…Szczerość każdego pisarza mierzy się nie tylko tym, o czym pisze, ale i tym co przemilcza. Józef Mackiewicz. Niemiecki kompleks.  Kultura, 1956

Nie ma polskiej drogi do wyzwolenia
[...] „własna droga do wyzwolenia" spod komunistycznego panowania istnieć nie może, gdyż pojedynczy naród bloku komunistycznego nie jest w stanie wyzwolić się spod komunizmu o własnych siłach.
„O jakim fenomenie pan prawi?..."
[…]Mówią mi rodacy wzruszając ramionami: Wszystko stare, od wieków oklepane metody. O jaki komunizm panu znowu chodzi? Ani jeden w nim szczegół — powiadają — nie jest jakościowo oryginalny, ani nowy. Istotnie, powódź artykułów, opowiadań, książek, listów do redakcji wskazuje, że wszystko już było... W tym zgranym koncercie na pierwszego skrzypka wysuwany jest naturalnie Iwan Groźny, choć skrzypiec wtedy bodaj jeszcze nie skonstruowano.

Ale to nie szkodzi. Łagry koncentracyjne? Przecież to wymyślił Piotr Wielki, piszą wychodzące w Ameryce Listy do Polaków. Czeka, GPU, NKWD toć przecież Ochrana carska, pisze każdy autor w Kulturze paryskiej. Zamykanie do domu wariatów? Nawet to już było, zwłaszcza za Mikołaja I, ogłosiła pewna pani w Dzienniku londyńskim. Kołchozy? Toż to ta sama „Obszczina" co istniała przed wiekami, itd. itd. Wychodzi, że komuniści niczego nie wymyślili; same powtórzenia starych wzorów; nieomal cofnięcie do stanu z Belle Epoque. Czegóż więc się kłopotać „o ludzkość" i straszyć innych widmem jakowejś wszechświatowej zarazy komunistycznej?
W tym przedstawieniu, czy raczej przestawieniu rzeczy, stosuje się metodę według pewnego poglądowego schematu. Na przykład, jeżeli Stalin sięga po państwa bałtyckie w r. 1939, to nie mówi się, że naśladuje w tym Lenina, który robił to samo 20 lat wcześniej, tylko że naśladuje Piotra Wielkiego sprzed lat 200. Także jeżeli zagarnia Polskę w r. 1945, to nie według wzoru Lenina z r. 1920, lecz Katarzyny II sprzed 150 lat. Analogicznie w odniesieniu do każdej terytorialnej zdobyczy czy parcia komunizmu na państwa sąsiednie.
[…]Mają więc komuniści, w ich dążeniu do opanowania całego świata, pozostawiać białe plamy i nie tykać tych części globu, gdzie sięgały ongiś aspiracje imperialnej Rosji? Jedynie, by uniknąć w ten sposób oskarżenia o naśladownictwo polityki carów? Ale żart na stronę.
[…]cofanie rzeczy wstecz do ubiegłych stuleci, nawrót do argumentów i sloganów naszych prababek z XIX w. — uchodzi za myślenie postępowe i realistyczne. Tak więc, jeżeli powiem, że wszystko zaczęło się od bolszewizmu Lenina, uznany będę za wstecznego maniaka, który „niczego się nie nauczył" (ulubiony zwrot „postępowców"). Jeżeli powiem natomiast, że od jakiejś Jekatieriny i dalej wstecz, pochwalony zostanę za bystrość w rozeznaniu realnej współczesności.
Są naturalnie między nami ludzie światli, którzy zdają sobie sprawę z genezy i niebezpieczeństwa zaistniałej sytuacji. Ale jednocześnie rośnie przewaga tych, którzy w miarę rozszerzania wpływów komunizmu na Europę Zachodnią, Azję, Afrykę i obydwie Ameryki, z tym większym uporem skłonni są widzieć w dzisiejszych Sowietach mocarstwo o „normalnych" aspiracjach państwowych, „normalnym", czyli starym, imperializmie, kolonializmie, programie rusyfikacyjnym.

[…]Cofanie obrazu obecnej rzeczywistości daleko wstecz przed rewolucję październikową, jako wyraz „postępowego myślenia", ma — moim zdaniem — za podłoże wzrastającą po drugiej wojnie zaciętość nacjonalistyczną, która — nawiasem mówiąc — jest tym dziwniejsza, im bardziej odstraszające były wzory hitlerowskie.
[…]A czegóż chcą te rządy w ich polityce uznanej za realną? W ich dążeniach do koegzystencji, odprężenia i pokoju? Przede wszystkim uznania Sowietów i innych państw komunistycznych — za „państwa normalne". Za „Rosję", za „Polskę", za „Chiny".
Wiadomości 1973 nr 7 (1403)

O nadziejach i beznadziejnościach
[…]Nowy emigrant rosyjski. Tichon Czugunow, wyrosły już w warunkach sowieckich, a którego dziad był jeszcze pańszczyźnianym chłopem, wydal w Monachium książkę, w której na podstawie dokładnych danych statystycznych, cyfr i własnych przeżyć, wywiódł i dowiódł, że warunki życia dzisiejszego kołchoźnika są 33 razy gorsze od warunków, w jakich chłop żył w cesarskiej Rosji. Razy! Nienawidzi on socjalizmu.
Pamiętam w r. 1946 spotkanie w II Korpusie, w Rzymie z moim starym znajomym, rotmistrzem X. Opowiadał mi o gehennie, jaką przeszedł w Sowietach. Później pomilczaŁ oglądnął się przelotnie, czy nie ma w pobliżu rodaka, i zakończył zabawnym westchnieniem: „Ach, co tu gadać. Gdyby car Mikołaj wrócił, wszystkie kasztany oddałbym na cerkiew!" Mniejsza z rym, że by nie oddał, bo zawsze był skąpy, ale w szczerość jego chęci wątpić nie mogłem.
[..] oto znany socjalista D. Szub, Żyd wileński, opowiada (Nowyj Żurnał w Nowym Jorku), jak przed pierwszą wojną zatrzymany został przez żandarmów austriackich na samej granicy rosyjskiej. Austriakom wydał się Szub podejrzany, rewidowano go i przesłuchiwano. Ale nikt nie ośmielił się rozpieczętować znalezionych przy nim listów prywatnych. Czyta się to dziś jak bajki o żelaznym wilku.

[…]„Najgorszą przysługą jaką można wyrządzić sprawie niepodległości... jest utrwalanie w społeczeństwie tradycyjnych nacjonalistycznych stereotypów antyrosyjskich. Naród rosyjski, który przeszedł najstraszliwszą gehennę w nowoczesnej historii, nadal jest używany jako narzędzie imperialnej polityki swoich władców. Ale też sam jest ofiarą tej polityki bardziej, niż którykolwiek inny. Mimo pewnego ryzyka, jakie ciągnie za sobą podsycanie nacjonalizmów wewnątrz „strefy wpływów", nacjonalizmy te... są nieodzownym narzędziem... dla utrzymania władzy...
[…]Osobiście doszedłem do identycznych wniosków od czasu własnych doświadczeń jeszcze w Litewskiej SSR. Głosiłem pogląd, że międzynarodowemu ZŁU przeciwstawiać należy wartości oporu takoż — międzynarodowe. Ale nie: narodowe. Są bowiem za słabe, za ciasne, za jednostronne. Zwłaszcza nacjonalizm nie stanowi żadnej odtrutki na komunizm, a w politycznej praktyce da się łatwo przeistaczać w „poputniczestwo". Już Lenin potrafił znakomicie z nacjonalizmu skręcać sznurek uwiązany do bolszewizmu. W dzisiejszej zaś praktyce nacjonalizm prowadzi do tego, że np. znaczna, część społeczeństwa polskiego gotowa pójść pod każdą niewolę, byle była ona — antyrosyjska... A już w połączeniu z antyniemiecką mogłaby zastąpić raj na ziemi. Mówię tu, naturalnie nie o ludziach, lecz o przywódcach politycznych.
Barbara Toporska w artykule o książce Jadwigi Maurer w nr 1317 Wiadomości porównała pewną kategorię Polaków na emigracji do Żydów z czasów przedwojennej ciasnoty warszawskiej. Getto nie rozszerza horyzontów. Ja, żeby dopełnić tej obrazy narodowej, porównałbym jeszcze do Murzynów z artykułu Zbigniewa Byrskiego w czerwcowym numerze Kultury. Pisząc o czarnej lewicy w Stanach Zjednoczonych, która powołuje się na krzywdy zadane czarnej rasie przez białą Amerykę, Byrski czyni taką uwagę :
…nie rozumieją, że stare krzywdy należy usuwać, ale nie można za nie wypłacać premii. Że reguły historii są inne niż te, które obowiązują w sądach. Gdyby miało być inaczej, gdyby dokonywanie obrachunków między narodami za popełnione w przeszłości krzywdy miało stać się normą, nie byłoby wolnych od odpowiedzialności, a cały świat musiałby się zamienić albo w jeden wielki lombard, albo ogłosić ostateczną upadłość".
[…]Czy nie byłoby jednak słuszne dziś — wobec tego, że ucisk ustroju komunistycznego jest w sumie ze sto razy gorszy niż ucisk monarchicznej Rosji — odwrócić tę legendę polsko-rosyjskiej wspólnoty, z nieprawdy w prawdę realną? Tzn. istotnie podjąć wspólne wysiłki, dla wspólnej walki, przeciwko wspólnemu prześladowcy...
Głosy tego rodzaju są z reguły głosami na pustyni.
[…]Oficjalnie przyjęte pojęcie „Russia", identyfikujące komunizm z Rosją, jest szczególnie miłe dla ucha polskiego: tak, tak, Raszia, naturalnie tylko Raszia, ta sama, niezmienna od Iwana Groźnego, przez Piotra i Katarzynę itd. itd. do naszych czasów! Przy tym ta formuła uznana jest za współczesne ujmowanie rzeczy. Kto zaś mówi o jakimś tam fenomenie bolszewizmu-komunizmu, świadczy tylko o własnym zacofaniu, nierozumieniu rzeczy aktualnych.
Piśmiennictwo polskie (mówię o tym autentycznym, wolnym) zalane jest propagandą antyrosyjską, nieraz o niewybrednym poziomie, a bywa, że i zwykłymi połajankami pod adresem czegokolwiek co rosyjskie, ze szczególnym wysilaniem się na obrażenie całego narodu, może bardziej jeszcze antykomunistycznych, „białych" Rosjan, niż czerwonych. Jest tego tyle, że każdy może sobie dopowiedzieć. Szczególnym powodzeniem cieszą się artykuły, które piętnując współczesną rzeczywistość sowiecką, źródła zła dostrzegają nie w komunizmie, lecz w prastarej rosyjskości.
Dochodzi przy tym nie tylko do paradoksów, ale zgoła groteski. Tak np. czytałem przytoczony jako przykład sowieckich prześladowań i rusyfikacji innych narodowości fakt masowego tłumaczenia na rosyjski autorów tadżyckich, uzbeckich, mordwińskich i innych. Moglibyśmy w tym miejscu westchnąć, żałując, iż w Anglii np. nie „prześladuje się" w ten sam sposób polskich autorów emigracyjnych...

[…]Wyobraźnia ta wciąż jeszcze zaabsorbowana jest spuścizną dwóch wielkich szkół politycznych. Piłsudskiego, który identyfikował Bolszewię z Rosją (z poprawką, że „czerwona" jest lepsza od „białej"), upatrując w Rosji największego wroga; oraz Dmowskiego, który identyfikował Bolszewię z Rosją (z poprawką, że „czerwona" jest gorsza od „białej"), upatrując głównego wroga w Niemczech. Nie wchodząc w dewiacje od przytoczonego schematu, obydwa te nacjonalizmy (w politycznej terminologii polskiej program Piłsudskiego nie uchodzi za „nacjonalizm"). Za nacjonalizm uchodzi niechęć do Żydów, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, od biedy Czechów, Słowaków... Nienawiść do Rosjan i Niemców uchodzi za patriotyzm.
[…]Po prostu ten emocjonalny bagaż starych szkół politycznych znacznie obciąża podjecie walki o wolność człowieka z niewoli komunistycznej. Czyli walki z fenomenem, którego korzenie zła tkwią nie w nacjonalizmie, ekonomice i polityce, lecz w psychice ludzkiej.
Natomiast nacjonalizmy, właśnie ze względu na przywiązanie do sloganów, łatwo nadają się do manipulowania w rękach władzy komunistycznej. Pouczają nas o tym wspomniane już fakty historyczne oraz bieżące doświadczenia.
[…]Pamiętam, jak w pierwszych miesiącach panowania sowieckiego na Litwie niektórzy patrioci polscy rzucili (wówczas antylitewskłe) hasło: „Jak mamy być komunistami, to bądźmy komunistami polskimi!.." Świetnie. O nic innego nie chodzi. W r. 1956 w prasie polskiej, pamiętam, cieszono się z tego, że studenci węgierscy w powstaniu palili książki rosyjskie. Na pewno na komunistycznym Kremlu nikt nie uronił łzy, jeżeli przy okazji spalił się Puszkin, Turgieniew, Tołstoj... Ucierpiała na tym tylko — kultura.

[…]Jeżeli powrócimy na polską płaszczyznę i pozwolimy sobie rzucić okiem na sytuację z perspektywy „lotu ptaka", otrzymamy następujący status quo: Najgorszy ciemiężyciel, ustrój komunistyczny, opanował całą Rosję, całą Polskę i pół Niemiec. W odpowiedzi — prowadzimy polityczną wojnę („zimną") z... komunistami? Nie, z Niemcami i Rosjanami. Konfrontacja z logiką mogłaby nasuwać tu uwagę, iż nazwanie tego „realizmem politycznym" jest co najmniej lekką przesadą.
[…]Powracam do naszego status quo. Deklaracja wspólnego działania z Niemcami i Rosjanami przeciwko wspólnemu okupantowi uważana jest z reguły za gorzej niż nierealną, a raczej za zdradę interesów polskich. Z wstecznym powołaniem się na wzory Bismarcka, Wilhelma, Hitlera... na Katarzynę, Murawiewa, Apuchtina... Jako adekwatne dla przyszłej perspektywy.
Wiadomości 1971 nr 31 (1322)

Na drodze wielkiego ześlizgu (I)
[…]Zaraz po ostatniej wojnie mówiono potocznie, że „zamieniliśmy w Polsce okupację brunatną na okupację czerwoną". Z takiego mówienia wynikałaby rzecz naturalna, że stosunek do nowego najazdu, i tworzonej pod jego auspicjami komunistycznej rzeczywistości, będzie nie inny niż do najazdu hitlerowskiego. Istotnie, były plany, które się nie urzeczywistniły. Stało się inaczej.
[…] Choć byłem od zawsze odosobniony w porównawczej ocenie tych dwóch okupacji. Twierdziłem — na podstawie doświadczeń osobistych z 1940/41 na Litwie — że ta druga, czerwona, jest gorsza od pierwszej, brunatnej. Użyłem nawet dosadnego zestawienia, że „Niemcy robili z nas bohaterów, a bolszewicy gówno".

[…] „Auszra"
W ten sposób zbliżamy się do dzisiejszego stanu Ześlizgu. Za symboliczną jego ilustrację skłonny byłbym zgłosić pewną audycję radia amerykańskiego po polsku, nadaną wieczorem 16 lipca 1977. Mowa w niej była o „grupie katolików" na Litwie, skupionej wokół nowo powstałego samizdatu „Auszra". — Kilka uwag wstępnych: tytuł samizdatu „Auszra" (po polsku: zorza, jutrzenka) zapożyczony został z pierwszego w historii pisma odrodzenia litewskiego, założonego w r. 1883 przez dr Bassanowicza (Jonas Basanaviczius) w Prusach. Bassanowicz przeszedł do historii jako „ojciec odrodzenia” litewskiego; w r. 1905 prezes Zjazdu Litewskiego w Wilnie (tzw. „Wielkiego Sejmu"); w r. 1907 założyciel Litewskiego T-wa Naukowego; w r. 1918 sygnatariusz aktu proklamacyjnego niepodległej Litwy.
Otóż współczesna — nawiązująca do takich tradycji „ruchu odrodzeniowego" — grupa katolicka „Auszra", wymieniając w swym samizdacie przykłady dyskryminacji katolików w Sowieckiej Litwie, zwraca się o pomoc do świata zachodniego. Jak podaje wspomniana amerykańska audycja w języku polskim, „Auszra" wysłała pisma z prośbą o interwencje i moralne wsparcie do... Do kogo? Do Stolicy Apostolskiej? Do ministra Łozoraitisa w Rzymie, który jest formalnym zastępcą ostatniego prezydenta niepodległej Litwy? Do rządów mocarstw zachodnich? Do generalnego sekretarza Narodów Zjednoczonych?.. Nie! Zwróciła się do przywódcy Komunistycznej Partii Francji, Marchais; do przywódcy Komunistycznej Partii Włoch, Berlinguera; do przywódcy Komunistycznej Partii Hiszpanii, Carrillo.
Proponuję czytelnikom na chwilę zmrużyć oczy, przenieść pamięć w bardzo niedawną przeszłość i wyobrazić sobie sytuację, w której pobożni katolicy prześladowani w Sowietach, za jedynego patrona i opiekuna w wolnym świecie obieraliby przywódców partii komunistycznych. Nie, ani kilkanaście, ani kilka lat temu jeszcze takiej sytuacji wyobrazić sobie nie było można. Dziś, ten pozornie fantastyczny układ rzeczy się przedmiotem propagandy amerykańsko-polskiego radia na „tamtą", komunistyczną stronę.
Chciałoby się nieomal wykrzyknąć: Co za genialna rewaluacja komunistycznej propagandy! I kto tym „katolikom" w odrutowanej cenzurą sowieckiej Litwie podsunął ten pomysł? Kto wręczył im adresy? Kto umożliwił przemycenie listów i dostarczenie ich komunistycznym adresatom za granicą?
[…]Dlatego wybrałem ten, drobny w sobie, wypadek za pokazowy przykład Ześlizgu z „antykomunizmu" na płaszczyznę popularyzacji komunizmu, przy jednoczesnym zachowaniu „antysowieckiej’ formy.
Wiadomości 1977 nr 454 (1650)
Na podstawie: Józef Mackiewicz, Barbara Toporska. Droga pani…Londyn, 1998.

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com