapewne podczas jej nieobecności sobie przygotował, bo tonem sztucznie obojętnym:

- Tysiąc rzeczy mogą chcieć w gminie. Oczywiście. Czy to koniecznie ma znaczyć, że... Mogą na przykład... - ale żaden przykład właśnie nie przyszedł mu na myśl.

- A nie sądzisz, że jednak Karol, mimo wszystko, jaki on tam jest, że gdy mówił, że zrobił wszystko, żeby nas nie ruszano... - Nie dokończyła. Paweł potraktował jej słowa za wyraz hypokryzji i przerwał z rozdrażnieniem:

- Co za idiotyzm! I ty chcesz powiedzieć, że wierzysz w możliwość protekcji w NKGB?! Tak?!

Nie odpowiedziała.

Ogolił się i ubrał spokojne. I dopiero, gdy miał odchodzić, znowu coś na kształt tamowanego szlochu w gardle przeszkodziło mu mówić. Zdołał jedynie wykrztusić:

- Do widzenia, Martuś...

Chciała go objąć za szyję, ale ręce miała ubabrane od roboty. - Poczekaj! - i odwróciła się raptownie, nalała wody do miednicy, ale zamiast myć ręce, pochyliła się nad nią, nisko, nisko, ukrywając twarz: "Byle się nie rozpłakać!" - Tymczasem Paweł nie czekał; kroki jego oddalały się, ale je jeszcze było słychać. Oderwała się od miednicy, wybiegła za nim przez podwórko, do furtki, na drogę.

- Paweł! Paweł!

- Co?! - odkrzyknął przystając.

- Paweł, a może? może chociaż? ja z tobą pójdę?

- Ach, nie zawracaj głowy! Pilnuj domu. - Odszedłszy kilka kroków, pożałował swych słów, zatrzymał się, odwrócił i zawołał: - A nie zapomnij dać koniowi owsa w południe. Pół miary, bo nie pracuje! Słyszysz?!

Marta, prawie zawsze samotna w domu, miała się już czas przyzwyczaić do częstszego obcowania ze zwierzętami niżeli z ludźmi. Przedwczoraj przyleciały szpaki. Najstarszy z nich nie pamiętał tak jeszcze spóźnionego kwietnia, jak w tym 1941 roku. O żadnym lataniu i zjadaniu pędraków za pługiem oracza nie mogło być mowy. Skakać pomiędzy wysterczającymi ze śniegu, oślizłymi skibami i szukać, czego się na pewno nie znajdzie, to zwyczaj godny gawronów, dla których każda rzecz na ziemi i na niebie nazywa się jednako: "kraa?" i "kraa!" Zdumiewające ubóstwo ich języka, tłumaczyć by można zasiedzeniem, parafiańszczyzną, która cechuje na przykład wrony i kawki; ale gawrony są przecież ptakami też przelotnymi, które pod swoimi skrzydłami pozwalają przesuwać się ziemi z północy na południe i z południa na północ: lasy, pola, rzeki, wieże kościelne, ubogie podwórka, twarze ku niebu obróconych drzew, wstęgi szos, kupy śmieci koło dworców kolejowych, pod słońce migające szyny i znów lasy, znów łąki? Jednym słowem, kraje całe, różnorodne, okupowane i nieokupowane, łachy piaszczyste przy jeziorach, obce zachody i wschody słońca? jakżeby to wyrazić po ichniemu: wielką przestrzeń i wielką wolność: "kraa? kraa?" Tej jednostajności wysłowienia szpak nigdy nie zdoła pojąć. O tak pięknym świcie wiosennym, jak dziś, wzlatuje na najwyższą gałązkę najwyższego świerku, pod którym stoi psia buda, zadziera głowę i trzepocąc w takt skrzydełkami z podniecenia opowiada Marcie wszystko, co widział i o czym pamięta właśnie, że zasłyszał w ciągu ostatniej podróży. Opowiada szybko, bezładnie, ciągle bije skrzydełkami po bokach i często łże. Tak więc na południu śpiewał już słowik: "Klask, klask?", a oto kukułka, a oto gwizd parowozu; krzyk jastrzębia, długi i przeszywający nerwy, a później ni to wiosenne bębnienie dzięcioła, ni to zasłyszany terkot karabinu maszynowego; wołanie sojki, wołanie człowieka, człapanie kopyt po bruku i znów trele: tak śpiewa kanarek w otwartym oknie dalekiego stąd domu, het, na mieszczańskiej ulicy, gdy wiaterek ledwo raczy poruszać firanką; przy okazji głos fortepianu, który rozchodzi się między żywopłotami dzielącymi ogródki, gdzie kwitną róże i na kijach tkwią różnokolorowe kule niewybrednego gustu ludzi, rozmiłowanych w ciasnych nawykach własności prywatnej? Samka zasłuchana siedzi przed domkiem na ukośnej gałązce, jedna łapka wyżej, druga łapka niżej i tylko główkę przekrzywia. Marta zasłuchana kopie i przesiewa czarną ziemię pod projektowane inspekty, od czasu do czasu wyprostowując się i zakasanym rękawem ociera pot z czoła.

W ten sposób mijają ranne godziny. Później ktoś szedł drogą. Marta podnosi głowę, uświadamia sobie, że byłoby za wcześnie? Kroki minęły, zacichły. Szpak przestał opowiadać i poleciał sobie. Marta odrzuca łopatę, wraca do domu. Na progu spotyka ją kot szerokim ziewaniem, wstaje leniwie, przeciąga się; wróble na ten jego ruch wołają ostrzegawczo: "Terr, terrrr!..." Kot patrzy na nie, jakby wzruszał ramionami z pobłażliwym lekceważeniem, i ociera się o nogi Marty. Koń dostał w południe pół porcji owsa. Słońce stoi wysoko i zaczyna zwolna mijać.

Tak omija domy ludzkie szczęście i nieszczęście.

Na płycie kuchennej rozmawiają ze sobą bulgotem, gestykulując parą wydobywającą się spod pokrywy, dwa garnki: jeden wielki z kartoflami dla świń, drugi mały z kartoflami na obiad dla Marty i - Pawła? Ale Paweł nie wraca, a Marcie nie chce się jeść. Odlewa wodę, a odstawiając garnek i cofając się od płyty następuje kotowi na łapkę. Na jego wrzask odpowiada z rozdrażnieniem:

- Psiik! Zawsze musisz być pod nogami! - Były to pierwsze słowa, które wypowiedziała od wielu godzin. Później cienie zaczynają się wydłużać: szczyt dachu stajennego sięga prawie psiej budy. "Jak ją dosięgnie zupełnie", postanawia w duchu Marta, ale zapomina. "Jak wierzchołek świerku dojdzie do płotu". Doszedł. Ale jeszcze dużo rzeczy trzeba zrobić w domu. Więc: "Jak wierzchołek tamtej sosny osiągnie leżącą cegłę". Czas płynie. Wierzchołek sosny nie osiągnął cegły i nie osiągnie jej nigdy, bo układa się bokiem. Co robić? Godzina piąta po południu.

W ten sposób upłynął pierwszy w tym roku prawdziwie wiosenny dzień. Marta czekała do późnej nocy, a później zasnęła nie rozbierając się.

Następnego ranka zadzwoniła do gminy. Po dłuższych pertraktacjach odpowiedziano jej, że takiego tu nie było. Wracając przechodziła koło domu Wincentego Rojkiewicza i zupełnie odruchowo pchnęła furtkę. Rojkiewicz lazł w tej chwili po drabinie na strych stajni i z wysokości odezwał się pierwszy:

- Dzień dobry.

- Czy żona wróciła? - zapytała Marta nie odpowiadając na pozdrowienie.

- Żona?... - zdziwił się. - Nie. Nie ma jej. Pojechała i nie wróciła jeszcze.

- Ach, jeszcze nie... - powtórzyła Marta jak we śnie i wyszła, zapomniawszy zamknąć za sobą furtkę. Rojkiewicz patrzył za nią jakiś czas, po czym wzruszył ramionami i poszedł po drabinie w górę.

Marta, zrobiwszy kilka kroków, zapomniała była, czemu właściwie pytała o Weronikę. Skupiwszy całą siłę woli szła do domu, starając się sobie wyobrazić, że podczas jej nieobecności wrócił Paweł. Będzie siedział na schodach zły, że zastał drzwi zamknięte, i zamiast ją powitać, zapyta:"Gdzieś tak długo przepadała?" - Niech tak będzie, niech tak będzie - powtarzała sobie w duchu.

Na schodach siedział kot, a nad nim wisiała ciężka kłódka, koloru rdzawożelaznego, na którą Marta, wychodząc, zaniknęła drzwi i klucz od której trzymała w tej chwili w ręku.


* * *


Zanim Paweł przemierzył długą drogę do gminy, miał czas uświadomić sobie w całej pełni, iż nadzieja, że został wezwany tylko w jakiejś błahej sprawie, nie opuszcza go ani na chwilę. "Okaże się na przykład, że zapytają o dokładny obszar gruntu, który posiadam; albo kubaturę domu, albo stopień wykształcenia" - tak myślał i przyśpieszał kroku; "albo inną jakąś formalność niezbędną do wypełnienia jakiegoś kolejnego kwestionariusza". Zbliżając się do budynku gminy był już prawie zupełnie spokojny i dlatego nagłe skierowanie do towarzysza Raczenki przeraziło go, ale było już zapóźno na cofnięcie decyzji.

Raczenko na widok wchodzącego wstał, kiwnął mu uprzejmie głową i powiedział do obecnych w pokoju chłopów: "Zaczekajcie, ja tu mam z towarzyszem jedną sprawę do omówienia". Obecni z szacunkiem spojrzeli na Pawła. Raczenko, wciąż uśmiechnięty, wprowadził go na korytarz i zastanowił się: "Gdzieżby tu można spokojnie porozmawiać?..." - Otworzył jakieś drzwi boczne, ale tam siedzieli ludzie. - "Zaraz, to może wyjdziemy się przejść, pogoda ładna". Paweł kiwnął głową i nabrał otuchy. Wszystko dalsze odbyło się w tempie przyśpieszonym: poszli szosą, stąpając mimo woli noga w nogę, a Raczenko grzecznie rozpytywał o pracę, o warunki życia, o stosunki rodzinne Pawła... Jednak bez wyraźnego zainteresowania, a raz nawet przesłonił usta w dyskretnym ziewnięciu. Paweł odpowiadał lakonicznie, zaskoczony, zastanawiając się, do czego tamten zmierza. W tej chwili nadjeżdżało z tyłu auto. Paweł cofnął się instynktownie, aby uniknąć ochlapania błotem... Ale auto z raptownym zgrzytem hamulców zatrzymało się przy nich. Raczenko urwał jakieś zdanie w pół słowa, zawrócił się i odszedł bez pożegnania.. Natomiast z auta wyskoczył młody człowiek w skórzanym, rozpiętym na brzuchu płaszczu, spod którego przezierał pistolet na pasie. Wicherek blond włosów wyłaził mu spod czapki. Był to Zajcew.

- Siadajcie - powiedział, mrużąc w uśmiechu niebieskie oczy. - "Koniec!" pomyślał Paweł i siadł na tylnim siedzeniu obok Zajcewa. Pojechali do miasta. Kwadratowe plecy szofera płynęły przed nim na nierównościach szosy; krajobraz uciekał szybko wstecz. - "Koniec", powtórzył jeszcze raz w myślach i poddał się zbawczej apatii.

Okna pokoju nr 208 w głównym gmachu NKGB wychodziły na boczną ulicę. Na podeschniętym bruku dzieci bawiły się w piłkę i ich głosy dochodziły stamtąd wyraźnie. Posadzono Pawła na krześle przed małym stolikiem i zaczęły płynąć długie godziny badania. Nie odczuwał ani zmęczenia, ani głodu, ani chęci snu, ani nawet chęci wstania z tego krzesła. - "Jakże mógł się tego nie spodziewać, jak mógł zlekceważyć? ...Szedłby sobie w tej chwili wolnym lasem..." Pochłonięty całkowicie tym bolesnym uczuciem zawodu w stosunku do samego siebie odpowiadał machinalnie, prawie nie dobierając słów.

Dopiero po długim szeregu oskarżeń, które wytoczył Zajcew, a które nie wymieniały ani nazwiska Tadeusza Zakrzewskiego, ani żadnego z jego pseudonimów, ani nikogo z osób bywających w pralni lub związanych w inny sposób z całą aferą, jednym słowem - wyraźny brak koordynacji w zarzutach przywrócił elastyczność napiętym nerwom Pawła. "Nic nie wiedzą" pomyślał z ulgą i nagle postanowił się bronić. Nie żeby wierzył w skuteczność obrony, nie żeby miał nadzieję na wypuszczenie, ale by się bronić dla zasady, dla samego siebie. Przypomniała mu się sytuacja największego niebezpieczeństwa podczas bitew, w jakich bywał na wojnie, gdy człowiek nie walczy już ani o sprawę, ani o miłość ojczyzny, ani o godność sztandaru, ani o honor, ani nawet o nadzieję... Po prostu walczy o siebie i dla siebie. W mózgu ma pustkę, w sercu pustkę, ważne pozostają tylko ruchy zewnętrzne. Tak czy inaczej, wszystko przepadło, pozostało jedynie zachować siebie do końca. Spokojnie, z rozwagą parować ciosy, przechodzić do natarcia, oburzać się, protestować, bić ich własnymi argumentami. I Paweł zapomniał o całym otaczającym go świecie, nie słyszał już więcej głosów dziecinnych za oknem, a cały skoncentrował się w jednym: w walce.

- Wróg, wróg! - powtarzał Zajcew.

- Dlaczego "wróg"? - zapytał Paweł. - Furmanem jestem, nie wrogiem.

- A dlaczego wy jesteście furmanem? Hę? Czy nie dlatego, że nie chcecie teraz pracować w swoim zawodzie? Co?

- A co to złego być furmanem? Taki sam zawód, jak każdy inny. Już gdzie, jak gdzie, ale przynajmniej w Związku Radzieckim należałoby się spodziewać szacunku dla fizycznej pracy!

- Ty...! - zakrztusił się Zajcew. - My ciebie... nauczymy prawdziwego dla pracy szacunku! U nas dla takich kontrrewolucyjnych burżujów specjalne uniwersytety są, wiesz ty gdzie? W łagrach!

- Nie jestem burżujem. Jestem furmanem.

- Ojciec był kim?!

- Robotnikiem - odpowiedział spokojnie Paweł, patrząc Zajcewowi wprost w oczy. Zajcew stropił się lekko, lecz nie protestował.

- Nic nie wiedzą - pomyślał znowu Paweł.

- Więc dlaczego nie pisujecie w tutejszej prasie? Co?

- Bo ja tak nie potrafię.

- Jak: tak?!

Wszedł Kopyłow. Głowę miał jeszcze obandażowaną od ciosu zadanego mu podkutym butem w twarz. Przysłuchał się milcząc, wyjął paczkę papierosów, z napisem: "Teatralne. Jawa-Moskwa" i poczęstował. Paweł zaciągnął się namiętnie.

- Czy wy możecie powiedzieć, że jesteście zadowoleni z własnego losu?

- Nie w tej chwili - odparł ironicznie Paweł.

- Zostawmy ironię na boku - powiedział Kopyłow, opierając się o poręcz krzesła. - Ale tam - podrzucił głową w kierunku okna.

- Jestem zadowolony.

Kopyłow pokiwał pobłażliwie bandażem na twarzy.- Spójrzcie na wasze ręce. Są czarne od roboty. A mieliście kiedyś białe. Więc jak możecie mówić, że jesteście zadowoleni? Ech, wy... - poklepał Pawła dobrodusznie po plecach i odwrócił się.

W tej chwili otwarły się drzwi i wszedł naczelnik Miedoczkin. Kopyłow się wyprostował, Zajcew wstał. Miedoczkin podchodził powoli.

- Za granicą bywaliście?

- Tak.

- Gdzie?

- Hm, na przykład w Paryżu.

- Po co?

- Na przykład na międzynarodowej wystawie...

- Co tam robiliście?

- Oglądałem pawilon sowiecki.

- A wy... - wycedził - a wy pawilon... sowiecki na Sołowkach widzieliście? A?!

- Jeszcze nie.

- Dwanaście lat będziecie go oglądać. Tam jego! - krzyknął. - Twarzą do ściany! - I zwracając się do wartowników stojących w progu: - Wy, towarzysze, strzec mi tu tego wroga ludu!

Urzędnicy poszli na obiad. Paweł w dalszym ciągu zupełnie nie odczuwał głodu.

Płynęły godziny. Zapadał zmierzch. Zwrócony twarzą do ściany poznał w zasięgu swego wzroku jej chropowatość, stare pęknięcia, każdą najmniejszą rysę. W jednym miejscu dostrzegł odbicie w wapnie skrzydełka muchy. W przyległym, 209 pokoju, przez wpółotwarte drzwi dochodził opanowany głos Greczannikowa. Badał chłopa, sądząc z głosu, starszego już wiekiem. Mówili o jakimś rzuconym granacie. "Za dwieście lat", myślał Paweł, "będzie o mnie mniej wiadomo, niż ja wiem o tej musze, która tu kiedyś przylgnęła

do wapna i odbiła swoje skrzydełko. Co wart jest dzień dzisiejszy..." - Mówili o rzuconym granacie w nocy; padały nazwy znajomych miejscowości. Paweł słuchał. Nie ulega wątpliwości, że to musi być ojciec tego... Jakże nazywał się ten chłopiec? Kościa! Tak. Tak go nazywano. Paweł słuchał i nie dziwił się wcale. Nie był nawet ciekaw. Dlaczegoś wydawało mu się to zupełnie naturalne. We śnie też wiele rzeczy wydaje się zupełnie naturalne. Nie, nie wstanie i nie oświadczy, że on wie coś o tej sprawie, że stary chłop jest niewinny. Nie zrobi tego, tak jak nie można zrobić, aby we śnie poprzestawiać kolejność wypadków. Jego sen, Pawła, to jest on sam, on, który tu tkwi twarzą do ściany i walczy za siebie, za nikogo więcej. A gdyby się obudził i powiedział? Powiedział prawdę? Wieleż innych ludzi musiałby później wydać, wiele nazwisk, wiele miejscowości wymienić... Mój ty, Boże!..

- Kto zachodził jeszcze, kto przyjaźnił się z waszym synem? No, mówcie wreszcie! Nie bałboczcie tam językiem pod nosem! Prędko! - Greczannikow zaczął tracić zimną krew.

- Stasiek... - Chłop, widocznie już wielokrotnie badany, zaczął złamanym głosem.

- Jaki Stasiek?!

- Wilamowiczów Stasiek.

- Gdzie zamieszkały?

- Także samo w Słobódce.

- Kto jeszcze, prędzej!

- Ignaś...

- Ignasia już mówiliście. Inni, cała organizacja!

- Na konto organizacji, to ja... nic takiego, żeby wiedzieć...

Słychać było, jak Greczannikow wstał; szurganie nóg, cios i płacz starego: - Boże-sz ty mój! Za co! Panie śledczy, towarzyszu... Oj oj oj! Nie po głowie, nie po głowie...

- Prędzej!

- To chyba jeszcze Feluś... Feliks, znaczy Chlebowiczów.

Minęła właśnie szósta godzina po południu. Wrócił Zajcew w dobrym humorze, zamknął drzwi do przyległego pokoju, zasiadł za biurkiem zacierając ręce i kazał Pawłowi zająć stare miejsce na krześle przy stoliku. Potoczyła się znów monotonna litania zarzutów i odpowiedzi. Paweł bronił się, nawet podnosił głos. Zarzucano mu właściwie wszystko: kontrrewolucyjną działalność, agitację, szpiegostwo, ale nic z tego, co popełnił był naprawdę. Widoczne było, że Zajcew nie ma wiary w konkretność tych zarzutów, a tym samym większego zainteresowania dla odpowiedzi. Coraz rzadziej krzyczał, ziewał ukradkiem, zmieniał pozycję na fotelu, po kilku godzinach czuł się zmęczony nie mniej od Pawła. Wtedy na zmianę przychodził Kopyłow. Zrobiło się ciemno i zapalono żarówki. Paweł zapadał w odrętwienie i w pewnej chwili nawet nie zauważył, że przed nim nie ma nikogo. Ocknął się. Przy bocznym stole siedział Czemodanow i dyktował w telefon niekończące się nazwisku i miejscowości. Odkładał słuchawkę, a po chwili znowu: ..Dajcie mi sto trzy. Sto trzy? Proszę przyjąć..."

Cóż to byli za ludzie, których Czemodanow wymieniał przez telefon ... Była noc.

Nagle ktoś położył rękę na ramieniu Pawła i ten obudził się z drzemki.

- Ech - zażartował szyderczo Kopyłow - sami nie śpicie i innym spać nie dajecie. - Podszedł do swojego biurka i zabierając się do pisania pytał od niechcenia: Ile lat pracowaliście na szkodę Związku Radzieckiego?

- Wam się zdaje - odpowiedział sennie Paweł - że w państwach pozasowieckich nikt niczym innym się nie zajmuje, tylko zwalczaniem Sowietów...

- Nie nikt, tylko: nie nikt! Masy wszędzie są za nami!

- Niech będzie, że są.

- Tylko tacy, jak wy...

- Myśmy mieli też wiele innych tematów prócz tego jednego.

- Kto: myśmy? Nazwiska! - Głos Kopyłowa brzmiał tym razem sucho i rozkazująco.

- Jakie nazwiska? - ocknął się Paweł. - Mówiłem "myśmy" o literatach i dziennikarzach, takich jak ja, którzy nigdy - podkreślił słowo: nigdy - przedtem nie zastanawiali się nad...fenomenem Związku Sowieckiego.

- Nazwiska tych literatów i dziennikarzy, z którymi kontaktujecie się teraz.

Paweł miał ochotę wymienić Karola i Łaszowskiego, ale zaniechał. Czuł, że nie należy niczym komplikować sprawy.

- Nie kontaktuję się z nikim. Nie mam czasu. Jestem furmanem.

- Furmanem, furmanem... - przedrzeźniał Kopyłow. - Ot, zabawia się malczyk biczykiem i zdaje mu się, że robi kontrrewolucję... Ale - zmienił raptownie intonację - przyznajcie, że kultu pracy u was takiego nie było?

- Przyznaję.

- I w literaturze takiego rozpracowania tematu od dołu, od strony każdej położonej cegły, każdego przepiłowanego pnia, każdej złapanej ryby, bo ja wiem zresztą czego... Nie było u was, prawda? Co? No, mówcie.

- Nie było.

- No, choć to przyznajecie przynajmniej - mruknął Kopyłow, poprawiając bandaż na twarzy, która mu się brzydko ropiła w miejscu uderzenia. - Tak, tak - westchnął - i ja kiedyś byłem literatem, pisałem wiersze - mówił szyderczo - a teraz piszę tragedie! Cóż wam się tedy nie podoba w naszej prasie, w której nie chcecie pracować?

- Szablon.

- Aaa... Ot, gdzie celuje, indywidualista. Wszystko to przez ten wasz przeklęty indywidualizm. Pora, pora już nauczyć się myśleć kolektywnie. - Umaczał pióro i nie zwracając więcej uwagi na Pawła, pisał. Czemodanow znowu ujął słuchawkę: "Proszę sto trzy".

Przyszedł ranek. Paweł nie ruszał się ze swego krzesła. Raz tylko wyszedł do ustępu, do którego odprowadził go Lewin, urzędnik, który zaszedł był właśnie przypadkowo dla ustalenia jakiejś formalności z Zajcewem. Zajcew powiedział doń: "Lewin, bądźcie tak dobrzy, podprowadźcie, ot... literata do wychodka".

- Furmana - poprawił Paweł.

- Niech będzie furmana.

Idąc, Paweł sięgnął mimo woli do bocznej kieszeni marynarki i nagle zbladł, i nogi się mu podkosiły w kolanach... To coś, co namacał przypadkowo, musiało być fałszywym dokumentem, którym się posługiwał podczas ostatniej podróży z Tadeuszem!... - "Jakto się mogło stać, jak to się mogło stać, powtarzał w myślach, że go nie zniszczyłem, że o nim zapomniałem... Boże, Boże, jakże to tak... A rewizji dotychczas nie robili... Ale za chwilę mogą zrobić... Wrzucę do kloaki, jeżeli się uda..." - Ale Lewin stał w otwartych drzwiach ustępu, pilnując każdego jego ruchu. Później zapytał go, czy nie wie przypadkowo, jak będzie "lipiec" po estońsku? Paweł nie wiedział.

- Po co to? - spytał

- Potrzebny. Do protokołu, który przyszedł z Tallina - i odprowadził Pawła z powrotem do pokoju 208.

Zajcew z małymi przerwami w dalszym ciągu zadawał pytania. W przyległym pokoju toczyło się znowu badanie ojca Kości. Paweł tym razem nawet się nie przysłuchiwał. Wkrótce zapomniał również o grożącej mu rewizji i kompromitującym dokumencie w kieszeni. Teraz chciało mu się spać. Tylko spać. Zajcew częstował go papierosami, to znów na przemian tłukł pięściami po stole, wymyślając od ostatnich słów. Gdy przyszła druga z kolei noc, sam zaczął drzemać. Jego niebieskie oczy zwęziły się od zmęczenia, wokół potworzyły się czerwone obwódki, co nadało im wyraz oczów starej kury.

Paweł wrócił do domu o ósmej rano, po 45 godzinach li nieobecności. Nie wchodząc do środka, usiadł na ławce pod drzewem, pogłaskał z roztargnieniem łeb psa i był rad, że Marta nie rzuciła mu się na szyję, nie płakała, nie robiła żadnych historii, a tylko przysiadła cicho obok niego. Ranek był znowu piękny, wiosenny. Paweł miał jednak wrażenie, jakby to w następnym już roku. Zapalił papierosa, a potem oparłszy się łokciami na kolanach, opuścił głowę i patrzał w rozmiękłą ziemię. Z ust czuć mu było zapach alkoholu. W pewnej chwili, nie pytany, zaczął opowiadać, jak go wypuścili:

"Dochodziła chyba godzina piąta nad ranem, coś koło tego... Zajcew wyglądał jak ta kura. Mnie już było wszystko jedno, powiedziałem, że chciałbym, żeby już mnie odprowadzono do więzienia, spać. Wyśpicie się, powiada on, 25 lat w łagrze. Mówię mu, że to wszystko jedno. Wtedy on pyta, czy wiem, czym zajmuje się NKGB? Walką z wrogami Związku Radzieckiego, odpowiadam. Doskonale, mówi. A na czym polega obowiązek obywatela Związku Sowieckiego? Na pracy. I jeszcze na czym? Mówię, że nie wiem. Dobrze wiecie! I tak dalej. Wreszcie: na demaskowaniu wrogów. No, i zaczyna się stara katarynka, wiesz".

Marta słuchała, wpatrzona w usta męża.

"Powiada, że jeżeli chcę wrócić do domu, do domu, rozumiesz?..." Urwał. "To niech podpiszę zobowiązanie "współpracy". Mnie już było wszystko jedno i odpowiadam, że: nie. Na to on mnie znowu wymyśla od wrogów. A ja mówię, że skoro jestem wolnym obywatelem Związku Radzieckiego, to jego żądanie uważam za wymuszenie. Wtedy on mówi, że ma już dość mnie i całej mojej gadaniny, że jemu zbrzydłem do rzygania, że jak chcę zgnić w więzieniu... Taką całą komedię rozgrywa, wiesz. Trzymał w ręku pióro, obsadkę, o, w ten sposób..." Paweł nachylił się, podniósł leżący u nóg kawałek drzazgi sosnowej, ujął w palce jakby pióro i wyprostował się: "O, tak, patrz..."

Marta śledziła, nie odrywając wzroku, jego ruch.

"Odchylił się ku tyłowi i rękę z tą obsadką, w ten sposób, patrz, wolno, wolniutko przeciągał za siebie w kierunku drzwi, gdzie u progu stał wartownik. Był to zupełnie naturalny ruch, jakby miał kiwnąć na niego i kazać mnie odprowadzić do więzienia. A ja siedziałem bez słowa i tylko patrzyłem w tę obsadkę. Gdy ją doprowadził do połowy wysokości... nagle cofnął rękę, zmienił się zupełnie na twarzy, bo to była taka komedia, rozumiesz? Stał się rzeczowy, podszedł, położył przede mną kawałek papieru, wręczył pióro i "piszcie", powiada. Ja myślałem, że chodzi o to samo i mówię, że nie. A on powiada: "Spokojnie, spokojnie. Trzy punkty: że nie mam prawa zmieniać miejsca zamieszkania, że na każde żądanie muszę się stawić, i że pod groźbą kary za zdradę tajemnicy państwowej nie wolno mi żadnemu człowiekowi na świecie powiedzieć, iż mnie zatrzymano i jak mnie badano." Ja podpisałem naturalnie, on kartkę schował i powiada: "Idziemy"! Poprowadził korytarzami i wypuścił. Wyszedłem na ulicę, rozumiesz?..." - Paweł umilkł i znowu zwiesił głowę. Po dłuższej chwili podjął:

"Poszedłem na dworzec. Pociągu do nas nie było. Siadłem przy stoliku. Ludzi było pełno. Muzyka gra w "Czerwonym kąciku". Dużo pijanych. Nagle podchodzi towarzystwo: jakiś młody facet, jakiś starszy pan i dziewczyna jakaś. Pytają, czy mogą się przysiąść? Proszę, odpowiadam. Wstawieni byli. Młody siada i pyta: czemu to pan taki smutny? Wtedy ja odpowiadam: wcale nie jestem smutny, a przeciwnie , bardzo szczęśliwy. Dwadzieścia minut temu wyszedłem z NKGB, gdzie podpisałem papier, że pod groźbą największej kary nie wolno mi o tym nikomu mówić. Więc dlatego mówię to panu, pierwszemu spotkanemu, nieznajomemu człowiekowi... Musiałem w ten sposób rozprężyć widocznie nerwy, rozumiesz mnie?

To wiesz, że on wstał bez jednego słowa, podszedł do bufetu, własnoręcznie przyniósł i postawił przede mną talerzyk, zakąski, kieliszek, wódkę, nalał mnie i innym i wypiliśmy..."

Zamilkł.

- Kto to mógł być? - powiedziała po chwili Marta cicho.

Paweł wzruszył ramionami: - Nie mam pojęcia. Jakiś człowiek.

- Nie, ja nie o tym. Kto, myślisz, przyczynił się do twego aresztowania?

- Ach, to mógł być każdy. - Odrzucił drzazgę sosnową, którą wciąż trzymał w palcach jak obsadkę. - Albo też nikt. Samo przez się.


XXIV


Drogi podeschły szybko. Paweł ładował drzewo z sągu na wóz w odległej części lasu, gdy gajowy idąc wielkimi krokami już z oddalenia zaczął go wymyślać za to, że zabiera drzewo nie okazawszy piśmiennego "orderu" leśnicze­go. Był to istotnie błąd ze strony Pawła. Zapomniał on bowiem, że wywiózł był już wszystkie drzewo z rewiru poprzed­niego gajowego, a numer sągu, który obecnie ładował, znajdował się w rewirze innego. Chciał mu to właśnie wytłumaczyć, gdy gajowy zbliżywszy się krzyknął:

- Musi być porządek! Drzewo z lasu zabierać, to tobie nie cudzą żonę!

Paweł nie znał go uprzednio, ale przyjrzawszy się, przypomniał: To było jeszcze w minione lato, gdy Weronika oddała mu się po raz pierwszy, w lesie wśród gęstych krzaków jagodowych, wypełniających wgłębienie, a gdy wstała była przede wszystkim zmartwiona poplamieniem swej jasnej spódniczki przez rozduszone jagody czernic. Obracała ją na sobie we wszystkie strony, oglądając plamy z tyłu i zakasując do pół uda; wykręcała głowę i tak tym zajęta, że nie usłyszała, jak w bliskości trzasnęła cicho gałązka pod czyjąś stopą. Paweł, który w tym momencie zapalał papierosa, osłaniając dłonią od wiatru ogieniek zapałki, pod­niósł wzrok i spostrzegł wówczas twarz, która mignęła między drzewami. Nie powiedział nic Weronice, tym bardziej te człowiek wydał mu się zupełnie obcy. Wtedy nie miał też na głowic zielonej czapki gajowego. Teraz poznał, że to był ten sam, a jego słowa rozzłościły Pawła. Zacisnął zęby i nie odpowiadając wrzucił następną szczapę do wozu.

- Wyłożyć z powrotem! - wrzasnął gajowy. - Już!

- Zamknij pysk! - syknął Paweł.

- Co?!!... - i gajowy zrobił krok naprzód.

Paweł ujął mały toporek, który woził ze sobą zawsze do lasu i ściskając go w prawej ręce, powiedział zduszonym głosem:

- Won. Poszedł stąd won.

Gajowy zbladł, pochylił się jak do skoku, ale w momencie gdy się spotkały ich oczy, cofnął się o krok, później o dwa, o trzy i krzyknął:

- To taaak! Z siekierą na gajowego! - zawrócił i pobiegł przez las. Cały incydent nie miał innego podkładu, jak tylko przypadkowe zetknięcie się złych humorów dwóch ludzi, którym obowiązek nakazywał wstawać o świcie do ciężkiej pracy. Gajowy wiedział bowiem dobrze, że Paweł wozi drzewo rządowe z nakazu leśniczego na stację, a Paweł wiedział, że nie dopełnił drobnej formalności, którą dopełnić był obowiązany. W innym doborze słów sprawa załatwiona by została w przeciągu kilkunastu sekund i prawdopodobnie zakończona wspólnym wypaleniem papierosów. W tym jednak obrocie rzeczy gajowy udał się wprost do leśniczego na skargę i złożył oficjalny meldunek.

Gdy tegoż samego wieczoru Paweł przyszedł do kancelarii po wypłatę, leśniczy siedział zasępiony nad wykazami i przekładał językiem papierosa z jednej strony ust do drugiej. Nad jego głową wisiał na ścianie przepisowy portret, a kancelista przy bocznym stole, śliniąc koniec obsadki, z widocznym zaciekawieniem oczekiwał na treść rozmowy, bo już słyszał o incydencie. Obyczajem tych wszystkich na całym świecie, w których władzy jest dać na siebie czekać innym, leśniczy przez dłuższy czas nie odrywał wzroku od wykazu, aż wreszcie nie podnosząc głowy, mruknął do Pawła:

- Nie ma czego w lesie hrabiego z siebie strugać. - Zdanie to nie miało wielkiego sensu, ale Paweł zrozumiał, o co chodzi.

- Ja hrabiego nie strugam - odparł - ale gajowy niech nie struga chama.

Leśniczy odłożył pióro:

- Z siekierą na gajowego... - powiedział przeciągając słowa. - Oho! Prawo leśne... - Cmoknął językiem, - Oho.

Rozczarowany kancelista, który poznał po intonacji swego przełożonego, że ten nie bierze sprawy poważnie, zobojętniał i zabrał się do pisania.

Skończyło się na tym, że Paweł wycofany został z pracy w lesie i przeniesiony do pracy przy dostawie podkładów kolejowych na lotnisko wojskowe, uzyskawszy zresztą przez to lepsze warunki materialne.

Gajowy zaszedł w tym czasie niby to mimochodem do Wincentego Rojkiewicza, ale go nie zastał. Wyjechał on gdzieś z rana i jeszcze nie był powrócił.


Z szos, z szerokich piaszczystych traktów, z większych dróg, wznosiły się tumany kurzu, leniwie roznoszone wiatrem na boki, na pola, tego roku marnie zaorane, byle jak zasiane. Kurz rozpylał się w słońcu, we dnie na żółto, pod zachód na kolor sproszkowanej cegły. Resorty planowania państwowego wydały nakaz i mimo że nastał był właśnie czas wiosennych robót rolnych wiele setek wsi wygnanych zostało na przymusowe roboty przy budowie baz wojskowych i lotnisk. Ciągnęły więc całe tabory, i były to kopyta chłopskich koni, które wzbijały owe tumany kurzu. Pokrywał on wszystko: grzywy, chrapy, rzęsy, wozy i siedzących w nich ludzi. Gdyby nawet chcieli, jadąc, śpiewać na radość z wyzwolenia, nie mogliby tego czynić inaczej, jak tylko spluwając co strofkę brudnym pyłem, który im lazł do gęby przy każdym jej otwarciu.

Wóz ciągnął za wozem, masa wozów, koni, masa ludzi pracujących, co słusznie podkreśliła lokalna "Prawda" w artykule wstępnym, zatytułowanym: "Radosna twórczość mas pracujących". Tylko że, na biedę, i ludziom, i koniom pić się chciało strasznie. Zwłaszcza ostatni w pochodzie, zanim doczekali swojej kolejki u wodopojów, mieli juz wodę zmącona, brudną; konie piły ją pochrapując i mącąc jeszcze bardziej, a ludzie sączyli powoli i znowu spluwali.

Paweł z ciężkim, ładownym podkładami, wozem nie mógł wjechać na trakt i długo musiał czekać przy skrzyżowaniu zanim przejdzie tabor furmanek, dążący na to samo, co on lotnisko. Gdy wreszcie minął go ostatni wóz, powlókł się z tyłu, idąc pieszo z lejcami uwiązanymi do kłonicy. Rozjeźdżony, pełen wybojów trakt schodził w dół z łagodnego wzniesienia. Rozpościerał się stąd widok na płaską przestrzeń aż po pierwsze domy przedmieścia, na hangary, koszary i stację benzynową. Okoliczne pola prywatne i chałupy wywłaszczono teraz, planując teren pod budowę nowego, ogromnego lotniska. Po oziminach zasianych jesienią pól przelewały się tysiące furmanek chłopskich, furgonów miejskich, traktorów, aut ciężarowych. Słychać było stuk młotów, warkot motorów, rżenie koni; wielkie, ruchome dźwigi zgrzytały w oddali łańcuchami z nieprzyjemnym hałasem żelaziwa, przenosząc i zsypując do ciężarówek wykopana ziemię. Paweł zatrzymał się chwilkę, dając wypocząć koniowi i patrzał.

- Jedź, jedź! - krzyknął nań siedzący na skarpie strażnik z karabinem w ręku. - Czego mordę roździawił jak wrona!

Paweł zauważył dopiero teraz, że obok grupa więźniów niweluje pagórek. Ruszył, zjechał w dół i zagłębił się w mrowisko ludzi, maszyn i koni.
Wracał do domu wczesnym wieczorem. Słońce jeszcze się nie schowało, ale z rozmokłych po zimie łąk i jarów, na których dnie stała woda, ciągnęło już przyjemną wilgocią nocy po dniu pełnym kurzu i skwaru. Bo wiosna była późna, ale od razu, bez przejścia prawie, ciepła jak lato.

W podrosłych oziminach odzywały się pierwsze derkacze. Na skraju leśnym przekwitały przylaszczki. Oto już znajomy krzyż, później kupa kamieni, znajomy pień samotnej brzozy rozwalonej piorunem dawno, dawno temu; znajomy dół, skąd kopano piasek, później śmieszna sosna, o podwójnym pniu w kształcie liry... Nagle na drogę padł cień Bożka, sekretarza sielsowietu. Dał ręką znak, żeby się zatrzymać.

- Czy obywatel podpisał już pożyczkę na armię czerwoną?

- Nie.

- To proszę podpisać. Jutro ostatni dzień. W szkole. - Mówił tonem urzędowym.

- Czy ta pożyczka... - odparł Paweł, chociaż wiedział, że podpisali ją już wszyscy zarówno w mieście, jak na wsi - czy pożyczka ta jest przymusowa czy dobrowolna?

Bożek ze szczerym zdziwieniem spojrzał na niego, nie rozumiejąc w pierwszej chwili, ale zaraz się domyślił złośliwości i odpowiedział:

- Pożyczka jest dobrowolna. Ale... ja radzę podpisać.

- Za radę dziękuję, ale nie podpiszę.

- Aha... - odparł dlaczegoś Bożek i poszedł nie żegnając się. Po kilku krokach uświadomił sobie, że nie znalazł właściwych słów repliki i zły był na siebie. Idąc przebierał w głowie mściwe myśli nawet poruszał niemo wargami, zupełnie tak prawie, jak nabożna w kościele kobieta przebiera paciorki różańca.


XXV


"Nie wywiesił czerwonej flagi... Nie wywiesił czerwonej flagi... Nie wywiesił czerwonej flagi..." - Szło po całej osadzie.

W gruncie rzeczy ani Paweł, ani Marta nie zastanawiali się dnia poprzedniego nad tą sprawą. Mowa była zupełnie o czym innym. Pawła rozbolały zęby i zapominając o całym świecie postanowił nazajutrz jechać do dentysty. W nocy nie zmrużył oka i nie doczekawszy świtu, nie odpowiadając nawet na współczujące odruchy żony, wyruszył jeszcze po ciemku do miasta. W ten sposób Marta była sama w domu, gdy 1 maja zaraz po świtaniu po całej osadzie podawano sobie z ust do ust, bez złości i bez podziwu, raczej od wzruszenia ramion do wzruszenia ramion: "Nie wywiesił czerwonego sztandaru..."

Ktoś stuknął palcem w czoło, bez słów dając wyraz swej opinii. Ktoś inny szeptem zakomunikował o zdarzeniu Bożkowi i ten poszedł osobiście zobaczyć, sprawdził i odszedł bez słowa.

Nie było żadnego nakazu. Trudno też orzec, skąd we wszystkich domach znalazło się tyle czerwonego materiału i do czego mógł być używany poprzednio? Władysław Kurko, były asesor dyrekcji kolejowej, nie przyjęty obecnie do służby, jako element niepewny politycznie, który mieszkał w swoim letnim domu, wywiesił aż dwa zgrabnie uszyte sztandarki od frontu; następnie żółtym piaseczkiem wysypał ścieżkę przed domem i odszedłszy parę kroków obejrzał całość z perspektywy. Wyglądała świątecznie. Ale dom był narożny i czerwonych flag nie dostrzegało się z drogi bocznej. Przez krótka chwilę dłubał w nosie namyś1ając się, po czym wrócił i trzecia czerwoną flagę wywiesił na chlewie od strony tamtej drogi.

Marta, gdy rankiem spostrzegła czerwieniejące wszędzie flagi, zastanowiła się, co ma w domu w kolorze czerwonym? Ale niczego nie mogła sobie przypomnieć poza starą, czerwoną chustką, która od dawna służyła za ścierkę do wycierania naczyń, była brudna i pomięta, a prać jej się nie chciało. Odłożyła więc decyzję do powrotu męża, którego spodziewała się lada godzina i zajęła przygotowaniem śniadania.

Tymczasem Paweł nie mógł powrócić przed południem, jak to było przewidziane.

Okna mieszkania znajomego dentysty wychodziły na główny plac miejski. Paweł sądził, że zostawiwszy konia jak zawsze u swego znajomego za rzeką, zdąży wrócić dość wcześnie. Ale tego rana wszelki ruch w śródmieściu został wstrzymany. Ulicami maszerowały kolumny demonstrantów, aby zająć zawczasu wyznaczone im stanowiska wyjściowe. Patrole milicji i NKGB zatrzymywały i sprawdzały dokumenty osób idących samopas, bo każdy musiał przynależeć przecież do czegoś, a zatem w ramach tej organicznej przynależności znajdować się w zwartych szeregach. Bramy domów wychodzące na plac i główne ulice zostały zamknięte. Zresztą, rogatki miejskie - zablokowane, i nikogo do południa nie miano ani wpuszczać, ani wypuszczać z miasta. Było to wielkie święto, święto mas, które objęło wszystkich.

- Na wsi na pewno się tego tak nie odczuwa - mruknął dentysta, myjąc ręce.

- O, tak - odparł Paweł szczerze zatroskany tym przymusowym inernowaniem w śródmieściu i westchnął:

- Szkoda dnia.

- Szkoda całego życia - odparł dentysta.

W tej chwili za oknami dały się słyszeć okrzyki i wiwaty. Wyszli na balkon. Po środku placu ustawione były gigantycznej wielkości portrety Lenina i Stalina; pod nimi trybuna, na której najwyższe władze miejscowe odbierały defiladę. Orkiestry grały międzynarodówkę. Plac zalegała nieprzebrana ciżba, głowa przy głowie, nad którą falowały czerwone sztandary i transparenty. Z czerwonymi kokardami w klapach maszerowali robotnicy różnych zawodów i cechów, związki zawodowe, artele, urzędnicy, nauczyciele, muzycy, profesorowie, aktorzy, aktorki, dziennikarze, literaci... Paweł przechylił się przez balustradę i przyglądał twarzom. Zdawało mu się, że są nie do rozpoznania w swym uniformizmie. Twarze, twarze... Orkiestry. Oklaski. Okrzyki: "Niech żyje wolność! Stalin, Stalin, Stalin!"

- Maski - powiedział dentysta.

- Co pan mówi? - zapytał Paweł, zbliżając ucho i starając usłyszeć poprzez zagłuszający wszystko hałas.

- Mówię, że maski.

Zaczęła iść młodzież szkolna, studenci. Na pierwszym planie widniał wielki transparent z napisem: "Dziękujemy Stalinowy za radosną przyszłość!"

- Młodzież? - zapytał dentysta, który miał krótki wzrok.

- Młodzież.

- Nikogo nie brakuje. - Paweł nie dosłyszał słów i znów zapytał:

- Co?!

"Hurra! Hurra!" - krzyczano coraz głośniej. Paweł dotknął policzka, w miejscu gdzie czuł ból wyrwanego zęba.

"Hurra, hurra!"

Dentysta stał zgarbiony na balkonie. Paweł nie żegnając się wycofał do pokoju, położył na stole honorarium i wyszedł przez kuchenną klatkę schodową na dziedziniec kamienicy.


Udało mu się, lawirując bocznymi ulicami, wydostać wreszcie z miasta. Na wsi, po drodze, dostrzegał też wszędzie wiszące czerwone flagi. Podjeżdżając do domu, obrzucił go szybkim spojrzeniem.

Rozprzągł, później zgniótł w ręku wiecheć słomy i nacierał nią spotniały grzbiet konia, gdy nadbiegła Marta.

- Czemu tak próżno? Jak z twoim zębem?

- Nie boli. Ach, żebyś ty widziała... Która teraz godzina?

- Już po czwartej. Co, żebym widziała?

W tej chwili ktoś wszedł na podwórko.

Paweł ręką z wiechciem słomy przesłonił oczy, żeby dojrzeć, kto idzie, bo słońce padało od tamtej strony. Był to Dawidowski.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział uprzejmie - ja mam do pana małą sprawę.

- Słucham - odparł Paweł. - Jeżeli będę mógł coś zrobić...

- Proszę pana... - zaczął jąkając się Dawidowski. - Ja właściwie przyszedłem do pana z prośbą. To znaczy ja chciałem pana prosić... Panie Pawle, wywieś pan na domu czerwoną flagę.

Paweł odwrócił się do konia, nacierając mu dalej grzbiet i po chwili odparł sucho: - Próżno już. Zaraz wieczór. - Marta trzymała konia za uzdeczkę i nie przemówiła słowa.

- Proszę pana, lepiej próżno niż nigdy. Pan wie, ja byłem dla pana zawsze przyjaźnie usposobiony. Po co pan takie rzeczy robi? Po co pan się naraża?

Paweł skończył nacierać i odrzucił słomę. Nastała cisza.

- Proszę pana - podjął Dawidowski zniżając głos prawie do szeptu. - Ja jestem stary człowiek, ja ojcem pana mogę być... Ja pana proszę.

- Nie - odparł Paweł - nie wywieszę.

Dawidowski rozłożył ręce milcząc i pokiwał smutnie głową. - Ja chciałem tylko dla pana dobra. Pan też okazał mi przyjaźń.

- Dziękuję, bardzo dziękuję.

- Dać siana koniowi? - spytała Marta.

- Daj.

- Przepraszam - powiedział przybyły, wycofując się.

- Nie ma za co, panie Dawidowski, nie ma za co. To ja pana przepraszam.

Gdy Dawidowski powrócił swojej izdebki, żona jego, która zarabiała teraz szyciem, siedziała w okularach nad kawałkiem czarnego materiału, pikując go szpilkami. Nie odrywając oczu od roboty, poprzesz szpilkę trzymaną w wargach, zapytała: - No, co? Wywiesi?

- Ach - kiwnął bródką Dawidowski - uparł się jak dureń. Co z nim robić?

Wyjęła szpilkę, wpinając w materiał, a lewą ręką sięgnęła po nową do pudełka. - No, ot, widzisz, jacy teraz ludzie. Po co dla kogoś starać się. - I wkładając szpilkę do ust, dodała: - A jeszcze mówiłeś, że to inteligentny człowiek.


Część trzecia


WERONIKA


XXVI


Gajowy, raz nie zastawszy Rojkiewicza w domu, byłby może zaniechał powtórnych odwiedzin, może by też wycofał nawet swą urzędową skargę po dobremu, gdyby się nie był dowiedział od kancelisty, że leśniczy skargę jego "zlekceważył", a Pawłowi dał wozić podkłady, na czym ów tylko zyskał. - "Isz, biały czort! Trzymają ze sobą..." - myślał, a gdy wyszedł z kancelarii, zatrzymał się wpół drogi, przeżuwał coś ruszając szczękami, a potem zawrócił do osady.

Nie wolno swego darować! Ludzie trzymają sic własności do ostatka kurczowo, chociażby to była ich własna mściwość. Dlatego też gajowy, który był wprawdzie człowiek nerwowy i raptus, ale w gruncie dobroduszny, zaszedł do kowala Dubowicza, gdzie zawsze można było dostać samogonu, kupił litr i skierował się do Rojkiewicza. Zastał go w domu samego nad jakimiś rachunkami, które na widok gościa prędko schował do szuflady.

Rozmawiali zrazu o trudnościach w uzyskaniu przydziału drzewa opałowego i gajowy kiwnął głową na znak, że Rojkiewicz, jak chce, to może dostać parę metrów, a o cenę nie będą się spierać... Rojkiewicz stał się w ostatnich czasach człowiekiem milczącym. Podejrzewany, niebez racji, o tajny ubój i niedozwolony handel, unikał tematów drażliwych i był bardzo ostrożny. Gajowy wiedział też, co kosztowało Rojkiewicza uratowanie przed nacjonalizacją własnego domu, który jakkolwiek rozmiarami przekraczał kubaturę domu Dawidowskiego, uznany został, za sprawą Bożka, za niedokończony w budowie, a wiec nie podlegający konfiskacie. Dom istotnie nie był oszalowany od strony podwórka, a część desek zwiezionych w tym celu leżała wciąż między stajnią i studnią.

Wypili litr przyniesiony przez gajowego i gospodarz postawił na stół drugi. Powoli, powoli, rozmowa, jakby samo przez się zeszła na Pawła i to, co po trzeźwemu mówić nie wypada, wypadło przy szklance samogonu. Rojkiewicz, czerwony na twarzy, wysłuchał, jak to było zeszłego lata, gdy gajowy znajdował się właśnie w obchodzie leśnym:

- Jak raz - opowiadał - Franek Dubowicza, kowala syn, był podkręcił się i szepnął, czy to czasem nie będzie, że ktoś drzewa piłuje na Zajęczym Uroczysku, co jego tak nazywają... Wiesz, Zajęcze Uroczysko, popod łąkę Rukowskiego? - Rojkiewicz kiwnął głową. - Uhum, nu tak ja - ciągnął gajowy - poszed. Prawda, jeszcze za pałką jaką grubą obejrzał się, bo to jak raz sowieci broń kazali zdać i zabronili do lasu brać ze sobą... I poszedł ja, przyznać, nie od razu wprost, a obchodząc, krzakami, krzakami... Z boku, przez jagodniki takie, co tam są, aż tu raptem widzę... W rowku takim, pomiędzy czernicami schowawszy się byli i leżą...

Twarz Rojkiewicza pociemniała strasznie. Gajowy odchrząknął i zakończył:

- A fakt, że piłowali. Z Borkowszczyzny, dwóch. Rojkiewicz schował pod powiekami gorzejące oczy, a wódka tętniła mu w skroniach.

- Ach, to taka sprawa... Ach, to taka sprawa... - powtarzał przez zaciśnięte zęby głośno, ale jakby do siebie samego. - Ach, to taka sprawa... -mówił i rękę leżącą na stole zbierał w pięść, gdy gajowy już zamilkł od dłuższego czasu.

Gość napełnił puste szklanki, ale Rojkiewicz, zdawało się, nie zauważył nawet tego ruchu zapatrzony w obraz, który dostrzegał oczami wyobraźni. Wahał się w wyborze zemsty, pomiędzy natychmiastową reakcją: siekierą czy nożem rzeźnickim w bok Pawła, a zemstą obmyśloną na zimno i wywartą z premedytacją na... Pawle? Na Weronice? - Działanie alkoholu, jak wiadomo, ma swoje przypływy i odpływy, porywa do rzeczy nawet niemożliwych w praktyce albo znów spala się raptownie w fantazji, opada ciężarem do nóg, wybucha raz szałem, raz łzami. Nieszczęście ludzkie płynie po nim jak papierowa łódeczka porwana prądem rynsztoku miejskiego, bezwolne, bezsilne, kręcone po wirach, śmieszne. Czasem wylewa się ono jak wiadro pomyj, zaczepione niezdarną nogą pijaka: co było ukryte pod jakim zlewem, wypada wszystko na zewnątrz, na oczy ludzkie i sprzątając to po rannym wytrzeźwieniu, rzygać się chce podwójnie: i z ciała, i z duszy. Ech, wódka! Z głowy na język wyłazi taka prawda, do której by się w stanie trzeźwym nie przyznało nawet przed samym sobą. Czy Rojkiewicz nie wiedział dotychczas, że jego żona, Weronika, była kochanką Pawła? Ba, czy on nie wiedział? O tym fakcie w lesie na pewno nie, ale czy nie domyślał się w ogóle? Naturalnie, że się domyślał, a może nawet wiedział, nie chcąc wiedzieć? Raz nawet powiedział do Weroniki takie mniej więcej zdanie: "... a ty..., i jeszcze w takich czasach..." Zdanie, zdawało się na pozór bez początku i końca, ale swój sens miało. A teraz gajowy ten przyszedł i po wiedział. Jego by nasamprzód butelką należało w łeb! Alkohol jednak znowu ciężko odpłynął do nóg i poczuł Rojkiewicz, jak strasznie nie na rękę, jak okropnie w poprzek ciężkiej drogi życia staje mu teraz wyznanie gajowego. Wypił haustem.

- I pomyśleć tylko - mówi gajowy - że tylu ludzi aresztowali, a zobacz, Wincenty, taka gadzina wolno chodzi, a?

- Wolno chodzi gadzina... - powtarza Rojkiewicz, ale która to jest najgorsza gadzina? Paweł? Weronika? Gajowy? Przetarł usta dłonią. - Mało, że wolno chodzi - powiedział - to jeszcze mało. Ale nawet aresztowali i wypuścili! - Porwała go czkawka. Poprzez czkawkę usłyszał, że gajowy pyta:

- Kogo?

- Jak: kogo?! Jego.

I nagle, jak to bywa w pijaństwie, obydwaj umilkli, obydwaj się zastanowili, obydwaj naraz zamyślili głęboko. Trudno ustalić, kto z nich pierwszy się odezwał:

- A może on..?

To padło samo przez się. Później znów milczeli. Później gajowy przerwał milczenie:

- Cholera jego wie! Prawda, Rojkiewicz, mówisz, że wypuścili...

- Wypuścili.

Obydwu opadła wątpliwość. Kto może zaręczyć? Wołali do gminy; mówili ludzie, że aresztowany jakoby, ale jak tam było naprawdę? Może to wcale nie był areszt, a z porozumieniem? Rojkiewieczowi ta niespodziewana wątpliwość sprawiła podświadomie ulgę: coś jakby usprawiedliwienie za bezczynność, za brak doraźnego postanowienia, do którego poczuł nagle głęboką niechęć.

- Fakt, że wrócił.

- Fakt - powtórzył jak echo gajowy. - Tfu! - splunął - żeby jeszcze samemu w biedę nie popaść.

- Może tak wyjść.

Gajowy odwrócił głowę i w tej chwili spostrzegł przez okno Bożka idącego ulicą. - O! Bożek będzie wiedział najlepiej! - zawołał i wyskoczył, żeby go zaprosić.

Gdy Bożkowi zakomunikowano wątpliwości co do Pawła, w pierwszym odruchu zawołał zdumiony:

- Kto to powiedział?!

- Nikt nie mówił. Ale tak jakby wychodzi...

Bożek rozparł się na krześle, wyciągnął nogi przed siebie i już chciał wyrazić swoją autorytatywną opinię, gdy nagle coś go wewnętrznie tknęło.

- Bo widzisz, Bożek - plótł trochę skołowaciałym językiem gajowy - taka rzecz: ludzi, można powiedzieć, że nawet aresztowali. A ot, taka paskudztwa chodzi... Toż burżuj były, można powiedzieć, nawet kontrrewolucjonier, nie? A wychodzi tak, że nie wiadomo. Ot, my zamyślili z Wincentym... ale obacz, Bożek, żeby samym nie wyszło po głowie oberwać, a? Ty, Bożek, ja wiem, szczery chłopiec jesteś, a zobacz, jak wychodzi...

Bożek, nic nie odpowiadając, z namaszczeniem skręcił papierosa. Przyznać się jemu nie wypada, ale w rzeczy samej, co on wie? Nic on nie wie. Kto jemu, Bożkowi, co mówi? Nikt nie mówi. Wszystko odbywa się w tajemnicy przed wszystkimi. O taką rzecz bałby się zapytać Raczenkę nawet, a od Raczenki do tych, co na górze coś wiedzą, oho! daleko jeszcze... Prawda, że kazali śledzić i raporty składać, ale może umyślnie? A może i na niego, na Bożka, ktoś raporty składa? Bo jak zastanowić się, rzeczywiście Paweł strasznie zhardział. Innych aresztowali i trzymają, a jego wypuścili... Niepojęta rzecz: pożyczkę pytasz, czy na armię czerwoną zadeklarował? A on: nie! A teraz pomyśleć sobie: jeden w całej gminie na pierwszego maja flagi nie wywiesił! Znaczy plecy jakieś mieć musi. Sam przecie człowiek nie pójdzie głowy w pętlę wsadzać, to już na pewno. - Hm... - odchrząknął.

Tamci patrzyli mu w twarz, usiłując wyczytać z niej odpowiedź. Ale co im odpowiedzieć? On jest szefem trójki aktywu wiejskiego; władza, ale poza nim jest polityka. Księdza też nie ruszają. No, prawda, ksiądz to jeszcze przeciw wszystkim tam proroctwom występuje i ludzi do spokoju i pracy namawia, ale Paweł? Albo drugi taki, ten biały czort, leśniczy?... Wstał.

- Et, co tam po pijanemu z pustego w próżne bałbotać - powiedział odsuwając krzesło.

- Bożek, wypij jeszcze choć jeden - przymilał się z pijackim uporem gajowy. - Ja wiem, ty szczery chłopak jesteś.

- Nie mam czasu. Robota czeka. - Wyszedł prawie wyniośle, ale wewnętrznie zatroskany. Poszedł do kancelarii sielsowietu, otworzył z klucza swoją szufladę, przeczytał ostatni, jeszcze niedokończony, donos na Pawła o tym, że ten nie wywiesił flagi w dniu 1 maja, pokręcił go w grubych, chłopskich palcach. Szkoda mu było; dwa dni go kaligrafował, z trudem dobierając odpowiednie słowa... Nagle zdecydowanym ruchem podarł na drobne kawałki, chciał wyrzucić, ale później zgarnął na kupę i podpalił zapałką.


XXVII


Andrzej Bożek nigdy nie miał usposobienia wesołego. To mu z ojca poszło. Ale w ostatnich czasach widywano go wyjątkowo zachmurzonym. Nie dlatego że matka jego umarła tej zimy. Ludzie umierają o każdej porze, tym bardziej starzy. Później był pogrzeb z księdzem i do kościoła trzeba było iść, do którego już dawno przestał chodzić, naturalnie nieprzyjemne to było. Nie dlatego że na samego księdza donosy pisał. To już, ma się rozumieć, inna sprawa: życic prywatne jedna rzecz, a polityka druga rzecz, wyższa. Rozumiał to i rozróżniał. Donosy należały do czynności, jak się kiedyś wyraził uroczyście Czemodanow, "rozgromienia kontrrewolucji". Bożkowi podobał się ten wyraz "rozgromienie"! Mimo woli zaciśniesz pięść, wymawiając. Ale, ot, z ojcem zaczęły się swary.

Stary Feliks Bożek, który z początku pochwalał i nawet dopingował swego jedynego syna w karierze, zaczął po śmierci żony, jak to się młody raz wyraził: nosem kręcić. W rze­czywistości jednak nie było to żadne kręcenie nosem, a wyraz zgorzknienia. Wcale też nie - jak sądził syn - od da­ty śmierci matki, a z innego przypadku, napozór tak błahego, że nikt by się nawet domyśleć nie mógł.

W sąsiedztwie mieszkała niejaka Sowińska z trojgiem dzieci, żona byłego woźnego sądu okręgowego w Grodnie. Gdy bolszewicy przyszli, mąż jej został aresztowany i wywieziony do łagrów, nie wiadomo, czy pod Archangielsk, czy na, jak inni mówili, Kołymę. Ona sama wywędrowała i po długiej tułaczce zamieszkała kątem z dziećmi w tej osadzie zostawszy nędzną wyrobnicą. W najbliższym sąsiedztwie Bożków. Naturalnie stary gospodarz rozumiał jej położenie: z trojgiem nieletnich dzieci, bez męża. wśród obcych... Kilka razy pożyczył, to znaczy dał po prostu, mleka, innym razem chleba, jeszcze tam dwa-trzy razy wspomógł rozmaicie z własnej woli, gdy jeszcze nieboszczka żona, wieczny pokój, żyła. Ale wkrótce Sowińska sama zaczęła prosić i tym prośbom końca nic było. Ciągle przychodzi, bywało, pożycz jej to, a to tamto; najpierw tylko z jedzenia, a później to gałęzi suchych, to wiadro, to donicę, to nieckę tam jaką, to znowuż mąki razowej. Stary dawał albo nie dawał, zależnie od humoru. Wreszcie niedawno zjawiła się: daj jej trochę kaszy gryczanej. I jeszcze powiada: "Gryka w zeszłym roku obrodziła pięknie". - Stary był właśnie rozdrażniony, bo mu szyna na kole pękła, a żelaza nigdzie nie było dostać. Stał nachylony przy wozie, obrócił się i zapytał ze złością:

- Ty ją siała?! Ty siała ją?! Grykę, a?!

Wtedy Sowińska niespodziewanie rozwarła gębę: - Ty, taki i owaki, stary chrzan! Kułak ty przeklęty! Ty co, myślisz, swoje bogactwo do grobu zabierzesz?! Znajdą się i na ciebie Sołowki! Nieboś, zabiorą i tobie, sukin syn ty, żeby ciebie z trumną zakopali! Czy ty jeden na ośmiu hektarach ostaniesz?! Taaak? Myślisz syn wyratuje? Taaak?!

- Ot, jak ja ciebie wraz z biczem po tej gębie...! - żachnął się Feliks.

- Spróbuj, spróbuj tylko biczem! Isz, pan jaki! Biedną kobietę biczem będzie straszył! Spróbuj! Zaraza! Myślisz, że ja tego gówniarza, twego syna, polękam się?! Pojedzie i on z tobą na Kazakstan! Teraz biednym ludziom nie ma się czego lękać kułaka!... - Wymachując pięściami wrzeszczała, aż załamywał się jej cienki, okropnie przenikliwy dyszkant. - Moje dzieci z głodu umierają! - Chustka spadła jej na ramiona, wiatr targał przedwcześnie siwiejącymi włosami.

Stary Bożek nie przestraszył się naturalnie, bo co jemu tam takie babskie krzyki: spływają jak woda po gęsi, ale w nagłym olśnieniu pojął coś, czego zdawało się dotychczas nie rozumiał: "Życie teraz na tym tylko zasadza się, że każdy nie sobie dobrego, a innym złego życzy". Gdy odeszła, myślał: "Prawda to, co mówiła, że jej lękać się nie ma czego. Co ona ma do stracenia? Nic, zupełnie nic. A on: wszystko."

Chodził posępny przez cały dzień, zaciskał szczęki, aż skóra grała na nieogolonych policzkach. Synowi nic nie powiedział o zajściu, bo szkoda nawet słów na takie głupstwo tracić, za to postanowił z nim porozmawiać o innym.. Bo prawdę też powiedziała Sowińska o tych ośmiu hektarach, że ich nie zostawią. Co ślepego udawać! Syn wyratował jakoś, wykręcił z nadmiernego podatku, ale czy na długo? - Toteż pewnego dnia ojciec odezwał się:

- Wziąłby ty jutro choć zabronować ta działeczka pod lasem.

- Nie mam jutro czasu - odparł szorstko Andrzej.

- A na co czas masz? Bronować, ale językiem w gębie? Samogon spijać, twój czas,

- To papka nie wie, że ja sekretarzem sielsowietu jestem?! Urzędnikiem jestem?! A jak trzeba było podatków umniejszyć, to pamiętał!

Stary przekroczył próg, stuknął drzwiami i na tym się na razie skończyła zamierzona rozmowa. W złe uroki nie wierzył nigdy. Jemu, bywało, czarny kot czy zając choć tysiąc razy drogę przebiegnie, nawet uwagi nie zwróci. Ale mimo woli powierzysz, jak od czasu tego przekleństwa rzuconego przez Sowińską coś w nim jakby zapadło wewnętrz­nie, załamało się. "Starość podeszła czy co? Może i starość. Ech, żeby nieboszczka żona, Panie świeć nad jej duszą, chociaż żyła!" - Tak sobie myślał. - A zresztą Andrzej może i miał trochę racji, że ojciec zmienił się od śmierci matki. To znaczy, może nie tyle on sam się zmienił, ile życie jego zmieniło się: nie było z kim życzliwym poradzić się. Sąsiedzi wprawdzie kłaniali się z respektem, ale wiedział, że to nie z życzliwości, a znowuż ze względu na syna.

W takich to okolicznościach zaszedł drugi wypadek, pozornie jeszcze błahszy od pierwszego: pewnego przedwieczoru, gdy syna nie było w chacie, Feliks wyszedł na ujadanie psa i zobaczył przed bramą nieznajomego. To znaczy nieznajomego z imienia, ale z wyglądu poznać go było od razu: kurtka miejskiego kroju, wytarta i połatana, a na tyle ciasna, iż widać, że nie na niego szyta; czapka cywilna z daszkiem; pod nią twarz spalona słońcem i wiatrem, poorana zmarszczkami niedoli; zarost na brodzie nie golony; spodnie sowieckie, watowane, koloru ochronnego, choć strasznie wypłowiałe i podarte; buty pod warstwą, kurzu, ale również rozpoznasz: krótka miękka cholewa wojennego kroju rosyjskiego; w ręku patyk jak u włóczęgi. Jednym słowem niewprawne nawet oko oceni: zbieg albo dezerter. I nawet torba - chlebak wojskowy. Prosi wody popić albo i kawałek chleba zjeść. Stary Bożek wpuścił niechętnie do chaty, ale później odjął blachę z otworu pieca, wyjął stamtąd miskę wystygłego barszczu i również wystygłe kartofle, położył obok łyżkę i odchyliwszy leżący na stole, zawinięty w ręcznik bochenek razowca, powiedział:

- Jedz, kiedy głodny. Przybysz jadł, milcząc, łapczywie.

- Ty kto będziesz? - zapytał po dłuższej chwili gospodarz.

- Ja to? Ja, tak sobie. Pielgrzymuje.

- Ty by choć spodnie inne włożył, a to na wiorstę poznać.

- A skąd ich wziąć, spodni to innych.

Pomilczeli znowu i gospodarz widząc, że gość krępuje się samemu częstować chlebem, wziął nóż, odkroił kawał razowca i podsunął mu.

- Dziękuje - powiedział tamten.

- Z daleka sam?

- Z wołogodzkiej gubernii będę.

- Z miasta czy ze wsi?

- Z kołchozu. Na wojennej służbie był.

- Nu, jak tam - zapytał westchnąwszy czemuś gospodarz - tam życie u was?

- Jakie tam może być życie...

Stary Bożek nie pytał dalej. Wiedział przecie - co tu pytać? Jakie może być życie... Słusznie. Siadł na ławie po drugiej stronie stołu, wsparł się na łokciach i po dłuższej przerwie zmienił temat:

- Co mówisz, że pielgrzymujesz? Tak sobie tylko mówisz czy prawdę?

- A prawie, że i prawdę. Tu u was, niedaleko, mówią, w puszczy gdzieś, prorok objawił się. Ot, ja i chciałem pokłonić się. A dalej zobaczę.

- Aaa... - zdziwił się gospodarz. Ot, ty gdzie idziesz!

- Przyszłość, mówią, przepowiada?

- Nie wiem ja. Słyszałem tylko, jakoby cud ma zrobić. Zapowiedział jakoś na lato. Z kamienia ma woda trysnąć i później spod niego kobieta jakaś powstać. Prawdę ludziom obwieścić.

- Kobieta; co to królowa jakaś?

- Nie, zdaje się, tak prosto kobieta. Zresztą, ja nie wierzę.

- W Boga nie wierzysz?

- Nie w Boga, mówię, a w kobietę tę.

- Ja słyszałem, że ona wojnę ma zapowiedzieć.

- Może i wojnę, kto ją tam wie.

- Latem? To niedługo.

- A niedługo - odparł niechętnie stary Bożek i obydwaj spojrzeli w tej chwili w okno, w którym mignął cień przechodzącego człowieka. - Syn mój - objaśnił gospodarz.

Przybysz zamilkł.

Andrzej wszedł, na widok nieznajomego stanął w progu, później odkiwnął mu bez słowa głową, obrzucił uważnym spojrzeniem i siadł w rogu izby skręcając papierosa. Wszyscy trzej milczeli. Ojciec nie patrzył na syna. Przybysz powoli kończył jeść. Trwało w ten sposób może pięć, może dziesięć minut, po czym Andrzej wstał i znów bez słowa wyszedł z izby. Teraz ojciec podniósł głowę i patrzył przez szybkę chaty. Syn szedł drogą w kierunku osady. Chata Bożków leżała na uboczu w odległości jednego kilometra od osady. Andrzej chodził tą drogą czasem po kilka razy dziennie. Poszedł i teraz. Ale stary w tej chwili pomyślał: "To nie jest tak, że godność ludzka nie ma żadnego znaczenia. To nieprawda. Owszem godność, ona jest. Sumienie, a jakże". Wstał.

- No, bracie - zwrócił się do gościa - u mnie nocować, to nie będzie gdzie.

Tamten, czy to zrozumiał od razu, czy wiedział z doświadczenia, czy się domyślał, dość, że uniósł się z ławy bez zdziwienia, bez urazy, ruchem naturalnym zabrał czapkę, kij i torbę, pożegnał się grzecznie, podziękował i dopiero na ganku spojrzał pytająco na gospodarza.

Stary wskazał palcem:

- W ten lasek i prosto, prosto. Aż do rzeki. Ale na drogę nie wychodź później. Wolej pomęczyć się rojstami.

Po niedługim czasie Andrzej wrócił. Sam wrócił. Rzucił czapkę na łóżko, rozejrzał się po izbie, nic nie powiedział. I oto stary ucieszył się nagle wewnętrznie i wzruszył. Niedużo brakowało, a miałby łzy w oczach. Czegoś podobnego z nim przedtem nigdy nie bywało! I o co? Że syn wrócił sam?... Z niespodziewanym dla samego siebie rozrzewnieniem powiedział:

- Ty by, synku, jednak uważał. Nie zaprzedawał się tak za wszystkiem, z sumieniem swoim.

- Co to papko zaczął teraz... Nie ma czego nosem kręcić. Ja wiem, co robię.

- Kolację jeść będziesz? - zapytał miękko ojciec.

- Nie głodny. - I niby sobie przypominając: - A ten człowiek, poszedł dokąd?

- Poszedł. - Stary mimo odmowy syna, zaczął odgrzewać barszcz. Ciężko bez kobiety w domu, dlatego może westchnął. - Poszedł. Mówił, że do miasta idzie. A zresztą, Bóg święty jego wie.

W kilka dni później, idąc drogą spotkał Sowińską, która śpieszyła dokądś z pustym dzbanem. Już miała go wyminąć, naciągnąwszy chustkę na czoło, gdy stary zatrzymał się i patrząc w inną stronę pogrzebał patykiem w piasku.

- Przychodzić - powiedział w trzeciej osobie - po mleko dla dzieci. I może podejmie się roboty w domu? Przy gospodarstwie?

Sowińska nic nie odpowiedziała, przeszła mimo z zaciśniętymi ustami. Nazajutrz jednak o świcie zjawiła się u Bożków: "Podoić krowy?" - zapytała.

- No, tak, trzeba - odparł gospodarz.


XXVIII


Jeszcze dnia 25 kwietnia ludowy komisarz bezpieczeństwa państwowego, starszy major Gładko w, wydał za nrem 0023 ściśle tajny rozkaz w przedmiocie przyśpieszenia ewidencji wrogiego elementu w republice. Dla usprawnienia tego bojowego zadania, którego celem ostatecznym ma być rozgromienie kontrrewolucji, wyłoniona została przy 2 oddziele NKGB grupa operacyjna w składzie następującym: 1) zastępca naczelnika 2 oddziału, lejtenant bezpieczeństwa państwowego, towarzysz Miedwiediew, 2) pełnomocnik operacyjnego wydziału KRO, towarzysz Jerycho, 3) pełnomocnik operacyjnego wydziału SPO, towarzysz Godliauskas, miejscowy komunista litewski, wyniesiony do tej godności ze względu na zasługi dawne, jak też obecne zaufanie, które sobie zdobył.

Praca zakończona być miała w tempie przyśpieszonym. Wydano szczegółowe instrukcje, z dołączonym spisem kategorii osób podlegających w przyszłości masowej deportacji lub aresztowaniom. Wymieniał on wszystkie narodowości i wyznania zamieszkującej kraj ludności, precyzując w dziesięciu rozdziałach dawne partie, stronnictwa, ugrupowania polityczne, społeczne, religijne, organizacje, zawody, stany zamożności itd. Kodyfikatorka sekretariatu NKGB, towarzyszka Siemiechina, jak zawsze położyła swój równy podpis na poszczególnych egzemplarzach okólnego rozkazu.

W trosce o bezpieczeństwo komisarz Gładkow uznał za konieczne podjęcie akcji uspakajającej w terenie. W tym celu towarzysz Jerycho delegowany został do miejskiego komitetu partii dla omówienia organizacji wielkiego wiecu, na którym w myśl sugestii towarzysza Gładkowa przemawiać mieli głównie ludzie miejscowi. Wiec ten został wyznaczony na piątek, 23 maja, i odbył się zgodnie z programem. Zagaił go w krótkich słowach sekretarz komitetu miejskiego, następnie zabrał głos członek prezydium, młody żydowski buchalter byłej prywatnej huty szklannej "Kac i Syn", wreszcie wystąpił Karol.

Karol mówił nie tylko o wspaniałych, historycznych dniach największego w dziejach przełomu, o dumie, jaką każdy odczuwać powinien uświadamiając sobie, że jest naocznym ich świadkiem, - "Nie, towarzysze!" - wołał z mocą. - "Nie, obywatele! Nie jest tak, jak to się może niektórym z was zdawać, że się czyni różnice pomiędzy obywatelami różnych kategorii! Wielka rodzina narodów wolnych, pod wodzą najgenialniejszego ... itd. ...Józefa Stalina, jest przybytkiem ludzkiego szczęścia! Związek Radziecki jest zarazem najbardziej tolerancyjnym ze wszystkich ustrojów świata!... Związek Radziecki nikogo nie odtrąca, na nikim się nie mści! Bratnią rękę wyciąga do każdego... itd. .! Tylko podli agenci obcych wywiadów, tylko płatni lokaje plutokracji i kapitalizmu rozpuszczać mogą nikczemne plotki, siejąc niepokój. Nie słuchajcie szpiegów i prowokatorów! Nikomu nic nie grozi! Nic się nie stanie na tej ziemi, czego byście sami nie pragnęli, do czego by serce wasze nie rwało się w radości. Każda najmniejsza troska wasza odbija się troską naszego drogiego Stalina, który czuwa nad naszym dobrem, któremu zaufać możemy bezgranicznie!..."

"Towarzysze! Wdzięczni jesteśmy z całego serca i dziękujemy na tym miejscu, nie po raz pierwszy już, ale też nie przestaniemy dziękować do końca dni naszych, wybawicielowi, stwórcy naszego szczęścia, Józefowi Stalinowi! Niech żyje!!"

"Niech żyje!!" - powtórzył za nim gromko i jednocześnie tłum wypełniający salę miejską.

Towarzysz Jerycho powrócił tego samego dnia do Kowna na nadzwyczajną tajną konferencję operacyjnej trójki, którą wyznaczył był Gładkow. Towarzysz Micdwie-diew przedstawił trudności, na jakie napotyka przyśpieszone tempo ewidencji takiej masy ludzi. Jerycho, zmęczony podróżą, milczał. Godliauskas nawet ziewnął kilka razy. W istocie, nie można się było im dziwić. Przepracowani w ciągu ostatniego miesiąca, ledwo mieli czas odespać po kilka godzin na dobę. Gładkow nie przerywał sprawozdania i dopiero gdy Miedwiediew skończył, wstał, obciągnął na sobie mundur, przeszedł się dwa razy po gabinecie i usiadłszy z powrotem za swoim stołem, zabrał głos:

- Rząd Związku Sowieckiego, komisariaty NKWD i NKGB oraz, jak mi wiadomo, osobiście towarzysz Stalin włożyli na nas wzniosły obowiązek oczyszczenia republiki od wrogiego elementu. To wielkie polityczne zadanie wypełnić możemy tylko - tu położył nacisk - posiadając dobrze zorganizowany aparat operacyjnej ewidencji. Dotychczasowa praktyka wykazała, że ogromna ilość ludzi na terytorium naszej republiki, a w tej liczbie wybitne jednostki kontrrewolucyjnego aktywu, znajdują się wciąż jeszcze poza zasięgiem i kontrolą NKGB. Tak dalej być nie może - podniósł głos. - Stwierdzając niezadowalający dotychczas stan operacyjny ewidencji, oświadczam w formie najbardziej kategorycznej, iż stanu podobnego tolerować nadal nie zamierzam. - W tym miejscu stuknął lekko otwartą dłonią w blat stołu. - Towarzysz Miedwiediew przedkłada mi tu trudności w zwerbowaniu konfidentów i rozpracowaniu roboty agencyjnej w terenie. Pozwolę sobie zwrócić mu uwagę, że sprawa nie jest nowa, a przeciwnie, mieliśmy dużo czasu do pokonania tych trudności. Znany wam rozkaz NKWD SSSR za nrem 001223, datowany jest jeszcze 11 października 1939 roku, a dotyczył wszystkich terenów, które zaczęliśmy oswobadzać spod jarzma kapitalistycznego, jak również odnosił się do osób niezależnie... "Niezależnie", towarzyszu Miedwiediew, od konkretnych danych o ich antysowieckiej działalności, a więc do przeogromnej większości mieszkańców, masy mieszkańców. Rzecz zatem musiała być przewidziana w jej rozbudowie. Nie może być tłumaczenia, że nie odnosił się do naszej republiki, wówczas jeszcze nie oswobodzonej. Tym bardziej że ponowny rozkaz NKWD SSSR za nrem 001530 wydany został 9 grudnia 1940 roku, a dziś, dziś, towarzyszu Miedwiediew, mamy już drugą połowę maja 1941 roku!... Komisarz związkowy NKGB, towarzysz Merkułow, ma prawo oczekiwać od nas, że cała ta robota przygotowawcza dawno już jest wypełniona, a ja... oczekuję z dnia na dzień rozkazu towarzysza Merkułowa do rozpoczęcia akcji. O ile mi wiadomo, przewidziana była właśnie na maj. W takiej sytuacji raport wasz, towarzyszu - tu pobieżnie obrzucił wzrokiem wszystkich trzech - jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. Świadczy o fałszywym podejściu do pilnej sprawy i nie znajduje żadnego usprawiedliwienia. Przewidując trudności, o których teraz wspominacie, zaproponowałem przedłużenie terminu do 1 czerwca, ale ani jednego dnia dłużej. - Sięgnął po papierosy, poczęstował zebranych, zapalił i puścił długą strugę dymu w kierunku okna zawieszonego ciężką portierą.

-Ale... - odezwał się, korzystając z przerwy towarzysz Godliauskas. Tamci dwaj spojrzeli na niego.

- Chwileczkę - przerwał mu Gładkow. - Nie skończyłem. Teraz inna sprawa. Sprawa konspiracji i sprawności wykonania. Nie potrzebuję tu robić wykładu na temat światowej sytuacji politycznej. Związek Radziecki otoczony jest wciąż wrogami zewnętrznymi, którzy podtrzymują wrogów wewnętrznych. Rozgromienie kontrrewolucji wewnętrznej budzi zawsze szerokie echa wśród kontrrewolucji zewnętrznej, czyhającej, aby przy byle okazji puścić swą nikczemną i podłą kalumnię w ruch, skierowaną przeciw narodom postępu i pokoju. Nie może być dla nas tajemnicą, że akcja oczyszczająca tereny z elementu reakcyjnego wywoła nową falę potwarzy i oszczerstw za granicą. Jakkolwiek czujemy się dość potężni, aby odeprzeć każdą z kolejnych kalumniatorskich nagonek, to jednak biorąc rzeczy realnie, nie podobna zaprzeczyć, że ten wrzask zagraniczny przynosi nam szkodę. Zadaniem wykonawców rozkazu towarzysza Stalina musi być wykonanie ich w sposób możliwie oszczędzający nam szkód. Dlatego pierwszym warunkiem jest: konspiracja. To, co powiedziałem o wrogach zewnętrznych, w jeszcze większym stopniu odnosi się do wrogów wewnętrznych. Jeżeli ze względu na machinacje zewnętrzne wskazana jest konspiracja, dziesięć razy bardziej wskazana jest ona ze względów wewnętrznych. Orientujecie się zapewne dostatecznie w nastrojach panujących w terenie. Są one, dzięki kreciej robocie wrogów ludu, dalekie jeszcze od doskonałości. Dlatego więc zarówno znana wam instrukcja towarzysza Sierowa, jak wszystkie inne rozkazy i okólniki ludowego komisariatu bezpieczeństwa, zalecają nie tylko bezwzględną konspirację w działaniu, ale nade wszystko utrzymanie kraju w zupełnym spokoju i za każdą cenę, niedopuszczenie do żadnych wyskoków i awantur. - Gładkow przetarł sobie dłonią oczy, czoło, po czym przesunął nią po włosach w tył głowy.

- To zrozumiałe - odchrząknął Jerycho - ale okólnik towarzysza Sierowa mówi wyraźnie, ażeby transport deportowanych na dworce kolejowe w każdej miejscowości odbywał się wyłącznie przy świetle dziennym. Otóż, czy...

- Czy to nie stoi w sprzeczności z zasadą konspiracji? - podchwycił Gładkow. - Proponuję zastanowić się wam nad moimi ostatnimi słowami: "Utrzymanie spokoju za każdą cenę." "Konwojowanie w nocy takiej masy aresztowanych pociągnęłoby za sobą niewątpliwie próby ucieczek, oporu, a nawet próby odbicia ze strony antysowieckiego aktywu. Mogłyby nawet paść strzały czy dojść do jakichś zaburzeń, bo noc jest zawsze elementem sprzyjającym działaniu sił ciemnych. Nic możemy do tego dopuścić. Nie stać nas na takie ryzyko. Znajdujemy się jeszcze na terenie podminowanym przez zjednoczony blok wszelkiego wstecznictwa. W takim stanie wystarcza, jak wiadomo, zapałka do podpalenia beczki prochu.

- Ależ - wtrącił szczerze zdziwiony Godliauskas - mnie się zdaje, że naród jest dostatecznie uległy... To jest, chciałem powiedzieć... Mamy dostatecznie karne, uświadomione... - Poczerwieniał zawstydzony, że nie potrafił od razu dobrać odpowiednich słów do właściwego zdefiniowania tego, co chciał wyrazić.

Gładkow uczynił ruch zniecierpliwienia, że mu przerwano, chciał przejść do porządku nad uwagą, ale już się zatrzymał i po chwili, gdy inni milczeli, wystukując palcami po stole, wycedził z odcieniem sarkazmu:

- Słusznie zauważyliście, towarzyszu, że wam to się tylko tak zdaje. Gzy wyście przebywali kiedykolwiek w terenie w głębi Związku Radzieckiego? - I nie czekając odpowiedzi cedził dalej każde słowo. - To byście się przekonali, jak powinno wyglądać właściwe uświadomienie mas... - Po czym zwrócił się do Miedwiediewa. - Tymczasem, na przekór tej niezbędnej zasadzie utrzymania spokoju za każdą cenę, dopuszcza się u nas nawet do tworzenia band leśnych! W powiecie rakiskim operuje biała banda jakiegoś byłego oficera litewskiego, którego nazwiska dotychczas nie zdołano ustalić! Przyznacie, że to jest niesłychane! W mariampolskim powiecie doszło do takiego skandalu, że zamiast zlikwidować bandę miejscowych kułaków, niejakich braci Rymas, po cichu i przez agentów - dokonano obławy leśnej, przy tym obydwa oddziały NKGB i milicji postrzelały się wzajemnie w ciemności, podczas gdy białobandyci uciekli. W innym miejscu kontrrewolucjonista skacze przez okno głównego gmachu NKGB, wali butem w twarz śledczego, nie potrafią go ująć i strzelają za nim po ulicy, a w dodatku nie trafiają! Podobne incydenty nie mogą być nadal tolerowane! I nie będą! W terenie musi panować spokój - wstał - cisza!

Cisza, cisza wokoło. Ledwo dosłyszalnie szemrze trzcina nad ruczajem, przy jakimś stawie, przy jakimś młynie, który śpi wśród wierzb, kwadratowy i czarny w cieniu. Zastawy spuszczone, płaszczyzna wody odbija księżyc w pełni; śpią ptaki, ryba nie pluśnie, pies nie szczeka. Tylko krople z młyńskiego koła spadają miarowo i monotonnie: kap--kap-kap-kap-kap-kap... Śpi kułak, wróg narodu; śpi po chlewach i stajniach prywatny dobytek chłopów, łańcuch nie brzęknie przy kantarze. Śpi rosa nocna na końcach traw, na kłosach niedojrzałych zbóż, zastygła w blasku księżyca, a droga wiedzie przez lasy i pola, po grobli, między młynem i wsią.

- Zgaś reflektory - mówi do szofera towarzysz Godliauskas. - Taka jasna noc.

- Prawda, że jasna. A ot, świerszcze, to one chyba nigdy nie śpią.

Słuchali przez chwilę. Cicho idzie po kraju maszyna. Nowa. Świeci lakierem, odbija światło księżyca. Nie skrzypnie karoseria. Do czego to dożył, do jakich zaszczytów syn chłopski w rodzinnej ziemi! Rozmarzył się na miękkich, skórzanych poduszkach, zapatrzył w noc letnią. Już niedługo jedna taka noc i jeszcze jedna... darowana ludziom noc.

Noc. W noc na 31 maja 1941 roku, pod "ściśle tajne", za numerem bieżącym 4/4/9174, Moskwa, plac Dzierżyńskiego 2, wystukano następującą, krótką treść:

"Do Ludowego Komisarza Bezpieczeństwa Państwowego Litewskiej SSR, starszego majora bezpieczeństwa państwowego, towarzysza Gładkowa, miasto Kowno...........................

...............Ludowy Komisarz Bezpieczeństwa Państwowego Związku SSR - towarzysz Merkułow - ROZKAZAŁ:

Antysowiecko nastrojone osoby przygotować do wysiedlenia w oddalone miejsca Związku SSR. Zawiadamia się dla wykonania.


Zastępca nacz. 3 urzędu NKGB SSSR, kapitan bezp. państw.

Szewielew

Nacz. 4 oddziału 3 urzędu NKGB SSSR, kapit. bezp. państw.

Rodionow"

Dokument przechodził odnośne koleje mocy prawnej. Dopiero dnia 4/6741 otrzymał w rogu na lewo odręczną notatkę:

"Tow. Dembo. Wykonać. Gładkow".

Minęły jeszcze cztery dni i cztery noce. Pod tą notatką powstała druga:

"Tow. Szepielow.

1) wydałem instrukcje powiatom

2) wypracować na operacyjnej odprawie szefów jednostek.

8. 6. 41. Todesas"

A w tę noc, w którą właśnie wytelefonowano towarzysza Godliauskasa z prowincji, aby przybył natychmiast, na dokumencie położona została pieczątka podłużna:

"2 oddział Urz. Bezp. Państw.

NKWD LSSR - Otrzymano: 10. 6. 1941

Nr wpływu 2/2485"

- No, i po co, no, i po co! - zakrzyknął do szofera wyrwany z marzeń przez raptowne zapalenie reflektorów.

- Tu. towarzyszu, jar taki ciemny zapowiada się. Nie widać będzie.

- Ech, ślepota ty nieszczęsny! - i odrzucił się całym ciałem na poduszki skórzane.

Droga w jarze szła pod górę, trzeba było zmienić biegi, samochód zaryczał zlekka. Na górze u wylotu drogi stała samotna chata. Słup reflektorów buchnął, uderzył w okno, poleciał po ścianie przeciwległej, po świętych oleodrukach.

- Mama! Maaama! - krzyknęło w chacie dziecko, obudzone raptownie strasznym widziadłem.

- Cccicho... śpij, śpij. - Kobieta uniosła się, oparła na zgiętym łokciu, wstrzymała dech w piersiach. Samochód wleciał na górę, minął, zgasł. - Śpij, śpij spokojnie.


XXIX


Lato, lato! Czasem przychodzi taka myśl do głowy: gdybyż to człowiek był w stanie zielenią liści i zielenią traw do tego stopnia napchać sobie pełne oczy, urozmaicić kolorami kwiatów, zgarnąć do tego z powierzchni rzeki promienie słońca, a później zacisnąć ten obraz pod powiekami, zachowując w wieczność, która go czeka pod ziemią! Ale nie jest w stanie. Pejzaż jak deszcz spływa po wierzchu; przechodzą chmury, przechodzą obłoki po niebie, a oczy zaszłe bielmem śmierci nigdy... słyszycie to słowo: nigdy! widzieć już ich nie będą.

Bardzo trudno jest pojąć taki stan rzeczy. Trzeba by się długo zastanawiać, a wiadomo - nie każdy ma czas po temu. A zresztą, zamyślisz się, od tego głowa boli. Po co w takim razie wszystko? Po co pszczoła leci po łące i: "bzzzz..."? podaje głos. Po co motyl? Po co skowronek nad głową, a? Ale: wszystko, wszystko na świecie? Po co?

- Ot, ty mnie powiedz, Oluk, czy Bóg, w końcu, jest, jak ksiądz prawi na ambonie, czy nie?

- Dlaczego: nie?

- A dlatego, że widzisz, choćby teraz... - nie dokończył. Furmanka podskoczyła na kamieniu leżącym w koleinie i mówiący zamilkł, raptownie wstrząśnięty. Oluk przytrzymał konia. Od kościoła ludzie liczyli z osiem kilometrów wyboistej drogi. Lata całe jeździli nią tam i nazad, zawsze podskakując na tych samych kamieniach, ale nie było wypadku, żeby który zlazł z wozu, odrzucił kamień na bok. Pewnie, że żelazo na obręcze drogie, szkoda gadać, o kamienie się ściera, ale - wszyscy jadą. Na samotnym świerczku przydrożnym siadła siwowronka, kolorowa, rajski ptaszek północnych lasów. Oluk zapatrzył się na nią i rzekł sennie:

- Ksiądz - to, wiadomo, człowiek... A Bóg jest.

- To i bolszewiki ludzie.

- Ludzie, tylko nie wiedzą, po co żyją.

Wracali właśnie ze wsi kościelnej do domu, do Popiszek. Oluk Smolski, liczący lat osiemnaście, i jego przyjaciel, Franek, starszy odeń lat kilka. Lejce teraz leżały wolno w rękach Oluka, koń sam, znając drogę na pamięć, wracał chętnie, można było nim nie kierować. Franek spojrzał na siwowronkę, która przeleciała w tej chwili do byłego dworskiego brzeźniaka. Pomyślał i odpowiedział:

- Bolszewiki! Bolszewiki chcą niby to dla drugich żyć.

- A ty czemu dla drugich nie żyjesz?

- Dlaczego, czemu?... - I Franek szukał słów repliki, z lekka otwarłszy usta.

Wtedy Olkowi przyszła myśl do głowy:

- Nu, na przykład, kamień leży w koleinie. Ty nie potrudzisz się, żeby z wozu zleźć i na bok odrzucić. Dla siebie nawet, a co tu i mówić o innych.

- A dawaj, stań! Ot zlazła i wyrzuca. Prrr! - zawołał nie czekając i przerzucił nogi poza drabinkę. Oluk odwrócił się za Frankiem, patrząc, jak poszedł, nachylił się, wydobył kamień i rzucił nim w pole. Z miejsca, gdzie padł, zerwał się skowronek, nisko, milczkiem przeleciał i zapadł opodal. Franek wrócił. "Nooo!" - mruknął Oluk. Koń zakołysał duhą, skrzypnął hołoblami i pociągnął. Przyjaciele milczeli.

Coś jakby się poruszyło wewnątrz Smolskiego "Dla drugich" - myślał. "Chrystus dla kogo umarł na krzyżu świętym!.." Podskoczyli na następnym kamieniu, ale już nikt nie złaził, by go usunąć. Żeby tak każdy kamień z drogi, do wieczora nie wróciliby do chaty. Rzecz naturalnie nie w kamieniach. Począł nagle mówić, a jego ospały zazwyczaj głos nabrał ognia, jakby to on sam kazał z ambony:

- Ani żadnego sowieta jeszcze nie było, kiedy Chrystus mówił, że dla drugich trzeba żyć. Kochaj, mówił, bliźniego, jak siebie... Ot, jak mówił.

Franek nie odpowiedział, bo i prawda, że tak było.

- Cudy tworzył!...

- A czemu to teraz cudów nie spotyka się?

Tego Oluk nie wiedział, czemu. Ale wyraźnie odczuł, że gdyby do tego doszło, wszystko na świecie by się odmieniło. Z kolei on nie znalazł na poczekaniu odpowiedzi, znów się zamyślił i dopiero podjeżdżając do pierwszych sosenek lasu, z wypiekami na policzkach, które mu wystąpiły podczas rozmowy, powiedział głośno, ale na wpół do siebie:

- I cudy będą, nie bój się.

- Chyba, że obaczę.

- A ot, obaczysz! - i targnął lejcami.

Więcej tematu nie poruszali. Zresztą, dla Franka był on dosyć obojętny. Już w opłotkach wsi, spoglądając z wozu na pełne kłęby konia, zauważył tylko:

- Tłusty on u was.

- To mama - odparł Oluk - kartofli jemu do mieszanki dosypuje. Tłusty, ale poci się.

Działo się w pełni zeszłego lata 1940 roku. A jesienią, w październiku, zdaje się, zaszedł z Olkiem pierwszy przypadek.


Oluk był jedynakiem. Mieszkał z matką, owdowiałą od lat kilku. Pieściła go, gdy był mały, a po śmierci męża otoczyła jakby podwójną miłością i tak delikatnym obejściem, że aż ludzie się dziwili. Nigdy nie mówiła: Oluk, zawsze: Oluczek. Sam był on raczej słabowity, blady, wydawał się czegoś stale zaspany, powolny w ruchach i nierobotny. Ziemi mieli sześć dziesięcin starej miary, w tym dziesięcinę łąki nad rzeką Solczą, zaraz za ogrodem. Chata ich stała wprawdzie pośrodku wsi, ale w miejscu gdzie główna ulica tworzyła duży ni to plac, ni to majdan. Być może, w bardzo dawnych czasach stał tu kościół albo karczma, tego najstarsi ludzie nie pamiętali ani nie słychać było, żeby kto opowiadał. Jak pamięć sięga, zawsze łaziły po tym placu świnie czarne albo w czarne łaty, o długich ryjach i skąpym tłuszczu, typowa puszczańska poroda spokrewniona z dzikiem. Chodziły też gęsi, szczypiąc latem trawę, a w okresie słoty babrząc się w biocie. Popiszki nie były biedną wsią.

Chata Smolskiej leżała na północnym skraju placu. Koło ganeczka posadzone miała kwiaty i parę łodyg chmielu. Po drugiej stronie, za obejściem gospodarskim, zaczynała się łąka aż do Solczy. Dalej, już nad samą wodą, szpaler olch. A na tamtym brzegu jeszcze kawał trawy i już dalej - tylko puszcza i puszcza.

Stara Smolska, gdy trzeba było, najmowała robotnika, a do syna mówiła:

- Oluczek, ty rzuć ta robota. Odpocznij trocha.

Tak i żyli. Pola ciągnęły się w kierunku południowym. Gdy się odjechało nimi z kilometr-dwa i obejrzeć było wstecz, na północ, to jakby patrzysz na czarno-zielono-siny grzebień: tak rysowała się ściana świerków na niebie; niebie raz błękitnym, częściej białym jak wata.

Oluk miał własną, małą izdebkę. Nad jego łóżkiem wisiał nieduży krzyż na ścianie. Zwyczajny krzyż z drzewa, pobejcowany na ciemny brąz, z przybitym doń maleńkim metalowym Chrystusem. Wypadek zaszedł w południe, w niedzielę. Matka wróciła do kuchni z udoju, zaczęła coś mówić do syna przez otwarte drzwi a nie było odpowiedzi. Odstawiła cebrzyk i wycierając ręce w fartuch zajrzała do izdebki. - Wraz będzie obiad - powiedziała do samej siebie głośno. - Wyszedł czy co?...

A on stał pośrodku, trzymając uroczyście jak na procesji krzyż zdjęty ze ściany. Twarz miał siną jak u topielca, nalaną, oczy w słup, mętne; źrenice uciekły pod górne powieki, białka wyglądały strasznie; na czole krople potu. Stara krzyknęła okropnym głosem, rzuciła się doń.

- Oluczek! Synek! Co tobie, Matko Przenajświętsza! Stał jak drewno. W rogach ust ślina. Chciała mu wyrwać krzyż z ręki, ale zaciśnięty był w pięści, jak w kleszczach.

- Oluczek!... - I nagle usłyszała jego głos, jakiś zupełnie obcy głos. Później już, opowiadając, określiła: "Jakby kto głowa do beczki pustej, przykładem po kapuście, wsadził i mówił: "Boga widzę, Boga widzę..."

Gdy na krzyk i nawoływania starej Smolskiej zbiegli się do chaty ludzie, jeszcze po upływie pół godziny Oluk stał w tej samej pozycji dzierżąc krzyż i bełkotał. To, że mówił: "Boga widzę", można było jeszcze wyrozumieć, ale inne słowa padały bez żadnego związku; między innymi często słowo "kamień". Ludzie stali, patrzyli, ci z tyłu pchali się, napierali, szeptali między sobą. Baby zaczęły już doradzać półgłosem, jedna, żeby zioła zaparzyć i dać wypić, inna, żeby posypać węgle i "odkurzyć"..., gdy nagle głos Olka nabrał wyrazistości.

- Tsss!... - obruszyli się na baby obecni.

Wtedy padła z ust chłopca owa przepowiednia, która utrzymała się do końca, później uzupełniana, ale nie

zmieniona:

"Odwali się kamień... Z niego woda tryśnie... Powstanie kobieta od siedmiu wieków pod nim pogrzebana... Cud... W czerwcu..."

Uroczystą chwilę przerwał Olszewski, ojciec Weroniki, zamieszkały na skraju wsi, który półgłosem podsunął pytanie:

- A którego to mianowicie czerwca?

Oluk zachwiał się po tym pytaniu, ale utrzymał na nogach. Po chwili z głębi gardła wydobył:

- Siedemnastego...

Następnie zemdlał, sztywność ciała przeszła. Ułożono go do łóżka, krzyż powieszono z powrotem na ścianie i rzeczywiście napojono ziołami.

Od tego dnia jeszcze kilka razy zachodził z nim podobny wypadek i wieść o nich nabrała rozgłosu. W końcu miesiąca wybrała się stara Smolska do księdza.

Proboszcz najpierw kazał czekać, a później przyjął ze zmarszczonymi brwiami, nieprzyjaźnie. Doszły do niego już te słuchy.

- Do doktora trzeba zawieźć - powiedział sucho.

Stara pocałowała go w rękę i westchnęła chytrze:

- Takim czasem. Droga teraz nadto kiepska... - Później próbowała tłumaczyć, że nie wiadomo, czy "to" dzieje się u niego od wewnątrz, czy "to" od tego krzyża. Bożego jeżeli drugi jaki krzyż weźmie do reki, to nic. A jak tylko ten ze ściany, to jakby w nim jaka siła... niebieska - dodała i zamilkła zmieszana.

Ksiądz słuchał wciąż ze ściągniętymi brwiami i w końcu obiecał przyjechać, odwiedzić i krzyż zobaczyć.

Ksiądz jednak nie przyjechał wkrótce, jak był obiecał. Chciał widocznie rzecz odwlec, zbagatelizować, słusznie sądząc, że swoim nagłym przyjazdem może jej tylko przydać wagi. "Chory chłopiec" - zbywał. Przyjechał dopiero w listopadzie, i to nie do wdowy Smolskiej, a wezwany do umierającego starego Władysława, też Smolskiego, ale nie krewnego. Władysław i brat jego, Konstanty, choć starzy już, prowadzili wciąż wspólną gospodarkę, łącząc ziemię pozostałą im po ojcu, w rzadkiej zgodzie. Proboszcz wyspowiadał umierającego, udzielił ostatnich sakramentów, pomodlił się krótko i wkładając futro w drugiej izbie, zapytał Konstantego:

- Od czego to brat zachorował?

- Prawda to księdzu powiedzieć, to i nie wiadomo, od czego.

A rzecz się tak miała: bolszewicy urządzili sobie w samym środku puszczy, na wielkiej przestrzeni pasiek*), powstałych po pożarze lasu, akurat w połowie drogi między Wisińczą i Rudnikami, stały poligon lotniczy, gdzie ćwiczyli w rzucaniu bomb z samolotów. Zrzucanie bomb na las nie wydało się nikomu dziwne, raczej normalne w kraju przywykłym do tylu przemocy: "Wiadomo, nie ich..." Otóż stary Władysław powlókł się był czegoś do puszczy i popadł pod bomby. A później, jak wrócił, zległ i więcej nie wstaje.

- Więc jakże to tak: "nie wiadomo" mówisz. Odłamek go trafił?

_________________
*) "Pasiekami" zwą w tych stronach: poręby.
- Nie, żeby oskołka, to ani śladu.

- To może od wybuchu, od powietrza?

- Chyba że od powietrza.

- Najpewniej, proszę księdza, to z przestraszenia będzie - wtrąciła żona, wycierając chustką suche oczy.

- A czego on tam łaził po puszczy, kłusownictwem może zajmował się?

- Zdaje się, nie słychać było - odparł brat.

Baba wpadła natychmiast w rozmowę, szybkim terkotem zaklinając, że i strzelby nigdy u nich nic było, a dzisiejszym czasem, przy sowietach, niech Bóg uchroni, żeby mieć w chacie, to nawet straszno pomyśleć.

- Niech będzie pochwalony... - przerwał jej gadaninę ksiądz, zabierając się do wyjścia. ("Na wieki wieków", odpowiedzieli oboje). - A jak mnie stąd przejść do Smolskiej, wdowy? - zapytał schodząc po płaskich kamieniach, zastępujących stopnie ganku. - Może przeprowadzisz - dodał od niechcenia, podkreślając w ten sposób, że do wizyty nie przywiązuje większej wagi.

Obejrzał izdebkę Oluka, zdjął krzyż ze ściany, obrócił go w rękach parę razy, powiesił z powrotem na gwoździu, przeżegnał, powiedział kilka słów do obecnych i wyszedł do swojej furmanki, która podjechała pod ganeczek.

Na dworze panowało słońce po społu z wiatrem jesiennym i padały długie cienie. W listopadzie zawsze tak: prawie nie ma dnia; ranek, a od południa zaczyna się już zachód. Zimny kurz latał po grudzie. Koła furmanki stukały głośno. Stara Smolska przez uszanowanie stała na ganku, aż plecy księdza zniknęły na zakręcie w podskokach wyboistej drogi, później odwróciła się, przesunęła wzrokiem po grzebieniu puszczy i weszła do chaty nie powiedziawszy słowa. Nawet nie westchnęła. Coś w niej stwardniało i usta miała zaciśnięte. Sercem była już całkowicie po stronie syna, choć może nie przeczuwała jeszcze jego przyszłych zmagań z wrogimi mu mocami.

Nazajutrz rano Władysławowi Smolskiemu pogorszyło się wyraźnie. Brat jego wyszedł ospałym krokiem z chaty, skierował się do szopy popatrzyć, czy są jakieś deszczułki zręczniejsze na trumnę, i raptem, ni z tego, ni z owego, poszedł na wieś do Oluka.

- Może co pomoże... - powiedział do matki.

- Oluczek? A cóż on, biednieńki, może zrobić.

- No, ale jak to mówią, dla wszystkiego... Niech choć przepowie, czy brat mój wraz umrze, czy jeszcze męczyć się będzie?

- Pewnie, że umrze. Już jak ksiądz był...

Ale Oluk zgodził się. Wziął krzyż do ręki, znowu twarz nabiegła mu krwią, posiniała, zatrząsł się cały i po dłuższej chwili powiedział tym swoim dziwnym głosem: "Będzie żył".

W południe Władysław przeszedł kryzys, do wieczora mu odeszło. A nazajutrz wstał, jakby nigdy nie chorował. Wprawdzie Oluk tylko przepowiedział, ale po całej wsi jakby grom uderzył, przebiegła wieść: "Uzdrowił umierającego!!"

...Ze wsi do wsi. Do coraz dalszych. Do kolonii, do zaścianków; do miasteczek, dalej i dalej. Nad płaskim krajem, poprzez karłowate sosenki na piaskach, nad okwitłymi łanami wrzosów, nad polami opustoszałymi po jesiennemu, biegła wieść: "Uzdrowił umierającego!" Mówiono o tym na wodopojach, przy młynach, gdzie pachnie wodną trzciną i mąką; przed kościołami w niedzielę, przed cerkwiami; w synagogach i szkołach żydowskich, gdzie pachnie czosnkiem i starymi księgami. Nasuwa się banalne zestawienie: tak kamień rzucony w zastygły staw pędzi od siebie w promieniu coraz dalsze, coraz większe kręgi i nie zatrzyma ich po drodze najgęstsze nawet sitowie. Podobnie puszcza nie zatrzymała wieści.

Do wsi przyjechał pokryjomu wysłannik zielonoświątkowców z nowego kołchozu aż spod Radoszkowicz, dawnej granicy polsko-sowieckiej, wyszperać, czy Bóg nie zsyła wreszcie jakiej odmiany. Nie wiadomo, co powiódł z powrotem. Z bogatego osiedla pod Baranowiczami (w którym urodził się kiedyś Feliks Dzierżyński) przybył chłop Żółtko Bazyli, z sekty sztundystów, nakładając dobre dwieście kilometrów z hakiem i nawet przewiózł przez nową granicę pomiędzy białoruską i litewską sowieckimi republikami trochę miodu, trochę słoniny i płótna wyszywanego we wzory poleskie. Już po śniegu, sankami, z niedalekich Trok przybyło dwóch Karaimów i gadali w chacie Olka aż do późnej nocy. Z okolicznych wsi, zwłaszcza w niedzielę, schodziły się baby, gromadziły, szeptały, niektóre po trzy niedziele z rzędu opuszczając mszę świętą w kościele.

Trzeciego dnia po nowym, 1941, roku zjawiły się w Popiszkach w wielki mróz pod wieczór, przy czerwonym jak krew zachodzie słońca, sanie żydowskie, zatrzymując się niezdecydowanie pośrodku placyku.

- No, i czego?! - zakrzyknął surowo Antoni, przewodniczący sielsowietu, który skrzypiąc śniegiem przechodził właśnie przez placyk. Stanął, zmierzy wzrokiem trzy sylwetki ciemnych jak kruki, brodatych żydów. - Czego przyjechali?! - Na tle łuny zachodzącego słońca wyglądali jeszcze ciemniejsi. Czarne brody, czarne kapoty podbite futrem i tylko po wierzchu szron mrozu. Podali się za kupców.

- Nie ma tu, nie ma żadnego handlu! Nie ma czego! Jazda dalej!

Najstarszy z Żydów uśmiechnął się z wyrazem tej łagodnie pobłażliwej wyższości, jaką daje znajomość spraw i natury ludzkiej a także zwyczajów kraju. Z tonu chłopa domyślił się jego stanowiska.

- To jak pan sielsowiet chce, żeby my w taki mróz w nocy przez puszcze jechali?

- Nie bojś, wilcy nie zjedzą.

- Nu, a jak zjedzą, to kto będzie odpowiadał?

- A co mnie za interes, dokąd wy chcecie jechać.

- Ja przepraszam panu, panie sielsowieta, a czy ja mówię, że to pański interes?

Żydzi pozostali we wsi dwa dni. Mimo skąpych odpowiedzi, którymi zbywali pytania, najczęściej po prostu tylko milczącym kiwnięciem bród, przecież wywiedziano się, że to nie byli żadni kupcy, a tylko chasydzi, het, aż spod Słonima. Pierwszego dnia jedna z bab przybiegła, zdyszana, do Smolskiej:

- Ale Żydów nie puskajcie do Olka!

- Niech idą - odpowiedziała władczo wdowa. - Ludzie. Takie same.

Baba pomyślała chwilkę a później równic skwapliwie przytaknęła, jak przedtem skwapliwie chciała przeszkodzić wizycie.

To była nowość: Oluk przyjmuje wszystkich, nawet Żydów!

Sam on nie brał się już teraz do żadnej roboty. Modlił się, całymi dniami nie wychodził z chaty. Dopuszczał do siebie rzadko, przeważnie tylko przyjezdnych. Ale matka nie miała powodów do narzekań. Sąsiedzi pomagali w robocie za darmo. Pielgrzymi przynosili podarki.

W międzyczasie zdarzył się jeszcze jeden wypadek, który zdawał się potwierdzać zapowiedziany cud. Oto na północy nieba pojawiło się którejś nocy zimowej dziwne zjawisko: pośrodku czerwień, jak łuna pożaru, a po bokach jasne, promienne słupy, podobne z kształtów ni to do reflektorów poszukujących w niebie samolotu, ni to do srebrnych promieni otaczających w obrazie głowę Matki Boskiej Ostrobramskiej. Była to zorza polarna, w tych szerokościach geograficznych niezmiernie rzadka, ale pojawiająca się zimą co lat kilkadziesiąt. Ludzie zazwyczaj śpią o takiej porze, zdarzyło się jednak, że ten i ów zauważył. Ponieważ chata Smolskich wysunięta była najbardziej na północ, w samych Popiszkach rzecz wydawała się w ten sposób, jakby nieziemski blask stał wprost nad nią, podobnie jak to rysują gwiazdę betlejemską nad stajenką. Wiało przy tym dziwnym chłodem, zdawało się, innym niż zwyczajny, ziemski. Nawet dzieci rozbudzono. I po innych wsiach ludzie wszędzie powyłazili, otulając się w baranie kożuchy, stali, zadzierając głowy, patrzyli w niebo. Zjawisko drgało. To przybierało na sile, to przygasało. W pewnym momencie czerwień przybrała odcień purpury, a świetliste słupy strzeliły pod sam zenit. Bliżej puszczy podziwiano, jak delikatną koronką odbijały się na tle nieba czuby drzew. Ładnie, to ładnie, ale ludziom w tym czasie nie do ładności było. Później wszystko zgasło.

- Na wojnę, mówią. - Ale kto mówił, nie wiadomo.

Tak i rozeszli się, dosypiać resztę nocy z westchnieniem nadziei.


* * *

Minęła jesień 1940, minęła zima 1941. Franek kilkakrotnie zachodził do swego przyjaciela, choć rozumiał, że teraz, to już jemu nie koleżka on. Rozmowę zagajał jak siary, od rzeczy obojętnych najpierw, ale w końcu zawsze usiłował wydobyć jakaś ciekawszą informację, wyłuskać odpowiedź, którą by się później pochwalić mógł przed ludźmi. On też zapylał pierwszy, gdzie jest kamień, który zostanie odwalony i spod którego to...?

Oluk zamyślił się, patrząc w ścianę.

- Na naszej działce - odpowiedział wreszcie.

- Pod "Czarne Błoto"?

- Dlaczego? Na działce, mówię, na paszy - odrzekł sennie, ale z przymieszką zniecierpliwienia.

Franek pokiwał głową na znak, że rozumie dobrze, ale po chwili:

- Oluczek, a ty powiedz... a... któren to kamień właściwie będzie?

Oluk odwrócił twarz do okna z wyrazem zniechęcenia.

- Mało to kamieni na działce.

- Nu, tak, prawda, wiadomo, że kamieni dużo.

Z tym też wyszedł rozpowiadać po wsi, przygotowany na odparcie wszelkich pytań. Tak nawet pokierował opowiadaniem, że sąsiedzi sami zapytywali łapczywie: "A któren mianowicie kamień?" Wtedy Franek wzruszał ramionami: "Mało to kamieni na działce" - odpowiedział tonem jakby zbywającym innych, z którego wszelako można by wnioskować, że on sam wie coś więcej.
Bazyli Żółtko, sztundysta z prawosławnych, przyjechał jeszcze raz do Popiszek z dalekiej drogi. Było już pod wiosnę. Akurat tej niedzieli wieczorem, gdy ksiądz z ambony wygłosił płomienne kazanie przeciw fałszywym prorokom, fałszywym wiarom, sektom, błędnym drogom, na które szatan stara się zapędzić owieczki chrystusowe. Już uprzednio w wielu parafiach księża podczas kazań wskazywali na niebezpieczeństwo szerzących się zabobonów i gromili za łatwowierność w odniesieniu do różnych oszustów czy po prostu jednostek o chorej imaginacji bądź też zbłąkanych przejściowo. Napomnienia jednak utrzymywali w tonie raczej ogólnikowym, nie wypominając nikogo bliżej. Miejscowy proboszcz ociągał się długo z wystąpieniem, wciąż usiłując zbagatelizować wzburzenie i nie dolewać, jak się obrazowo wyrażał, oliwy do ognia podekscytowanych umysłów, aż wreszcie, gdy wystąpił, chociaż nie wymienił wprost nazwiska ani nazwy wsi, to jednak jakby palcem wskazał wprost na mieszkańców Popiszek, stawiając ich na jednej płaszczyźnie z baptystami i innymi sekciarzami. A mówił z zapałem, pięknie.

Wieczór był cichy, raczej ciepły, choć od puszczy ciągnęło zwyczajną, przejmującą wilgocią. Z południa, krzykliwie kierując się na jezioro w lesie, machały skrzydłami dzikie gęsi i zniżały lot. Chłopi niby to popatrując w górę, kręcąc samosiejny tytoń, pokaszlując i spluwając, przysiedli kto na zwalonych klocach drzewa, kto na kupie kamieni, podsuwając pod siebie poły kożuchów. Zwolna przychodzili do środka wsi dalej mieszkający i, od słowa do słowa, rozmowa zeszła na ranne kazanie księdza. Nie można powiedzieć, iżby je krytykowali, raczej wspominali poszczególne zdania. Między jednym a drugim pociągnięciem dymu każdy czekał, jaką inny wyciągnie ocenę. Wreszcie któryś zwrócił uwagę, że ksiądz do sekciarzy jakby to ich przyrównywał...

Nastało dłuższe milczenie.

- A cóż to sekciarze złego robią? - zapytał Żółtko głosem na pozór spokojnym. - Że samogonu nie piją? Że machorki nie kurzą?!...
Olszewski wydmuchał cybuszek i przydeptał butem niedopałek. - Do kościoła nie chodzą - powiedział.

- A po co ja mam iść do kościoła?! - podchwycił tym razem już z wyraźnym podnieceniem Żółtko. - Owszem, bywało kiedyś... choćby na przykład u nas. Jeden prawosławny, jeden katolik, każdy Pana Boga chwali, i dobrze, zdawało się, czego więcej chcieć. A fest w cerkwi, jadą do cerkwi i prawosławne, i katoliki, zgodnie. Fest w kościele, także samo jadą wszyscy do kościoła, w zgodzie chrześcijańskiej. To nie! Nie spodobało się, zaczęli mówić: nie wolno! A dlaczego nie wolno?... Pójdziesz do księdza do spowiedzi, a on ciebie pierwsza rzecz pyta: "Czy czasem do cerkwi nie chodzisz?" Pójdziesz do popa: "Czy czasem do kościoła nie chodzisz?" Niech on zapyta, czy wódki nie pijesz, czy nie palisz, czy nie kradniesz... A cóż to za grzech cerkiew czy kościół! Nu, w końcu, jeżeli grzech, to w takim wypadku nic chodzić ani do jednego, ani drugiego. Po mojemu, to tak i wychodzi - zakończył.

Zaczęła się dyskusja utrzymana w tonie powściągliwym, podczas której nikt nie wspomniał nawet Oluka, jakby to nie o niego rzecz cała poszła. Mówili spokojnie, jeden tylko Bazyli zapalał się w atakowaniu kleru. W pewnym momencie aż zerwał się z belki, na której siedział, i zaczął ręką wymachiwać:

- Dobrze jemu dziś z ambony sekciarzy wyklinać! A czemu on z ambony sowietów nie wyklina! A? Nieboś, lęka się, nie ośmieli się, choć oni nic tylko przeciw kościołowi, ale i Bogu!...

Milczenie, które nastało, przerwał raptownie Antoni, przewodniczący sielsowietu; wstał i zawołał:

- No, dość będzie bałakać! Pogadali, starczy!

Zresztą, i bez tego napomnienia ludzie zaczęli już podnosić się z miejsc. Prawda, że późna pora... I rozchodzili się milcząc.

Z dwóch cieni, które wracały człapiąc po błocie pociemniałej uliczki aż na sam skraj wsi, jeden splunął w bok.

- Isz, kudy zahnuł.

Olszewski nie odpowiedział. Bo żeby zebrać się z myślami, to prawie nie ma jak i odpowiedzieć: księdza w tym wypadku bronić, że owszem, on w gruncie bolszewików nie przyznaje, to jakby na niego donos głosić. A odwrotnie, Bazylemu temu rację przyznać, to jakby przed całą gromadą na samego siebie donos składać...

- Jutro musić orać wyjdziesz na podeschnięte? - spytał, żeby tylko przerwać milczenie.

- Nie wiem jeszcze... Pług trzeba do kowala. - Odparł tamten niechętnie i dodał: - Co z tego, że i zaorasz...

Olszewski kiwnął na pożegnanie głową i rozeszli się do swoich chat.
* * *
Stanowisko władz NKGB przez dłuższy czas było chwiejne, jak każdej machiny obarczonej zbytnią biurokracją. Linia generalna, streszczająca się w słowach: "Bez szumu i paniki", w znacznym stopniu hamowała lokalne decyzje. Respektowanie tak zwanego: właściwego podejścia do rzeczy, jako obowiązującego dogmatu w każdym poszczególnym wypadku, też tej decyzji nie ułatwiało. Sprawę przekazywano co raz to wyższej instancji. Gdy komisarz bezpieczeństwa państwowego, starszy major NKGB Gładkow, wysłuchał w Kownie pierwszego raportu o Popiszkach, zwęził oczy i zapylał:

- Co, znowu ksiendzy coś wymyśliły?

- Nnnie... Niezupełnie - odpowiedział starszy lejtenant Miedwiediew, - Wychodzi tak, jakby to nawet przeciw ich woli.

- To jest, jakto tak? - Gładkow zmarszczył czoło, przewidując z góry jakąś komplikację i ze szczerą niechęcią, chociaż w skupieniu, pozwolił na wyłożenie sobie sprawy bardziej szczegółowo, przytupując przy tym nogą pod stołem. Później wstał i przeszedł się po gabinecie.

Ogólne wskazania wykonawcze dla "rozgromienia kontrrewolucji w krajach oswobodzonych" nie stanowiły w tym poszczególnym wypadku dość precyzyjnego źródła postępowania, a to ze względu na inne szczegółowe instrukcje, dotyczące możliwie pobłażliwego i ostrożnego zachowania w stosunku do osób, organizacji i innych ośrodków wszelkich kultów religijnych. A z drugiej strony, jakiż to kult! Mrakobiesije i tyle! Kościołów jako takich, powiedziano, na razie nie ruszać. A tu znowu sekciarze, prorocy... - Przeciągnął ręką po potylicy. Hm, nie można bez instrukcji z góry.

- Zbadać lepiej sprawę i złożyć szczegółowy raport -zakonkludował.

Na tym odterminowaniu sprawy na razie stanęło.

Pod wiosnę, wobec nowych pogłosek, postanowił Gładkow osobiście rzecz rozpatrzyć w urzędzie, któremu tamten teren podlegał bezpośrednio.

Miedoczkin był na urlopie. Obecni byli: Greczannikow, Zajcew, Czemodanow, Kopyłow i Lewin. - Starszy lejtenant Greczannikow zwrócił uwagę, iż uwzględniając specyficzne właściwości kraju najlepszym podejściem do sprawy byłoby odczekanie wyznaczonego przez Smolskiego terminu cudu, naoczne przekonanie mieszkańców o fałszywości zabobonu, a następnie aresztowanie szkodnika jako zwyczajnego oszusta.

"Najlepszym, to tam nienajlepszym..." -pomyślał Gładkow, który w zasadzie przeciwny był przeciąganiu w nieskończoność (jak mawiał) poszczególnych etapów sowietyzacji - "ale raczej najprostszym". Nie wypowiedział się jednak ani za, ani przeciw projektowi, ponieważ miał inne jeszcze powody, bardziej ważkie, aby ociągać się we własnych decyzjach.

Płytki wywiad podlegających bezpośrednio jego rozkazom 105, 106 i 107 oddziałów pogranicznych wzdłuż pruskiej granicy przynosił coraz bardziej alarmujące wiadomości o przygotowaniach niemieckich z tamtej strony, o gromadzeniu wojsk itd. Sprawa nie mogła ulegać dla Gładkowa najmniejszej wątpliwości: wojna wisi na włosku. Tymczasem doczekał się najmniej oczekiwanej reakcji Moskwy na swoje meldunki. Przyszło mianowicie pismo, utrzymane w tonie nader suchym, aby zechciał bardziej sumiennie przesiewać doniesienia agentów, nie zawsze zasługujących na zaufanie. Poza tym uwaga, że wyciąganie wniosków ogólnych z sytuacji międzynarodowej należy do osób do tego powołanych. Gładkow zrozumiał to pismo w sposób, w jaki każdy inny na tak eksponowanym stanowisku zrozumiałby je, że mianowicie grozi mu niełaska. Ale za co?

Dopiero po upływie pewnego czasu dowiedział się, o co chodzi: towarzysz Stalin ustalił tezę, że wojna Związkowi Sowieckiemu nie grozi, a gromadzenie sił niemieckich na granicy jest bluffem. Od razu też wszystkie źródła informacji nastawiły się w ten sposób, aby pod każdym względem potwierdzać tezę towarzysza Stalina.

Gładkow zrazu odetchnął. Kilka bardziej alarmujących raportów granicznych wycofał. Gdy jednak siedział zastanawiając się i bawiąc ołówkiem ponownie popadł w pesymizm.

Zła myśl, zwyczajna myśl ludzka, zachowuje się czasem jak wesz. Ten, kto poznał dolę więzień, baraków, okopów wojennych, a Gładkow je znał, wie dobrze, że wszy obłażą przede wszystkim ludzi o budowie wątłej, zmęczonych; organizmy osłabione. Podobnie, nadszarpnięte pracą nerwy i sterana głowa nie dają dostatecznego odporu złym myślom, które obłażą mózg. Gładkow nie był wątłej budowy, ale miał sterane nerwy.

"Katastrofa wisi na włosku, a kto za nią będzie odpowiedzialny?" - myślał. "Ci oczywiście, których za odpowiedzialnych się uzna. Czy nie w pierwszym rzędzie osoby odpowiedzialne za informacje? Tak by w gruncie nawet wypadało. Jeżeli się zważy, że on jest komisarzem bezpieczeństwa republiki związkowej granicznej... graniczącej z katastrofą..."

Cóż więc dziwnego, że w takim stanie rzeczy i w takim nastroju, który potęgował rozstrój nerwowy, konieczność powzięcia decyzji w najbłahszej sprawie drażniła go niewymownie Bo każda z nich w wypadku małego nawet pośliźnięcia się, stanowić mogła później o dowodzie obciążającym albo służyć za pretekst do obciążenia.

"Taki" - myślał - "parszywy drobiazg, Popiszki! A gdzie jest pewność że nie stanic się kamieniem u szyi! - Tfu, ty, czort!" - i złamał ołówek. Równie dobrze powiedzieć będzie można, że sabotował plan, sprowokował ludność nieumiejętnym podejściem albo też odwrotnie: tolerował machinacje kontrrewolucji! Spojrzał bezradnie w okno. Błękitniało niebo, zieleniły się po miejsku przystrzyżone topole, na których ćwierkały wróble...


XXX


Kiedyś Weronika nosiła się z zamiarem napisania do Pawła listu, ale nie umiała ani ortograficznie pisać, ani sklecić przyzwoicie zdania. Same słowa, które dobierała w tym celu w myślach, wydawały się jej nieprawdziwe, więc ubolewając z tej przyczyny, składała ją na karb swej nieumiejętności pisania. Po pamiętnej kłótni z Pawłem wyjechała do Popiszek... przesiedziała u rodziców aż do maja miesiąca, a mąż ze względów, które przeczuwał a na których bliższe poznanie nie chciał się zdobyć, nie naglił do powrotu. Starszy brat Weroniki nie wrócił z wojny polsko-niemieckiej. Młodsza siostra wyszła zamąż przed Bożym Narodzeniem. Rodzice w gruncie cieszyli się z pobytu córki w opustoszałej chacie. Byli też z niej trochę dumni: ładna; nazywało się, że bogata, mąż. kupiec; ubrana na wpół po miejsku, a nawet w zwykłym odzieniu wiejskim, pomagając przy gospodarstwie, wyróżniała się w ruchach i słowach czymś, co nazywali "delikatnością". Weronika, ażeby nie pysznić się przed innymi kobietami, wzdychała, jak one, po babsku: o interesach mówiła: "Nie te czasy..." Wzdychała czasem naprawdę ciężko i szczerze. Dawne znajome, sąsiadki, przytakiwały głowami i zazdrościły jej.

Gdy przyszła wiosna, szła ze swoją ukrytą miłością jak z dzieckiem w brzuchu najczęściej w kierunku puszczy do brzeźniaka. Grunt był rozmiękły jeszcze, podmokły; stąpała po kępkach w maminych łapciach z lipowego łyka, a spod każdej kępki wyłaziły syczące pęcherzyki ciemnej wody. Bała się gadzin, ale nie bardzo. Cięła gałązki brzozowe na nową miotłę. Później przypomniawszy sobie dawne lata nacinała w odpowiednim miejscu pnie brzóz, podstawiając pod wiosenny sok drewniane korytka.

- Dobra rzecz sok brzozowy - zagadnął raz niespodziewanie za jej plecami Franek, który choć o kilka lat młodszy dawno się już był w nią zapatrzył, ale nie mając śmiałości krążył tylko wokół jak karszun nad ofiarą. Drgnęła z zaskoczenia, ale od razu opanowała się, i przykucnięta koło korytka - nawet nie odwracając głowy odpowiedziała:

- Kto lubi.

- Oho, na drugi dzień po samogonie, kiedy w gardle pali. Oho!

- A po co jego pić, samogon?

- Po co pić? Na zmartwienie.

- Czy to pomaga?

Odważył się zbliżyć i kucnął obok na wilgotnych mchach. Nie wiedząc, co zrobić z rękami, zaczął szukać tytoniu po kieszeniach, ale nie znalazł. - Na próbę można skosztować - mówił niezręcznie. - U mnie jak raz litr w chacie jest.

- Nie wiadomo jeszcze, czy twój baćka pozwoli? - odparła ironicznie.

- No, ot, zobaczym, czy pozwoli - odpalił ze sztuczną zuchowatością. Pójdziem, dobrze?

- Niech próbuje, która ma zmartwienie. Ja, to nie mam - odpowiedziała zdecydowanie i wstała.

Razu pewnego, gdy zamiatając izbę nachylona była nad podłogą, matka zagadnęła ją niby od niechcenia, ale obydwie rozumiały, że chodzi tu o sprawy potocznie zwane sercowymi. Bo chociaż Weronika nigdy ani jednym słowem nie zdradziła się przed matką ze swych uczuć, tamta i bez słów nabrała podejrzenia, że musi być jakaś głębsza przyczyna długiego przebywania córki w rodzicielskim domu. Wybrała moment, gdy ojca nie było w chacie a córka nachylona - bo bez świadków i konieczności patrzenia sobie w oczy najłatwiej jest rozmawiać o rzeczach intymnych, kobiecych. Obrzuciła też wzrokiem spódnicę, obciągniętą na wypiętym w tej chwili zadzie Weroniki: "Dzieci nie rodzi...", pomyślała.

- A czemu to twój, Wercia, nawet nie zajedzie? Może jaka niezgoda między wami?

- Czasu nie ma - zamiatała dalej. - W czym tam może być niezgoda.

Matka postukała garnkami, przesuwając je niepotrzebnie w zastygłym piecu. - No, a powiedz, jaki on?

- Jaki ma być. Taki, jak i wszystkie.

Stara westchnęła dla porządku i siadła na zydelku skrobać kartofle. Weronika wyprostowała się, uniosła twarz, czerwoną od nabiegłej z nachylenia krwi, i milcząc wyniosła śmiecie z chaty. Umyślnie pobyła dłużej na podwórzu, ażeby już do tematu nie wracać. Istotnie, matka więcej go nie poruszała. Gdyby tutaj, we wsi, Boże strzeż, miała Wercia jakiego gacha, to wtedy już pewnie, że na nią, na matkę, spadałaby odpowiedzialność przed zięciem. Ale dopóki siedzi spokojnie i z nikim nie zadaje się, niech siedzi.

A zadawała się Weronika tylko z jedną Anią, dawną swoją przyjaciółką i rówieśniczką, jeszcze niezamężną. Była to zarazem najbliższa sąsiadka; zagrody ich dzielił tylko niski nieszczelny płot. W dzień Ania miała dużo roboty do opędzenia. Rozmawiały głównie o zmierzchu, bywało do późnego wieczora, przeważnie szeptem. Jej jednej mogła się Weronika trochę zwierzyć, choć też nie ze wszystkim. Lata biegną, zmieniły się obydwie od czasów pierwszej młodości, i Ania nie zawsze pojmowała zawiły splot przyczyn i skutków, który Weronikę wpędził w stan głębokiej miłosnej depresji.

Skłamał też Rymaszewski, gdy opowiadał Pawłowi, że Weronika pojechała "leczyć się u proroka". Ani jej to w głowie nie było. Raz, prawda, zaszła do Smolskiej w odwiedziny, posiedziała w kuchni, pogadały o rzeczach obojętnych; później naturalnie rozmowa zeszła na Oluka, ale nawet nie starała się z nim widzieć. Raczej dla przyzwoitości okazała zainteresowanie rzeczami tak odległymi, jak Bóg w niebie i cudowne przemiany na ziemi, które mają nastąpić. Bo dla niej wszystkie sprawy nieba i ziemi wypierane były przez jej własną sprawę.

- A jak ona, ta kobieta, która powstanie spod kamienia, goła będzie? - zapytała.

Smolską wyraźnie zaskoczyło pytanie, które jej dotychczas nie przychodziło do głowy. - Goła?... Nie może być chyba goła.

- Może w cokolwiek przyodziana - zgodziła się szybko Weronika.

- Pewnie, że w cokolwiek; jakieś szaty, jak dawniej nosili, czy prześcieradło jakieś, no, jak święta na obrazie.

- To ona święta będzie?

- A jak chcesz, Wercia? Z ziemi zmartwychwstaje, żeby była taka, jak ty?

- Dlaczego: jak ja? Niekoniecznie, jak ja, ale może nie być święta.

- Nie pytałam ja - odparła Smolska. - Oluczek nie mówił. Pan Bóg jeden raczy wiedzieć.

Weronika poszła od niej do brzeźniaka. Ziemia zaczęła wysychać, choć pod ciężarem stóp ciągle jeszcze występowały spod kęp trawy pęcherzyki i sycząca woda. Zlewała świeży sok do dzbanka; czasem postała wsparta o brzozę, patrzyła, jak krople soku skapywały do koryta; wyobraziła sobie, jakby to mogło być, gdyby przy niej był Paweł w tej chwili; byliby sami w wielkim lesie, jak on to mawiał: "bezpieczni od ludzi"... Nachyliła się, wyjęła wpadłą muchę czy komara, palec wytarła o spódnicę i z powrotem odnosiła do wsi swą miłość, tak jak ją była przyniosła do lasu.

Niespodziewanie pewnego ranka w końcu maja, zaledwie siedli do śniadania, oświadczyła, że wraca do domu.

- Myślałem - rzekł ojciec - że Wincuk po ciebie przyjedzie - i spojrzał na córkę znad drewnianej łyżki, którą siorbał parzone mleko. - A nie, tak zaczekaj jeszcze do niedzieli. Wolnym czasem założę konia...

- Pójdę. Nie trzeba konia. Może kto podwiezie po drodze.

- Ładną babę, to każdy podwiezie - przetarł ręką po wąsach.

- Nu, nu, już ty tylko, stary! - ofuknęła go żona. - O ładnych babach zagadał. Jakby to dziś nie mógł do drabinki założyć!

- Wczoraj przykazali na dziś most jechać reperować, aż pod...

- Nie trzeba mnie, mówię - przerwała dyskusję córka. - Piechotą pójdę.

Poszła.

Bóg ją tam raczy wiedzieć, bo ona sama nie wiedziała, Weronika, czego chciała wyjeżdżając do Popiszek Być może, nie przyznając się nawet przed sobą oczekiwała, nie, jak jej ojciec, że po nią przyjedzie Wincenty, a że właśnie nagle zjawi się Paweł? Raptownie stęskniony, z dalekiej drogi, jak to wróżą cyganki? Teraz idąc postanowiła wrócić do męża, a z Pawłem zerwać na amen i więcej się z nim nie starać zobaczyć.

Mąż przyjął ją łagodnie i ucieszył się z jej powrotu, tak jak uprzednio cieszyli się z jej przyjazdu rodzice. Zaczęła wierzyć, że dalsze życie ułoży się im pomyślnie.


XXXI


Którejś niedzieli pierwszych dni czerwca Paweł, siedząc na stopniach werandy, zszywał dratwą rozpruty rzemień uzdeczki, gdy Marta - usadowiona na poręczy - huśtając nogami w powietrzu, zapytała:

- Co się koniec końców stało z tą pralnią, z tą Halą i tak dalej? Wiesz ty coś o tym czy nic?

- Nie mam pojęcia. Nie miałem czasu się dowiadywać.

- Czy mogło coś podobnego zniknąć jak widmo?

- Może i mogło.

Marta zaczęła się bawić listeczkami dzikiego wina obrastającego werandę i po chwili milczenia zmieniła temat. Zaczęła opowiadać o pewnym rodzaju strachu, który odczuwa:

- Widzisz, od dzieciństwa człowiek zapoznaje się w życiu i czyta o rzeczach, które budzą strach. Ale ja się nie boję tych rzeczy samych w sobie. Ja się boję najbardziej strachu przed strachem. Nie wiem, czy mnie rozumiesz. Największe wrażenie wywarł na mnie kiedyś opis jakiegoś zatonięcia okrętu: jak ludzie walczyli o miejsce w łodziach ratunkowych, spychając się nawzajem, jak mąż odpływał w morzu dalej od swej żony, która go błagała o ratunek, a on, nieprzytomny ze strachu, bał się, żeby go nie uchwyciła za nogę czy rękę i nie pociągnęła w dół. Jakaś matka w ten sposób odepchnęła od siebie rodzone dziecko i tak dalej. To jest właśnie najstraszniejsze ze strasznych, że żaden człowiek nie wie właściwie, jak pod wpływem strachu może postąpić i jak postąpi. Wyobraź sobie, że taki się wyratuje i później żyć musi ze świadomością tego wspomnienia. Potworne. Nie znajdujesz, że to jest okropne?

- Pewnie - mruknął Paweł.

- Otóż mnie teraz, nie wiem skąd się to bierze, ciągłe nawiedza takie widmo strachu, strachu przed sobą. - Zamilkła i przestała machać nogami. Po pewnej chwili innym tonem:

- Wiesz... wtedy, gdy wezwano ciebie do... gminy.

Przyznam ci się, że istotnie zachowałam się wówczas...

- Ach, nie mówmy o tym.

- Ciągle jesteś teraz zapracowany. A jak mamy chwilkę czasu dla siebie, też nie chcesz rozmawiać.

- Słuchaj, jak się pracuje sześć dni w tygodniu, to nie jest odpoczynkiem siódmego dnia rozmawiać o strachach.

- Ciekawa jestem, o czym rozmawiasz z tą... swoją Weroniką?

Paweł wyciągnął dratwę i pochylił się nad robotą. -Nie ma jej. Wyjechała.

- Nie dalej, jak wczoraj, widziałam ją na ulicy. A i dziś nawet - przypomniała sobie - w kościele na mszy. Wróciła, wróciła. - Powiedziała to po prostu, bez żadnej ukrytej intonacji w głosie.

- Daj mi spokój - odparł.

Marta oderwała ręce od poręczy werandy i wyciągając je w górę ruchem, który z boku mógłby się wydawać patetycznym, przeciągnęła się całym ciałem, jakby w ten sposób chciała dać wyraz niemej tęsknocie do czegoś dalekiego. Paweł ziewnął sztucznie, co zawsze czynił w zakłopotaniu. Het, za drzewami nad niewidocznym stąd traktem stal w powietrzu kurz jak mgła. Trwała susza nad glebą piaszczystą. Wszędzie po ogrodzie zaczęły się pienić chwasty.

- Żeby to chociaż deszcz spadł - westchnęła.

On skończył robotę i poszedł do stajni, podzwaniając po drodze wędzidłem uzdeczki.

W ciągu następnych dni wciąż był przygotowany na spotkanie z Weroniką, ale ona nie pokazywała się na drodze, którą przechodził lub przejeżdżał. Podświadomie rozczarowany w swoich oczekiwaniach, Paweł próbował w końcu kilkakrotnie lawirować samemu, niby to przypadkowo, ale w sposób zbliżający możliwość takiego spotkania. Nie zobaczył jej jednak nawet z daleka. W rezultacie doszedł do przekonania, że Weronika postanowiła z nim zerwać ostatecznie.


* * *


Zaczęło się od tego, że Mania, żona Jana, biegła rankiem 14 czerwca i powtarzała szeptem wciąż te same słowa:

- Boże, Boże!... Boże, Boże!...

Marta, która w tym czasie podlewała sadzonki pomidorów, uderzona wyrazem twarzy sąsiadki, zatrzymała się w pracy.

- Mania! Co się stało?!

- Boże, Boże!...

- Mania! Co się stało?!!

- Ludzi wywożą!

- Co takiego?! - zbladła - jak to: ludzi?!

- Ludzi, ludzi wywożą! - I Mania, nie oglądając się, biegła dalej do swej chaty. Marta stała jakiś czas nieporuszona, a później zapominając o sadzonkach pomidorów poszła na podwórko, trzymając wciąż konewkę w dłoni.

Paweł wyjechał o świcie, jak zawsze, z podkładami na lotnisko.

W tej chwili po drodze zadudniła ciężarówka. Marta cisnęła konewkę, z której wylała się reszta wody, i pobiegła do furtki.

Była to ta sama ciężarówka NKGB, która pierwsza, przed świtem jeszcze, zawitała do okolicy po rodzinę Rukowskich i ich sąsiada Witolda z Wykont. Wszystko odbyło się ściśle według przepisów instrukcji towarzysza Sierowa. Na jeden i ten sam wóz załadowano Rukowskiego, który dostarczył wszystkie ziarno dla rządu, i Witolda, sąsiada, który nie dostarczył ani jednego kilograma. Załadowano też Józia Rukowskiego, któremu się tyle rzeczy w nowym ustroju podobało, i jego matkę, i starszą siostrę. Załadowano całą rodzinę Witolda, żonę, dwie córki. Dobytek został spisany, a deportowanym pozwolono zabrać kilka tobołów naprędce spakowanych drżącymi ze strachu rękami. Nikt nie płakał. Dwa razy agent NKGB, starszy grupy, zawołał:

"No, prędzej, prędzej...", ale też bez zbytniej gorliwości i bardziej, aby uczynić użytek z formalnego brzmienia swego głosu względnie dla pokrzepienia własnego autorytetu niźli z istotnej potrzeby.

Ciężarówka koloru kurzu biegła teraz po szosie, zbliżała się, można już było rozpoznać sterczące z niej dwa czterograniaste bagnety na karabinach. Marta zaciskała w rękach sztachety swej zagrody, jakby się nie chciała dać nikomu oderwać. Poznała. Rukowski siedział na przodzie z głową opuszczoną, w letniej czapce, z daszkiem zsuniętym na oczy; pośrodku żona Witolda, ponura i zgarbiona; córka Rukowskiego leżała bokiem na jakimś worku i dwoma rękami zawiązywała w tej chwili końce chustki na głowie. Żołnierze na końcu platformy usiłowali mimo pędu zapalić papierosy, trzymając karabiny między nogami. - Minęli Martę. Pióropusz kurzu uderzył w nią, przesłonił widok całkowicie. Zmrużyła oczy, ale patrzyła ciągle. Coraz dalej, coraz dalej biegnie kurz, śmiesznie tak, bokiem, jak pies zarzucający tylnymi łapami; słaby wiatr zwiewa go na pole koniczyny; zaraz znikną na zakręcie... Zniknęli. Odcięta postać: kurzu jak błędna dusza zawisła bezmyślnie nad pustą drogą i Marta czekała aż się rozwieje ostatecznie. Rozwiała się. Wtedy odeszła od furtki i stanęła pośrodku podwórka z opuszczonymi rękami.

Siwa pliszka biegła po szczycie dachu trzęsąc ogonkiem. Robiła gwałtowny ruch w bok, chwytała muchę i biegła dalej.

Marta szepnęła: "Boże, Boże...", podobnie jak to przed chwilą szeptała Mania i jak od wieków przed nimi i wieki jeszcze po nich szeptać będą miliony ludzi w rozmaitych okolicznościach, nie pomni przykazania, aby imienia bożego nie wzywać nadaremnie!

Straszna wieść rozbiegła się z niespodziewaną szybkością. Zanim jeszcze wczesnym południem podwiązano koniom obrok w torbach na przerwę obiadową wiedzieli już o niej wszyscy furmani i wszyscy robotnicy zajęci przy budowie lotniska. Wiedziało miasto i wieś. Chłopi jadący traktem i pasażerowie w pociągach. Od Zatoki Fińskiej, poprzez kraje Estonii, Łotwy i Litwy, aż het, po lasy białoruskie z tamtej strony górnego Niemna nie mówiono o rym zdarzeniu inaczej jak tylko: "Wywożą ludzi." Nikt nie precyzował ich przynależności socjalnej czy politycznej, wszyscy mówili po prostu: "ludzi"! Może dlatego, że w gazetach tego ranka brakło właściwego komentarza politycznego i nie było na ten temat ani jednego słowa. - Pawłowi zaraz rano, gdy przywiózł podkłady, powiedział człowiek, który je przyjmował i liczył na miejscu. Pierwsza, w ten sposób uzyskana wiadomość, nie była ścisła. Robotnik mówił, że na razie wywożą jedynie z miasta.

- A ze wsi?!

- Nie słychać było.

Praca szła wokół normalnie. Jej miarowy, wielostronny gwar, zagłuszał wszelkie szepty między ludźmi.

- No, i co będzie? - spytał Paweł mimo woli.

- Dziś narodził się czy co - odburknął robotnik.

W pierwszej chwili chciał Paweł gnać natychmiast do domu, bez jakiejkolwiek z góry powziętej decyzji, ale wyobraził sobie godziny oczekiwania w bezradnym strachu i nade wszystko ciążącej niepewności, więc zmienił zamiar. Dotychczas wiadomo było tylko, że "wywożą ludzi", ale tego mało jeszcze, trzeba się dowiedzieć, upewnić, jak, co i kogo? Może istotnie deportacja nie dotyczy mieszkańców wsi? Może we wszystkim jest trochę, jak to bywa, przesady? Może... Zawsze jakaś nadzieja i ciągle nadzieja! Po wyładowaniu zatem podkładów, wyjeżdżając na drogę, pociągnął nie lewą, a prawą lejcą, zaciął batem i podążył do miasta

Do tradycji miasta, sięgającej chyba odległych wieków, przywiązany był urząd rakarza magistrackiego, którego zarówno obowiązkiem, jak przywilejem było wyłapywanie z ulic - wałęsających się i bezdomnych psów. Wyjeżdżał on na miasto jednokonnym wózkiem w kształcie małej platformy, do której przymocowana była z góry klatka o żelaznych prętach. Bokami szło dwóch czeladników-oprawców, zaopatrzonych w długie kije z pętlą na końcu, na którą łapali przygodnego psa, a następnie drżącego ze strachu, wrzucali do wózka, i pochód posuwał się dalej. Cała ta procedura sprawiała wrażenie niemiłe, nieestetyczne, można by zaryzykować twierdzenie, że wręcz przykre. Żałosne skomlenie złapanego psa przechodziło nieraz w zawodzenie podobne do płaczu skrzywdzonego dziecka. Dochodziło też do scen brutalnych. Od niepamiętnych tedy czasów wydany był surowy nakaz dla rakarza, ażeby możliwie niezadługo po świcie zakańczał swój proceder i zjeżdżał z ulic, a już w każdym wypadku przed ranną godziną, o której młodzież szkolna wysypuje się z domów do szkół, aby zaoszczędzić jej gorszącego widoku łapanych psów. W gruncie rzeczy psom tym nic działa się wielka krzywda. Rakarz zdawał sobie sprawę, że wykup, jaki pobierał od właścicieli złapanych psów, wynosił więcej niżby mógł uzyskać za skórę lub tłuszcz. Niewykupione zatrzymywał po prostu na sprzedaż, i tylko nieliczne bywały unicestwiane. Wiedzieli o tym dobrze mieszkańcy miasta, ale widocznie leżało już coś w naturze ludzkiej, co buntowało się przeciwko brutalnej przemocy nad bezbronnymi zwierzętami, bo protesty przechodniów i wynikające z nich awantury stały się równie zadawnioną tradycją miasta, jak sam urząd rakarski. Paweł pamiętał od dziecka te incydenty, gdy krocząc, bywało, do szkoły spotykał klatkę hyclowską, zapóźnioną na ulicy wbrew przepisom policyjnym.

W sobotę, 14 czerwca 1941 roku, gdy szedł ulicami tego samego miasta, był jasny, słoneczny dzień i akcja deportacji rozpoczęta przez organy NKGB o świcie była jeszcze w pełnym toku. Płaskie ciężarówki sowieckiej produkcji stały pojedynczo i szeregami przed kompleksami kamienic lub jechały w różne strony. Brano nie włóczęgów bezdomnych, a przeciwnie: ludzi przeważnie dawno zadomowionych; brano do więzień, katorgi, obozów, na zsyłkę lub śmierć, i żaden wykup, za żadne pieniądze, nie mógł wchodzić w rachubę; brano nie kilku czy kilkunastu, ale od razu tysiące; brano otwarcie, na oczach całego miasta. Brano nie psów! Przeciwnie, brano ludzi... I oto nikt nie protestował, nie krzyczał, nie awanturował się, nie bronił, nie wyzwalał, nie wygrażał pięściami. Nawet nikt nie skomlił. Miasto z wyższego nakazu miało nie przerywać codziennej pracy i ludzie, którzy pozostawali, lubo niewiedzieli, czy jutro jeszcze pozostaną, szli prędko chodnikiem, nie zatrzymując się, odwracając oczy. Panowała cisza i spokój.

Zabierano tylko z domów, w wyjątkowych wypadkach z miejsc pracy, prawie nigdy z lokali publicznych. Po głównej ulicy, przezwanej obecnie Prospektem Lenina, toczyły się w obydwu kierunkach ciężarówki ładowne ludźmi. Zajeżdżano do jednego domu, zabierano rodzinę figurującą na spisie ewidencyjnym NKGB i jechano pod nowy adres. W ten sposób niektórzy z wcześniej aresztowanych krążyli po mieście tam i sam w ciągu kilku godzin, mijali się nawzajem, znowu jechali. Widziało się znajomych, bliższych, dalszych, krewnych czasem.

W pewnym momencie na jednej z takich ciężarówek, w samym jej końcu, Paweł dojrzał wystającą ponad bokówkę postać Łaszowskiego. On, ojciec, stara matka i żona z córeczkami. Stary włożył futro choć było lato. Syn patrzał przed siebie w plecy siedzącego przed nim nieznajomego. Patrząc w ten sposób musiał nie widzieć nic. Było w wyrazie jego twarzy coś ze skamieniałego zdumienia. Przejeżdżali właśnie w chwili gdy Paweł równie zdumiony stanął u wejścia kawiarni, w której tak niedawno jeszcze rozmawiał z Łaszowskim. Później wszedł do środka, bo zobaczył reżysera siedzącego przy stoliku koło okna. Nie widzieli się od czasu gdy jeszcze namawiał Pawła do współpracy w teatrze. Teraz nie witając się wyciągnął rękę wskazując następną ciężarówkę, jadącą w przeciwnym kierunku, na której siedziało dwóch uczniaków, a trzeci stał.

- To jest syn tych... Jakże oni... Zaraz sobie przypomnę nazwisko. Odwrócił twarz marszcząc czoło i jął

nerwowo mieszać w filiżance łyżeczką. - No, na ulicy Zamkowej mieszkają... Zaraz!

- Niech pan nie miesza, i tak bez cukru - odezwała się kelnerka.

Spojrzał na nią z roztargnieniem, mieszał dalej i nie mógł sobie przypomnieć. Paweł przysiadł się doń, też nie witając się, i uważał to czemuś za naturalne, jak i to, że reżyser był źle ogolony i miał krzywo zawiązany krawat.

- Czy wie pan, kogo jeszcze ze znajomych? - spytał.

- Dużo - reżyser sięgnął po papierosy i zapalając złamał dwie zapałki.

Widok z tego okna był jak z loży na arenę. Paweł nie mógł długo wysiedzieć, wyszedł, wskoczył do przejeżdżającego autobusu, który był przepełniony. Wiedział już wszystko, czego się chciał dowiedzieć.

Nie mogąc dostać się do autobusu, zawisł na schodkach. Wszyscy pasażerowie milczeli. W chwili gdy mijano wylot wąskiego zaułku, doleciał stamtąd pojedynczy, przeraźliwy krzyk. Był on szczególnie rażący na tle powszechnego milczenia. Jakaś stara kobieta zawodziła: "Aaa! Aaa!! Synku! Aaa... synku mój" - Tkwiący przed Pawłem człowiek poruszył się niezręcznie, odwrócił i mruknął nerwowo:

- Przejechali kogo czy co...

Po tym poruszeniu pasażera, niewygodnie było się utrzymać na stopniu, więc Paweł zeskoczył i poszedł chodnikiem piechotą. Zaraz za narożnikiem następnej kamienicy wyprowadzano jakąś rodzinę. Auto ciężarowe, które na nich czekało na wprost bramy wjazdowej, było już prawie wypełnione. Przechodnie musieli się w tym miejscu zatrzymać na chwilę, aby dać drogę wyprowadzanym. U samego brzegu ciężarówki siedział zecer, którego Paweł spotkał w swoim czasie u fryzjera. Patrząc ze swej wysokości uśmiechnął się blado z wyrazem winy. Paweł, na którego ustach pojawił się odruchowo podobny uśmiech współwinnego, podszedł i wyciągnął w górę prawicę.

- Za co?

Tamten, nie przestając się uśmiechać: - Za winy. Wiceprezes dawnego związku drukarzy.

- Aaa... - odparł Paweł, jakby wyjaśnienie zecera tłumaczyło wszystko.

W tym momencie zbliżył się agent NKGB: - A wy, obywatelu, co tutaj robicie? - zapytał Pawła.

Ten wzruszył ramionami. - Nic. Chciałem porozmawiać ze znajomym. Dokąd to ich powiozą?

- Gdzie cieplej. No, i maszerujcie dalej!

- Nie wolno rozmawiać?

- Wolno, ale po co? - i zmierzył go zimnym wzrokiem.

Paweł, który chciał jeszcze zapytać zecera o los starego ptasznika, wycofał się, wmieszał w tłum i poszedł prędko swoją drogą.

Tego dnia aresztowano między innymi Marię Zwolińską. Na dalekim przedmieściu zabrano rodzinę kulawego drwala, który na jesieni pracował razem z Pawłem; o godzinie 6 rano przyszli po dentystę. W dalekim miasteczku Ejszyszki wyprowadzono ze znacjonalizowanego domu Kowarskiego; jego samego, chorą na serce żonę; Gałkę, która była członkiem komsomołu, i Sonię, która biegała na każde zebranie polityczne. Aresztowano też jego konkurenta z rynku, Goldmana, w bramie domu, właśnie w chwili gdy zamierzał udać się do synagogi, bo to była sobota.

Do ptasznika zajechała ciężarówka o czwartej rano. Sierżant bezpieczeństwa państwowego na widok licznych klatek z ptakami powiedział: "Ech, ty, stary dozorca więzienny..." Pootwierał klatki i okna, wypuszczając wszystkie ptaki na wolność, a te, które nie chciały od razu wychodzić, straszył poprzez pręty palcami. W tej liczbie też samkę kanarka, która miała pisklęta w sztucznie przyrządzonym gniazdku. Ale gniazdko było od zewnątrz przesłonięte i sierżant go nie zauważył. Kanarek wyleciał wreszcie przerażony i ogłupiały, potrzepotał na swych nieudolnych skrzydłach, przysiadł na barierze werandy. W następnej chwili porwał go kot, zwabiony niezwyczajnym nagromadzeniem ptaków i ich piskiem. Niósł go właśnie w paszczy, szeroko otwierając źrenice i poruszając koniuszkiem ogona, gdy wszedł ptasznik, blady, siwy i milczący. Był w koszuli i spodniach. Spojrzał niemo na kanarka w paszczy kota, nic nie odpowiedział na krzyk sierżanta: "Prędzej, prędzej!", minął go, przeszedł do kuchni i nachylając się w kącie błyskawicznym ruchem porwał siekierę! Sierżant, który postępował był za nim, zdążył odskoczyć i odruchowo zasłonić się lewą ręką. Starzec chybił ciosu i trafił tylko w dłoń, przerąbując z góry dwa palce. Na krzyk wpadli inni. Ptasznik uderzony jednocześnie pięścią w skroń, kopnięty w biodro i otrzymawszy następny cios w twarz, zwalił się na podłogę. Jego garbata córka, korzystając z zamieszania, wyskoczyła do ogrodu i na wpół ubrana przebiegła po kładce przez rzeczkę na drugą stronę i bocznymi ulicami poleciała do koszar, aby prosić o ratunek Fiodora Mikołajewicza. Ale major powiedział jej, że jest bezsilny. Zaczęła go błagać, używając różnych naiwnych argumentów. Wtedy zlitował się nad nią i obiecał, że spróbuje... może da się coś zrobić... Po jej wyjściu jednak siadł na łóżku i siedział nieruchomy.

Gdy wróciła, ojciec leżał już z obwiązaną głową na dnie ciężarówki. Był to jedyny w mieście wypadek czynnego oporu, o którym wszelako nie dowiedział się nikt, nawet z najbliższych sąsiadów.

Strach bardziej od innych wzruszeń ma właściwości uwielokratniania rzeczy. Wszystkim się zdawało, że całe miasto objęte jest przepotężnym ruchem masowych aresztowań. W istocie jednak tego pierwszego dnia deportacji aresztowano i wywieziono z miasta 2.208 osób, co na ogólną liczbę 250 tysięcy mieszkańców stanowiło procent znikomy.


XXXII


Andrzej Bożek, który po rozmowie z Rojkiewiczem i gajowym stracił dużo z poprzedniej pewności siebie, odzyskał ją na nowo, gdy w nocy z 13 na 14 czerwca przyjechali ludzie z NKGB i przywołali go do siedziby sielsowietu dla zapoznania z instrukcją oraz odbycia narady nad planem akcji, która miała się rozpocząć od świtu tegoż dnia począwszy. Wśród osób przeznaczonych do deportacji jedno z pierwszych na liście figurowało nazwisko Pawia.

Nie odbyło się jednak tak sprawnie, jak to przewidywał okólnik. Nie można się było zresztą temu dziwić. Słusznie powiedział Drużko, rozkładając ręce z poczuciem winy: "Na pierwszy raz..." - Oczywiście, nikt nie był jeszcze wdrożony. Powstało więc trochę bieganiny w podnieceniu, jałowej dyskusji i trochę niedyskrecji w następstwie wypitej dla kurażu wódki. Później już, rano, wzywano też Rymaszewskiego, ale nie zastano go w chacie. Żona powiedziała, że jest w mieście. Bożek nie umiał się powstrzymać, ażeby z wielomówiącą tajemniczością w wyrazie twarzy, która znakomicie podkreślała zarówno ważność chwili, jak ważność jego osoby, nie rozpytywać sąsiadów, czy Paweł jest w domu?

Tymczasem przystąpiono do aresztowania zamieszkałych w osadzie uchodźców wojennych, którzy przedostali się na teren litewskiej republiki radzieckiej, uchodząc z Polski przed wojną, a którzy w myśl wyższego nakazu musieli być deportowani w pierwszym rzucie. Rzecz cała przeciągnęła się aż do południa. Poza uchodźcami zdołano tylko aresztować całą rodzinę b. assesora dyrekcji kolejowej, Kurko, staruszków Dawidowskich i jeszcze kilku. Ciężarówki wypełnione ludźmi zaczęły opuszczać osadę, kierując się na dworzec kolejowy w mieście, gdyż na miejscu nie było odpowiedniej bocznicy.

Akcja pierwszego rzutu, rozpoczęta o świcie, zakończona być miała w ciągu pierwszej polowy dnia. Że jednak do tego czasu nie wykonano, jak to zadowcipkował przybyły na lotną inspekcję Raczenko, "nawet 25% normy!", przeto porozumiał się telefonicznie z urzędem NKGB i postanowiono w drodze wyjątku dalszą część akcji rozpocząć tegoż dnia przed zmierzchem, tym bardziej że nazajutrz wypadała niedziela.

Andrzej Bożek, spotniały i zmęczony zjawił się dopiero w obiadowej porze do domu. Zerwanemu tej nocy nagle z łóżku kazano wziąć ze sobą pistolet służbowy. Ale rozespany, śpiesząc się, nie mógł go, szukając po omacku, znaleźć tam gdzie zazwyczaj chował. Teraz, już od progu, wystąpił do ojca z pretensjami, że wszystko w domu jest do góry nogami, że nic, co położyć, nie leży na swoim miejscu, że gdzie jest pistolet, który miał schowany w środkowej szufladzie komody?!

Ten pistolet był dumą Andrzeja, dowodem zaufania i dowodem władzy. Wydany mu został za podpisem z jednoczesną instrukcją, że ma go trzymać w domu, dobrze ukrytym; pod groźbą kary surowej nie wolno mu go nosić ze sobą, chyba tylko na wyraźny rozkaz władz przełożonych. I oto dzień taki przyszedł, a pistolet gdzieś się zapodział. Prawda, że ostatnio nie widział go i nie sprawdzał od kilku dni, ale musiał być przecie tam gdzie zawsze, w środkowej szufladzie, na samym dnie, pod stertą haftowanych ręczników z grubego, wiejskiego płótna.

- Nie widział ja twojego pistoletu - powiedział ponuro ojciec. Sowińskiej, która, ugodzona do pomocy w gospodarstwie domowym, przychodziła dwa razy dziennie, nie było w domu. Wychodziła ona zaraz po zgotowaniu obiadu, ażeby wrócić na wieczorny udój.

Andrzej przekąsił tylko naprędce, jeść mu się nie chciało od rannego podniecenia nerwów i musiał śpieszyć z powrotem na posterunek. Odtrącił talerz, przeszedł do drugiej izby i słychać było, jak przewracał w niej wszystko, zaglądał pod łóżka, otwierał skrzynię, wreszcie wziął się do przeszukania po raz trzeci komody. Komoda była z sosnowego drzewa, kupiona jeszcze przed pierwszą wojną światową na dorocznym jarmarku. Malowana ongiś na naiwno różowy kolor, dziś doszczętnie wypłowiały, rozeschła się i nie poddawała się łatwo. Szuflady jej zacinały się, gdy je wyciągać niewprawną ręką, a tym bardziej gdy targać nimi w bezmyślnej irytacji. Od tego cała aż. się chybotała. W pewnym momencie stary usłyszał stuk padającego przedmiotu. Wstał ciężko od stołu i podszedł do progu. - Pośrodku na komodzie stała zawsze spora figura Matki Boskiej z gipsu, w szacie niebiesko-białej, z rodzaju najtańszych dewocjonalii, którymi przed laty handlowali domokrążni, wiejscy handlarze. Pierwszego roku ich pożycia, pamiętał, kupiła nieboszczka żona. Tyle lat! Teraz figura ta zachwiała się od gwałtownego ruchu komody, Andrzej chciał ją podtrzymać jedną ręką i nie zdążył. Gipsowa postać upadła na blat. Ażeby pokryć zmieszanie, krzyknął z przesadną złością do ojca:

- Papko schował!

- Na co mnie? Na co mnie ten twój pistolet?! - i stary powoli podszedł do komody.

Matka Boska leżała bokiem, jak zawsze z rozłożonymi wzdłuż szat rękami, odłupana od podstawki, na której pozostała stopa depcząca symbolicznego węża. Uszkodzony został również nos, przeświecając białą plamką świeżego gipsu, odbijającą czystością od zbrukanej latami powierzchni twarzy. Wziął do ręki figurę i w milczeniu, zasępiony przyglądał się rażącej bieli nosa. Odruchowo spróbował potrzeć go brudnym palcem. Syn odsunął się od komody, podciągnął spodnie na pasku i nie patrząc na ojca, jakby dla zatarcia przykrego wypadku, zmienił temat: poprosił, żeby ojciec, jak zobaczy stąd, bo widać dobrze drogę, Pawła, gdy będzie wracał wozem z pracy, z lotniska, bo on tam pracuje, żeby wtedy ojciec podszedł do sielsowietu i zawiadomił.

- Idź, idź! Szpiega sobie znalazł! Nie był ja nigdy syszczykiem i nie będę!

Andrzej przestępując próg żachnął się.

- Co to, widza, z nimi teraz trzyma!

- Kogo to, z nimi?

- Już ja wiem, co mówię.

- Idź ty, gadzina, idź ty... - nie dokończył, gdyż głos mu zadrżał z hamowanej pasji.

- Ja to moga pójść, owszem. Mnie nie bieda. A ot, żeby ojcu tylko, uważać, biedy nie było - odpowiedział Andrzej groźnie.

- Jakąż to biedę mnie sulisz*), a?

- Wiadomo, jaką. Co to, papko nie widzi, co robi się wokoło, czy co? Wszystko tylko o gospodaaaarce swojej myśli i więcej nic. A tu o gospodarce przyjdzie się zapomnieć, o drugim za wszystkiem pomyśleć. Teraz gospodarz, to kułak, ot, jaka rzecz wychodzi. A kułakom wiadomo gdzie miejsce.

- A, ty! Szczenie! A, ty, szczenie!... Ja dla kogo całe życie... - Zatkało go w gardle, a gdy tak stał, trzymając oburącz w spracowanych dłoniach gipsową figurę, żyły nabrzmiały mu na twarzy, twarz poczerwieniała od nabiegłej krwi po same siwe włosy nad czołem i nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, trzasnął raptownie figurą Matki Boskiej o podłogę!

Andrzej drgnął, spojrzał z ukosa, ale dojrzawszy strasznie wyraziste białka ojcowych oczu, zmilkł i wyszedł uderzywszy drzwiami. Stary stał przez chwilę oszołomiony, wciągnął w nozdrza kwaśny odór niewietrzonej izby, powoli zgiął się, ukląkł na ziemi i z pieczołowitością jął zbierać rozbite szczątki. To, co zebrał, położył na komodzie, ale później rozmyślił się, wyciągnął górną, małą szufladę i tam wsypał te resztki, między rupiecie. Odetchnął ciężko.

Onegdaj jeszcze postanowił skosić kawałek łączki za stodołą w sobotę. Przez niedzielę, planował, podeschnie sobie leżąc, a w poniedziałek zgrabi się w kopki. Ale nie do roboty mu było dzisiejszego ranka. Chyba teraz? Po południu! Wyszedł do sieni. Za belką pułapu, obok nieużytecznego ziela, zbieranego przez nieboszczkę żonę zeszłego lata, tkwiła zatknięta osełka do kosy. Tam też przed dwoma dniami, między to stare ziele schował był, wepchnąwszy, pistolet syna, który mu wpadł pod rękę w szufladzie komody. Dlaczego to zrobił, sam nie wiedział dokładnie. Ot, wziął i schował. I dlaczegoś też nie przyznał się, nie powiedział synowi. Po prostu tak się złożyło. Teraz sięgnął po osełkę i pomyślał: "Późno już kosić". I nagle zamiast osełki wyjął pistolet, odbezpieczył, zarepetował; dzierżąc lufą w dół wyszedł na ganek, na podwórko, zatrzymał się. - ,,Nie koło psiej budy". - Równym krokiem poszedł wzdłuż stajni, nie patrząc na nic, jak tylko pod nogi. Z tyłu nie poznać by było po jego ruchach żadnego wzruszenia, ale twarz przybrała kolor ziemisty, szarej, sapowatej ziemi. Pod okapem wisiał na kołku stary chomąt roboczy, już przetarty, z wyłażącymi na zewnątrz pakułami; zapomniał był wczoraj wnieść go do sieni; długi rzemień suponia zwisał i snuł się pod nogami. Stary zgiął z trudem plecy i lewą ręką podniósł go, strzepnął, założył za obwód chomątu, minął stajnię, wyszedł na tył stodoły. Łączka była podrośnięta, rzeczywiście tylko ją kosić. Przy ścianie stodoły rosło trochę łopuchów, kilka mleczy żółciło się jeszcze, tuląc do bierwion budynku, reszta już była w okrągłych puchach; dalej jaskry i sine dzwoneczki polne między liśćmi jasnoty podobnej do pokrzywy, zwyczajnie jak to pod stodołą... Kury grzebią... Ostatnim w oczach był pstry kogut...

Na huk strzału pies aż przysiadł na tylnich łapach, szczeknął krótko, później wyciągnąwszy najdłużej, jak mógł łańcuch, szyję i mordę, wietrzył w tamtym kierunku niespokojnie. Kury za stodołą rzuciły się precz w popłochu, trzepocząc skrzydłami, ale zatrzymały opodal, ufając kogutowi, który osłaniał ich ucieczkę i pierwszy stanął, patrzył zdumiony, jak z roztrzaskanej czaszki pomiędzy kawałki mózgu i siwe włosy wylewa się krew. Bocząc, bocząc, kołował kogut, nie śmiejąc podejść bliżej, i mówił do trwających w bezruchu kur: "kwooo-kwooo-kwo-kwo..." Obchodził i patrzył: strząchnięty puch kilku mleczy osiadł na włosach leżącego. - "Kwooo-kwo..." - kogut bał się podejść i dziobnąć w kawałki mózgu, na co miał apetyt, a bał się

dlatego, że jedna ręka wyrzucona w trawie przed głowę wciąż jeszcze drżała; długo drżała ręka o krótkich spracowanych palcach i nabrzmiałych pod skórą żyłach; krew wylewała się dalej z rany, aż strumień jej dosięgnął tych palców i zwolna zaczął zastygać.

_________

*) "Sulić" - obiecywać.


XXXIII


Budowa podziemnego lotniska wojennego wymagała skupienia przeogromnych sił roboczych i mechanicznych. Boczna droga okazała się w naprawie i Paweł, wyjechawszy z miasta, śpiesząc do domu, musiał się posuwać w natłoku pojazdów głównym odcinkiem szosy prowadzącej na lotnisko. Akurat w miejscu, gdzie zepsuło się jedno z aut transportowych i powstał zator, oddział funkcjonariuszy NKCB i milicji, z pistoletami automatycznymi przewieszonymi na szyi, lustrował ludzi ciągnących z miasta. Paweł zajęty podwożeniem w ścisku wozów, usłyszał, że go ktoś prosi o podwiezienie i zgodził się, nie odwracając głowy. Jego roboczy wóz nie wzbudził żadnego podejrzenia u funkcjonariuszy bezpieczeństwa. Gdy po pewnym czasie obejrzał się, to aż powiekami zamrugał w zdumieniu: przygodnym pasażerem okazał się Bogucki!

Mało się zmienił, brak mu było tylko okularów na bardziej opalonej niż poprzednio twarzy. Natomiast ubranie jego było stare, wypłowiałe na słońcu, koszula bez kołnierzyka. Zwrócił się do Pawła z dawnym, uprzejmym uśmiechem:

- Widzę, że to pan jedzie z pustym wozem, więc myślę sobie, że nie odmówi podwieźć mnie kawałeczek. - Przy sobie miał tylko małą paczkę, zawiniętą w gazetę i obwiązaną sznurkiem, co mogło robić wrażenie roboczego posiłku. Paweł w ciągu kilku sekund przyglądał się mu w milczeniu.

- Co się z panem działo? - zapytał wreszcie. - Dwa razy zachodziłem - powiedział, choć zachodził tylko raz jeden. - Znikł pan gdzieś. Pan wie, że...

- Ja wiem, ja wiem.

- Co pan wie?

- Wiem, że skończyło się wtedy nieudaniem.

- Taaak... - przeciągnął Paweł złośliwie - można to też nazwać: "nieudaniem"...

- No, cóż pan chce. Ryzyko było wasze. Panowie chcieli zarobić.

Paweł nie znalazł odpowiedzi, zmuszony znów skupić całą uwagę na omijaniu jadących. Po chwili dopiero zagadnął:

- A skąd pan wie?

- Dowiedziałem się.

"Posyłał na przeszpiegi" - pomyślał Paweł. W milczeniu dojechali do miejsca, gdzie w bok od szosy prowadziła gruntowa droga do cegielni a później przez las, ta sama, po której jesienią szedł z ojcem Serafimem. Paweł chciał zatrzymać się na rozstaju, aby dać wysiąść Boguckiemu, ale ten prosił o podwiezienie go jeszcze, twierdząc, że byle w tym kierunku, a którą drogą jest mu obojętnie.

- Ucieka pan? - spytał Paweł szorstko.

- Hm.

Glina, skamieniała na słońcu, o wyschniętych, głębokich koleinach nie pozwalała na szybką jazdę.

- No i co pan powie o tym, co się dzieje wokoło? - Bogucki poprawił się w wozie wstrząsanym na wybojach. - Czegoś podobnego świat nie widział jeszcze. A nie wiadomo też, czy uwierzy, jak mu się opowie.

Pawła trzęsła wewnętrzna febra niepokoju o Martę, o dom, o los własny i gotów był w tej chwili przeklinać słońce piekące, zmęczenie, pragnienie, wyboistość drogi, muchy, które dokuczały koniowi, konia, który co chwila przystawał, aby tylnią nogą dosięgnąć gryzące go w brzuch owady. Machnął biczem z irytacją.

- Co powiem?! Powiem, że wszystko w porządku. Bolszewicy likwidują swoich wrogów. Co pan w tym widzi takiego, czego "świat nie widział"?! Co, ja albo pan, to nie wróg? A kto?!

Bogucki ze zdziwieniem spojrzał na mówiącego.

- Tu nie chodzi o pana czy o mnie - odparł - chociaż nawiasem mówiąc ja osobiście nie poczuwam się do żadnej winy, ale a tysiące, które...

- Tysiące wrogów! - przerwał mu Paweł. - Dziesiątki tysięcy, setki, miliony. No i co? No i co?!

- Nie rozumiem pana.

- Co tu jest do nierozumienia? Narzekamy na zakłamanie bolszewików, ale gdy oni raz robią to, co głosili jawnie od początku i czego nigdy się nie wyrzekali, że mianowicie zdruzgoczą każdą antysowieckość na świecie, nagle załamujemy ręce! Wkraczają do nas po to, żeby nas zniszczyć czyli z walką, z jaką od wieków wiecznych ktoś jeden nachodził drugiego. A my zamiast podjąć tę walkę kwilimy, że oni nie pozwalają nam całować ich w dupę! Albo że nie chcą zamykać oczu, że będziemy tylko udawać ich przyjaciół, fałszywych przyjaciół. Śmieszna pretensja! - "Czego ja się do niego czepiam"? - pomyślał, czując jednocześnie jak mu ślina wysycha w ustach. W uschłych badylach nad brzegami glinianek cykały koniki polne. - Co to znaczy, co pan powiedział przed chwilą, że nie poczuwa się do winy? Względem kogo nie poczuwa się pan do winy? Względem bolszewików?! Czy pan rozumie, co pan mówi? Czy pan zdaje sobie sprawę ze swych słów?! Właśnie największą pańską winą jest, że nie poczuwa się pan do winy! Obowiązkiem pana jest poczuwać się do winy względem wroga! A pan by pewnie chciał zamiast tego jakąś lukratywną posadkę, co? Na przykład w sowieckim banku, co? Wolał przypłaszczyć się, zmienić skórę, na pewien czas, co? - "Czego ja chcę od tego człowieka??...

- A pan?

- Ja! - wykrzyknął Paweł bezmyślnie. Dojechali do lasu właśnie.

- No, ja podziękuję pięknie - powiedział Bogucki - i stąd pójdę piechotą. Może pan z łaski swojej zatrzyma na sekundę.

- Prrr!

- Dziękuję. Dziękuję też za pański wykład, szkoda tylko, że jestem za stary już na wysłuchiwanie podobnych lekcji.

- To nie mnie niech pan dziękuje za lekcje... Przekazuję panu tylko słowa tego, który jeździł po pański skarb i zginął. Słowa, które, widzę dziś, więcej są warte niż pańskie durne złoto!

- Już wolałbym, przyznam szczerze, żeby mi przekazał raczej złoto. Żegnam.

Paweł nie odwrócił się nawet, usłyszał tylko, że gdzieś za nim, w lesie, trzasnęła sucha gałązka pod nogą Boguckiego, i nie myślał o nim. Myślał o czym innym, myślał, że tak nie powinien wracać, że raczej powinien ukryć gdzieś wóz, zbliżyć się do domu piechotą, niepostrzeżenie, wywiedzieć... W każdym razie postąpić inaczej, nie tak jak na codzień... Myślał, że oto może w tej chwili nie ma już własnego domu ani niczego... Że Marta może już jest aresztowana albo błąka się gdzieś... Ale tak myśląc nie mógł sobie jednocześnie tego uprzytomnić dość wyraźnie, po prostu wyobrazić, i jechał dalej drogą, otwarcie, poganiając coraz tylko konia, z głośnym turkotem kół wzbijając tuman kurzu.

W istocie to, co zastał było podobne do tego, czego się podświadomie spodziewał: Martę rozczochraną, z sinymi kręgami pod oczami, postarzałą nagle, bladą i zbrzydła. Za przegrodą chlewu kwiczały głodne świnie. Bezład. Kury bezkarnie grzebały w grzędach jarzynowych. Pośrodku podwórka leżała porzucona konewka. Ale dom stał. Był.

- No i gdzieś ty się włóczył cały dzień ! - krzyknęła Marta na powitanie. - Nie wiesz, co się dzieje?!

W domu, na podłodze, porozrzucane były rzeczy, stało kilka otwartych walizek, wśród nich, na krześle dlaczegoś, balowe pantofle o bardzo wysokich obcasach, nie nadające się na wymianę. Szafy - pootwierane, a z szuflad wysterczały rozmaite rupiecie. Wszystko robiło wrażenie nieładu tak doskonałego, że niemal sztucznego. Paweł nie mógł się oprzeć wrażeniu, że żona w rozpaczy i gniewie, może podświadomie, ale w intencji, przygotowała na jego przyjazd ten smutny widok. - "Chce uciekać" - przechodząc kopnął bez złości leżący mu na drodze garnek miedziany.

- Dokąd? - zapytał i usiadł bezradnie.

Nie odpowiedziała. Nachyliła się nad do połowy wypchanym koszem ruchem bezmiernej rozpaczy. Przez otwarte okno wdzierał się zapach ciepłej ziemi i rozgrzanych na słońcu jarzyn.

Wskazówki zegara pokazywały za dziesięć minut siódmą wieczorem, gdy Marta zdjęła go z kredensu i postawiła na stole. Paweł wstał, podszedł do okna i przysłuchiwał się ciszy.

- Zegar też chcesz wziąć? - powiedział cierpko. - To może i krzesło, i kanapę!

Marta opuściła ręce, patrzała nań przez chwilę i nagle wybuchnęła:

- Więc, co ty chcesz, ty?! Powiedz, co ty chcesz?! Co ty chcesz robić?!

- Nic nie chcę - odparł ponuro.

- Jezus, Maria! Przecież postanowiliśmy... Przecież sam mówiłeś!... Stoisz z założonymi rękami... Boże święty! Co ty chcesz, co ty chcesz? Mieliśmy uciekać!

- Dokąd uciekać?

- Ja chyba oszaleję! Dokądkolwiek uciekać! Ja nie chcę iść do więzienia ani do obozu! Jeżeli ty zostajesz, to powiedz, ja sama ucieknę! - upadła na krzesło, ręce złożyła na stole i głowę ukryła w rękach. - Wszystko przez ciebie! Przez tę twoją przeklętą niezaradność!

- Więc co mogłem zrobić?! - krzyknął w pasji odchodząc od okna. - Stalina zamordować?!

- Dlaczego inni mogli. Dlaczego inni już dawno mogli coś wymyśleć! Ileż to ludzi przedostało się do Prus, do Szwecji, ja nie wiem gdzie! Wszystko jedno zresztą co, coś robili, coś kombinowali, jakoś się urządzali, asekurowali, tylko ty jeden jak idiota trzymasz się tego przeklętego domu!...

- To ja się trzymam przeklętego domu! Ja?! A jak przychodzili po mnie, wzywać mnie... Wówczas co?! Nie pamiętasz! Myślisz, że ja nie widziałem, że tobie żal było tych kur przeklętych, tych świń czy innego ścierwa! - Pchnął jakiś koszyczek, który spadł na ziemię rozsypując drobiazgi. - Ty myślałaś, że ja nie widziałem, nie czułem tego! A mogłem już nigdy nie wrócić!...

- Ja chciałam z tobą iść, a tyś nie chciał, przecież sam mówiłeś...

- Mówiłem, mówiłem. Ty dobrze wiedziałaś... - urwał, przeszedł się po pokoju, umyślnie potrącając rozmaite przedmioty. Przystanął, znowu tępo patrząc w okno.

- Zresztą, teraz też nic jeszcze nie wiadomo.

- O Boże, jeszcze tobie mało! Wszystkich wywożą! Więc powiedz: chcesz czekać jeszcze?

Milczał.

- Odezwij się!

- Ty śmiesz wypominać mi, że, inni coś kombinowali", że "inni się asekurowali"! Ty? A kto mnie przeszkodził, gdy ja chciałem właśnie "urządzić się"? Kto mnie przeszkodził, gdy chciałem się o coś zaczepić, coś robić, jakoś asekurować, bo ja wiem... Gdy mogłem jeszcze... - Nie dokończył. Nie wiedział, jak ma dokończyć. Czuł, że mówi tylko przez złość i łże, strasznie łże, że nic nie mógł i że nic by przecie nie pomogło, że przekonał się o tym przed chwilą w mieście, że okłamuje Martę dlatego, iż ona nic nie widziała z tego, co on. Łże, łże i zamilkł zaciskając pięści.

Twarz Marty wyrażała straszną nienawiść, gdy zaczęła mówić urywanym głosem:

- Ja ciebie nie namawiałam, żebyś jeździł z przemytem! Ja ciebie nie namawiałam, żebyś sobie brał jakąś dziwkę! Ja nie namawiałam, żebyś prowadził jakieś ciemne interesy, żebyś włóczył się z jakimiś typami w rodzaju... Nie namawiałam ciebie do żadnych twoich kryminalnych sprawek!

- Jakich znowu kryminalnych sprawek? - Skrzywił się. - Co ty mówisz? W takiej chwili... Marta. - Bezwiednie uderzył w ton żałosny.

- Właśnie, właśnie, w takiej chwili!

- Cóż nam pozostaje w takim razie...

- O to chodzi, że nic! Że nic nam nie pozostaje! Tylko o sobie potrafiłeś całe życie myśleć, tylko o sobie, co tobie w danej chwili podoba się lub nie podoba! Dlaczegoś nie zapłacił tej głupiej pożyczki na armię czerwoną?! Bo tobie się po prostu nie chciało...

Paweł, który zatrzymał się pośrodku pokoju osłupiały, teraz zrobił krok naprzód i wybuchnął:

- A ty, dlaczegoś nie wywiesiła czerwonego sztandaru?! Gdy wszyscy wieszali!

Marta zaczerpnęła tchu.

- Ach, to tak! To tyś dlatego ulotnił się z domu, żeby mi zostawić wolne ręce... To tegoś po mnie się spodziewał, tak?! A teraz, to ja mam być: winna!!

- Idiotka, przecież pojechałem do dentysty... - nie mógł dokończyć, gdyż przerwał mu spazmatyczny krzyk Marty:

- ...Ja nie chwytałam cię za rękę. gdyś odmówił w NKGB podpisania!... - I nagle zamilkła. Podniosła głowę, jakby budząc się z zamroczenia i patrzyła rozszerzonymi z przerażenia oczami w twarz męża, tak zdumiona własnymi słowami, jak gdyby oczekując, że on jej wyjaśni ich treść, wytłumaczy, skąd się mogły wziąść?... Ale on tylko otworzył usta i pozostał przykuty na miejscu. Nastała cisza, poprzez którą leciała jedynie z brzękiem osa, która zbłądziła do pokoju i ze ślepym uporem jęła uderzać o szybę. Oni stali jeszcze chwilę, patrząc na siebie w niemym zdumieniu, jakby się nawzajem nie poznając. Paweł zrobił kilka kroków ku żonie, a ona, jeszcze nic nie rozumiejąc, odruchowo uniosła lewą rękę, zupełnie jakby się spodziewała ciosu, ale on pierwszy zrozumiał i tylko objął ją ramieniem.

- Ja... ja... - wybuchnęła szlochem - ja się boję! Ja chcę żebyś mnie ratował!

"Tu, tu-tu, tu"! - zatrąbił zbliżający się samochód. Marta obydwie ręce przytknęła do ust, zatykając nimi łkanie, gryzła palce, nie czując bólu, a łzy pociekły jej przez te palce. Paweł prawą ręką trzymając żonę, lewą uchwycił się poręczy krzesła. Jak niewinne wydały się w tej chwili te straszące kiedyś po nocy samochody, gdy prawdopodobieństwo, że miną, było tak duże! Bo ten samochód... Krople potu wystąpiły mu na czoło, twarz skurczyła się jak do płaczu, ale był to tylko skurcz największego skupienia. Zdawało się serce stanęło, a razem wszystko, i tylko jeden samochód jechał. Minął.

Marta odjęła ręce od ust, a jemu zwolna zaczynało znów bić serce, choć stał wciąż bez ruchu. Owszem, Paweł przypomina sobie teraz doskonale te wszystkie razy, gdy wypowiadał się za ucieczką, gdy obiecywał, że on przynajmniej nie da się wziąć tak gołymi rękami jak śnięta ryba. Naturalnie że tak mówił. Pamięta twarze ludzi, do których to mówił. Pamięta twarz Marty w one czasy, jeszcze spokojną, z uśmiechem zaufania na ustach. Jak to łatwo było mówić takie rzeczy! Ach, jak łatwo w tych dobrych czasach sprzed kilku miesięcy... Sprzed kilku dni nawet... Wczoraj jeszcze... Przypomniał sobie, że dziś jest sobota i należy mu się tygodniówka od leśniczego... Dokąd, dokąd uciekać? Wszystkie drogi zamknięte, wszystkie granice zamknięte. - Machnął ręką i... raptownie, jak to się zdarza czasem w życiu, ten jego ruch pozbawiony znaczenia wyzwolił sparaliżowaną dotychczas energię, przywrócił mu niespodziewanie wewnętrzną równowagę. Odetchnął, przeszedł się po pokoju i zaczął prędko, ale spokojnie i dokładnie dysponować, układać plan:

"Dziś już pewnie nie przyjdą, aż w nocy albo o świcie. On zaraz napoi i nakarmi konia, wysmaruje wóz, wymości, przygotuje wszystko do odjazdu. Trzeba zabrać wszystek owies dla konia, trochę mąki i siana. Marta niech przygotuje co ma z zapasów żywności i niektóre rzeczy. Do dużego kosza. Tylko najpotrzebniejsze. Kożuchy, ubrania itd. Nie zapomnieć łańcucha, siekiery, bo się może przydać w drodze. Wszystko trzeba robić bardzo prędko, ale nie biegać po podwórku, nie stwarzać nastroju popłochu, żeby nikt z sąsiadów nie zauważył".

- A dokąd uciekniemy? - spytała cicho.

- To później, to później...

- Słuchaj - podeszła wycierając łzy - ja chciałam ci jeszcze powiedzieć, że to wszystko co mówiłam przed chwilą...

- To później, to później... Nie zapomnij wiadra.

- A możeby jeszcze nakarmić zwierzęta? Po raz ostatni...

- Jeżeli zdążysz. Ale to później, to później...

Gdy już wszystko było przygotowane i spakowane, Paweł wyprowadził konia, założył do wozu i rzuciwszy wokół okiem, wymiarkował miejsce, gdzie będzie najmniej widoczny. Spojrzał w niebo. Słońce zachodziło, już prawie dotykało górnej granicy lasu. Zaraz zacznie się mrok. Ach, teraz już trzeba bardzo szybko - myślał, i nie wytrzymując naprężenia prawie pobiegł do domu. Marta stała już ubrana do drogi. Weszli do pokoju po kosz.

- Pomóż mi go trochę podciągnąć, powiedział Paweł, nachylając się ujął za chwyt... I właśnie w tej chwili stuknęła furtka! Usłyszeli, jak pies wyskoczył z budy, zatargał łańcuchem, głośno ujadając. - "Za późno"!

Paweł puścił kosz i wyprostował się bardzo powoli. Marta przypadła do niego, ukrywając twarz na jego piersi; coś szeptała, czego nie dosłyszał, później chciała go pocałować.

Mówił do niej:

- Cccicho, ccicho. Cccicho moja... - i gładził po włosach.

Zbliżały się bardzo szybko czyjeś kroki, zdążył jeszcze zdziwić się, bo mu się wydały lekkie i pojedyncze, ktoś ujął za klamkę, ktoś otworzył drzwi, drzwi, które otwierają się z takim znanym skrzypnięciem. Na progu stanęła Weronika.

Spojrzała na nich, jak byli przytuleni jeszcze do siebie, zamrugała rzęsami, przeniosła wzrok na nieład w mieszkaniu i powiedziała ochryple:

- Idą po was.


XXXIV


Ciężarówka, która minęła dom Pawła, była tą samą, która zajechała przed zarząd sielsowietu. Enkagebiści zeskoczyli z niej, z lubością odprężając zasiedziałe nogi.

- Zgasić motor? - zapytał szofer.

- Zgaś.

Z okna patrzał Andrzej Bożek, który na nich czekał. Zza jego pleców wyglądała twarz Drużki. Franciszek spod Lasu miał już być, ale czemuś się spóźniał.

Tego ranka Wincenty Rojkiewicz dał Bożkowi 5 tysięcy rubli tylko w zamian za uprzedzenie go zawczasu, czy znajduje się na liście osób przeznaczonych do deportacji. Natomiast obiecał jeszcze 10 tysięcy, czyli razem 15 tysięcy rubli, jeżeli go potrafi uratować i skreślić z tej listy. Bożek słuchał propozycji dla zachowania pozorów posępnie, pięć tysięcy przyjął, przeliczył i wsadził do tylniej kieszeni spodni. Później zastanowił się i obiecując, że zobaczy, co się da zrobić, mrugnął jednocześnie znacząco, dając do zrozumienia, że następne pieniądze weźmie nie dla siebie a na ewentualną łapówkę dla Raczenki czy kogoś z NKGB. Mrugając w ten sposób wiedział doskonale, że przekupić nikogo z nich się nie da, że będą się bali przyjąć, a przede wszystkim, że on, Bożek, będzie się bał, i nawet nie ośmieli się nigdy z takim zamiarem wobec nich wystąpić. Ale, kombinował, że jeżeli istotnie Rojkiewicza nie będzie na liście, uda przed nim, że to on go wyratował. Tym bardziej, że w sprawie nacjonalizacji domu istotnie potrafił nakłonić po swej myśli komisję, do której wówczas sam należał. Naturalnie, nie porównać tamtej sprawy do tej, ale Rojkiewicz musiał nabrać już doń zaufania.

- Dobra! - zakonkludował wreszcie i pożegnał się krótko. - "Ot, żyła" - myślał, idąc szybko do sielsowietu. - "Ma tych pieniędzy jak lodu!"

Rojkiewicz, handlarz wytrawny, nie był oczywiście na tyle głupi, ażeby nie przewidywać możliwości tego rodzaju kombinacji ze strony Bożka, ale w obecnej sytuacji myślał: "Co można zrobić? Co można innego zrobić?".

Na liście pierwszego rzutu deportowanych nazwiska Rojkiewicza nie było. A więc Bożek, gdy po południu, po kłótni z ojcem wyszedł od siebie z domu, skierował się wprost do Wincentego. Był podniecony możliwością wyłudzenia odeń tak dużej sumy pieniędzy, z drugiej jednak strony obawiał się, że postępuje może zbyt szybko i choć młody temperament i brak opanowania przynaglały jego kroki, nie był pewien, czy Rojkiewicz zechce mu uwierzyć, że w ciągu kilku godzin już zdążył całą sprawę załatwić. ("I to jaką sprawę!") Ale Rojkiewicz był człowiekiem doświadczonym w sprawach tak zwanych delikatnych, jak się już z rana o niej wyraził. Wiedział, że wszelkie targi w podobnych wypadkach równie są nie na miejscu, jak, przeciwnie, nieodłączne są one od kupna krowy czy świni. Bez słowa wyszedł tedy do drugiego pokoju, wydobył ze skrytki pieniądze i wróciwszy wręczył Bożkowi. Ten nie liczył tym razem. Był po prostu zaskoczony, prawie po dziecinnemu ucieszony i mimo wysiłku nie potrafił pohamować objawów tego zadowolenia; zatracił też postawę sztucznej powagi i stanowczości, którą był przybrał, gdy wchodził przed chwilą. Pokręcił się po izbie i zatarł ręce.

- Wypić by nam z tobą, Wincenty, należało po służbowemu, a to i po litrze. Na twoje szczęście. Tylko że, szkoda, czasu nie ma. Zaraz robota będzie.

- Czy znowu przyjadą? - spytał Rojkiewicz odwracając twarz i hamując drżenie głosu. Wygląd miał dziś szary i wymięty, jak po niewyspanej nocy.

- A jakże! - odparł nieomal wesoło Bożek. I prawie nie zniżając głosu poufnie, jak swemu, zdradził tajemnicę, kogo mają brać pod wieczór, a w pierwszą kolejkę tego... Wiesz, podmrugnął. - Uważał, iż wiadomość o tym, że Pawła wywiozą, należy się Rojkiewiczowi jako dobra nowina za tyle pieniędzy.

Rojkiewicz westchnął.

Weronika w tej chwili stała za drzwiami i podsłuchiwała z prostej ciekawości. Bożek mówił jeszcze w ciągu kilku minut, a gdy wyszedł wreszcie, narzuciła chustkę na ramiona i wymknęła się z domu.

- Wercia! - zawołał za nią mąż łagodnie, gdyż od czasu jej powrotu z puszczy, z Popiszek, starał się być dla niej dobry. - Ty dokąd?

- Ja do Heli. Nici pożyczyć.

- Patrzaj, teraz może lepiej nie chodź... I po co tobie teraz nici te?

- A cóż to "teraz"? Z ulicy wezmą mnie czy co? - Poszła.

Rojkiewicz postał chwilkę w progu. Żona szła nie śpiesząc w kierunku kooperatywy, do centrum osady i znikła z oczu niebawem. Za zakrętem wzięła w prawo, przebiegła opuszczony cudzy ogród, przelazła przez przełaz z drugiej strony i zbliżyła się niepostrzeżenie do sielsowietu właśnie w chwili gdy nadjechała ciężarówka.

Raczenko zarządził, aby zaniechano poprzedniego procederu podjeżdżania od razu autem pod dom deportowanego, a to dla uniknięcia ewentualnego zbiegowiska ciekawych. Auto powinno pozostać przy zarządzie wiejskim, a na miejsce udaje się tylko ekipa wyznaczona do przeprowadzenia aresztowania. Dopiero gdy formalności zostaną załatwione, rzeczy spakowane, pozostałość spisana, podjeżdża ciężarówka i zabiera ludzi, możliwie nie robiąc zbytniego hałasu. Do wieczora już wszyscy we wsi wiedzieli, że tak musi być, bo taki jest porządek.

Weronika, stojąc w cieniu wielkiego świerku, widziała dokładnie, jak wchodzili i wychodzili czegoś ludzie z sielsowietu, jak jeden enkagebista odlał się na uboczu i zawrócił szeroko rozstawiając nogi, słyszała urywane głosy, czyjś krótki śmiech; zapalanie papierosów, trzaśnięcie drzwiczek w kabinie szofera i całe to czysto męskie zachowanie. Odwróciła głowę, spojrzała na czarnozielony świerk, który rósł nad nią, przeświecając czerwienią zachodu i pomyślawszy, że słońce zachodzi na wiatr, cofnęła się kilka kroków pod obwisłe gałęzie. Stąd w dalszym ciągu nie spuszczała wzroku z ganeczku sielsowietu, nie mając w głowie żadnego planu ani konkretnego zamiaru, sama nie zdając sobie sprawy, po co tu stoi i na co właściwie czeka z takim naprężeniem. Dopiero gdy po schodkach zszedł pierwszy Bożek, za nim trzech przybyłych, później Drużko, a na samym końcu Franciszek spod Lasu i uformował się rodzaj pochodu, który wolno wyminął stojące im na drodze auto, zawahała się. Był to rodzaj wahania dosłowny, podobny do ruchu cienkiego drzewa, które wiatr zakołysze raz w jedną, raz w przeciwną stronę; a więc Weronika zakołysała się lekko w talii, dostrzegła jeszcze, jak Bożek rzucił niedopałek papierosa, i wtedy nagle, cicho się przesunęła wokół pnia i pobiegła co tchu na przełaj, tyłami ogrodów, później przez lasek, łapiąc i ściszając zarazem oddech, wprost do domu Pawła. Gdyby mogła szeptać w tym biegu do siebie samej, byłyby to zapewne słowa wypowiadane z wyrzutem: "Za późno, za późno, Weronika!"

Tamci szli drogą. Doświadczenie mówi bowiem, że wszelkie przekradanie się bokami odbiera akcji należną jej powagę i budzi tylko niepotrzebną panikę. Gdy minęli kościółek, plebanię i znacjonalizowany pod "Dom Dziecka" dawny dom Dawidowskiego, stojący ciągle pustką, z którego rozkradano stopniowo drzwi i ramy okienne - gdy wyszli na dużą drogę, przy której w lesie mieszkał Paweł, ujrzeli jak im naprzeciw biegnie jakaś kobieta z rozwianym włosem. Była to Sowińska.

- Zamordowali! Zamordowali!! - krzyczała z daleka. Starszy grupy przystanął, zmarszczył brwi i spytał ostro:\

- Kogo?

Sowińska dobiegła zdyszana: - Baćki twego zamordowali! - wołała wprost do Bożka i nie patrząc na innych. Bożek zbladł jak chusta.

Było tak, że gdy Sowińska, jak co wieczór, przyszła do Bożków, zastała drzwi domu otwarte, a na podwórku zwrócił jej uwagę pies przy budzie, który siedział nieruchomo na wyciągniętym łańcuchu, z naprężeniem węszył w jednym kierunku i skomlił przy tym w krótkich odstępach. Od razu ją tknęło, że stać się musiało coś niedobrego. Zaczęła szybko obchodzić całe gospodarstwo, ale dopiero po dłuższych poszukiwaniach zobaczyła trupa za stodołą.

Wszystko, co żyło dokoła, gromadziło się już przy tym, który przestał żyć. Muchy duże i matowo czarne, a także mniejsze o metalicznym połysku, obsiadły oczy i krzepnącą we włosach krew. Rozpychając źdźbła zielonej trawy gramolił się z trudem jakiś żuk. Do kącików ust lazły mrówki. Trzy jaskółki, nisko latając tam i na powrót, łapały muchy. Wróble na wystającej krokwi omawiały głośno zdarzenie, przechylając łebki. Kury rozdziobały już kawałki mózgu. W odległości pięćdziesięciu kroków na samotnej wśród łąki brzózce przysiadła wrona; czekała cierpliwie, ozierając się na wszystkie strony, nieufna, podejrzliwa i zła zarazem na krzyk, jaki wokół niej wyczyniały szpaki, których była wrogiem; słaba gałązka uginała się pod jej tłustym ciężarem, a ona wciąż jeszcze nie mogła się zdecydować. Tymczasem słońce wchodziło już do rządowego lasu, zamykającego zachodni horyzont.

Bożek, usłyszawszy od Sowińskiej straszną nowinę, nie oglądając się na towarzyszy, pobiegł wprost do swojej chaty. Starszy w grupie zawahał się tylko przez chwilę; zabójstwo ojca sekretarza sielsowietu było zdarzeniem bardzo poważnym. Uczynił tedy zdecydowany ruch głową:

- Pójdziemy, - powiedział krótko i ruszyli za Bożkiem.

Zastali go klęczącego wśród wymiętej trawy, z drgającymi w szlochu plecami, pochylonego nad trupem.

- Papka! Papka! - przemawiał z cicha, ostrożnie wstrząsając trupem za ramię, jakby go chciał obudzić. - Papka... - Rękawem roztarł łzy po twarzy, ale nowe ciekły mu z oczu. - Za co? Za co? Powiedz za cożesz? Papuśka... - i zaczął głośno płakać jak dziecko.

Ludzie z NKGB postali milcząc. Jeden z nich dostrzegł pistolet, nachylił się i podnosząc mruknął:

- To chyba on sam, jak widać. Sam ze sobą skończył.

Z tyłu dochodzili zwlekając przewodniczący sielsowietu, szewc Drużko, i Franciszek spod Lasu.

- Podnieść zwłoki i zanieść do chaty - rozkazał starszy grupy.

Weronika jeszcze stała na progu we drzwiach domu Pawła, gdy zauważyła przez okno grupę ludzi na drodze. Chciała coś krzyknąć, ale w następnym momencie dostrzegła, że idą nie tu, a skierowali się wyraźnie ścieżką w prawo, co mogło tylko oznaczać, że poszli do zagrody Bożków. - "Wódkę im chyba będzie stawiał czy co?" - przemknęło jej przez głowę, ale nie było nawet czasu, aby się podzielić tym nieważnym szczegółem. Bo nade wszystko na świecie ważnym w tej chwili był fakt, że jeszcze nie za późno!

- Poszli tam! - machnęła ręką. - Prędzej! - i chwyciła za kosz. Paweł nie wymówił słowa, porwał z drugiej strony i powlekli. Marta przodem, otwierając drzwi na oścież. Nikt nikogo o nic nie pytał. Słychać było wyłącznie ich oddechy przyśpieszone. Dopiero na podwórzu Marta zawołała półgłosem:

- Boże! zapomniałam wiadra! - i pobiegła do studni.

Weronika pomogła władować kosz na wóz. Paweł nerwowo kiełznał konia, starając się nie patrzeć na drogę. Marta wracała już z wiadrem.

- Weronika... - szepnął. - Weronika, ja nigdy... ja nigdy nie porzucę swojej żony. Wiesz?

- A czy ja co mówię? - odszepnęła ciągłe tym samym zachrypłym jeszcze głosem.

Marta siadła na wóz. Otwarli bramę. Wtedy Weronika zdecydowanym ruchem podeszła od tyłu, wskoczyła po żerdzi wozu, przekroczyła, zadzierając spódnicę powyżej kolan, tylnie siedzenie i siadła obok Marty. Nikt nie powiedział słowa. Nikt nie oglądał się za domem. Tylko już w bramie, Paweł raptem wstrzymał konia, zeskoczył, podbiegł do drabiny opartej o dach, wbiegł po szczeblach i przeginając się całym ciałem w bok, sięgnął pod trzecią dachówkę z lewa. Miał tam pistolet, który mu kiedyś zostawił do przechowania Tadeusz, a o ukryciu którego nie powiedział nawet Marcie. - Wrócił biegiem, wepchnął go w słomę pod nogami przedniego siedzenia i chwycił lejce. Ściemniało się. Skręcili w piaszczystą dróżkę wzdłuż płotu, otaczającego ogród. Weronika nasunęła chustkę głęboko na oczy, dla ukrycia twarzy, ale zerknęła w bok i zauważyła szeptem:

- Tak późno i kartofli jeszcze nie podorywali?

- Jeszcze nie - odparła Marta. Paweł kierował na drogę do widniejącego w oddali zagajnika. Koła chrzęściły po piasku. Koń sapał. W tej chwili do uszu ich doszło krótkie szczeknięcie i bezpośrednio potem długie wycie; i znowuż: dwa szczeknięcia i długie wycie. To płakał pies przywiązany łańcuchem do budy. Paweł przynaglił konia. W oknach najbliższych chat mignęły ciekawe twarze, usiłując w zapadającym zmroku rozeznać jadących. Chłodniejszy powiew wiatru, pierwsza zapowiedź zbliżającej się nocy, przyniósł teraz wyraźniej od strony domu smutne zawodzenie psa. Paweł odwrócił się raptownie do Marty:

- Czyś ty nie zapomniała skrzyneczki z tytoniem, co stała na półce?

- Wzięłam.

Zjechali z pochyłości, wciąż po piasku głuszącym turkot. Dojechali do zagajnika; skrył ich on ostatecznie z oczu wsi. Przejechana droga leżała za nimi pusta. Nikt nie gonił, nikt nie wołał. Nawet daleka skarga psa rozpłynęła się ni to w ciszy letniego wieczoru, ni to w dalekich poszczekiwaniach innych psów.

Z zagajnika rozchodziły się drogi na otwartą przestrzeń między pola zasiane żytem. Zatrzymali się więc, aby dać zgęstnieć mrokowi. Po czym skręcili w lewo w kierunku rządowego lasu.

Było już zupełnie ciemno. Zapach kwitnącego żyta, kurzu i polnych ziół pozostał w tyle. Na zmianę pociągnęło wilgocią mchu i upajającym odorem żywicy. Koła zaczęły podrzucać na nierównościach korzeni, trzeba było przejść na stępa.

Jechali już może z godzinę i w lesie mrok stawał się coraz bardziej nieprzenikniony. Nagle Paweł odczuł poprzez lejce leżące na bokach końskich charakterystyczne drżenie skóry i w tejże samej chwili usłyszał szelest kroków przed sobą. Zanim zdążył dostrzec w ciemności, kto idzie, prosto w oczy błysnęło mu światło ręcznej latarki, zatrzymało się na sekundę i zgasło. - "Zasadzka"! - ledwo pomyślał i raptowna fala rozpaczliwej determinacji uderzyła mu do głowy i zaślepiła bardziej niż poprzedni błysk latarki; szczęki zacisnęły się w skurczu aż do bólu, błyskawicznie przesunął bat do lewej ręki i, nachylając się, prawą sięgnął do słomy, gdzie pod nogą wyczuwał pistolet... Naprzeciw zbliżyła się pojedyncza postać, postukując prętem po cholewach; nikogo więcej nie było wokół widać.

- W drogę, znaczy się?... usłyszał przeciągający słowa, znajomy głos leśniczego.

Paweł gwałtownie wstrzymał konia, ręką, która teraz dopiero zadrżała z emocji, śpiesznie wetknął pistolet z powrotem, popychając go obcasem w słomę, wyprostował się i odetchnął pełną piersią.

Leśniczy przystanął: - Uhum... No, cóż... Nic nie poradzisz.

- No, a pan? - zapytał Paweł.

- Ja? Ja, ot, sobie urzęduję. Leśniczego praca w lesie - zaśmiał się krótko.

- Z miejsc pracy też zabierają - zażartował Paweł przez zęby.

- Owszem, niech przychodzą... - Zatoczył ręką krąg W ciemność dokoła. Po czym oparł się łokciami o drabinkę wozu, obojętnie rzucił wzrokiem na siedzące z tyłu kobiety i odchrząknął, jak to się czyni w poszukiwaniu nowego tematu, gdy poprzedni został już wyczerpany. - Aha... - podjął - ot, jaka sprawa przy okazji spotkania: panu tygodniówka należy się, tak? I w tę sobotę, to znaczy dziś, też woził podkłady? Tak? - Nie czekając odpowiedzi cofnął łokcie z wozu, pręt wsadził pod pachę, drugą ręką sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wydobył z niej zwitek pieniędzy, nie licząc wydzielił plik banknotów i wręczył Pawłowi. - Proszę.

Paweł trochę niezgrabnie, mnąc palcami pieniądze, wziął je do ręki, rozpoznał ze zdziwieniem banknoty po trzy czerwonce, chciał coś powiedzieć, ale leśniczy zrobił już krok w tył i zawrócił swoim zwyczajem bez pożegnania.

- Za dużo! Leśniczy! - zawołał za nim, odwracając się w ciemności. Ale nie było odpowiedzi. Kroki tamtego zanikały już. głuszone przez mech leśny. Paweł w półobrocie ku tyłowi czekał chwilę, a później uczynił ruch, jakby zbierał się jeszcze zawołać, ale Weronika szepnęła:

- Cicho. Jedziem dalej.

Pojechali. Dopiero po przebyciu lasu, gdy zbliżając się do przeciwległego skraju ujrzeli gwiazdy nad łąkami, nad mgłą z nocnej wilgoci powstałą, Paweł po raz pierwszy zapytał głucho:

- Dokąd? - Patrzył przed siebie i nie zwracał się do nikogo, ale rozumiało się samo, że pytanie skierowane tyło do Weroniki.

- Przez rzekę - powiedziała. - Do puszczy. Już ja wiem, dokąd.

Pawłowi się wydało, że w intonacji jej głosu rozpoznaje nutę tryumfu, która w tej chwili mogła być już tylko wątłym echem jej tajonych pragnień.


XXXV


Gdy wieczorem, owego 14 czerwca, Weronika powiedziała mężowi, że zajdzie do sąsiadki pożyczyć nici i gdy on w słabych, grzecznych słowach usiłował ją zatrzymać w domu, czuł jednocześnie, że nie są to słowa odpowiednie. Powinien zabronić i już. Krzyknąć. "Ach, dlaczegoż tego nie uczynił!" - wyrzucał sobie później. Była to naprawdę Straszna sobota, ten pierwszy dzień masowej deportacji. Czyżby zapomniał, że nieszczęścia chadzają zazwyczaj razem jak bydło w stadzie?

Tymczasem w zagrodzie Bożków starszy grupy po złożeniu zwłok Feliksa na łóżku zostawił na miejscu Andrzeja, zupełnie roztrzęsionego nerwowo, oraz jednego ze swych ludzi, z pozostałymi zaś kazał się prowadzić Drużce do domu Pawła.

Brama była otwarta na oścież. Drzwi do domu uchylone. Pusto. Do stajni nawet nie zaglądali: jej czarniejszy od zmroku otwór upewniał, że żaden tam w tej chwili koń nie żuje owsa. Nie było wątpliwości: uciekli. Ani Drużko, ani Franciszek spod Lasu nie śmieli wypowiedzieć na ten temat swego zdania. Wrażenie tego domu przytłoczyło ich wyobraźnię: oto człowiek otworzył bramy w ciemną noc i zostawił tyle dobra za nic; powiedział: bierzcie! A przecież każda rzecz ma swoją cenę, każda prawie przyda się w gospodarstwie; chociażby ta łyżka, na którą nastąpił Franciszek, schylił się, podniósł i cicho położył na stole jak przedmiot przynależny umarłemu. W ciemności cykał zegarek. Obok widniała jasna plama kalendarza ściennego. W pokojach czuć było jeszcze zapach żywych ludzi, którzy kilka chwil temu tu mieszkali. Inni dotychczas do ostatniej chwili, trzymali się kurczowo swego dobytku. Ten uciekł. Wielka odpowiedzialność spadała za to na Antoniego Rymaszewskiego.

Ola Rymaszewska, dojrzawszy ludzi wyraźnie zmierzających do jej chaty, przyłożyła swoim zwyczajem rękę do falującej piersi i chciała z początku oczekiwać wewnątrz na cokolwiek, co ma nastąpić, ale nie wytrzymała: strach ją wygnał na spotkanie nieszczęścia i wyszła na ganek zanim zastukali. Musiała być bardzo blada, bo twarz jej jaśniała na tle czarnego wnętrza chaty. - "Zupełnie jak tamten kalendarz", pomyślał Franciszek, przesuwając dlaczegoś czapkę to na tył głowy, to znów na oczy.

Nie było to jeszcze najgorsze, czego się Ola mogła obawiać. Zapytana jedynie o męża, zaczęła się jąkać i plątać, że rankiem poszedł, że do miasta, że może tam zatrzymali, że dzisiejszym czasem... - Enkagebista nie sprawdzał i nie wchodził do chaty. Wiedział już przedtem, że Rymaszewski gdzieś znikł. Zrobił ruch ręką wstecz, ukazując niedbale kierunek, w którym leżał dom Pawła, i zapytał, co się z "nimi" stało? W tej chwili wśliznęła się na ganek Krysia, przytulając do matki. Ola usłyszawszy pytanie dotyczące nie jej męża i nie jej samej, a innych ludzi, uchwyciła się za nie, jak tonący się chwyta za kawał deski. Zaczęła natychmiast mówić trochę bezładnie, w kurczowym pragnieniu podtrzymania uwagi pytających w tamtym kierunku. Zresztą, czy nie leżało to w jej względem własnego męża obowiązku, aby go wyręczyć?

- Paweł... Zabrał obydwie. Obydwie wsadził na wóz... - mówiła, bo ten szczegół najgłębiej zapadł jej w pamięć. - Widziałam...

- Co za obydwie?

- I żonę, i...

Franciszek podszedł i cicho, na ucho, zaczął coś tłumaczyć starszemu grupy. Ola urwała z otwartymi ustami, usiłowała dosłyszeć, co mówił, ale zdenerwowanie nie dało jej się skupić. Tamten słuchał, milcząc. Inni, stojący dalej w ciemności, zapalili papierosy i zaczęli o czymś rozmawiać półgłosem. Franciszek, opowiadając szeptem, zachichotał krótko. - "O Weronice mówi", domyśliła się Ola.

- I dokąd pojechali? - usłyszała głos, tym razem skierowany znowu do niej.

- Ja nie wiem... To jest, owszem, ja widziałam. Obydwie posadził na wóz, przejechał, o tędy... poza ogrodem, na te brzózki. Teraz nie widać, brzózki... O, tu zaraz, jak ta dróżka.

- Nu.

- I pojechali. Z rzeczami pewnie. Słychać było wóz ciężki. No i dwie kobiety... Może na drogę do miasta, a może i skręcili gdzie... W bok znaczy. - Przestraszyła się, że tak mało wie, a czuła, że za wszelką cenę trzeba wygodzić tym, którzy pytają. Nagle przyszło jej do głowy i aż stąpnęła bliżej. - Najlepiej psa spuścić. Ichże psa. Bo to niedawno pojechali. Pies poleci z tyłu, śladem, śladem za nimi i doprowadzi... - mówiła coraz śpieszniej.

- Mama, Miszkę spuścić? - zapytała Krysia, która znała psa Pawłów.

- Cicho! - odkrzyknęła matka.

- Złapiem i bez psa - rzucił lekceważąco starszy grupy, zawrócił, coś powiedział do towarzyszy i zaczęli odchodzić.

- Mama... - szepnęła znowu Krysia.

- Cicho! - ścisnęła ją za rękę i stała wciąż w miejscu nasłuchując, dopóki kroki nie ucichły w ciemności.

- Mama.

- No, co chcesz, Krysieńko, co chcesz?

- Tatuś wróci?

- Wróci, wróci.

- Wróci dziś czy wróci jutro?

- Wróci, prędko wróci.

- A czego oni chcieli?

- Niczego nie chcieli. Tak sobie przyszli. Idź spać. Późno. Zmów pacierz. - Weszły do izby. Lampa się nie paliła ."Gdzie zapałki, gdzie zapałki?"

- Mama, ty nie pójdziesz spać dopóki tatuś nie wróci?

- Nie pójdę, jeszcze nie. "Gdzie zapałki, gdzie zapałki?"

Powinien był już dawno wrócić. Wyszedł, jak stał, rano, nawet nie zauważyła, o której. I czego oni jego szukają?

- Gdzie zapałki, Krysia, nie widziałaś?

- Zapałków nie widziałam.

Tymczasem Rymaszewski Antoni szedł na zachód. Bez niczego. Bez pieniędzy i bez rzeczy, bez pożegnania, bez oglądania się, bez łez i bez uśmiechu, bez palta. Tak właśnie jak zbiegł z ganku i bez myśli poszedł. A głównie bez pamięci. Poszedł bez pamięci. Poszedł najpierw drogą, później lasem, znowu drogą. Tego rodzaju podróż mieści się w jednym wykrzykniku: ,,Pooooszedł!" - Prosto, ciągle na zachód, bez planu i bez dokumentów. Dalej i dalej. Poprzez kwitnące żyto, pomiędzy jakieś pola czerwonej koniczyny, koło psów szczekających, koło ludzi, osłaniających z daleka oczy przed słońcem, pod jastrzębiem kołującym nad głową; pod gwiazdami. Raz tylko, jakby przebłysk świadomości zabłądził w jego zwoje mózgowe. Było to piątego dnia, koło samej granicy, gdy przysiadł na skraju lasku na kupie kamieni, z trudem ściągając nie zdejmowane dawno buty. Od skarpet na rozpuchłych, przepoconych nogach, pociągnęła przykra woń. Widocznie granicę chciał przejść boso i nagle pomyślał: "Nu, a wreszcie, jeżeli przypadkiem zastrzelą, to niech!"

Nie żałował ani Oli, ani Krysi. Wyszedł był wtedy z domu i natknął się na ciężarówkę, którą wieziono Rukowskiego z rodziną i od tego widoku, czy od jakiegoś strasznego przypomnienia, coś mu się w głowie pomieszało. Wtedy i poszedł.

- "Niech! powtórzył głośno, pochylony nad śmierdzącymi potem nogami, poruszając palcami w skarpetach. Doczekał wieczoru i ruszył z butami na plecach.

Przyszła noc z 19 na 20 czerwca na odcinku 106 pogranicznego oddziału. Rymaszewski nie szedł wprost na druty, jakby to po jego dotychczasowym zamroczeniu można się było spodziewać. Owszem, przekradał się planowo, wykonywał niezbędne ruchy, ale było w nich coś ze ślepego automatyzmu robota, pozbawionego tej twórczej elastyczności, którą Bóg obdarzył istoty walczące o swoje życie. Na przykład Rymaszewski dostrzegł sylwetkę drzewa, obliczył, że musi już być na samym styku granic i postanowił: "Dopełzam do niego, a dalej biegnę". Dopełzł, ale nie przyczaił się, zataiwszy oddech w piersiach, nie wsłuchał w szmery, nie odczekał dłuższej chwili a po prostu jak był postanowił, tak wstał i pobiegł. Nie zatrzymał się też na okrzyk i padł od pierwszej wystrzelonej kuli.

Zwłok jego nie dało się zidentyfikować i zakopano je w pobliżu. Bez butów naturalnie. Jedna z kul przebiła cholewę, przewieszoną przez plecy. Buty były jeszcze dobie. Miejscowy szewc wstawił łatę, ale niezręcznie. Strażnik, dla którego okazały się za ciasne, sprzedał je za 100 rubli, choć żądał początkowo 600, a i to w pośpiechu, bo właśnie zaczęła się wojna.

Późnym wieczorem przyjechał Raczenko po raz wtóry tego dnia, zasiadł przy biurku sielsowietu i powiedział zwracając się do Drużki:

- Co, słyszę, u was jakieś trudności?

- Nie... Żeby tak wielkich trudności, to nie. Ot, tylko że...

W drugim pokoju ktoś rozmawiał głośno przez telefon. Raczenko ruchem ręki przerwał Drużce, przysłuchiwał się chwilkę, co się mówi w telefon a później przeszedł tam i długo o czymś rozmawiał ze starszym grupy. Następnie rozkazał przywołać Wincentego Rojkiewicza.

We wszystkich chatach było ciemno, choć ludzie nie spali. Tylko przed sielsowietem świeciły reflektory auta i padały przez okna na drogę prostokąty świetlne. Rojkiewicz wszedł mrużąc oczy.

- Dobry wieczór - powiedział pierwszy Raczenko.

- Dobry wieczór.

- Słuchajcie, Rojkiewicz, gdzie jest... Co to ja chciałem zapytać... Aha, gdzie jest wasza żona?

- Żona?

- Uhum.

- Tu.

- Tu, to znaczy, gdzie tu?

- W domu.

- W tej chwili, o, teraz, ona jest w domu?

- Nie... W tej chwili... To znaczy, ona wyszła.

- Dokąd?

- Do sąsiadki.

- Której? Jak nazwisko?

- Ja... prawdę mówiąc, sam nie wiem. Nie pytałem. Nu, po prostu wyszła tutaj, pożyczyć, mówiła, nici. Ona teraz szyje...

- Aha, ale w domu jej nie ma?

- A co takiego? W jakiej sprawie ona potrzebna?

- Ojciec jej, jak się nazywa?

- Olszewski.

- Gdzie mieszka?

- W Popiszkach.

- Tu niedaleko, nad jeziorem?

- Nie, w drugich Popiszkach. Za puszczą.

- Aaa... To tam, gdzie cudy? Rojkiewicz nie odpowiedział nic.

- Teść co, kułak?

- Jaki on tam kułak - wzruszył ramionami - może ma trzy hektary piasku. - Skłamał, bo wiedział, że ma pięć hektarów dobrej ziemi. - Wygonik dla bydła może tam jaki... - dodał.

- To nieważne, zresztą. Krewnych tu bliżej nie ma?

- Nie ma. A ja przepraszam, chciałem zapytać, dlaczego to towarzysz pyta o' nią? Czy może coś stało się?

- Drobiazg. Potrzebna. Co mogło stać się? Sami mówicie, że wyszła nici pożyczyć. Tak?

- No, tak ...- odpowiedział złamanym głosem Rojkiewicz.

- Jeżeli wróci, proszę nas zaraz zawiadomić. Formalność.

Rojkiewicz zrobił krok ku drzwiom.

- A jak tam handel, Rojkiewicz?

- Ja nie handluję teraz.

- Nie? No, i świetnie, że nie. Dobranoc, Rojkiewicz.

- Dobranoc.

Gdy wyszedł, Raczenko zwrócił się do Drużki:

- A tamtego... co uciekł, dom, rzeczy, inwentarz zabezpieczony?

Drużko otworzył trochę usta, nie wiadomo, czy bardziej z zaskoczenia, czy niepokoju. - Nie było rozporządzenia... - zaczął.

- Po co rozporządzenia! Kto tu ma rozporządzać? Kto tu gospodarz? Ech, wy! I jeszcze przewodniczący sielsowietu się nazywa! Ile jeszcze czasu przejdzie, zanim zrozumiecie najprostsze rzeczy? Drużko? A? To znaczy: drzwi otworem, a zwierzęta może nie karmione, nie pojone; pies, kury, świnie, krowa...

- Krowy u niego nie było.

- Świń też nie było?

- Owszem, miał dwa parsiuki, ale niewielkie.

- No więc co, że niewielkie? To znaczy - mają zdychać? Żywe przecież stworzenia. Gdzież u was poczucie gospodarskie? A wy wiecie, co to jest przewodniczący sielsowietu? To jest gospodarz całej wsi, gromady. Przewodniczący gospodarzy. Bo wy teraz wszyscy gospodarze jesteście, na swoim własnym, ludowym. To wasze dobro, wspólne ale wasze. Nie rozumiecie tego jeszcze, co? Każda rzecz do was należy, nie do obcych, nie do wrogów ludu, a do was. I tamte parsiuki, co mówicie, że niewielkie, i kury, i wszystko. Nawet kwiaty w doniczkach, i te trzeba podlać, bo wasze. Wasze własne, Drużko! Rozumiecie? Ziemia, lasy.

- Rozumiem - odparł chwiejnym głosem.

- To-to! "rozumiem", - przedrzeźnił go łagodnie. - To trzeba naprawdę, szczerze raz wreszcie pojąć, a nie tylko formalnie. Skostnieliście pod tym pańskim jarzmem, a tu trzeba inicjatywy, ruchu. Przecież wolni jesteście teraz ludzie.

- Naturalnie, wolni - powtórzył Drużko.

W sąsiednim pokoju funkcjonariusz NKGB skończył telefonować i wszedł:

- Akcja wysiedleńcza odłożona do poniedziałku. Można iść spać - powiedział.

Koło pustego domu Pawła raz jeszcze przejechały auta, obojętnie uderzyły reflektorami w okno i cienie pelargonii poszły od nich w górę po ścianie i zgasły koło pieca.

Raczenko ociągał się z wyjściem, przeszedł do kancelarii, nie patrząc na Drużkę, który tkwił wciąż w postawie na wpół służbowej, zmęczony, poszarzały na twarzy.

- Jeszcze jedna rzecz... - Raczenko przesunął ręką po włosach. - Gospodarstwo Bożka trzeba wziąć pod opiekę.

- A on sam? - spytał zdumiony Drużko.

- Na razie pojechał do... miasta. Ile tam hektarów, osiem?

- Będzie chyba koło tego.

- No, to właśnie. Nie może być kułak sekretarzem sielsowietu.

- Wprzódy...

- Co wprzódy! Wprzódy ojciec jego żył. Co jeszcze syn kułaka, to nie sam kułak. Po drugie rozkisł on, mówią, zupełnie. Co z takiego! Do kościoła jemu iść się modlić, a nie bolszewikiem być. Nie nadaje się. A zresztą, kto go wysunął na to stanowisko?

- Wszyscy wtedy...

- Głupstwa gadacie. To i kontrrewolucją mogą być: wszyscy! Tu nie chodzi o wszystkich, tu chodzi, Drużko. o masy uświadomione. Zresztą, porozmawiamy o tym szczegółowo jutro. - Wziął ze stołu czapkę i skierował się do drzwi. - Dobranoc, Drużko.

Stary szewc stał pośrodku wciąż jeszcze jakby przykuty do podłogi, gdy już kroki tamtego zacichły wśród nocy.

A noc wypadła ciepła, letnia noc czerwcowa.

Raczenko szedł po skrzypiących, drewnianych schodach na poddasze domu kooperatywy, do izdebki, w której mieszkała jego żona. Pachniało świeżą, sosnową deską.

- To ty, Wasia?! - ucieszyła się Katarzyna, otwierając drzwi i pobiegła z powrotem do łóżka, bo już była spała. - Domyślałam się, że dziś przyjedziesz. No, jak tam?

- Po staremu - zapalił małą lampkę stojącą na stole przed oknem, siadł ociężale na niskiej sofce, szeroko roz­stawiając nogi, jak człowiek zmęczony. Powiódł wzrokiem po pustych ścianach, deskach zbiegających się w suficie poddasza, ściągnął z głowy czapkę, rzucił na stół.

- A jak u ciebie? - zagadnął, przesłaniając ręką szerokie ziewanie.

Katarzyna podparła głowę gołym ramieniem, wystającym spod koca i patrzyła na męża jakiś czas w zamyśleniu. - Kiedy to skończy się, Wasia?

- Co? A, wysiedlania? Dopiero się zaczęło. Ale i skończy się niezadługo. - Odpiął powolnym ruchem pas, wyjął z kabury pistolet systemu "Nagan", obejrzał w ręku i położył na stole koło czapki i lampki. Znowu ziewnął szeroko. - Z początku tak będzie wszędzie a później ułoży się. Spokój będzie.

- Czemu nie rozbierasz się? - spytała.

Nie chciało mu się ruszać z sofki. Cały dzień na nogach, nerwy naprężone. Przyjemnie było siedzieć w cichej izdebce. Wreszcie leniwym gestem zaczął rozpinać pod szyją guziki bluzy. Z czarnego otworu okna wpadła ćma, uderzyła o lampkę, spadła na stół, popełzła i znów się zerwała

do bezradnego lotu, tłukąc się o deski sufitu. Raczenko spojrzał na nią w górę, gdy nagle doleciał daleki, ale wyraźny śpiew słowika; urywany w pierwszych akordach, przeszedł w długie kląskanie, a później w dźwięki podobne do fletu.

- Późno, póóóźno śpiewają. Połowa czerwca. U nas...

- i urwał ściągając przez głowę bluzę. - Słuchaj, kto to jest ta żona tego handlarza tu, Rojkiewicza, jak jej na imię? Znasz ją?

- Znam. Weronika.

- Ładna podobno.

- A bo co? Nie wiem. Nie dla mnie konkurentka - odsunęła się do ściany, aby dać mężowi miejsce koło siebie w łóżku.

Raczenko już w kalesonach, zdmuchując po drodze lampkę i idąc do łóżka, zapytał:

- A ty w jaki sposób nie boisz się, żeby nie włamali się, nie okradli kooperatywy?

- Mało tam jest do kradzenia. Zresztą, też mam... - uśmiechnęła się uchylając poduszkę, pod którą leżał mały pistolet.

- Oho, to my tu z tobą, widzę, rzeczywiście, jak w pierwszych okopach na posterunku - zażartował, okrywając się wspólnym kocem.

Słowik śpiewał ciągle.

Słowiki śpiewają zazwyczaj w maju, zależnie jednak od daty przylotu, dłużej lub krócej, bywa przez cały czerwiec, bo muszą wyśpiewać swoje. Śpiewają też we dnie i nawet w samo południe, ale ludzie nie słyszą ich wtedy, zajęci mnóstwem powszednich, dziennych spraw.


XXXVI


Furmanka przetoczyła się bokami, omijając łańcuch wsi rozsiadłych nad rzeką i wyjechała na boczną drogę. Ewentualnej pogoni nie było się tu czego obawiać. Noc była ciemna i cicha. Wszelki głos dochodził z bardzo daleka, również dojrzeliby zawczasu światła reflektorów. Droga nie posiadała rowów i wystarczyło skręcić po prostu w bok, w pola, między żyta, czy ukryć się za jakąś kępą drzew, by przepuścić goniących. Ale poza turkotem własnego wozu nic nie przerywało ciszy. Paweł dał wytchnąć koniowi i puścił go krokiem.

- Stań na chwilkę - odezwała się Marta. Zsunęła się z wozu, zaczepiając z tyłu spódnicą, odeszła kilkanaście kroków, niknąc w ciemności.

- Skorzystam i ja - powiedziała po chwili Weronika z pewnym zawstydzeniem i poszła w tym samym kierunku. Paweł, opierając się jedną ręką o zad koński, a drugą o bokówkę wozu zeskoczył, wyprostował nogi, pochodził koło konia, wsadził rękę pod chomąt, by sprawdzić, czy bardzo zgrzany, i poprawił uprząż. Wtedy doszedł jego uszu daleki odgłos jadącego pojazdu. Wróciły kobiety i we troje stali jakiś czas nasłuchując z niepokojem. Ktoś jechał z tyłu.

- Człowiek jakiś - szepnęła Weronika. Tak, teraz nie było już wątpliwości, że wśród nocnej ciszy toczyła się gospodarskim truchtem, bez pośpiechu, próżna, klekocząca żelaziwem, chłopska furmanka. W milczeniu ruszyli dalej krokiem. Paweł odwrócił się dwa razy, ale nie było widać, kto nadjeżdża.

Dopiero po upływie pół godziny nieznajomy dołączył się do nich, przeszedł również na krok i pojechał z tyłu. Koń jego sapał w plecy kobietom, usiłując pyskiem doszukać siana w przednim wozie. Biło odeń przyjemne ciepło i zapach końskiego potu. Z wozu zeskoczył człowiek niskiego wzrostu z biczem w ręku i podszedł do Pawła.

- Przez puszczę pojedziecie? - zapytał.

- Przez puszczę.

Podreptał milcząc, a później głośno wciągnąwszy powietrze, wysmarkał nos w dwa palce.

- Nu, to pojedziem razem. Śmielej razem. Paweł nie odpowiedział.

- Wy co, od wywózki moża uciekacie? - zapytał nieznajomy, idąc ciągle obok i kładąc rękę na drabinkę.

- Nieee...

- Ech, życie nasze! - Zawrócił z westchnieniem na swój wóz i nie rozmawiali, aż zaczęła się puszcza. Po godzinie chłop znów podszedł do Pawła.

- Koniom trzeba dać odpocząć.

- Trzeba.

Ale przejechali jeszcze kawał drogi, zanim skręcili z traktu w boczną ścieżkę, między gęste krzewy i wreszcie wybrali miejsce na trawiastej polanie.

Teraz, gdy nieznajomy był już między nimi, wszyscy dlaczegoś radzi byli jego obecności. Marta rozłożyła jedzenie i natychmiast zaprosiła go, by sobie podjadł. Ponieważ się ociągał przez grzeczność, Weronika dorzuciła prędko:

- Proszę zakąsić - choć nie była tu gospodynią i prowiant nie należał do niej. I ona nie chciała, żeby odszedł. Było raźniej przy nim i można było nie rozmawiać na tematy, których wszyscy pragnęli uniknąć.

- Pewnie że jedna będzie żona, a druga może siostra? - zapytał tamten, kładąc kawał słoniny na chleb.

Która żona a która siostra - nie pytał. Nad lasem zbierała się mgła. Noc była ciepła, ale wilgoć przejmowała plecy odwrócone od ogniska. Kobiety nie chciały jeść i poszły spać w sianie, na wozie. Okryły kożuchami głowy, bo komary zaczęły strasznie dokuczać.

Chłop wstawał co chwila, znikał poza kręgiem światła padającego z ogniska. Jakimś przyrodzonym węchem znajdywał w tej ciemności suche gałęzie i smolaki, wracał i podsycał nimi ogień. Spać mu się widocznie nie chciało. Paweł co jakiś czas pochrząkiwał, dając tym do zrozumienia, że dotrzymuje mu towarzystwa.

- Od wywózki można uciekać? - zapytał powtórnie, niezrażony uprzednim milczeniem Pawła.

- A czy od wywózki uciekają gdzie ludzie?

- Nie słyszałem. Ale - dodał po krótkiej pauzie - człowiek człowiekowi nie równy. Na oko zdaje się i podobny jeden do drugiego, ot, chociażby jak ta sosna jedna do drugiej. A podejdziesz piłować, każda inna. I wysokość i grubinia i sęki u jednej takie, a u drugiej, obacz, zdaje się podobne, a dlatego za wszystkiem inne. Mnie zdaje się, że bolszewiki też różne są. Z daleka jedne i te same, a pogadasz, niektóre bardzo przyzwoite ludzie, a inne niegodne.

- Co z tego, że różne, kiedy jedni i drudzy żyć nie dają.

- To inna sprawa. To, ja licza, za nasze grzechy. Żyli my, zdaje się, dobrze, niczego nie brakło, a, ot, podeszło. Znaczy żyli, ale grzeszyli... Tfu! i tych komarów, skąd ich bierze się taka siła, czuma ich wie!... - Odmachnął ręką i zamilkł.

Cierpko pachniało surową ziemią, mokrą trawą, z lasu szła ostra woń nawilgłych liści, zmieszana z jakimś nieuchwytnym zapachem trochę drzewnej kory, trochę mchu, błota, czy gnijącego igliwa, czegoś takiego znanego od dziecka, a przecież z trudem dającego się określić.

"Ach, dlaczego zamilkł, dlaczego zamilkł" - pomyślał Paweł, uciekając od własnych myśli. Przez chwilę szukał, czym by podsycić rozmowność przygodnego towarzysza i wreszcie zapytał:

- Co to za słowo takie: czuma?

- A, to, ot, przywyczka taka; niby to przekleństwo. To jest choroba.

- Ach, dżuma! Ale w naszym kraju ani jako choroba, ani przekleństwo nie znane. To chyba gdzieś z południa Rosji czy z Azji?

- Po prawdzie powiedzieć, to prawie zgadł. Tam, w tych stepach nad Azowem, na Kubaniu, to wszyscy tak przeklinają. Ja jeszcze w tamtej wojnie z carskiej armii popadł do krasnej. Jeszcze jak Trocki był wojennym komisarzem. No i wojował tam dwa lata. Ale niech ich czum... To jak pan mówisz?

- Dżuma.

- Niech będzie dżuma, niech będzie jaka chce choroba! Dość. Ot, wiesz, nieochota pod sowiecką władzą żyć. Straszno.

- Straszno?

- Straszno. - Poprawił patykiem w ognisku. - To znaczy, jakby to powiedzieć... Przykładem siedzimy teraz w puszczy, a naokoło las czarny, noc, tylko sowy krzyczon. Strach z tego nie duży, ale choćby muły, a zawsze strach. Ale to nie ten strach... Nie tego gatunku. Bo jest taki, że człowiek nie umierać się boi, a żyć. Bywa tak w życiu. Zdaje się jednego dnia nic takiego i nie stało się, i jeść masz co, i spać gdzie, i tych pieniędzy kilka groszy, i żywioły w chlewie nakarmione, a wyjdziesz z chaty, spojrzysz w pole czyli w niebo, i jakby jakaś nudność człowieka za gardło chwyta. Bywa tak, nie?

- Bywa - odparł Paweł.

- No, właśnie. Podobnie choroba. Różne są i nawet niektóre bardzo bolesne. Rak jaki, róża, kłucie w boku... człowiek umiera. Ale bywa taka choroba, zdaje się, boli-nie-boli, a nawet jeżeli boli, to nie od bólu, ale taka straszna nudność nachodzi i gryzie, i człowiek sechnie nie wiedzieć od czego. A doktor, uczony człowiek, a tego nie rozumie... Moża czasem znachor jaki, ale też rzadko, żeby wykrył samą tę główną przyczynę. Dlatego każdy teraz przy sowietach chodzi wszystko równo jak kwaśne jabłko zjadłszy, różnych przyczyn dopatruje się, a głównej zrozumieć nie może. A ta przyczyna, to i jest: zgryzota.

Paweł położył się na wznak i patrzył w gwiazdy. Słychać było jak konie potrząsnęły w ciemności uzdeczkami i wciągając głośno powietrze, zaczęły się obwąchiwać, zawierając bliższą znajomość.

- Na przykład mój teść, wieczny jemu pokój, umarł jak raz w tamta wojna, ale przy życiu miał gospodarka i jeziorko dzierżawił. Niewielczeńkie takie jeziorko. No, ale jednym słowem gospodarz i rybak. To pamiętam jeszcze, młodym będąc, wyjdziesz o świtaniu, spojrzysz w woda, a ona jakaści sina, przymierzając u człowieka palce zmarźnięte; a później robi się różowa... a później taka jasna, jasna; w słońcu, w południe jak monstrancja świeci... no tak. A gdzie w cieniu, tam zielona jak liść, a pod wieczór znowu inna... jednym słowem, co ja tu będę opowiadał, różna. Pod deszczem znowu robi się jak ten ołów i ciężka zda się, nieprzenikniona, woda, rozumie pan? No, a teraz weź zrobić z tego jeziora, żeby ono było i rankiem ołowiane, i w słońcu ołowiane, i o zachodzie, i o wschodzie, i na deszczu, zawsze tylko pod ten sam ołów, i będziesz wiedział, ze już nigdy a nigdy nie zmieni się. To, powiedzieć prawda, ja bym przy takim jeziorze i mieszkać nie chciał, niechby w nim ryby, choć rękami czerp!

Zastanowił się chwilkę patrząc w ogień, później pogrzebał w węgielkach, odrzucił jeden na bok, zapalił odeń zgasłego papierosa i snać pożałował tej ryby, co ją, "choć rękami czerp", gdyż dodał:

- Może jaki rok, drugi, ale nie dłużej, nie dłużej. I gospodarka by przedał, i jezioro te za pół ceny, i pojechał od niego, żeby na oczy nie widzieć!

Paweł pomyślał: "Co tam jezioro!... Dach nad głową, jakikolwiek dach..." I przypomniał mu się pies a później musiał chyba zdrzemnąć się chwilę, bo uczuł nagle, jak świadomość przywraca mu okrzyk Marty.

- Paweł! Paweł!... - Obudziła się, nie mogła zrozumieć, kto koło niej leży, gdzie jest? Odrzuciła gwałtownym ruchem kożuch z głowy.

- Co? Ja tu - odezwał się Paweł, powstając.

- Gdzie!... Gdzie my?!...

- To nic, to sowa tak zakrzyczała blisko.

- Ach... - Zaszeleściła sianem, przewracając się na bok. - Te komary.

- Nakryj dobrze głowę.

- Nie pomaga, wszędzie włażą. - podciągnęła nogi, trącając kolanami Weronikę.

Paweł usiadł z powrotem przy ognisku.

- Wraz pojedziem chyba? - zagadnął chłop.

- Jak zacznie świtać. Tamten spojrzał w niebo.

Ruszyli bocznymi dróżkami przez las, bo z pobliskiego traktu dochodził jakiś ruch niezwyczajny.

Droga stawała się coraz gorsza, puszcza coraz bardziej ponura, z zielonej po wierzchu przechodziła w burą u spodu. Czarny dzięcioł, duży jak kruk, lubiący pustkowie i ciszę, poleciał spłoszony nisko nad mchem pomiędzy pniami.

- Ech, głusz jaka - westchnął chłop.

Jest w tej części puszczy nieduże jezioro zwane Kiernowskim od osady Kiernowo, na którą składają się trzy chaty kułackie. Do jeziora nie ma dostępu suchą nogą, gdyż brzegi jego stanowią dziko splątane krzaki, podmyte wodą; dalej wstęga trzcin. Olbrzymy leśne ustąpiły z respektem czy też pobłażaniem dla tej roślinności pozwalając jej krzewić się i kąpać dowoli w bagnie, błocie, wodzie przybrzeżnej. Ale środkiem jeziora, pchane wiatrem biegną wolne fale, z grzywą na wierzchu; gdy zaś wiatru nie ma, woda jest niezwykle, jak na takie miejsce, czysta, prawie modra. Niezliczone pokolenia kaczek wyszły tu z jajek i stawiały pierwsze kroki w życiu. Znały te wody karawany przelotnych ptaków, lecących odwiecznym szlakiem jezior i lasów. Ale lasów robi się po drodze coraz mniej i z każdym dziesiątkiem lat mniej i mniej. Wokół dużych jezior rozrosły się ludne wsie. W taki to sposób Jezioro Kiernowskie ostałe w środku puszczy z podrzędnego ongiś przystanku, niemal, chciałoby się powiedzieć: z prowincjonalnej karczmy przydrożnej, przeistoczyło się w ważny zajazd nie tylko dla szarego ptaka wodnego, ale dla podróżujących gęsi, a nawet dzikich łabędzi.

Łabędzie zobaczyć jest trudno, zresztą, nie popasają tu nigdy dłużej. Czasem tylko, w pogodną wiosnę, bywa, chybocze się w powietrzu białe jak w bajce ze skrzydeł uronione pióro łabędzie i długo, długo opada ruchem obrotowym, znów się uniesie podmuchnięte wiatrem, znów opada, kręcąc się lub bujając, zatrzyma nieruchomo, przez chwilę stoi w miejscu, a później coraz niżej i niżej, i jeżeli wiatr nie zniesie go w bok między ajery i wiklinę albo jeszcze dalej, na wiosennym puchem pokryte olchy, to wtedy takie pióro osiada w końcu na jeziorze i pływa sobie po nim...

Prowadzili konie w lejcach idąc koło wozów, które mimo suszy zapadały w błocie.

- Oj, żeby nie zbłądzić - biadał chłop. - A to kilka dni przyjdzie się po puszczy brodzić.

Zabrakło mu machorki i gdy na następnym postoju dostał od Pawła sporą garść tytoniu, zaciągnął się z lubością i przyznał wreszcie, że porzucił samowolnie roboty państwowe: - Pracuj, pracuj i końca nie widać. A w domu, co? Żona, dzieci, głodne może.

Paweł domyślał się, że przesadza, że pewnie i żona, i dzieci mają co jeść, ale że się tak utarło mówić, więc nie odpowiedział i tylko przytaknął ruchem głowy.

- Ja, to tam, nie boję się - ciągnął - mnie wywózka nie straszna. Ziemi u mnie dwa i pół hektara wszystkiego: nie kułak ja, nie. Mnie nic nie zrobią - powtórzył raz jeszcze, ale już mniej pewnym tonem, w którym wyczuwało się obok twierdzenia zdradliwy podchwyt pytania. Że jednak Paweł milczał w dalszym ciągu, nie wytrzymał:

- Chyba, że... Bo ja od nich, z tej ichniej krasnej armii uciekł do Polszczy... Ale, lat temu piętnaście... Dawno, prawda?

- Dawno - przytwierdził Paweł.

Chłop się ożywił: - I mnie zdaje się, że to za dawno.

- A sąsiedzi wiedzą?

Tamten znowu sposępniał, pomilczał, a później splunął. - Wiedzą... Jeżeli nie zapomnieli. Ale nie zapomną, oni. Kto taką rzecz zapomni! A złość mając jaką, to i dobrze przypomną.

Na to nie było pocieszenia.

Jechali dalej krok za krokiem, zanim dobrnęli do pierwszej osady ludzkiej. Spotkał ich zaraz przy wjeździe na polanę młody wyrostek, który nie odpowiadając nawet na powitanie, zapytał przede wszystkim:

- Prawda to, co mówią, że wojna już jakoby z Sowietami? - W oczach jego tliła się nadzieja, ale chłop uciął krótko:

- Nie słychać jeszcze.

Wyrostek przeniósł wzrok na Pawła.

- Nikomu wierzyć nie można - mruknął statecznie i zapytał znowu: - A czy to prawda, że sowieci wywożą każdego, u kogo więcej niż siedem hektarów?

- Nie wiem, braciszku - odpowiedział Paweł.

- Na cud chyba jedziecie?

- Na jaki cud?... - Paweł zapomniał, o czym mówiono w okolicy. Weronika z wozu coś do niego powiedziała, ale w tej chwili chłop splunął z pasją i podbiegł do Pawła:

- Widzisz, jak to bywa, że mąci czasem ludziom w głowie! A! I my bali się traktem jechać i dali się w taką głusz, bokami, drogi nałożyli, konie zmitrężyli po tych dołach-lasach bez przyczyny. Toż przecie te wozy, co ich słychać było na trakcie, to ludzie, ludzie na cud do Popiszek jechali! I nam trzeba było razem. Jutro szesnasty miesiąca, pojutrze znaczy siedemnasty, wtorek. I jak to mogło z głowy wylecieć! Spokojnie, bez lęku między ludźmi by pojechali, traktem, jak należy. Tfu! - splunął ponownie - kara Boża. I czemu wcześnie nie przypomniała? - zwrócił się z wyrzutem do Weroniki.

Odprzągnięto konie i mężczyźni poprowadzili je na paszę. Marta szukała w wozie jakichś rzeczy, gdy podeszła do niej Weronika, chwilkę postała niezdecydowana, a później przekroczyła leżące na ziemi hołoble, zbliżyła się do wozu od przodu, sięgnęła ręką w słomę pod siedzeniem Pawła i ostrożnie wyciągając stamtąd pistolet spojrzała ku Marcie.

- Wyrzucić? - szepnęła porozumiewawczo.

Marla drgnęła, obejrzała się wokół, a potem przytaknęła mrugnięciem powiek i ledwo dostrzegalnym ruchem warg. Czuła się bardzo źle, prawie chora. W gruncie rzeczy obie myślały o tym samym już od początku: "Po co on to brał?"... Weronika ukryła pistolet pod chustką i poszła niby to w krzaki, w istocie minęła chatę, weszła na kładkę wiodącą do jeziora, stanęła nad wodą, zastanowiła się nad wyborem miejsca, ale rzuciła broń wprost przed siebie. Pistolet chlupnął jak żaba, poszedł na dno w muł przybrzeżny, błysnąwszy po drodze jak ryba łuską i znikł, by rdzewieć na wieki.

Podczas gdy konie pasły się, siedzieli w chacie. Paweł z łokciami na stole, z głową ukrytą w dłoniach, starał się drzemać. Obok, przygodny towarzysz podróży półgłosem wymieniał z gospodarzem środki zapobiegawcze na czerwonkę u świń. Weronika tkwiła bez ruchu w rogu izby, co pewien czas opędzając się muchom, których roje brzęczały w chacie monotonnie. Tylko Marta legła na ławie, na posłanych kożuchach i zasnęła. - Niech śpi, niech śpi. - Muchy lazły jej do oczu i kącików ust; przez sen odganiała je ślepym gestem ręki. W izbic pachniało świeżym chlebem, widocznie pieczono go dziś rano.

Weszła gospodyni z dzieżą po kwaśnym cieście, spojrzała na leżącą i westchnęła, jak zwykłe są wzdychać kobiety nad losem innych kobiet.

- Może przykryć czym? - zapytała.

Paweł budząc się raptownie z zamyślenia odjął twarz od dłoni, wodząc nic rozumiejącymi jeszcze oczami.

- Za ciepło będzie - wyprzedziła go Weronika. - Chyba głowę od much. Ale - dodała - może być duszno.

- Trzeba jechać niezadługo - mruknął Paweł.

Gospodyni postawiła dzieżę, znów westchnęła i nie zapraszając, by pogościli, poszła za przepierzenie izby.

- Niech pośpi jeszcze - odezwała się Weronika.

Gospodarz wyjrzał oknem dla sprawdzenia godziny, którą mierzył według cieni wysokich drzew padających na polanę. Widocznie oczekiwał już, by goście ruszyli.

- Niech śpi - przytaknął Paweł. - Niech śpi.

Postanowili najkrótszą drogą wykierować się na trakt.

- Konie trzeba poić - powiedział chłop i wstał.


XXXII


Któż mógłby stwierdzić z całą pewnością, co pchało tysiące ludzi leśnymi drogami do biednej wsi. Wiara czy rozczarowanie do wiary? Nadzieja czy beznadziejność? Ciekawość czy apatia? Zapewne rozmaite pobudki, być może, wzajem sobie nawet sprzeczne. Jedno jest tylko pewne, że nie wymyślono dotychczas słowa bardziej magicznego ponad słowo: cud! Zapowiada ono wytłumaczenie wszystkiego, co jest na ziemi i niebie; potwierdza wiarę, rozprasza wątpliwości, tłumaczy przeszłość, wyjaśnia przyszłość. W zasadzie każda siła materialna traci wobec cudu swe znacznie jak licha bariera kopnięta nogą przechodnia. Ale z drugiej strony, nie może być takiej siły duchowej, autorytetu kościelnego, takiej nauki, takiego kapłana, który by potrafił przeciwstawić cudowi coś bardziej atrakcyjnego. Najbardziej ważkie i przekonywujące argumenty przeistaczają się w puste słowa. Wobec naocznego cudu bowiem nikłe wydają się tysiącletnie wierzenia na słowo, niepotrzebnie wszelkie przekonywania, piaskiem w oczy kazania z ambony. Gdy Pan schodzi do ludzi osobiście, czy może mieć znaczenie, co mówią jego urzędnicy, jego słudzy, pośrednicy wszystkich rodzajów? Któż zechce wtedy słuchać ich wykładni, ich interpretacji, kogo interesować mogą ich poglądy? Dość, dość! Wieki płynęły za wiekami, a ludzie wciąż słuchali, słuchali? Teraz, raz wreszcie chcą zobaczyć! Pewnie, że rzeczy takiej jeszcze nie bywało, ale czy nie może być dlatego? I czy nie raczej w czasie wielkiej niedoli niż kiedy indziej?

O! rozległe były kiedyś ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego, od Bałtyku po Morze Czarne, a któż zna dzisiaj jego granice?!... Ludzie przełazili sztucznie szlabany, mimo wszystkie zakazy poruszania się, mimo ryzyka podróży, sprawdzania dokumentów. Jakoś objeżdżali bocznymi dróżkami, brodem przez rzekę, lasem, rojstem, pastwiskami. W gruncie rzeczy nie było tego dużo. Sporo odstało po drodze, trochę zawrócono z drogi, niektórzy wsiąkali do lokalnych więzień. Tak deszcz letni, gdy wypadnie w kraju, wytworzy płytkie strumienie wody, które biegną pozornie na oślep, a przecież tu i tam, chytrze się przecisną, wywrócą jakąś grudkę ziemi, inną grudkę obejdą bokiem, płyną dalej, choćby wyślizganą w błocie koleiną, znów się rozpierzchną na płask, rozbiegną, wykołują i ciekną. Bardzo łatwo jest je zatrzymać, chociażby dziecinną tamą z piasku; wtedy się powoli gromadzą te luźne wody koloru brudnej kawy, nie protestują, zdawałoby się, godzą z losem, ustają na miejscu, jak staw zatrzymany groblą, ale niech tylko ręka się odwróci i zajmie w innym miejscu, już po krótkim czasie zerwą uklepaną tamę i prędko, prędko, ciurkiem pobiegną znowu, wijąc się jak szpagat, unosząc na swej drodze źdźbła trawy, słomy, kawałek końskiego nawozu, a czasem nawet czarnego żuka, który się zagapił nieopatrznie?

Podobnie i teraz: cienkim, raczej skąpym nurtem, ale z całego szerokiego kraju, ciekły sznurki furmanek, a obok ścieżką wydeptaną szli pojedynczy ludzie piechotą. Szli przeważnie boso, obuwie oszczędzając przerzucone na ramieniu, bo to cud ? cudem, ale para butów kosztuje sześćset, siedemset, a jeżeli nowa i dobra, to i osiemset rubli!

Kiedy podjeżdżali do traktu, wydało się Pawłowi, że furmanka z tyłu odstała nieco. Odwrócił się i ze zdziwieniem spostrzegł, że jest daleko. Pomiędzy dotychczasowym towarzyszem podróży a jego koniem zachodziła wyraźna sprzeczność w dążeniach: koń, który się już przyzwyczaił do przedniego, parł naprzód i wyrywał, a chłop wstrzymywał go na wyciągniętych lejcach, mając widocznie na uwadze inne względy. W pierwszym odruchu Paweł omal nie przystanął, by zaczekać, ale później coś zmiarkował, odwrócił się ku przodowi, wjechał na trakt lewą stroną i podążył równolegle do szeregu jadących furmanek. Chłop zaś zatrzymał konia, odczekał chwilę i potem powlókł się na końcu, za rzędem wozów. Siadł bokiem i odwróciwszy głowę wyraźnie nie patrzył za oddalającym się Pawłem, jakby go nigdy nie znał.

Zostali więc znowu sami we troje. Marta miała podkrążone oczy i niezdrowe wypieki wystąpiły jej na twarzy.

- Źle się czujesz? - zapytał ją Paweł.

- Tak - odparła głucho - nie bardzo dobrze.

"Ma gorączkę" pomyślał. W tej chwili starzec stąpający boso bokiem traktu z butami i workiem na plecach odezwał się:

- Oj, deszcz potrzebny i jak jeszcze potrzebny - popatrzył w górę na zbierające chmury.

- Z daleka, ojciec?

- Z daleka...

Paweł nie zapytał, skąd, pochylił się naprzód, aby biczowiskiem strącić dokuczliwego bąka, który wpił się w koński bok, ale starzec sam dodał po chwili:

- Zza Dźwiny, z Łotwy.

- Piechotą?

- Drugi tydzień.

Paweł pognał konia kłusem, wyprzedził inne furmanki, zostawił je daleko z tyłu. Pierwszy dojechał do wodopoju w rzece. Zatrzymał przed mostem, zeskoczył z wozu, odpiął wiszące z tyłu wiadro i poszedł po wodę.

Gdy wrócił z pełnym i podpierając go zgiętym kolanem stał przed koniem, który pił chciwie, Weronika odrzuciła źdźbło trawy, które gryzła w zębach, poweselała i jakby innych chciała do wesołości namówić:

- Już niedługo - powiedziała - prędko będziemy w domu. - Milczenie, które nastąpiło po tych słowach, zdawało się inne niż dotychczas podczas drogi; bardziej napięte, drażniące, kłopotliwe. A przecież nie ulegało wątpliwości, że Weronika odezwała się w najlepszej intencji. Paweł uniósł głowę i uśmiechnął się do niej. Był to uśmiech raczej wymuszony i zdawkowy. Nagle Marta powiedziała przyduszonym, nieswoim jakimś głosem:

- W "domu"... Weronika u ojca, Paweł u... teścia, a ja...

Ręce Pawła z nabiegłymi żyłami od wysiłku trzymania wiadra zadrżały. Koń w tej chwili kończył pić i głośno mlaskając wciągał ostatek wody z dna. "Ach, jak przykro", pomyślał Paweł. "To chyba najprzykrzejszy z wodopojów". I trzymał wciąż wiadro, choć już było puste, aż koń wyjąwszy zeń pysk, mlaszcząc i podzwaniając opuszczonym wędzidłem, opryskał końce jego butów. Właściwie należało przynieść jeszcze drugie pełne wiadro, ale zaczął się nerwowo śpieszyć i kiełzać konia. W tej chwili Weronika odezwała się cicho głosem prawie proszącym nie patrząc na Martę:

- Tylko takich rzeczy... Proszę nie mówić tam, w chacie...

Marta odwróciła twarz do lasu i jak mała dziewczynka poduszką dłoni wycierała nabiegłe do oczu łzy.

Paweł westchnął. Marta mogła przecie pokrzyżować cały plan ich ucieczki... Co by zrobili teraz bez Weroniki, bez bliskich Popiszek, bez jakiegokolwiek, choćby przejściowego dachu nad głową? Bez pomocy z zewnątrz? Bez przyjaznych ludzi?... Z dala dochodził turkot zbliżających się wozów. Odruchowo pognał, byle prędzej. Słyszał za sobą, jak Marta głośno wycierała chusteczką zakatarzony nos.

Wyjechali z puszczy.

Widok, który się rozpostarł niespodzianie, zaskoczył oczy przywykłe do jednostajnej zieloności lasu. Na prawo zachodziło słońce, ścieląc swe promienie prawie poziomo, od czego pola gryki, koniczyny i łany żyta przeświecały różnymi kolorami. Chmury, grożące uprzednio deszczem, uciekły wysoko i zawisły nad ziemią w kształcie olbrzymich, płowych ryb, zaróżowionych po bokach. Wiła się żółta od piasku droga, dalej pagórek, na którym rosły pojedyncze sosny, w tej chwili jakby miedzią pokryte, i z tego pagórka zobaczyć było można na lewo, schowany w olchach, ślad rzeki Solczy, a obok wieś Popiszki, na którą zleciały niby nieprzeliczone stada białych ptaków: chusteczki, chusteczki, chusteczki...

- Ach, Boże! - wykrzyknęła Weronika. - Bab, bab! Co bab zebrało się!

Stary Olszewski po dłuższej rozmowie, którą odbył z córką na osobności, zjawił się w szopie, gdzie postawiono wóz, i powoli, ważąc każde słowo, wyraził swój pogląd na sytuację. Przez otwarte wierzeje dochodził ze wsi chóralny śpiew nabożnych kobiet.

"Dobrze się stało" - mówił - "że trafili w taki zjazd. W tłumie rozmaitych ludzi nie zwrócą niczyjej uwagi, to fakt. No, ale chodzi oczywiście, co dalej? Cóż, Paweł musi zrozumieć" - tu rozwiódł rękami - "że na razie widoków na ukrycie mało, bo i gdzie? We wsi sielsowiet..."

Czarny pies z jednym białym uchem, który wszedł do szopy, obwąchiwał bardzo dokładnie buty Pawła, i Olszewski odsunął go nogą. Paweł słuchał w nerwowym skupieniu.

,,... A więc wychodzi tak, jakby nie było innego ratunku, tylko i pozostaje las... No tak, las. Ze dwa dni niech tu posiedzą, pogoszczą, owszem, on ze szczerego serca prosi, a później, to już chyba do lasu. - Podrapał się w głowę zastanawiając. - On zna takie jedno miejsce niedaleko, prawdę mówiąc, nieładne to miejsce, bagno wokół, no, ale cóż... Sama kobieta tam mieszka, sołdatka, mąż z wojny niemieckiej nie wrócił, choćby przykładem, jak i jego syn. Też nie wrócił. Bóg święty raczy wiedzieć, czy zginął, czy może do niewoli popadł. Żadnej wieści. No, to właśnie. U niej na razie niech przesiedzą, w lesie znaczy. Ma ona chatkę, ale ciasną i niedokończoną, bo mąż zaczął słomą kryć, kiedy na służbę przywołali. Wóz będzie można w krzakach postawić, a koń, wiadomo, niech chodzi do paszy, choć tam i marna trawa, kwaśna, ale zawsze: trawa. Teraz, latem, wilków nie ma czego się obawiać".

Paweł słuchał. Olszewski uczynił pauzę. Gospodarskim okiem przyglądał się wozowi i nawet dwoma palcami ujął za szynę tylnego koła, sprawdził grubość żelaznego obręcza, pokiwał głową z aprobatą.

"No, a co się dotyczy dalej... To, ma się rozumieć, trzeba będzie zobaczyć. Ot, jak ta cała sumatocha przejdzie, założę konika, podjadę tu do jednego miejsca, nie tak żeby daleko, ale będzie kilometrów z dziesięć, może dwanaście... Gospodarz tam bogaty, sprawiedliwy, i to jeszcze, że z drogi mieszka, aha."

- Może wojna do tego czasu wybuchnie- wtrąciła Weronika.

Olszewski spojrzał na nią z nieukrywaną niechęcią. Urwał swe wywody, a po chwili powiedział szorstko:

- Co tam i gadać o wojnie! Nie wiadomo, czy ona będzie jeszcze... A po pustemu nadziejać się nie ma co. Mało co może być. To i cud może być jutro. Ot, ludzie, zebrali się, czekają, ale czy będzie tylko?

Weronika stała z założonymi na piersiach rękami, czarna na tle otwartych drzwi szopy, za którymi dogasał dzień. Paweł wiedział, że w kalkulacji Olszewskiego czarna plama Weroniki stanowi największą lukę i może wytworzyć powikłanie, którego tamten na pewno się nie spodziewa, a więc nie mógł wziąć najpoważniejszego pod uwagę. Tego mianowicie, że Weronika właściwie uciekła od męża i że Rojkiewicz może jej szukać albo nawet mścić się, donieść... Po czyjej stronie wtedy stanie Olszewski? Po stronie córki i ryzyka ukrywania zbiegów, czy po sprawiedliwej stronie zięcia i własnego spokoju? Czy Weronika ma jakiś plan zapobiegawczy? Nie spytał jej dotychczas i nie będzie pytał. Jeżeli ma, to dobrze, a nie ma, co pomogą pytania? Może i najlepiej by było dla nich wszystkich, żeby zechciała zaraz wrócić do męża i wykłamać się przed nim jakoś. Ale właśnie Paweł nie będzie i nie chce jej czegoś podobnego radzić... Podziękował gospodarzowi i stali jakiś czas w milczeniu. Paweł wsparty o drabinę swego wozu snuł dalej swe ciężkie, bezdomne myśli. Olszewski przerwał je pół szeptem:

- Chyba może za granicę dać się.

- Dokąd?! - wtrąciła Weronika.

- Do Polszczy, do Giermanii.

- Trudno - mruknął Paweł.

- To prawda, że trudno.

Poszli wszyscy do chaty. Po drodze Paweł wciąż pochłonięty myślami zagadnął:

- Ale jeżeli ten gospodarz, co pan mówił, bogaty jest...

- Który?

- No, ten, o dwanaście stąd kilometrów. - Aa...

- To jego też mogą deportować wkrótce.

- Wszystkiego może być.

Późnym wieczorem, po kolacji, Martę zaczęła palić gorączka. Matka Weroniki, nie poznać: z udanym czy szczerym współczuciem, zauważyła:

- Wiadomo, kto nie przywykszy tego chłód łatwo przejmie w lesie. A głównie od komarów, choć bywa też taka choroba, co z nerwu. Wercia, ty by zbiegała do starej, do Tośki, niech da zioła zaparzyć.

Weronika zabrała się do wyjścia. Paweł odczekał aż zamknęły się za nią drzwi.

- No, widzisz, Martuś - zwrócił się do żony, kładąc rękę na jej rozpalonym czole. - Widzisz, kochana, jaka burżujka z ciebie - zażartował łagodnie. - W lesie spać nie możesz...

Ścisnęła go za rękę. - Tak mi przykro, tak mi przykro. Ale może do jutra przejdzie...

- Przejdzie, na pewno przejdzie.

- Bo, widzisz, te komary...

- I komary przejdą. Nie bój się. Jeszcze wszystko ułoży się dobrze.

- Bo ja bym chciała wyjechać.

- Wyjedziemy.

- Ale zupełnie wyjechać. Daleko. Już nie tęsknię do domu. Ja nie chcę więcej. Wyjechać w ogóle z tego kraju, z tego wszystkiego, od tych wszystkich ludzi...

- Pojedziemy sobie od tych złych ludzi...

- I od dobrych też. Zupełnie.

Gorączka jej wzmagała się. "Co robić, myślał, jeżeli się rozchoruje?"

- Paweł.

- Co, kochana?

- Ty pójdziesz jutro oglądać cud?

- Pójdę.

- A wierzysz, że będzie?

- Nie.

- To po co pójdziesz?

- Żeby tobie opowiedzieć.

Uśmiechnęła się. A po chwili: - Gdzie będziesz nocować?

- Tu, przy tobie na ławie. Albo nie wiem jeszcze... - Zawahał się. - Nie wiem, jak tu gospodarze śpią. Może pójdę do wozu, w szopie... - Zamilkł nagle.

Po chwili Marta szepnęła: - O czym myślisz?

Nie odpowiedział. Przeszyła go straszna myśli, że przecież Rojkiewicz mógł prostą drogą, nie kołując jak oni, zdążyć i lada chwila nadjechać. Zacisnął palce aż paznokcie pobielały.

Gospodyni widocznie podsłuchała, o czym mówili, bo wtrąciła się:

- Wercia może obok niej spać w łóżku, a pan... Marta spuściła rozpalone powieki. Paweł przerwał szybko:

- Razem z chorą, to może niedobrze będzie.

W tej chwili wróciła Weronika. Gdy po wypiciu ziół Marta zasnęła, Paweł wyszedł do wsi. Za progiem spotkał gospodarza wspartego o żerdzie płotu.

- Zdeptali owies - powiedział melancholijnie. - Na czysto zdeptali. - Nie znać było jednak złości w tym, co mówił, nie utyskiwał, a tylko z rezygnacją podawał do wiadomości rzecz oczywistą.

Uliczką wsi przewalał się tłum, ciemny o zmroku, słychać było gwar rozmów, śmiechy i nawoływania. Jak okiem sięgnąć paliły się ogniska, w ogródkach i na polu; depcząc zasiewy stały wozy i konie przy wozach. Ludzie chodzili tam i sam, przełazili płoty, lokowali się gdzie niebądź. Ochrypłe od kilku dni, psy wioskowe przestały już szczekać. Gospodarze, tak zazdrośni zazwyczaj o każde posiane w ziemię ziarnko, o zdeptane zboże czy łąkę, teraz nie protestowali, przyjmując to za dopust Boży.

Paweł z trudem przeciskał się ku środkowi wsi, skąd ponad ogólny gwar wybijał się chóralny śpiew kobiet. Zbitą ławą otaczając chatę Smolskich śpiewały nieskładnie i wciąż na tę samą żałosną nutę kraju skarżącego się przed Bogiem na swój los.

Nawet zawsze świeży, wilgotny o tej porze wieczornej podmuch puszczy został jakby zadeptany odorem koni i ludzi, baranicy, machorki, skórzanej uprzęży, smarem do kół. Było duszno.

Noc na ogół jasna, gwiezdna, jedna z najkrótszych w roku, czerwcowych nocy, rozświetlona odblaskiem ognisk i świateł padających z okien chat, pozwalała rozpoznać rozmaite twarze i ubiory, czasem niezwyczajne dla tej okolicy. W pewnym momencie zdawało się Pawłowi, że poznaje w osobie żebraka siedzącego na złożu drzewa budulcowego ojca Serafima w kapturze na głowie. Zatrzymał się niepewny, gdy nagle poczuł, że ktoś go ujął z tyłu za łokieć. Odwrócił się szybko i zobaczył przed sobą Wulfkę, owego szofera Żyda, którego spotkał kiedyś w pralni Tadeusza i nie widział od tego czasu.

- A pan co tu robi? - zapytał w zdumieniu.

Wulfka się uśmiechnął:

- A jeżeli powiem, że to samo, co pan?

- Nie myślałem, że pan się takimi rzeczami zajmuje. - Paweł był szczerze ucieszony z spotkania.

- Jakimi?

- No, świętymi.

- A czym mam zajmować się? Siedzieć w domu i czekać aż mną się zajmą, tak?

Po sekundzie milczenia, która nastąpiła, obydwaj jednocześnie otwarli usta i jednocześnie, jak to się czasem zdarza, nagle zaczęli mówić.

Wulfka:

- A pan wie, co stało się z pralnią pana Zakrzewskiego?!...

Paweł:

- To - fatalnym zbiegiem okoliczności zaczął swe zdanie nietaktownie - jakże tak, stracił pan już u sowietów łaski?... - urwał w tymże mgnieniu, gdy tylko słowa tamtego doszły jego świadomości i porwał Wulfkę za ramię:

- Mów, mów pan! Co, co się stało?! Co się stało z pralnią?!

Ale Wulfka strącił jego rękę i odparł z rozdrażnieniem, obrażony, szorstko:

- At, daj pan spokój! Takie gadanie: "łaski"!... - i bez pożegnania zawrócił.

- Wulfka! - zawołał za nim Paweł zapominając o ostrożności, i może dlatego tamten tym szybciej wmieszał się w tłum, aby nie być postrzeżonym. - Wulfka! - Paweł próbował przepychać się za nim przez ciżbę ludzi; ktoś go potrącił, odepchnął, Było ciemno. Wulfka znikł. Jeszcze chwilę przedzierał się Paweł na oślep w tłoku, wreszcie, zniechęcony, zatrzymał się. Postanowił odszukać go rano, wytłumaczyć, jeżeli trzeba, że to był żart, przeprosić nawet, byle tylko dowiedzieć się tej rzeczy...

Gdy powracał do chaty Olszewskiego, zauważył, że Weronika wyszła z niej właśnie i skierowała się do szopy. Pies z białym uchem szedł jej śladem. - "Może mnie szuka?" - przemknęło mu przez głowę. Bokiem, szybko przemierzył podwórze i wszedł do izby niepostrzeżenie. Na ławie obok łóżka, w którym spała Marta, leżała rozłożona pościel. Poduszka była jeszcze ciepła. Siadł i przysłuchiwał się oddechowi chorej. Weronika wróciła i w nogach łóżka postawiła wiadro.

- Czyje to posłanie? Nie... twoje? - zapytał szeptem.

- Nic, nic, proszę tu spać. Ja będę razem z mamą. - Słowo "proszę" wymówiła uprzejmie jak gospodyni do gościa. - Tu wiadro przyniosłam dla chorej. Jeżeli czasem w nocy... Żeby nie potrzebowała wychodzić, a to przy gorączce niedobrze.

Paweł podziękował i zwalił się zmęczony na pościel Weroniki. Głęboko, głęboko uciekł w sen i nie słyszał ani długich jej szeptów z matką, ani gorączkowych westchnień Marty, ani cichnącego już gwaru za oknami, ani świerszcza w belkach pułapu, ani brzęczenia komarów, które przez rozbitą i niedokładnie workiem zatkaną szybę chaty wciąż przedostawały się do jej wnętrza.

Zarządzenia NKGB poszły po linii proponowanej przez starszego lejtnanta Greczannikowa. Nie przeszkadzano specjalnie w napływie ludzi do Popiszek, natomiast w kilku miejscowościach, położonych w promieniu od 5 do 10 kilometrów, skoncentrowano silne oddziały bezpieczeństwa, przybyłe ciężarówkami i uzbrojone w broń maszynową. Ciężarówki stały na uboczu, pod drzewami; żołnierze w rozpiętych bluzach poukładali się w cieniu sadów, z nudów popatrując w obłoki, kręcąc cygaretki, spluwając, gwarząc, jedząc lub wstawszy z trawy i poziewając szeroko, przeciągali odleżałe muskuły. Istniał wyraźny zakaz wychodzenia większymi grupami na drogę lub łażenia po ulicach wsi, zachodzenia do chat i temu podobne wzbudzanie niepokoju i paniki wśród mieszkańców. Szczęściem pogoda i ciepło sprzyjały tego rodzaju prymitywnej dyslokacji.

Dnia 17 czerwca o świcie zarządzono ostre pogotowie.


XXXVIII


O świcie w dzień zapowiedzianego cudu rozbudził Pawła gwar głosów w drugiej izbie. Jacyś ludzie przyszli prosić gospodarza o stare butelki. Już w ciągu dnia wczorajszego cena pustej litrowej butelki po wódce wahała się od 3 do 5 rubli. Do wieczora poszła w górę. Dziś ofiarowywano 10 rubli za sztukę. Wiadomo było, że Oluk Smolski błogosławi, a przez to poświęca, wodę w rzece naprzeciw swej chaty, i że ta poświęcona woda posiada właściwości lecznicze. Podawano sobie słuchy o uzdrowieniu wielu ludzi, którzy tę wodę pili. Jakoby Władysław Smolski, uzdrowiony w listopadzie zeszłego roku, właśnie życie swoje zawdzięcza tej wodzie. Sam Władysław nie przeczył tej wersji, która nie wiedzieć skąd powstała; właśnie bowiem u niego i brata Konstantego znalazł się większy zapas pustych butelek, jeszcze ze starymi etykietami polskiego i litewskiego monopolów spirytusowych. Nie brali za nie ceny większej od innych, ale sprawiedliwą, jaką płacono w całej wsi. A pielgrzymi potrzebowali wiele tych butelek, gdyż chcieli nie tylko napić się wody na miejscu, ale zabrać jej możliwie najwięcej ze sobą w daleką drogę do domu. W ciągu kilku godzin bracia Smolscy sprzedali wszystko, co mieli.

Stary Olszewski opędzał się przybyszom:

- Nie mam ja! - mówił. - Co miałem butelek starych kilka, to oddałem.

- Moża choć półlitrówka, choć ćwiarteczka jaka?

- Nawet żeby szkalik jeden, i tego nie ma.

Ludzie stali zawiedzeni. Czarny pies z jednym białym uchem siedział pod stołem i wydrapując sobie pchły stukał tylnią nogą o podłogę. Jeden z obecnych zauważył po namyśle:

- Ta woda tylko sprawiedliwemu człowiekowi pomoże. A chtóren, on, wiary w sobie nie ma, to wypij nie jeden, a cała beczka, wszystko równo, co z rowu na wiosna.

- No, rzecz pewna, że któren nie wierzy...

- A czy ksiądz przyznaje ją za święconą?

- Poszed ty precz! - krzyknął gospodarz na psa. - Poszed stąd pchłów wysypywać!... - Odwrócił się do ludzi: - Idźcie, idźcie - przynaglał łagodnie - może gdzie w drugim miejscu dostaniecie.

Gdy wyszli, przeszedł się bez celu po izbie i westchnął:

- Oj, żeby nie wyszło nam całą wsią odpowiadać, jeżeli, nie daj Bóg sowieci naskoczą.

Paweł wziął ręcznik i mydło, wyszedł, aby umyć się pod studnią. Powietrze było rzeźkie. Znad opadającej przy rzece mgły wysterczały czubki świerków zabarwione w tej chwili na złotą zieleń, gdyż od tamtej strony, nad puszczą, wstawało słońce. Drogą do wsi jechały wciąż nowe furmanki. Zimna woda orzeźwiła ciało, ale jednocześnie przywróciła trzeźwość myślom. Przebieg dotychczasowej ucieczki wydał mu się nieomal naiwny. Przede wszystkim każda z następnych furmanek, wyłaniających się z kurzu i mgły, może należeć do Rojkiewicza, a wtedy ich sytuacja w tej chacie stanie się nie do zniesienia... W każdej też chwili wyłonić się może auto NKGB... Drgnął usłyszawszy stuknięcie drzwi. Wyszła Weronika.

"Pewno ze mną chce porozmawiać" pomyślał, ale ona przeszła bokiem do chlewu. - "Kiedy to było już raz tak, gdy mył się podobnie przy studni, a ona szła udając, że go nie dostrzega?... Aha, Karol wtedy powiedział: "I skąd się taka wyrodziła piękna w tym kraju..." Tak samo słońce przeświecało jej włosy, przydając głowie niby aureolę. Prawda, że się wyrodziła... "Ja nie chcę żadnego podarku..", powiedziała innym razem. Śmieszna. A teraz zachowuje się z godnością, gdy Marta jest chora, bezbronna, w gruncie rzeczy oboje na jej łasce... Paweł podczas całej podróży starał się nie przestawać na osobności z żadną, i dlatego nie rozmówił się z Weroniką. Był jej wdzięczny za to dyskretne, prawie obojętne, i jakby to się wyrazić: po gospodarsku gościnne zachowanie... Zresztą, postąpił otwarcie, powiedział jej przecie jeszcze na swoim podwórzu, w ostatniej chwili, że "nigdy nie porzuci..."

Wsadził głowę w zimną wodę, a później zlał się nią do pół ciała. Weronika szła z powrotem do chaty i spodziewał się, że może teraz podejdzie, ale ona znowu nie patrzyła w jego stronę. "Naturalnie, że jest wdzięczny, naturalnie, że bardzo wdzięczny, z inną na jej miejscu, byłoby zgoła nie do wytrzymania, ale... może to po prostu objaw zobojętnienia? A co wtedy? Co, jeżeli ona ma już tego dosyć? Bo koniec końców nie jest, nie może być dla niej zabawną taka sytuacja. Miłość? Los, wszystko oprzeć na tej kruchej podstawie, bo innej nie ma? Miłość ma swoje wzloty i odloty, szczyty i przepaście; jak morze: przypływy i odpływy. Było kiedyś Weroniki manią, żeby z nią pojechał. Dopięła swego, ale chyba nie tak to sobie wyobrażała, to spełnienie marzeń?! Uśmiechnął się sam do siebie gorzko. Który to z sąsiadów, bodaj tenże Franciszek spod Lasu, powiedział o niej: "Cóż to ona, święta? Nie święta, nie!" - I w tej chwili uprzytomnił sobie, że przecież on zmienił się też w stosunku do Weroniki, podświadomie, oczywiście, odruchowo, ale stracił dotychczasową pewność siebie, poczucie wyższości, męskiej przewagi czy jak to tam nazwać a przede wszystkim niezależność. Nie jest już dla niej tym dawnym Pawłem. Jest teraz trochę niezaradnie grzeczny, czasem nieomal zapobiegliwy, teraz to widzi: wbrew swej woli, bynajmniej nie z niskich pobudek wyrachowania, nie, broń Boże, po prostu z sytuacji, z zależności. Ale jest inny, i może już ona patrzy nań innymi oczami? A co będzie, gdy straci całkowicie zainteresowanie dla jego... ich losu?..'' - Wytarł się śpiesznie ręcznikiem i powrócił do chaty.

Marta wypoczęła i wypotniała w nocy, czuła się trochę lepiej, ale bardzo osłabiona. Patrzyła na Pawła wzrokiem pod wpływem którego ściskało mu się serce. Musiało jej być strasznie nieprzyjemnie w tym otoczeniu. Stara Olszewska nalewała z dzbanka do kubka szarozielonkawy płyn.

- To dobrze - mówiła - że wyparowała, a teraz pić się chce. Nie szkodzi. Niech napije się troszkę kwasu brzozowego. W ta wiosna, to nasza Wercia, jak przyjechała, tego kwasu nazbierała aż za dużo. Wstanie, bywało, rano, ledwo śniadanie siak-takie zje i do brzeźniaka. - Podała Marcie pełny kubek. - Chodzi, chodzi po lesie, jakby kto na nią, zdawało się, urok rzucił jaki. A ona tymczasem sok zbiera...

- Mama! - zawołała ostro Weronika. - Mleka patrzyć, a to wyleci za wszystkiem!

Marta piła kwas, trzymając kubek w drżącej ręce, i nie odejmując go od ust spytała Pawła: -Dokąd się wybierasz?

- Muszę koniecznie spotkać jednego człowieka, który mnie wczoraj zniknął w tłumie. - Ubrał się i poszedł na wieś, aby odszukać Wulfkę.

Mimo wczesnej pory ogromny tłum, większy niż wczoraj, zalegał wieś. Można się było jedynie powoli poruszać. Paweł z trudem przeciskał się między ludźmi i wozami, jak na wielkim dorocznym feście czy jarmarku. Mimo to starał się systematycznie przeszukiwać całą wieś. Zachodził w opłotki, zaglądał nawet do wnętrza chat, przepychał się dalej, spotkał po drodze grupę Żydów, zatrzymał się i zapytał, czy nie widzieli takiego... Wzruszyli w odpowiedzi ramionami. Wulfki nigdzie nie było.

Wulfka, bardziej z wewnętrznej pasji do ruchu niż dla zarobku, wpadł w nocy na pomysł, aby udać się do odległego o kilka kilometrów na trakcie szynku, który znał ze swych dawnych przejazdów taksówką, zakupić tam puste butelki po wódce i następnie sprzedać je z dużym zarobkiem w Popiszkach. Wynajął furmankę i wyjechał o północy. Gdy wracał powoli z pełnym wozem, brzęcząc szkłem w ciszy nocnej, zatrzymany został niespodziewanie przez patrol NKGB, wysłany przez jeden z oddziałów skoncentrowanych w okolicy. Po raz pierwszy chyba zdarzyło się Wulfce zmieszać do tego stopnia i nie znaleźć ani właściwego tonu, ani właściwej odpowiedzi. Rozumiał, że cała afera z zapowiedzianym cudem pachniała trochę kontrrewolucją, że więc w tym macza palce w jakikolwiek sposób nie zdało się tłumaczeniem odpowiednim; opowiadanie o przeznaczeniu butelek wypadło więc bardziej niż mglisto. Fakt, że on, Żyd, właśnie w nowej socjalistycznej rzeczywistości handluje gdzieś po nocy, pod puszczą, starymi litrówkami po wódce, ażeby zarobić na święconej wodzie... to było po prostu tak śmieszne, a przede wszystkim zbyt skomplikowane, że postanowił wyłgać się w inny sposób, ale z zaskoczenia zaczął się plątać w odpowiedziach coraz bardziej; stracił wątek, wpadł w sprzeczność i w rezultacie, mając wszelkie dane, aby go puszczono spokojnie, został aresztowany jako typ wysoce podejrzany i odstawiony do miejsca koncentracji oddziałów. Rankiem odwieziono go do miasta.

Takim zbiegiem okoliczności Paweł poszukiwał daremnie i utracił ostatnie szanse, aby się dowiedzieć, co się stało z pralnią...

Tymczasem słońce rozegnało ostatki mgieł nad rzeką i szło w górę. Od świtu do godziny dwunastej w południe, o której cud miał się stać, nie jest znowu tak długo. Podniecenie tłumu rosło. Gdzie leżała działka Smolskich na pastwisku, o tym wiedziano, ale który to miał być kamień, nie wiedziano. Największa ciżba zebrała się przed chatą Oluka, ale inni chytrze krążyli i stali na pastwisku koło domniemanych kamieni; trzeci wreszcie zajęli stanowisko pośrednie, pomiędzy wsią i działką. Zrobiło się znowu duszno, choć nie było jeszcze gorąco.

O godzinie wpół do jedenastej wyskoczył nagle z krzaków zając, który tam zapadł był o świcie, ale którego nerwy nie wytrzymały dłużej wciąż narastającego tłumu. W przeciągu pięciu minut rzucał się i biegał we wszystkie strony, odganiany i straszony okrzykami, aż wreszcie na wpół oszalały, ostatnim wysiłkiem ratując cenne życie, skoczył prawie na oślep między ludzi i wyrwawszy się z otoczenia, pognał do lasu. Ten incydent rozładował trochę napięcie, ale już w dziesięć minut czy kwadrans później otwarły się drzwi chaty i przestąpiwszy wysoki próg wyszedł na ganek - prorok. Prowadziło go pod ramiona dwóch statecznych sąsiadów. On sam był blady, z nieprzytomnymi oczami człowieka w transie. Trzymał swój krzyż drewniany z małym, metalowym Chrystusem i utkwił wzrok w przestrzeń przed siebie, której zapewne nie widział wcale.

Tłum runął naprzód, naciskał na boki, biegł na wyprzódki, łamał płoty, w mgnieniu oka zdeptał zagon gryki, który leżał na drodze. W zbitej ciżbie poczęto przewracać ludzi, tratować się nawzajem, krzyczeć i zabiegać w ten sposób drogę procesji, że wreszcie inni, stojący dalej zaczęli krzyczeć:

- Dajcie droga proroku! Dajcie droga proroku!

- Won hdzie idzie!

- Jezus, Maria, zaduszę!

- Tu, tu!!...

- Ludzie, ludzie! Ustąpcie przed krzyżem świętym!

Ale mało kto słuchał i był słuchany. W morzu spotniałych twarzy, zmierzwionych włosów, opadłych z głowy chusteczek babskich i latających na wietrze kosmyków panowała tylko jedna, wspólna, zbiorowa namiętność: być bliżej cudu! Zobaczyć! Zobaczyć na własne oczy!

W olszynowym zagajniku o kilometr od wsi, przed średniej wielkości kamieniem obrośniętym z wierzchu jak inne mche siwozielonkawym zatrzymał się wreszcie Oluk i wzniósł ręce z krzyżem do góry... W niebo. Zrobiła się cisza.

Była to cisza podobna do tej, jaka następuje w przerwach pomiędzy uderzeniem jednej i drugiej fali o skaliste wybrzeże. Nie trwała też dłużej. Rozprysnęła się nagle, najpierw w głuchym, zbiorowym jęku, następnie rozbiła na masę pojedynczych krzyków, szlochów, nawoływań. Lud padł na kolana. Niektórzy poczęli wołać:

- Cicho! Cicho!

I zrobiło się znowu cicho. Dochodziła dwunasta. Ale cóż z tego... Cud się nie stawał.

Słońce grzało z góry normalnie, po letniemu. Zdała nieruchomo stalą ściana puszczy. Dochodził ostry głos jastrzębia.

Cud się nie stawał.

Znaleźli się tacy, którzy powstali z kolan.

- Na kolana, na kolana! - wołali inni. Uklękli znowu.

- Modlić się! Modlić się!

Koś podjął fałszywym falsetem - podtrzymały go glosy kobiece, przyłączyły się basy - wielką, nabożną pieśń. Po pierwszej śpiewano drugą. Najwyraźniej była już godzina dwunasta.

Ale cud się nie stawał.

Tymczasem od strony Butrymańc oraz piaszczystą drożyną z traktu zwolna zbliżały się ku Popiszkom pojedyncze samochody i kilka ciężarówek NKGB. Polami zaś szli tyralierą milicjanci. Słońce grzało coraz silniej. Z ogrodów wioskowych unosił się zapach gorącej, zrytej nogami zieleni, w pomieszaniu z zapachem liści jarzynowych, kopru. Wieś leżała prawie opustoszała. Gdzieś w chacie zegarek wybił godzinę dwunastą czasu moskiewskiego, że jednak dawno już nie był regulowany, dokładność tego czasu nie mogła być stwierdzona, tym bardziej że - cud się nie stawał!

Szerokim wygonem szli na pastwiska ludzie z NKGB. Z daleka wyglądali na razie jak grupa spacerowiczów. Idący przodem, z czerwono-sinym otokiem na czapce, prawą ręką machinalnie odpinał i zapinał futerał pistoletu bez żadnej wyraźnej intencji. Podeszli bliżej, postali, patrząc na klęczący tłum; nadeszli inni, rozproszyli się nieco wśród ludzi; zbliżyli się milicjanci z karabinami. Nic, żeby takiego... Po prostu pieśń zaczęła się urywać, klęczący bliżej odwracali głowy. Jakaś baba, nie wstając z klęczek, poderwała spódnicę i usunęła się z drogi. Śpiew zamierał powoli.

- Ej! Grażdanie! - zawołał ten, który szedł przodem. - Dosyć już będzie! No, po co zebraliście się? Przecież czasu szkoda! Przecież tu niczego nie ma i nie będzie. Nie dawajcie się zwodzić! Wracajcie do domów, do robót waszych! - wołał z wyszukaną, spokojną wyrozumiałością.

- Rozchodzić się, rozchodzić się, obywatele! - krzyknął wesołym tenorem szatyn, spychając na tył głowy czapkę mundurową, i jakby dla rozbawienia ludzi klasnął po dziecinnemu w dłonie.

Tłum odpowiedział milczeniem. Nagle młodzieniec ukryty wśród chustek kobiecych, krzyknął naderwanym głosem:

- Jak nie wierzą, to czego przyszli! Nie przeszkadzać! - Nikt nie odezwał się na ten okrzyk. Wtedy chłopak zerwał się, stanął, poznano Franka, Oluka przyjaciela. Ciemne, zmierzwione włosy opadały mu na wszystkie strony.

- Chłopcy!! - wrzasnął, uniósł rękę i powiódł rozpaczliwym wzrokiem dokoła. Miałże ten okrzyk być hasłem do buntu?... Milczenie. Sekunda wahania i Franek skulił się w sobie, ukląkł z powrotem spiesznie, chowając się w tłumie.

- Obywatele! - zawołał znowu ten sam wesoły bolszewik, który pozornie nie zauważył nawet wyskoku Franka. - Dwunasta już minęła! Popatrzcie na zegarek! - wyciągnął rękę z zegarkiem na pasku. Niektórzy istotnie powyciągali odruchowo szyje, jakby mogli cośkolwiek dojrzeć. - Ho! Słońce kudy już poszło! Nie wróci, nie!

Był to ważki argument: dwunasta minęła. Lecz oto nagle jedna z kobiet porwała się z kolan:

- My nie po sowieckim czasie liczymy. Po starym!

- Po starym! Jeszcze dwie godziny! - krzyknęli inni.

Ale już pierwsi ludzie zaczęli się ruszać, nastrój prysł, jak lód na jeziorze, który się nagle zacznie łamać, łamać coraz szybciej i wiadomo, że nic już nie uratuje jego powierzchni, do niedawna jeszcze tak jednolitej. Podobnie też nie uratował cudu ostatni okrzyk dziwnego starca, o bardzo długich, siwych włosach i bardzo wysokich, rybackich butach.Uniósł on obydwie ręce do nieba:

- Matkę Przenajświętszą, Ostrobramską widzę! Widzę! Widzę Matkę Bożą w niebie! Luuuudzie!...

Wokół niego zrobił się na chwilę ścisk, poruszenie, niektórzy patrzyli w jasne niebo, inni nawet rękami przesłaniali oczy od blasku, ale nic poza kilkoma skowronkami tam nie było. Ktoś się roześmiał.

To był koniec. Dwóch milicjantów, tym razem stanowczym krokiem, rozpychając brutalnie tłum podeszło do starego.

Brakowało jeszcze sporo czasu do starej dwunastej, gdy enkagebiści, lawirując z początku nieznacznie, później już otwarcie, przedostali się do kamienia, z którego woda nie trysnęła i żadna kobieta nie powstała, wzięli między siebie Oluka Smolskiego i jego matkę i poprowadzili do wsi.

Paweł wydostał się na gałąź niskiej sosny, ale nie mógł dojrzeć z odległości ani wyrazu twarzy, ani zachowania Smolskiego. Czy szedł jeszcze w transie, czy się zeń obudził? Co zrobił z krzyżem, niósł go w ręku czy też schował w kieszeń siermięgi? Mężczyźni przeważnie odwracali głowy, szukając przejścia dla siebie, inni otrzepywali się właśnie z kurzu, tłum się rozstępował. Kilka kobiet zaczęło zawodzić. Nikt nie zwracał na nie uwagi. Przed chatą Smolskich stała ciężarówka, silna eskorta, i nie dopuszczono nikogo blisko. Sprowadzono tam też starca o długiej brodzie i długich butach, a także oglądano się za Frankiem, ale on znikł.

- Rozchodzić się! Rozchodzić się! - grzmiały teraz krótko i groźnie rozkazy.

Ludzie grupami i w pojedynkę śpieszyli do wsi, zakładali konie. Kto był pieszo i z pobliskiego sąsiedztwa, ten z miejsca ruszał naprzełaj, miedzami polnymi, do najbliższej drogi. Wyciągnęły się w ten sposób gęsiego długie szeregi bab. Gdzieniegdzie jeszcze pobłyskiwały w słońcu niesione przez nich butelki wody święconej. Któryś z bardziej gorliwych milicjantów, widocznie z miejscowego werbunku, wyrwał kobiecie butelkę z ręki, zrobił krok do brzozy, rosnącej na miedzy, rozmachnął się i celnym rzutem wyrżnął butelką w pień, tak że pękła z trzaskiem, z bryzgiem wody i szkła, aż zamigotało w powietrzu.

- Eeech, nie trzeba! - syknął nań przechodzący opodal oficer NKGB. - Po co! - Milicjant cofnął się i poczerwieniał.

We wsi panowało nerwowe podniecenie tłumu, jakie się zdarza na stacji kolejowej, gdy wszyscy naraz chcą odjechać pierwszym, podanym pociągiem.

- Hoo! Ho-ho ho! Droga! - krzyczeli ci, którzy już zdołali zaprząc i czym prędzej starali się wylawirować z opłotków na wolną przestrzeń.

Paweł obszedł bokami wieś, podniósł czyjś zgubiony w pośpiechu kapciuch z machorką i kręcąc nim bezmyślnie w powietrzu za sznureczek, wyszedł na ogród Olszewskiego, przesadził plot i znalazł się na podwórzu. Weronika, ubrana po miejsku, jak na święto, starała się zagnać kury, które wylazły z chlewu, a stojący za nią ojciec wołał:

- Zaganiaj, zaganiaj, a to pokradną!

W sieniach gospodyni szybko, aby nadrobić czas stracony, siekała w ceberku kartofle dla świń. Paweł wszedł do izby, zobaczył, że na ławie przy stole siedział stary chłop, i poznał od razu, że jest to ten sam z Łotwy, którego spotkał na trakcie. Teraz moczył on swe nabrzmiałe nogi w wiadrze z wodą i nie podnosząc głowy, przemówił:

- Ach, nogi, nogi... Noszą człowieka po świecie, ale do czasu.

Paweł zajrzał do Marty. Spała; miała znów gorączkowe wypieki na twarzy. Nie budząc jej, wrócił do pierwszej izby, usiadł ciężko naprzeciw starego, przysunął do siebie kubek kwasu brzozowego i wypił chciwie jednym haustem. Wytarł ręką wargi, rzucił znaleziony kapciuch na stół, podparł się łokciami i zapadł w milczenie.

Z sieni dochodził głos gospodarza:

- Gdzie to mój toporek... Leżał tu...

- Ot, zmyślił kiedy toporka szukać! - odpowiedziała żona. - Południe, obiad trzeba robić, żywioła karmić...

- A, ot, i zmyślił. Widziałaś płot, jak poniszczyli.

Chłop z Łotwy nie zdziwił się, gdy Paweł po dłuższym milczeniu, na wpół do siebie, a na wpół do niego, skierował uwagę:

- Ale żeby choć ktokolwiek palcem ruszył. Taki tłum! A tych garstka.

- Wiadomo, przegrani - odpowiedział.

- Jakto przegrani?

- Chyba pan w karty grałeś kiedykolwiek?... No, to i będzie tak samo, jak w kartach. Postawił na złą kartę i przegrał. A kiedy przegrał, to czy pan, czy drugi, pójdziesz wyrywać swoje pieniądze siłą? Nie pójdziesz. I pomyślenia nawet takiego u pana nie będzie, ani nawet żeby śmiałości takiej. Podobnie choćby i teraz: ludziom cudu zechciało się. Na cud znaczy postawili. A cudu: nie ma! Znaczy przegrali. Bo to: jak pan chcesz, siłą jego wyrwać, cud ten? Nie wyrwiesz siłą. Na to nie ma ludzkiej siły, a wola Boża. - Wyjął lewą nogę z wiadra, obejrzał, oderwał kawał odparzonej skóry spod palców i po chwili podjął rozmowę:

- Ot, ja stał koło drzewka takiego, przysłoniwszy się był do pnia, bo mnie w lewej nodze skurcz bywa, na ziemi klękać trudno... No to stał ja i patrzał na ludzi: chtóren modli się, chtóren śpiewa, krzyczą wszystkie, a ja stoję sobie i myślę: za co to im Pan Bóg ma ten cud zrobić? Za jakie to zasługi? Pan żesz widziałeś sam. Ponazbierało się tego barachła ludzkiego, tu i katoliki, i ruskie prawosławne, i nie wiedząc jakie sektanty, i żydki także samo, i tatarów widziałem, i burłaki starowiercy, nu, jednym słowem, ćma! A wiele między nimi sprawiedliwych, powiedz pan sam? Dziesiątek, dwa... Nasz gospodarz, słyszę, kury zagania do chlewu... I prawda, że tylko kury im kraść. To dla kogo? Dla nich było cud robić? Owszem, mówią, prorok ten, chłopczyk młody, obiecał. Może i prawda chciał. Ale widać żadnego on posłuchania nie ma...

Monolog przerwany został przez hałas klaksonu samochodowego za oknem, i wielka, kurzem pokryta ciężarówka, rozgarniając tłum, który przyciskał się do opłotków, przejechała ulicą wsi, kierując się do traktu. Obydwaj spojrzeli w okno.

- Powieźli - rzekł poważnie starzec.

W drzwiach ukazał się Olszewski: - Powieźli - przestąpił próg, siadł w milczeniu na końcu ławy i ręce złożył na kolanach. Z sieni wciąż dochodziło postukiwanie siekanych kartofli.

- Dużo, musić, wieprzy macie? - przerwał milczenie stary.

- Nieee...

- Uhum... No, to widzisz pan - zwrócił się do Pawła - ja tak i mówiłem: jeżeli nie uda się jemu cudu stworzyć, to będzie bardzo ile. A pan dziwisz się, że jego ludzie nie bronili. Kiedy sami oni od Pana Boga ochrony czekają. A tymczasem Pan Bóg za wszystkiem tymi sprawami nie zajmuje się i wtrącać nawet nie chce. Pan Bóg do ludzkich spraw nie miesza się. Powiedział raz Adamu: masz tobie wolna wola! Znaczy, i patrzaj swego interesu. Pan Bóg, On, widzisz, z szatanem wojuje, ale nie z ludźmi. Garsteczka... Ja sam widzę, że garsteczka. Żeby to byli diabły jakie z ogonami, na kopytach krowich i widłami od gnoju, jak ich malują, to może w ta pora Pan Bóg i zesłałby jaki zastęp aniołów z mieczami. Ale sowieci... takie same ludzie, jak i my, i Pan Bóg w taka małość ani nawet wdawać się nie będzie. Nie wiem, może ja czasem i niesprawiedliwie mówię, ale po mojemu, to tak: na szatańska siła jest boska odpowiedź, a na ludzka siła tylko ludzką można dać odpór. To i nie ma czego Panu Bogu głowa durzyć i cudu domagać się, a trzeba za wszystkiem inaczej... zaaa wszystkiem inaaaaczej!..,

- A samżesz - odezwał się gospodarz - dwa tygodnie szedłeś piechotą, że ot - uczynił ruch podbródkiem w kierunku wiadra - nogi zdarłeś.

- Szedł. I wrócę. Nowej mądrości nauczony.

Gospodarz wzruszył ramionami, sięgnął do stołu milcząc po kapciuch z machorką, otworzył, powąchał: - Niczego sobie - mruknął. A później do starego:

- Czas już było mądrości nauczyć się. Tobie chyba i mało już zostało czasu tego.

- Dużo grzechów na sumieniu - odparł zagadkowo pielgrzym.

Raptem drzwi otwarły się i wpadła Weronika.

- Ojciec! Sielsowiet wszystkich ze wsi wygania!...

- Jakto wszystkich?... - przybladł Olszewski.

- Wszystkich, kto nietutejszy! - I podeszła do Pawła, oparła się ręką o stół, jakby chciała coś powiedzieć, ale on nie odwrócił do niej głowy wspartej na rękach, patrząc wciąż wprost przed siebie, w okno. Nie dosłyszał, czy nie chciał słyszeć tej ponurej nowiny.

Na podwórze wpadł przewodniczący sielsowietu, krzycząc ochryple:

- Kto obcy, wszyscy! Już! Żeby ani nogi nie było! Opuszczać wieś albo pod areszt! Natychmiast pod areszt! - Marta poruszyła się przez sen na łóżku.

W tej chwili w starym pielgrzymie zaszła dziwna zmiana. On, który tak poważnie rozprawiał, skurczył się w sobie, oczy w zmarszczkach zalatały niespokojnie, broda przestała robić wrażenie patriarchalnej, a przypominała raczej wiecheć słomy; szybkimi ruchami, nie wytarłszy nóg i zostawiając mokre ślady na podłodze, prędko skręcał swój węzełek. Prawie trząsł się ze strachu. Przykro było nań patrzeć. Paweł odwrócił wzrok, ale sam się nie ruszył. Wtedy Weronika cicho odstąpiła od stołu, przy którym siedział, i wyszła. Zobaczył przez okno, jak dogoniła Antoniego, o coś prosiła, starała się go zatrzymać, tłumacząc mu z przekonaniem w gestach. Przewodniczący sielsowietu słuchał jej tylko chwilkę, potem przerwał, zamachał swymi długimi jak wiatraki rękami, jeszcze raz zrobił zły, przeczący ruch i poszedł. Weronika wracała powoli ze spuszczoną głową.

- Niech będzie pochwalony... - rzucił pielgrzym śpiesznie na pożegnanie, wychodząc z izby. Nikt mu nie odpowiedział. Tylko Paweł wstał ciężko z ławy i poszedł budzić Martę.

- Marta - dotknął jej ramienia. - Musimy zaraz stąd się wynosić! Marta.

Otwarła szeroko oczy, patrzyła przez chwilę milcząc i nagle przypomniała sobie:

- No, a co z cudem?!

- Nie stał się.


XXXIX


Chata, do której przyprowadził ich Olszewski, stała samotnie na podmokłych pastwiskach otoczonych lasem i budowana była systemem obronnym siedzib, który się jeszcze zachował w puszczy. Zarówno izba mieszkalna, jak pomieszczenia zwierząt objęte łącznym czworobokiem ścian z nieociosanych belek, o jednych, wspólnych wrotach i wspólnym dachu. Strzecha jednak, jak to uprzedził był Olszewski, doprowadzona była zaledwie do połowy. Stanowiła zatem raczej jednostronny okap. Pod nim, nad izbą gromadzono siano. Tu Paweł i Marta ułożyli się wczoraj do snu, gdyż w izbie było za ciasno. Prawie całkowicie wypełniał ją ręczny warsztat tkacki, pod ścianą łóżko pokryte łachmanami, gdzie spała gospodyni z dwuletnią córeczką. Obok z pułapu zwisało na sznurach koryto, zastępujące kołyskę, z niemowlęciem poczętym i urodzonym już po odejściu męża. Nie było nawet miejsca na stół. Nie było też ani psa, ani kota. Wszystko ciemne, lepkie od brudu. Śmierdziało tam starzyzną, niemytym ciałem, mlekiem i pieluchami.

Pod okapem z półstrzechy było natomiast przestronnie; pachniało sianem, z dołu krowim nawozem, z góry wilgocią lasu. Wchodziło się po drabinie. Roje komarów swym niestrudzonym brzękiem przywoływały na pamięć dalekie, wielkie miasta, które brzęczą i turkoczą monotonnie w przestrzeni, na co się z przyzwyczajenia nie zwraca uwagi.

W bliskości musiały się mieścić gniazda wróbli; rano stary samiec, o czarnym zniszczonym dziobie i brudnoszarym brzuchu, wrzeszczał siedząc na krokwi, wykładając coś młodszym z klanu, najwidoczniej zaniepokojonym niespodziewaną bliskością obcych ludzi.

Paweł otworzył oczy i ujrzał przede wszystkim obłok, o kształcie kopulastej cerkwi, zakończony rodzajem dwugarbnego wielbłąda a oświetlony z jednej strony promieniami wschodzącego słońca. Na tle obłoku widać było orła krążącego na nieruchomych skrzydłach nad moczarami. Z tej odległości robił wrażenie czarnego patyczka. Siano i ubrania, którymi byli przykryci, nasiąkły wilgocią nocnej rosy. Paweł leżał nieruchomo, przyglądając się, jak dwugarbny wielbłąd obłoku przeistaczał się zwolna w fantastyczną torpedę. Chciał zapalić papierosa, ale się rozmyślił, bojąc zaprószyć ogień. Później zestawiwszy końce palców obydwóch dłoni skonstruował rodzaj połączonych krokwi, porównując je do nieukończonego dachu nad głową. Później znowu spojrzał w obłok, który odpływał już za okap i nie był podobny do niczego. Ciekaw był, czy długo w ten sposób potrafi nie myśleć o własnym losie, ale pomyślał, że tak myśląc, już o nim myśli... Na dole gospodyni zaczęła wyganiać bydło na paszę. Z izby dochodził płacz dziecka. Z przykrością uświadomił sobie, że koń, spętany i puszczony w nocy na trawę, mógł zabrnąć daleko i trzeba go będzie szukać wśród wilgotnych krzaków.

Wczoraj odjechali szybko, prawie skrycie, wpław przez rzekę, między zaroślami, gęsto okalającymi bród, by ludzie nie dostrzegli kierunku. Weronika pomagała przy noszeniu rzeczy. Nawet się z nią nie pożegnał. Zwrócił tylko uwagę, by wiadra nie uwiązywała z tyłu wozu, ażeby nie czerpało wody podczas przejazdu przez rzekę. Marta dzielnie udawała zdrową... Oto o czym najbardziej chciał nie myśleć: jeszcze kilka takich nocy, prawie pod gołym niebem, w wilgoci i komarach, a Marta rozchoruje się na dobre. Trzeba zaraz coś przedsięwziąć. Do Popiszek było stąd zaledwie kilka kilometrów. Weronika obiecała i miała przyjść z samego rana, ażeby omówić dalsze ich losy. Weronika, jedyna dziś na świecie łączność ze światem...

Paweł zaczął złazić z drabiny, gdy Marta zapytała:

- Czy Weronika jeszcze nie przyszła?

- Jeszcze nie. Za wcześnie.

Rozłożył między kamieniami ognisko, postawił czajnik i gotował wodę na herbatę. Słońce zaczęło grzać, dzień zapowiadał się upalny.

Tak minęły ranne godziny.

- Paweł! - zawołała z góry Marta.

- Co?

- Weroniki jeszcze nie ma?

- Jeszcze nie. - Wszedł po drabinie na górę, aby przez nieosłoniętą połowę dachu lepiej widzieć drogę.

Westchnęła.

- Gorzej ci?

- Chyba nie...

Pawła przeszył lęk. Spojrzał na puszczę prawie z nienawiścią. Weronika może nie przyjść. Może nie przyjść... Ale dlaczego: może nie przyjść?... - W tej chwili Marta zapytała:

- Ile to kilometrów do tego chłopa?

- Do jakiego chłopa? - odparł prawie z rozdrażnieniem.

- No, do tego co obiecywał Olszewski.

- Nie wiem. - Później poprawił się: - Dwanaście czy ileś tam. - "Weronika", myślał, "może nie przyjść. Fatalnie się składa, że nigdy nie umiem się opanować w ważnych momentach. Łaszowski mówił kiedyś: tylko ludzie opanowani robią karierę... Ładną on zrobił! Nie ma co. Teraz właśnie powinien być dla Marty najlepszy w życiu. Ale Weronika może właśnie nie..."

- Słuchaj, mnie się zdaje - szepnęła Marta - że nam może być tam wcale dobrze.

- Gdzie?

- U tego chłopa. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażam sobie jego chatę obrośniętą krzakami bzu... W ogródku kwiaty. Izba. Dach. A przede wszystkim zacisznie. - Po chwili dodała. - Może dlatego, że ten Olszewski mówił, że to "z drogi".

Paweł milczał. Stał oparty o poprzeczną belkę i patrzał w dal. Wokół rozpościerały się krzaki na błotnistych pastwiskach; na prawo bagna otoczone rzędem niskorosłych brzózek, wyrastających z kępek ziemi, pomiędzy którymi stała woda; z tyłu puszcza; na wprost drożyna, również niknąca w lesie. Tą drożyną musiała nadejść Weronika.

- A ty, jak sobie wyobrażasz? - zapytała Marta.

- Uhum. Też tak.

- O Boże, żeby to przyszła wojna.

- Nie ty jedna. Wszyscy na nią czekają.

- Tak sądzisz?

- Przynajmniej od pruskiej granicy po Ocean Spokojny.

- Wiesz, należałoby zmienić słowa litanii na: "Od powietrza, głodu, ognia i... pokoju, wybaw nas, Panie!"

Paweł miał zrazu wielką ochotę odpowiedzieć, że to by się i tak na nic nie przydało, ale nagle owładnęła nim głęboka niechęć do wszelkiej dyskusji i zmilczał.

- Jednak... - westchnęła Marta - czuję, niestety, że jest mi naprawdę trochę gorzej niż wczoraj...

- Jest! Idzie! - krzyknął Paweł radośnie i rzucił się ku drabinie. Złażąc złamał nadpróchniały szczebel, zeskoczył i wybiegł przed chatę.

Weronika. Bardzo jeszcze daleko, na skraju lasu i pastwisk. Szła równym krokiem, ale raczej śpiesząc. Nie wytrzymał i ruszył na jej spotkanie. Po kilku jednak krokach zaczął je zwalniać, aż zatrzymał się jak wryty! To nie była Weronika...

Patrzył, patrzył, coraz wyraźniej widział: najpierw chustkę na ramionach, jakiej Weronika nie nosiła. Jeszcze miał nadzieję, że to może jej matki, ale nie: włosy ciemne, niższa, nie te ruchy... Dziewczyna jakaś. Rozpoznał wreszcie twarz: była to Ania, córka najbliższego sąsiada Olszewskiego, przyjaciółka Weroniki. Zawrócił wolniutkim krokiem, niby się przechadzając obojętnie wokół chaty i czekał aż się zbliży. Odwrócony bokiem słyszał ciche stąpanie. Musiała być w łapciach. W ostatniej chwili wstrzymał dech.

- Powieźli... - powiedziała przystając.

Wtedy odwrócił się do niej i zapytał bez potrzeby:

- Kogo?

- Ich powieźli. Wszystkich z chaty.

- Weronikę?

- I Wercię, i starych. Wszystkich.

Paweł oparł nogę o pniak, nachylił się i oderwał trawę przyklejoną do podeszwy buta. Z izby wyszła gospodyni i słuchała.

Ania opowiadała:

- Dziś rankiem przyjechali. Sześciu. Na ciężarówce. Aresztowali. Ledwo stara zdążyła kawałek chleba zawinąć. Może jeszcze słoniny kawałek...

Chciał odchrząknąć; nie mógł.

- Pytali o was. Zresztą, ja nie wiem. Ale chyba o was.

- I... co... Co odpowiedzieli? Wzruszyła ramionami:

- Nie słyszałam. Stałam koło płotu. Jak raz wyszłam płótno suszyć, ale ciekawość wzięła. Ojciec mój zaczął krzyczeć: ,,Czego tam stoisz! Chodź do chaty!" Ale jak raz Wercia przechodziła z takim tobołkiem małym, może być co swego zdążyła spakować, a może też z jedzenia cokolwiek... I przechodząc, ot tak, głowy nie odwracając, szepnęła tylko: ,,Ania", mówi, "ty zleć do sołdatki, do lasu..." Nie skończyła, bo sowiet jej pilnował i kiedy skrzyknie, żeby nie rozmawiać! Ale ja domyśliła, że to pewnie zawiadomić was chciała, bo widziała was u nich, jak to cud miał być, tego dnia... Ale nie chciała zrazu iść do lasu i ojcu nie powiedziała ani słowa, a to by nie puścił. A Wercia blada była, bladzieńka. A u starego twarz tak za wszystkiem zmarszczywszy się i taka szara stała, jak, przyrównać, gniazdo osie.

- No, i co? - szepnął Paweł.

- A cóż, powieźli. Wercia siadła z samego kraju. Przez okno widziałam, bo do końca stać przy płocie nie pozwolili. Na nic, ażeby choć na cokolwiek spojrzała. Oczy tylko wbiła przed siebie jak umarła. Ani słowa. Stary jak siadał, też nic nie mówił. A matki nie widziałam później. - Po chwili dodała: - Źle tak.

- Nieszczęście - wyrwało się Pawłowi banalne słowo.

- Pewnie, że nieszczęście. - A później pochyliła głowę.

- I co jej przyszło wdać się w żonatego człowieka...

Nagle za plecami odezwała się gospodyni suchym głosem:

- No, to jedźcie i wy zaraz. A to tylko patrzeć, jak tu przyjdą. Ludzie powiedzą. I mnie jeszcze biedy będzie.

- Żeby tak zaraz, to chyba nie - wtrąciła Ania rzeczowo. - Musić, dlatego nie powiedzieli nic, bo pojechali na trakt. Chyba później może. Jak na spytki wezmą.

Ale gospodyni przeszła raptownie w głośny lament;

- Oj, będzie biedy, biedy! I po co ja przystała ludzi nie wiadomo jakich przyjmować! Jechaliby swoją drogą! A to Pan Bóg wie, czego po lasach szukają bez domu! I tyleż dróg jest, to nie, na moja nieszczęścia, jak raz trzeba było... do mnie, do lasu zajechali! I biedna ja, i męża nie ma, i dzieci małe! Och, Boże, Boże... - Po chwili złamanym i proszącym głosem:

- Jedźcie, jedźcie, jedźcie prędzej, żeby was tu nie było! Ania, a ty, mileńka, choć nie mów nikomu! Na serce Jezusa miłosierne, nie mów nikomu!

- A komuż ja będę mówić - odparła Ania, przypatrując się własnym łapciom.

Paweł odszedł, zapominając nawet podziękować dziewczynie.

- Marta! - zawołał cicho, głosem, który mu się wydał dlaczegoś obcym.

- Już, już - usłyszał w odpowiedzi. - Już wstaję, już idę...

Nie pomógł jej nawet zleźć po drabinie. Poszedł po konia. Dopiero rozpętując mu nogi, przypomniał sobie: "Prawda, że szczebel złamałem. Trzeba było jej pomóc. Jak ona stamtąd zeszła".

Kobiety starały się nie patrzeć na Martę. Gospodyni, być może, wstyd było, że wygania chore z domu. Ania jednak pomagała jej w końcu znieść rzeczy do wozu. Paweł wrócił z koniem i śpiesznie, milcząc, zaprzęgał.

- Słuchaj - powiedziała doń nieśmiało Marta. - Przecież to ich... przez nas wzięli, czy... coś... - nie potrafiła sformułować odpowiedniego zdania.

On wzruszył ramionami. Naturalnie, że nic nie można poradzić. Z trudem zaczęła włazić na wóz.

- Jaka tu droga... - zwrócił się do gospodyni i uprzytomnił sobie jednocześnie, że właściwie nie ma o co pytać.

Tamta ożywiła się, gdy stwierdziła, że już odjeżdżają.

- A dokąd chcecie?

Paweł namyślił się, kręcąc w ręku biczem.

- Do Rudnik - powiedział na chybił trafił.

- Jeżeli do Rudnik, to prosto, prosto. Ot, tą drożyną prosto. A później za mostkiem nie skręcać, aż dojedziecie, jakby to powiedzieć, kamień taki wielki będzie. Otóż tam, koło tego kamienia, paproć gęsta, wielka rośnie, znaczna paproć taka. To od tego miejsca dwie dróżki rozchodzą się, jedna w prawo, a druga w lewo, to nie brać w lewo, a w prawo.

Wjechali w las i droga prowadziła między puszczą i moczarami. Marta nie mogła usiedzieć i wyciągnęła się w wozie.

- Zimno mi - powiedziała.

Otulił ją kożuchem. Nad moczarami drgało, rozpalone w słońcu, wilgotne powietrze.

"Istotnie, jakże to tak, jak powiedziała słusznie Ania" - myślał Paweł - "mogło przytrafić się Weronice?... Spotkała go na dworcu kiedyś, gdy włączano właśnie republikę do Związku, orkiestra grała, biały dzień był... Ale jej wydało się dlaczegoś straszno... Od tego poszło. Ludzka rzecz.

Wszędzie zdarza się to samo. Ludzka rzecz. Gmatwanina. Kto tu zawinił, że się tak skończyło? Ludzka rzecz..." - myślał.

Z prawa na moczarach rosły kwiaty, na lewo był las. Droga prowadziła istotnie prosto. Nie można było zbłądzić. Prosto przed siebie.

Jechali długo lasem. Później minęli mostek, później dojechali do kamienia wielkiego, który był pokryty zupełnie mchem i zdaleka wyglądał jak pagórek; rzeczywiście rosła tu wyjątkowo wysoka paproć. Paweł zatrzymał konia. Marta uniosła się trochę na łokciu.

- Chyba nie pojedziemy tą drogą, o której ta kobieta wie, że mieliśmy jechać.

- Jasna rzecz, że nie - i skręcił nie w prawo, a w lewo.

Droga szła zrazu tym samym lasem, później przez gęste podszycie. Kilka razy odbiegały od niej inne dróżki, ale znać sezonowe, wyjeżdżone kiedyś, gdy wożono drzewo, teraz zarośnięte. Pawłowi zdawało się, że jadą ciągle prosto, ale pod nimi droga zaczęła zanikać stopniowo. Koń szedł leniwie. Gąszcz stawał się bardziej nieprzenikniony po bokach. Później na wprost las widocznie rzednął i zaczął przeświecać. - "Może natrafimy na chatę jakąś? Powiem, że zbłądziliśmy". - Zbliżał się wieczór, robiło się chłodniej. Martę trzęsło.

- Zimno mi - powtórzyła.

Okrył był ją już przedtem, czym tylko miał, więcej nie miał. Koła podskakiwały po korzeniach. Droga przechodziła w ledwo dostrzegalną ścieżkę i wyjechali na starą, dawno już opuszczoną porębę. Koń stanął. Paweł zeskoczył, by zbadać. Przed nimi było bagno z uformowanym pośrodku rodzajem stawu, na którym kwitły białe i żółte nenufary. Zerwały się dwie dzikie kaczki. Po obydwu stronach ścieżki stały gęsto pnie po ściętych drzewach, tak że nie było nawet jak wykręcić wozem. Powrócił i siadł na najbliższym pniu. Wysoko, wysoko krzyczał jastrząb. Paweł posiedział chwilę, patrząc bezmyślnie, jak koń sięga pyskiem po jakieś ziele. Przypomniał sobie nagle, dlaczegoś właśnie w lej chwili, że pod przednim siedzeniem w słomie musi leżeć schowany pistolet. Wstał ociężale, by zobaczyć. Nie dlatego, żeby miał jaki konkretny zamiar w głowie, a tak, po prostu, przez ciekawość, bo zapomniał był o nim dotychczas. Sięgnął ręką, przeszukał. Nie było go.

"Może wypadł jak przejeżdżaliśmy w bród rzekę" - pomyślał obojętnie i znowu usiadł na pniu.

Marta zapytała głosem rozgorączkowanym:

- Czemu stoimy, Paweł?

- Niech koń trochę odpocznie - odpowiedział ze znużeniem.

- Zimno mi. A dokąd ta droga?

- Donikąd.


*** KONIEC ***


Józef Mackiewicz . Orbis, Księgarnia Polska, Londyn 1955 r.


Nasz Czas

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com