…Społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty szeroko wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodałbym od siebie, że im więcej ponad 180 stopni rozwarcia tego wachlarza, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, a więc i bogactwie myśli społeczeństwa. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki.  Józef Mackiewicz. Kompleks niemiecki. Kultura, 1956

O pewnej, ostatniej próbie i o zastrzelonym Bujnickim [1954] PDF Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Sobota, 25 września 2010

Józef Mackiewicz

 

„Sprostowanie formalne”

Czesław Miłosz napisał doskonałą rzecz o Teodorze Bujnickim. „Portret Bujnickiego z najlepszych tego rodzaju, i , jak żywy”. Natomiast od rozdziału „Wojna” i dalej, tło historyczne dowolnie wyinterpretowanie przez autora. Miejscami nawet sprzeczne z prawdą. A wypadki ówczesne zasługują moim zdaniem nie tylko na „trochę zdumienia”, ale, powiedziałbym, i trochę ciekawości, zwłaszcza dla kogoś, kto się interesuje historią ziem własnych lub zgoła Europy Wschodniej .

Jesienią 1939 roku Wilno znalazło się po raz drugi w obrębie państwa litewskiego. Wprawdzie na czas znowu bardzo krótki. Po ośmiu miesiącach, 15 czerwca 1940 roku, wkroczyli bolszewicy i państwo to się skończyło, jak wiemy. Ale przed tym wkroczeniem, w ciągu tych ośmiu miesięcy, co się działo?!

Miłosz skwitował ów okres w kilkunastu zdaniach. A między innymi napisał:

„…neutralna Litwa pęczniała od uchodźców, a wiele nienawiści między Litwinami i Polakami szło w niepamięć”.

Niestety, było zupełnie inaczej: nienawiść między Litwinami i Polakami, zamiast iść w niepamięć, rosła. Wzmogła się jeszcze pod okupacją bolszewicką, a pod niemiecką doszła do punktu kulminacyjnego.

„…W Wilnie zaczęła wchodzić Gazeta Codzienna, organ poświęcony krzewieniu hasła: „my tutejsi”. To znaczy z programem niejako polskiego kantonu Litwy…”

„Gazetę Codzienną” wydawałem ja, jako jej wydawca i redaktor naczelny. Ani celem, ani programem jej nie było „krzewienie hasła polskiego kantonu” w ramach istniejącej Republiki Litewskiej .

„Paradoksalny jest sam ten ostatni podryg przymierza między obywatelami powiększonej Litwy, tuż pod nożem gilotyny…”

Znowu: niestety! Nie było żadnego podrygu przymierza. Natomiast rozwierała się coraz większa przepaść pomiędzy dążeniami poszczególnych narodowości powiększonej Litwy, istotnie pod nożem gilotyny sowieckiej.

„…Pisząc do Gazety Codziennej Bujnicki…”.

Bujnicki nie tylko „pisywał” do „Gazety Codziennej”. Był jednym z głównych jej stałych współpracowników i moim zastępcą, czyli niejako wiceredaktorem. Tyle „sprostowanie formalne”.

Tak, Bujnicki był nawet moim przyjacielem osobistym w tym czasie i przyjaźń ta skończyła się równie tragicznie, jak większość spraw tamtego kraju, o którym na uroczystych akademiach emigracyjnych deklamuje się wierszyki, że jest to rzekomo kraj „gdzie nawet posiana nienawiść wyrasta miłością”!

Mhm, akurat… U nas, proszę państwa obchodowiczów, na jednokonnych koleinach, czy na szerokich traktach wysadzanych brzozami przez nieboszczkę Katarzynę II, nawet do rodzonego konia nie mówiło się inaczej jak odsyłając go do cholery, lub wilkowi na pożarcie. A już jeżeli do ludzi, to bywało wstyd czasem powtórzyć.

Historia

Historia jest bardzo długa i bardzo zawiła. Chodzi o to, że ongiś, dawno, było państwo nie tyle bogate, co wielkie i, jak na mój gust, piękne, pod nazwą Wielkie Księstwo Litewskie. I oto raptem wszyscy wyrzekli się po nim sukcesji. Podręczniki historii pouczają nas, że rozbioru Rzeczypospolitej Obojga Narodów dokonały Prusy, Rosja i Austria. Co do Księstwa Litewskiego, to tragizm jego sytuacji polegał na tym, że niezależnie od administracyjnego podziału narzuconego z zewnątrz przez imperium rosyjskie, dokonywał się rozbiór wewnętrzny, niejako w drugiej płaszczyźnie, a właściwymi rozbiorcami stali się Polacy, Litwini i Białorusini. Sukcesor do całości się nie zgłosił. Po prostu nie było takiego. Każdy chciał tylko urwać dla siebie kawałek. Gdyby się pogodzili ze sobą, jak Prusy, Rosja i Austria, byłby może spokój. Niestety pogodzić się nie chcieli. Stąd wynikł spór narastający w walkę otwartą o języki, o kulturę, o tradycję, o interpretację historii, o religię. Bój prowadzony był też i na pięści, na pałki po kościołach i cerkwiach świętych, na noże, na hołoble, na pistolety, aż w końcu, podczas ostatniej wojny, na donosy po urzędach Gestapo czy NKWD. Nienawiść, według wszelkich praw natury, rodziła nienawiść.

Istniał też punkt szczytowy tych wzajemnych pretensji: terytorium, na którym ze szczególną namiętnością krzyżowały się wyciągnięte pięści, mianowicie obszar Wilna, niegdyś stolica całości. Objaw zrozumiały. Kto parceluje majątek, chciałby zawsze wykroić sobie resztówkę właśnie z dworem. W ten sposób na mapach białoruskich Wilno znalazło się na zachodnim krańcu roszczeń, na litewskich na wschodnim, a na polskich na północnym krańcu.

Wina strony polskiej jest tu może z ciężaru gatunkowego największa. Abstrahuję już od aktów formalnych, jak te zapadłe na sejmach w dniu 3 maja 1791 w Warszawie i 20 lutego 1922 w Wilnie, a likwidujące istnienie Wielkiego Księstwa Litewskiego. W dobie porozbiorowej strona polska była pierwotnie i praktycznie jedyną stroną, która mogła podjąć myśl o odrodzeniu suwerennego Księstwa i jego państwowo-kulturalno-gospodarczej niezależności. Gdyż sukcesorzy po spuściznę całości ziem Wielkiego Księstwa mogli się byli przez dłuższy czas znaleźć wyłącznie w szeregach jego faktycznych właścicieli, to znaczy szlachty, później inteligencji. Tymczasem ci ewentualni sukcesorzy zostali bez reszty spolonizowani nie tylko kulturalnie, ale przede wszystkim politycznie. W ten sposób w dobie rodzących się (wcale nie: „odradzających się”!) ciasnych nacjonalizmów białoruskiego i litewskiego, prawni sukcesorzy nie tylko nie przeciwstawili tym separatystyczno-rozbiorczym programom (w stosunku do własnego państwa, czyli Wielkiego Księstwa) własnego programu szerokiej wspólnoty państwowo-kulturalnej, ale wręcz przeciwnie: wystąpili z programem trzeciego nacjonalizmu – polskiego. Względnie polskiego patriotyzmu państwowego. W rezultacie znaleźli się we własnym kraju w sytuacji drastycznej, rzeczników innego państwa, a stąd do potraktowania ich jako obcych agentów przez absolutnie przytłaczającą większość mieszkańców, był już tylko krok jeden. Powieść „Nadberezyńcy” Czarnyszewicza może służyć za charakterystyczną ilustrację ówczesnego układu sił. Jeżeli usuniemy z niej łezkę patriotyczną i wyraźną tendencję autora, staniemy w obliczu małej garstki ludzi, zagubionej w masie olbrzymiego kraju o innej mowie i innej religii. I ta garsteczka chce narzucić swój język, swoją religię, swoją administrację, swoją dominację pod każdym względem i swoje państwo. (Czarnyszewicz odbrązowiony mógłby pod pewnym względem służyć za lekturę antypolskiej propagandy białoruskiej.)

Istnieje jeszcze wina, że się tak wyrażę, pośrednia, mimowolna, strony polskiej. Oto bowiem rodzące się nacjonalizmy dawnych wspólników Rzeczypospolitej, ukraiński, litewski, białoruski, wzór do swego „odrodzenia” narodowego zapożyczyły ślepo zarówno z programu, jak metod i haseł polskiego nacjonalizmu drugiej połowy XIX wieku. Przy tym, jak to się często zdarza, upodobali sobie jego aspekty najbardziej skrajne i paterny najbardziej szowinistyczne. Do pewnego stopnia mieli więc słuszność endecy zarzucając federalistom różnego autoramentu: „Zwalczacie program endecji polskiej, a nie dostrzegacie jeszcze „gorszych endeków” wśród Litwinów i Białorusinów!” Tak, i w Litwie, i na Białorusi wyrodzili się szowiniści czasem wielokrotnie przerastający swoich mistrzów.

Ludwik Abramowicz

W ostatecznym rezultacie, na całej przestrzeni od Połągi do Dniepru pozostał tylko jeden człowiek, Ludwik Abramowicz, redaktor i wydawca „Przeglądu Wileńskiego”, który zgłosił pretensję do sukcesji po Wielkim Księstwie Litewskim. Świadomie pomijam tu bardzo liczne koncepcje rozwiązania tzw. Idei Jagiellońskiej w ramach różnorakich polskich programów federalistycznych. Miały one bowiem tę jedną wspólną cechę, że w mniejszym lub większym stopniu (a do nich należy zaliczyć również próby Piłsudskiego) wychodziły z założenia polskiej racji stanu, polskiego interesu państwowego jako nadrzędnego, a Litwie i Białorusi udzielały jedynie (nieraz, trzeba to przyznać, nawet bardzo dużych) korzyści i przywilejów, ale drugiego, nie suwerennego stopnia. Nie było więc mowy o powtórzeniu unii równego z równym, mimo częstego powtarzania tych słów. Poza tym z wielu tych koncepcji wyłaziła nieszczerość, chwyt, taktyka polityczna, maskowana konspiracja, jak w wypadku P.O.W. i wreszcie frazeologia („za naszą i waszą!”), która zamiast pociągnąć Litwinów i Białorusinów, rozbudzała ich nieufność. Złamanie Traktatu Suwalskiego i Żeligowskiada były największym błędem, który zaciążył na losach tej części Europy Wschodniej. A stworzona przez Piłsudskiego Litwa Środkowa, której wszyscy reprezentanci przy słowie „Litwa” dowcipnie przymykali jedno oko, była niewątpliwie szopką wysoce szkodliwą. W ten sposób doszło do tego, że „ideę Jagiellońską” potraktowali nacjonaliści litewscy jako formę najgorszej zdrady, a Piłsudskiego za wroga nr 1. Słowo „unia” stało się słowem niebezpiecznym na terenie Kowna i kto je propagował, mógł wylądować łacno w „Saugumie”, okrutnej dla Polaków litewskiej policji politycznej. Ci z Litwinów, którzy chcieli jeszcze rozmawiać, powiadali w końcu: „Dajcie nam pogadać z rzetelnymi endekami, bo tych „gente Lithuanus natione Polonus” mamy już po dziurki od nosa!”

Pozostał na placu wileńskim sam tylko Ludwik Abramowicz, tym się różniący od federalistów polskich, że swoją koncepcję polityczną wywodził nie z polskiej, a z wielko-litewskiej racji stanu. Jego pismo mało było czytane, a później często konfiskowane. Tym niemniej „Przegląd Wileński” był świetnie i redagowany, i pisany. Lekceważono go w ostatnich latach jedynie ze względu na „nierealność” programu.

Realny w latach trzydziestych on oczywiście nie był. Osobiście przypuszczam jednak, że człowiek, który by np. w maju roku 1914 przepowiadał, że za cztery lata wszystkie banknoty cesarstwa rosyjskiego będą warte śmiecia, uważany byłby za jeszcze większego wariata. Czasem trudno jest zrozumieć, dlaczego pokolenie, które przeszło, jak powiadają Rosjanie: „ogoń, wodu i miednyje truby” – niezliczonych przeobrażeń i przewrotów, wykazuje tyle lekceważenia dla każdej koncepcji, którą uważa za „nierealną” na dzień dzisiejszy. I odwrotnie, ci sami często ludzie uśmiechem pobłażania kwitują zazwyczaj wszystko co „stare”, co „było” i wykazują dziwnie niespożytą wiarę w „nowe”; w możliwość odszukania lub też zstąpienia z niebios tego „nowego” niby Mesjasza. Osobiście w taką nieodzowność nie wierzę. Wydaje się raczej, że ludzkość drepcze wciąż na miejscu, tyle że forma dreptania przeistacza się czasem w latanie odrzutowcem. Reformy społeczne są niewątpliwie tylko konsekwencją zwiększającej się liczby mieszkańców globu, niczym więcej. Wszystko poza tym nie tylko się obraca, ale i przewraca do góry nogami w starych ramach. A „nowe” są tylko nazwy, szyldy, definicje, w których poszukiwaniu specjalizuje się tzw. młodzież czyli ludzie nie dorośli jeszcze do pełnego rozwoju umysłowego, a z natury rozmiłowani w oryginalnych formach zewnętrznych, czy to będą krawaty, czy hasła. Ten pęd za oryginalnością lekceważy „stare” nie za ich treść, a za zużytą, a więc nieoryginalną formę. Jestem głęboko przekonany, że gdyby ktoś dziś wynalazł treść państwową, jaką rządziła się staruszka Austria, uznany byłby za geniusza. Wyłączna jej wada tkwi jedynie w tym, że – ona już była.

Leben und leben lassen

Ludwik Abramowicz umarł w przededniu drugiej wojny światowej. Podjąłem próbę kontynuacji jego ideologii, zdając sobie całkowicie sprawę, że podejmuję ją niejako „prywatnie”, bez należnego (jak to się mówi) autorytetu, bez jak to się mówi) poparcia szerszych warstw społeczeństwa, bez pieniędzy, prawie bez towarzyszy broni. Jedyny Bujnicki wydawał mi się wtedy zwolennikiem szczerym. Myślę jednak, że zarówno w życiu jednostki jak i zbiorowisk ludzkich, ważny jest nie tyle cel idealny, gdyż ideałów nigdy się nie osiąga, a idealny kierunek w jakim się dąży. Jesienią roku 1939 założyłem pismo pt. „Gazeta Codzienna” w Wilnie.

Wówczas jeszcze nie mówiono o bardziej szerokim i bardziej idealnym programie, mianowicie zjednoczeniu całej Europy. Na razie stało się tylko wszystkim jasne, że w pewnym zakątku Europy Wschodniej, bez niepodległej Polski nie może istnieć ani niepodległa Litwa, ani niepodległa Białoruś. Ba, nawet niepodległe państwa bałtyckie. Mieliśmy tu do czynienia z objawem po prostu organicznego powiązania. Jedyną zatem receptą na przyszłość zdawał się powrót do starej idei wzajemnego wsparcia i wspólnoty interesów. Zgłaszając swe prawa do sukcesji po Wielkim Księstwie Litewskim (a każdy człowiek ma prawo to uczynić w stosunku do własnej ojczyzny) w Wilnie, jego stolicy, wydało mi się zarówno jedynie logicznym wyzyskaniem doświadczeń z fatalnych błędów popełnionych w latach 1918 – 1922, jak przede wszystkim jedynie uczciwym rozwiązaniem, podjęcie tego programu nie w reprezentacji interesów Polski, a właśnie w interesie Litwy. Ściślej mówiąc, wszystkich ziem i wszystkich ludzi zamieszkujących tereny byłego Wielkiego Księstwa. Takie miało być założenie ideowe, czy też idealne, „Gazety Codziennej”. Mówię „miało”, a nie „było”, gdyż, jak to zobaczymy poniżej, władze Republiki Litewskiej do głoszenia tych ideałów nie dopuściły.

Jadąc sankami pytam raz dorożkarza: jak się teraz żyje. Pomyślał chwilkę: „Hm, jak tu panu powiedzieć… Ot, przykładem: Przy bolszewikach żyć by można, a życia nie ma. A przy Litwinach życia jest, tylko żyć nie można”. I dodał, po zacięciu konia batem: „Ech, sami by żyli i ludziom by żyć dali! To nie, nie dajo!”

Istotnie władze litewskie wydały rozporządzenie, aby wszyscy dorożkarze w ciągu kilku tygodni nauczyli się języka litewskiego, w przeciwnym razie pozbawieni zostaną prawa jazdy! I potem gadaj tu z takim o W. Księstwie… To dorożkarskie „żyć i dać żyć” miało być programem polityki wewnętrznej reprezentowanym przez „Gazetę Codzienną”. Zresztą przyznam, że nie znam lepszej ewangelii wewnętrznego życia politycznego jak „Leben und leben lassen”. Na razie chodziło więc o to, by każdy mógł mówić i pisać w swoim języku i by nikt nie rzucał kamieniem w okna budynku tylko dlatego, że jest kościołem katolickim, cerkwią prawosławną, synagogą żydowską, meczetem muzułmańskim, czy kenessą karaimską.

Tymczasem w wielu dziedzinach życia powszedniego wydane zostały zarządzenia, jakich by skuteczniejszych nie wymyślił prowokator, gdyby mu chodziło o rozpętanie nastrojów antylitewskich. Trzy czwarte mieszkańców Wilna (stolicy!) uznane zostało za „obcokrajowców” z ograniczonymi prawami. Policja była z reguły brutalna. „Mokykla”, „kirpykla” itp. zamieniły szyldy szkoły czy fryzjera. Mój Czarny Bór nazywał się już po kilku dniach: Juodśiliai. Kto mógł w tym trudnym języku rozeznać się w jakimkolwiek drogowskazie na skrzyżowaniu, odczytać rozporządzenie! 90% ludności nie było w stanie napisać podania do władz. We wrześniu 1939 ludność i rząd Republiki Litewskiej odniosły się z rycerską kurtuazją do wszystkich Polaków uciekających przed inwazją sowiecką. Tym większą niespodziankę sprawił nagły zwrot, po wkroczeniu Litwinów do Wilna. Naturalnie ludność polska odpowiedziała odruchem szczerej złości.

A o zmierzchu gwiazda pięcioramienna sowieckiej bazy na lotnisku w Porubanku czerwoną łuną świeciła nad miastem…

W tym czasie zaczynają krążyć pierwsze prosowieckie anegdoty, tak liczne później w okresie okupacji niemieckiej. Jak i tamte, nie miały one nic wspólnego z prawdą, ale wśród ludności polskiej cieszyły się dużym popytem. Na przykład: „Policjanci litewscy pobili człowieka. Poszedł on ze skargą na bazę sowiecką. Bolszewicy siedli natychmiast do auta, przyjechali do komisariatu i o ttttak pobili, ale ttttak pobili Litwinów!..” Opowiadało się to przez zaciśnięte nienawiścią wargi, a jednocześnie delektując się rewanżem, w którym bolszewik odgrywał rzekomo rolę Anioła Stróża.

„Antypaństwowa”… na dwa fronty

„Gazeta Codzienna” była równie bezsilna, jak „Kurier Wileński”. Cenzura okazała się drakońska i bezsensowna jednocześnie. Wykreślano takie rzeczy jak np. Bujnickiemu wierszyk o wiośnie, gdyż slogan „byle do wiosny” szef prasy, niejaki p. Kemeżys, uważał za buntowniczy. Nie wolno było sprostować błędu korektorskiego z poprzedniego numeru, bo już posiadł placet cenzury. Zalecono jak najmniej używać słowa „śmietana”, gdyż mogło oznaczać kpiny z prezydenta Smetony. To tylko drobne przykłady. Poza tym ustawa prasowa nie dopuszczała białych plam po cenzurze, a jednocześnie przewidywała tzw. „privalymas”, obowiązek drukowania nadsyłanych, urzędowych notatek lub całych artykułów. Artykuł mógł zawierać tezy wręcz sprzeczne z kierunkiem pisma. Mógł być też podpisany jakimś inicjałem, którego nie wolno było zmienić, ani usunąć. Miejsce było również wskazywane z góry. Teoretycznie więc mógł to być np. wstępny artykuł, podpisany np. inicjałami naczelnego publicysty danego organu i zaprzeczać jego własnej linii politycznej (!) lub ją wyśmiewać. Wprawdzie ten ostatni stopień szykany nie był nigdy zastosowany względem obydwu pism polskich w Wilnie, tym niemniej w takich warunkach cenzuralnych o żadnym normalnym prowadzeniu pisma, ani tym bardziej rozwijaniu własnej koncepcji ideologicznej nie mogło być mowy. Naturalnie przeciętny czytelnik nie był o tym poinformowany, a raczej z reguły brał „privalymas” za istotny wyraz poglądu redakcji.

Niebawem „Gazeta Codzienna” stała się szczególnym obiektem prześladowań ze strony urzędu prasowego, przy jednoczesnej ostrej nagonce ze strony tego odłamu społeczeństwa polskiego, który trafnie scharakteryzował Miłosz jako skupiający się wokół hasła „nie oddamy ani guzika”. Obydwa te, przeciwstawne sobie czynniki, okazały się w praktyce równie zacięte, co tępe. Nie używam tych określeń w przystępie wylewu żółci. Cytuję raczej jako rodzaj ciekawostki pouczającej, a zarazem charakterystyczny przykład, do jakiego absurdu doprowadzić może rak ciasnego nacjonalizmu toczący pewną zbiorowość ludzką: pogodzenie, zjednoczenie, odrodzenie własnej ojczyzny może być uważane za pół lub całą zdradę, i to jednocześnie przez wszystkich, wrogich sobie nawzajem, mieszkańców tej ojczyzny! To trochę, co z przejawów sentymentu do W. Księstwa Litewskiego przepuściła cenzura, zwęszono po stronie polskiej jako tendencje „ugodowe” względem Litwy. Natomiast władze tej Litwy oświadczyły mi co następuje:

- Musi pan w gruncie rzeczy być wdzięczny cenzurze. Bo gdyby publicznie pisał pan to co mówi, już powinien by pan siedzieć w więzieniu za robotę antypaństwową.

- Dlaczego antypaństwową? – pytam.

- Dlatego, że dążeniem pana jest obalenie ustroju istniejącej Republiki Litewskiej. A właściwie w ogóle jej unicestwienie drogą włączenia jako prowincji do jakiegoś zupełnie obcego tworu państwowego. Niezależnie od tego, czy chce go pan nazywać W. Księstwem Litewskim, Ruskim czy Chińskim! Litwa jest tylko jedna, ta mianowicie, która jest. I przeciwko tej Litwie pan konspiruje.

„W tym czasie” Vilniaus Balsas wystąpił z artykułem, że w koszach redakcyjnych „Gazety Codziennej” ukrywane są te „granaty, którymi zamierza się rozsadzić Litwę”! Muszę jednak przyznać szczerze, że o ile strona litewska wiedziała przynajmniej czego chce, tzn. przekreślenia raz na zawsze wszelkich roszczeń do sukcesji po W. Księstwie („ażeby się nie roztopić w morzu słowiańskim”) i zasklepienia w kraju mówiącym wyłącznie po litewsku, o tyle przeciętna opinia polska tonęła w kompletnej ignorancji, pomawiając Litwę o fantastyczne aspiracje do Grodna, do Białegostoku, do Brześcia, czyli podsuwając jej dążenia, przed którymi ta właśnie najbardziej się wzdragała i broniła. Nieporozumienia nie można było ani omówić, ani wyjaśnić publicznie w istniejących warunkach cenzuralnych. Przechodnie opluwali nawzajem własne, historyczne godła, przezywając z jednej strony Orła Białego „gęsią”, a z drugiej Pogoń Litewską „kobyłką”.

Tymczasem o zmierzchu gwiazda bolszewicka z sowieckiej bazy czerwoną łuną świeciła nad miastem…

Likwidacja złudzeń

Nie będę wymieniał tu z nazwisk tych wielu Litwinów o dużej kulturze, z którymi się zetknąłem. Powstał Klub Dyskusyjny, do którego należało sporo osób spośród świata politycznego i literackiego polsko-litewskiego. Z wielu ludźmi można było prywatnie i spokojnie rozmawiać na temat stosunków polsko-litewskich. Ale na temat Wielkiej Litwy z nikim.

Ludowcy byli słabi. De facto istniały tylko dwie partie: rządząca Tautininków i opozycja Krikszczionów (Narodowcy i Chrześcijańska Demokracja). Różnice ideologiczne były dla zewnętrznego obserwatora równie trudne do rozsupłania co np. pomiędzy antysemickim OZONem i endecją. Pochodziły raczej z zadawnionych waśni personalnych. Po prostu nie lubili się wzajem. Obydwa stronnictwa były skrajnie nacjonalistyczne. Tego rodzaju „Litwa”, w której ludzie urodzeni nie tylko w Pińsku czy Mińsku, ale w Oszmianie, Wilejce, Lidzie czy Smorgoniach uznawani być mieli za „obcokrajowców” w Wilnie(!) wydawała mi się jakąś mieszaniną absurdu i karykatury. Tymczasem do dyskusji na te tematy cenzura nie dopuszczała, nie tylko ze wspomnianych wyżej względów zasadniczych, ale uznając ją ponadto za przejaw agresji i niebezpiecznych „pretensji terytorialnych w stosunku do Związku Sowieckiego”, którego granica rozpoczynała się w odległości kilkudziesięciu kilometrów na wschód od Wilna i pod którego władzą znajdowały się wszystkie ziemie Litwy historycznej .

W ten sposób „Gazeta Codzienna” zepchnięta została ze swych politycznych aspiracji do ograniczonej roli rzecznika i obrońcy praw ludności polskiej i po paru miesiącach różniła się od „Kuriera Wileńskiego” tylko „antysanacyjnym” stosunkiem do przeszłości.

Jako przyczynek dziś już historyczny, chciałbym wymienić listę zarówno stałych współpracowników „Gazety Codziennej”, jak i piszących do niej dorywczo. Cytuję w kolejności jak przychodzą na pamięć:

Prof. Zygmunt Jundziłł, Ludwik Chomiński, prof. Jan Otrębski, prof. Mieczysław Limanowski, prof. konserwatorium Michał Józefowicz, Franciszek Hryniewicz, dr Odyniec, Bolesław Skirmuntt, Michał K. Pawlikowski, Barbara Toporska, Konstanty Szychowski, prof. Michał Romer, kowieński korespondent ryskiego Siegodnia i nasz, Boris Orieczkin, Fryderyk Łęski, Władysław Łepkowski, Kazimierz Luboński, Bohdan Mackiewicz, Władysław Abramowicz, Euzebiusz Łopaciński, Wacław Studnicki, Piotr Kownacki, Kazimierz Hałaburda, adw. Szyszkowski, Jakub Kowarski, Leszek Bortkiewicz, Światopełk Karpiński, Janusz Minkiewicz, Romuald Węckowicz, prof. Hurynowiczówna; z dziennikarzy warszawskich Liński, Kaffel i jeszcze kilku, których nie pamiętam. Błysnął raz nawet W. A. Zbyszewski piórem z Londynu. Wreszcie Czesław Miłosz i wtedy równie świetny, którego jeden z artykułów sprowadził nam na dobitkę pogróżki rozbitków Oeneru. No i – Teodor Bujnicki, zastępca naczelnego redaktora.

Ta lista, jeżeli nawet wyłączyć z niej dziennikarzy ściśle zawodowych, wskazuje na zespół raczej przypadkowy. Ale, jak się rzekło, w warunkach cenzuralnych, które zepchnęły „Gazetę Codzienną” do sytuacji prowincjonalnego pisma polskiego, owa przypadkowość była konsekwentnym rezultatem tych warunków. Byliśmy bardziej skrępowani niż np. Białorusini lub Żydzi. Nie wolno nam było nawet cytować niektórych artykułów z kowieńskiej „Idisze Sztimme”, czy białoruskiej „Krynicy”. Nakład „Gazety Codziennej” wynosił do 12 tysięcy, co na warunki wileńskie było dużo. Ale od początku zdani całkowicie na samowystarczalność, stanęliśmy w obliczu załamania materialnego wskutek nieprzewidzianych kosztów drukarni. Składało się zasadniczo cztery stronice pisma. Cenzura jednak wykreślała niejednokrotnie jedną, dwie, a czasem nawet wszystkie cztery. Podrywało to normalną kalkulację finansową. Z początkiem roku 1940 kazałem wyrzucić, już po cenzurze, inicjały pod artykułem urzędowym, ażeby osłabić jego wrażenie rzekomo artykułu redakcyjnego. Wlepiono za to potężną karę pieniężną.

Wtedy od ostatecznej katastrofy uratował nas Michał hr. Tyszkiewicz, udzielając pismu kilkakrotnej subwencji finansowej .

„Dorek”

Takie to były one czasy, w których obracał się naszkicowany przez Miłosza Teodor Bujnicki, popularny Dorek, okrągły cały, uśmiechnięty, do serca przyłożyć. Mały, ruchliwy, przyjacielski i zabawny jednocześnie. Sądząc z przymiotów zewnętrznych, można by westchnąć nad jego losem, że wydawał się nie być stworzonym do tych surowych czasów, które nastały…

A między innymi zdarzył się taki wypadek: na przedmieściu Łosiówka zamordowany zostaje w sposób skrytobójczy policjant litewski. Po dwóch dniach studenci i litewska młodzież bojówkarska, powracając z pogrzebu ofiary, według ścisłych wzorów polskich antysemitników, rozpoczęła w mieście pogrom. Tylko że tym razem bito nie Żydów, a Polaków. Nazajutrz urząd prasowy zażądał od pism polskich, aby w sposób kategoryczny potępiły zabójstwo policjanta. Odpowiedziałem, że zgodzę się na potępienie faktu skrytobójstwa tylko pod warunkiem, jeżeli wolno będzie potępić fakt pogromu Polaków. Szesnaście godzin później decyzją Rady Ministrów (należało to do jej kompetencji) pozbawiony zostałem prawa wydawania jakichkolwiek druków na terenie Republiki Litewskiej. Większość stałych współpracowników ustępowała razem ze mną. Byłem rozczulony, gdy nawet Żyd Jakub Kowarski zwany przez Bujnickiego „Kubusiem”, dorywczo pracujący na tłumaczeniach prasy żydowskiej, chciał przez solidarność koleżeńską ustąpić, pozbawiając się zarobków. A „Dorek”?

Bujnicki nie zjawił się przez dwa dni następne, ażeby trzeciego, już po naszym ustąpieniu, zameldować się w zupełnie zmienionej, tym razem „ugodowej” redakcji. No, cóż poradzić… Nie piszę artykułu, by wylewać swe personalne żale! Być może zresztą: żona, dzieci…

Ale chronologia dalszych wypadków była następująca: pogrom, odebranie mi Gazety i przejście Bujnickiego na ugodowość odbyło się w końcu maja 1940 roku. Trzy tygodnie później, 15 czerwca, wkroczyła Armia Czerwona. Bolszewicy przeistoczyli „Kurier Wileński” w „Gazetę Ludową”, a „Gazecie Codziennej” wyznaczyli komunistycznego redaktora w osobie niejakiego Marcińczyka (nb. starego agenta sowieckiego, który przed wojną kamuflował się w polskim harcerstwie i za pieniądze MSZ rozjeżdżał po zagranicy!). I Bujnicki jest już przy Marcińczyku, taki sam: pyzaty, wesoły, uśmiechnięty. Jest tak długo, aż po wcieleniu Litwy do Związku Radzieckiego obydwa pisma zostają w sierpniu 1940 połączone w jedną „Prawdę Wileńską”. Oczywiście z czołowym jej poetą – Teodorem Bujnickim…

W zestawieniu tych dat tkwi może pewna doza cierpkości i czytelnik posądzać może, że pod wpływem osobistego żalu do Bujnickiego, podejmuję tu polemikę z Miłoszem, skłaniając się ku poglądom tamtych, którzy Bujnickiego zastrzelili później „za zdradę spraw polskich”. Ech, doprawdy, nie. Raczej przeciwnie, chciałbym przedstawić sprawę możliwie beznamiętnie, a w jej aspekcie dosłownym. Otóż z relacji Miłosza nie wynika pewna rzecz bardzo zasadnicza. Ta mianowicie, że Bujnicki w ostatecznej fazie sprzeniewierzył się mniej Polsce, niż Litwie… I ta strona komplikacji wymaga specjalnych komentarzy.

Linia Maginota czy linia Mannerheima

Zacznę jeszcze raz od „litewskich czasów” z zimy roku 1940. Kneblowany przez cenzurę w głoszeniu swego programu politycznego, najdłużej i najuparciej broniłem jednej z jego pozycji: pozycji antysowieckiej. I Bujnicki najbardziej mi w tym właśnie pomagał. Była wojna z Finlandią. Ile pierwsze niepowodzenia sowieckie obudziły w nas nadziei, trudno wyrazić w kilku zdaniach! Małoż to razy jedną zapałką wzniecało się pożar pod niebiosa. Głosiłem wówczas to samo, co głosić gotów byłbym i dziś. Że mianowicie pierwszą linią obronną naszego kraju nie jest linia Maginota, a linia Mannerheima. Nie potrzebuję chyba dodawać, że większość Polaków się ze mną nie zgadzała. Sądziłem natomiast, że w tym wypadku przynajmniej nie napotkam większych trudności ze trony litewskiej.” Lietuuos Żinios, XX Amzius”, a nawet urzędowy organ „Lietuuos Aidas”, na czas wojny fińskiej podniosły nieco głowy przygniecione kolosem sowieckim i zajęły stanowisko niedwuznacznie profińskie.

Z początku jakoś szło. O zwycięstwach Finlandii dawaliśmy wołowymi literami przez całą szerokość stronicy. Przydomek „bohaterski” został przyklejony do wszystkiego co fińskie. Komunikaty fińskie szły kamiennym drukiem na pierwszym miejscu, a sowieckie albo wcale, albo gdzieś petitem. Niedługo. Wkrótce dano nam do zrozumienia, że co wolno rasie litewskiej, to nie nam… Pan Kemeżys najpierw zabronił krzyczących tytułów. Później zbyt krzyczących artykułów. Po czym zakazał kamiennego druku dla komunikatów fińskich. Następnie nakazał pierwsze miejsce dla komunikatów sowieckich. Wreszcie tępił czerwonym ołówkiem wszystkich naszych „bohaterów”. Skonfiskowano też na poczcie naszą depeszę gratulacyjną do posła Finlandii w Rydze, wysłaną okazji dużego sukcesu militarnego. Bogiem a prawdą trudno w tym wypadku bardzo winić rząd kowieński. Sytuacja Litwy była nie do pozazdroszczenia. Ostatnim wysiłkiem broniła swej pozornej niezawisłości gdzie tylko mogła i wymagać, by jeszcze nadstawiała łba za tolerowanie „polskiej białogwardziejszczyny” było w warunkach baz sowieckich w kraju, żądaniem istotnie, być może, przesadnym.

W takim stanie rzeczy trzeba było wiele pomysłowości, by cenzurę jakoś podejść, obejść i linię antysowiecką utrzymać. Bujnicki się tym bawił. Bujnicki siedział nad biurkiem długo myślał, to machając w palcach, to postukując po zębach obsadką, aż raptem (widzę to jeszcze dziś) zwężały się jego małe oczka w uśmiechu: znaczy, że wymyślił jaką bądź ową złośliwość – antysowiecką. Czasem był to dowcipny Żerszyk, czasem mapka, jakiś dyskretny sloganik.

Dnia 12 marca 1940 roku była u nas w redakcji żałoba o przegranej wojnie fińskiej. A 15 czerwca 1940 roku „Dorek” był już po tamtej stronie barykady.

Pewnie, że Bujnicki nie pasował na plakat uliczny przedstawiający „zdrajcę narodu”. Miał na to za śmiejące się oczy i dołeczki w twarzy. Miłosz przytacza jeszcze argument, że kochał kraj rodzinny. No dobrze, jeżeli tak bardzo kochał pejzaż j Litwy, dlaczego nie poszedł z piłą do lasu, na torfiaste łąki z łopatą, czy na jakąś inną pracę fizyczną, jak wielu z nas, która by go niechybnie bardziej zbliżyła z tym pejzażem, pisywanie poematów w dusznej, i de facto, i de iure, redakcji bolszewickiego organu? Pamiętam jak raz, dając koniom wypoczynek na skraju lasu, leżalem ze swymi furmańskimi kolegami, wyciągnięty na mchu, gdy jeden odezwał się do sąsiada:

- Słysz, jak drzewa już po jesiennemu szumią. Kościa, a?

- Nu – przytaknął Kościa, zapatrzony w las.

Pewnie, że nie była to poezja rymowana, a jednak nią była. Czego jej brakowało w formie, nadrabiała zapachem grzybów i borówkowych liści. I pamiętam jeszcze, jak rozgarniając brudnym paznokciem źdźbła mchu, uśmiechałem się w duszy, choć były to najcięższe czasy sowieckiego, przymusowego obywatelstwa. Większość ludzi woli naturalnie siedzieć w fotelu, niż leżeć na najmiększym nawet mchu. Pochodzi z ich, rzekomo darowanej im przez Pana Boga, wolnej woli. Bujnicki wybrał fotel przed biurkiem bolszewickiej gazety.

O czym się w ogóle nie mówi

Miłosz popełnia zasadniczy błąd historyczny, przytaczając jakby na okoliczność łagodzącą, te strofki Bujnickiego, w których pisał on niegdyś: „Litwo, ojczyzno… Litwo… Litwo…,, Jest to raczej okoliczność nie odciążająca Bujnickiego, a obciążająca jego przejście do obozu sowieckiego. Za czasów bolszewickich słyszało się bowiem często następujące dialogi:. A ten X lub Y czy to człowiek pewny? – Taaak! To przecież Litwin”. W istocie złożyło się w ten sposób, że nie jakaś jedna warstwa społeczna, ale dosłownie cała Litwa była wrogiem bolszewików, straszną, mściwą, kułacką wrogością. Zaszedł bowiem podczas ostatniej wojny ciekawy paradoks historyczny na terenie Wschodniej Europy. Od Petsamo po Morze Czarne, wszystko co było demokratyczne z pochodzenia, a więc narody chłopskie jak Białorusini, Ukraińcy oraz te państwa, które zdobyły sobie niezależność niejako „rękami czarnymi od pługa”, Finlandia, Estonia, Łotwa, Litwa, uznały za wroga nr 1 – Związek Sowiecki. W jednolitym łańcuchu; jedynie „szlachecka” Polska i „kapitalistyczne” Czechy za wroga nr 1 uznały Trzecią Rzeszę, a z Sowietami zawarły przymierze. Nie jest zatem prawdą, co lubi zarzucać propaganda sowiecka Polsce, że dokonała ona rzekomo antysowieckiego wyłomu w przeciwniemieckim froncie sojuszników. Było właśnie odwrotnie: Polska dokonała istotnie wyłomu w solidarnym froncie, ale Europy Wschodniej, i – na korzyść Sowietów. Słowa „wyłom” używam tu może w sposób niezgrabny. Wydawać się bowiem może, iż przesądzam z góry kąt widzenia i słuszność stanowiska jednej ze stron. W tej chwili jednak nie chodzi mi o to, kto miał słuszność, a kto jej nie miał, tylko o ustalenie pewnego dziejowego stanu faktycznego. O słuszności nie można też sądzić na podstawie rezultatów końcowych. Obydwie strony przegrały. Jedna dlatego, że przegrali Niemcy, druga dlatego, że wygrały Sowiety. Ale ten stan faktyczny jaki był, jest dziś rzeczą drażliwą. Nie mówi się o nim wcale, albo go przekręca, a co najmniej naciąga dla użytku polityki bieżącej. Odcinek wojenny na naszych ziemiach jest krótki i dramatyczny. Po wojnie jednak nikt nie jest zainteresowany w przekazaniu całej prawdy historycznej, tej mianowicie, że tzw. „bratnie narody” wspólnoty państwowej dawnej Rzeczypospolitej znalazły się nie po tej samej, a po przeciwnej stronie barykady. Wszystkie nieszczęścia obydwu okupacji nie zbliżyły ich do „Korony”, a odwrotnie: pogłębiły jeszcze przepaść. Dowódca AK gen. Rowecki ściśle formułował w swej ocenie sytuacyjnej przesłanej do Londynu w roku 1942, stwierdzając:

A. Wróg:           1) Niemcy, 2) Litwini, 3) Białorusini, 4) Ukraińcy.

B. Sojusznicy: 1) Alianci Zachodni, 2) Sowiety.

Bo taki był schemat podziału istotnie.

Dalsze komentarze i odchylenia interpretacyjne nie zmieniają tu właściwie stanu faktycznego. Jego zasadniczych ram, w jakie był ujęty.

A przypomnieć nikomu teraz nie jest przyjemnie. Ani Polakom, którym ten szczegół psuje trochę obraz legendy „Jagiellońskiej”, ani Litwinom i Białorusinom, ze względów, których nie potrzebuję chyba przytaczać, tak dalece po roku 1945 obowiązywała cały świat polityczna legitymacja – antyniemiecka. (Czytałem niedawno w jednym z pism białoruskich, że Białorusini bili Niemców pod Monte Cassino… Kto ich tam nie bił! Polacy, Anglicy, Amerykanie, Francuzi, nawet Włosi, a teraz jeszcze – Białorusini!) Zapewne więc nieprzyjemnie jest i Miłoszowi, który ilekroć pisze o Litwie, czyni to w najpiękniejszej prozie, świadczącej o głębokim do tego kraju sentymencie.

Prywatna tajemnica Teodora Bujnickiego

W tym przedstawieniu rzeczy czytelnik mógłby słusznie dostrzec pewną niekonsekwencję. Wypadałoby bowiem, żeby Bujnicki zastrzelony został nie z polskiego, ale raczej z litewskiego sądu kapturowego. Niewątpliwie tak by wypadało. Tamte czasy obfitowały jednak w mnogość różnorakich powikłań szczególnych. Po pierwsze orientacje prosowieckie zahaczały się w społeczeństwie polskim z antysowieckimi w przedziwny chaos, zanim w roku 1944 nie obmyślono urzędowej formuły: „Sojusznik naszych sojuszników”. Po drugie, po Katyniu, specjalnie na terenie podziemia wileńskiego, doszło do lokalnego revirement politycznego, które po raz pierwszy w tej wojnie omal nie doprowadziło do porozumienia polsko- litewskiego, zanim instrukcje z Warszawy nie przywróciły konwencjonalnego biegu wypadków. Te sprawy zresztą również objęte są zakazem wydanym przez urzędową legendę więc wymagałyby znacznie szerszych komentarzy. Po trzecie wreszcie, wydaje się, że Bujnicki padł pośrednio ofiarą swojej decyzji, której tajemnicy nie znam. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w roku 1941 ani nie uciekł do Moskwy jak wielu, ani też nie przeskoczył do polskiego podziemia jak wielu. Dwiema nogami wprost z Prawdy Wileńskiej, jak np.Konstanty Szychowski; jak polityczny kolporter prasy sowieckiej były oenerowiec Dziarmaga, który w podziemiu sprawował później ważną funkcję; jak jeden z filarów tej Prawdy niejaki Wroński, który objął w podziemiu sekretariat tajnej Niepodległości i nawet ferował wyroki i rozdawał „patenty na patriotyzm” ze swego nowego stanowiska. (Później się powoływali na Piłsudskiego, że to niby wysiedli „z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość?.)

Bujnicki, po którym tego raczej można było oczekiwać niż od innych, Bujnicki, który przeskakiwał kolejno z antysowieckiego „krajowca” do prolitewskiego „ugodowca”, a stąd do sowieckiego pisarza – nie wysiadł. Może odczuł nagle jakąś zgagę; jednym słowem nie wiem dlaczego. Nie rozmawialiśmy ze sobą już od dawna, a zresztą podczas okupacji niemieckiej mieszkałem na wsi i miałem tylko luźną styczność z Wilnem. Zdaje się, że czekano na niego przez czas pewien.

A on nagle: Nie. Gdyby zechciał, jak inni w roku 1941, ocknąć się „dobrym patriotą”, byłby sobie żywy zapewne i uśmiechnięty po dawnemu, prawdopodobnie dziś w tzw. „reżymowym” Związku Literatów.

Zakończenie

Znam relację o śmierci Bujnickiego już od dawna. Wydaje mi się posiadać wszelkie cechy autentyczności. Choć słyszałem też, że Bujnicki umarł na tyfus, czy na ślepą kiszkę. Ostatecznej prawdy nie dojdzie się zapewne nigdy. Zbyt dużo legend zastępuje dziś wiele prawd. A o ile kiedyś wolno było wątpić nawet w prawdę, o tyle aktualnie za sceptycyzm okazany pewnym legendom można grubo oberwać, i to nie po jednej, a po obu stronach Żelaznej Kurtyny. Ta o zabójstwie Bujnickiego otrzymała już patent autentyczności, z jednej strony dla wykazania „tężyzny moralnej”, z drugiej dla uczczenia ofiary „rodzimej reakcji”. Tak więc, z braku konkretnych danych, które by ją obalały, nie mam powodu jej zaprzeczyć.

Pozostaje tylko pytanie: po co, ściśle biorąc, Bujnicki został zastrzelony? W drugiej połowie roku 1944 moc ludzi by się nadawało do zastrzelenia w Wilnie. Chociażby marszałek Czerniakowski i wszystkie armie jego „3-go białoruskiego frontu”. Tymczasem przeciwnie, wiemy, że im pomagało się przecie w zdobywaniu Wilna, a później przyjmowało zaproszenie na wspólny bankiet. Oficjalna wersja stwierdza, że „Sielanka trwała niedługo”, bo potem przywódcy AK zostali aresztowani. Tym samym jednak potwierdza się fakt, że taka sielanka – była. Nie wydaje się tedy, aby sylwetka bezbronnego Bujnickiego powodowała w niej większą dysharmonię niż uzbrojonych bołszewików. Naturalnie Bujnickiego zastrzelić było nieskończenie łatwiej. Ale czyżby to był jedyny powód? Nie sądzę, nie sądzę. Przyczyny należy szukać w chaosie niekonsekwencji tamtych czasów, rozplątać który byłyby w stanie jedynie wszechstronne, żmudne dociekania obiektywne, ale nigdy jednostronna, subiektywna wersja na użytek popularyzatorski. Leży gdzieś zakopany na ziemiach b. Wielkiego Księstwa Litewskiego i nie ja Bujnickiego będę żałował. Tylko kraju tamtego mi szkoda. Olbrzymi, rodzinny kraj. Płaski pod duhą chmurnego nieba, lesisty, wietrzny.

Kultura 1954 nr 11 (85)

——————————————————–

W artykule tym znajdują się pewne powtórzenia z poprzedniego „Jak to było z Litwinami”. Pisane były w odstępie siedmiu lat i drukowane w dwóch różnych czasopismach. Ich przedruk obok siebie usprawiedliwia jednak fakt, że oba się wzajemnie uzupełniają w sprawach ważnych, a zależnie od emocji i – dodajmy – koniunktur politycznych, najpierw zakłamywanych, później przemilczanych, a wreszcie dla większości żyjących dziś Polaków – nie znanych, więc nowych.
B. T. 1983

Poprawiony: Piątek, 01 października 2010