…Komuniści, jeszcze z doświadczenia wojny domowej wiedzą, że niczym tak się nie przyciąga i nie wiąże ze sobą nacjonalizmu, jak popieraniem jego nienawiści do innego narodu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Wileńska AK a Niemcy Drukuj
Autor: Zdzisław A. Siemaszko   
Niedziela, 26 maja 2013

Między dwoma wrogami

Antyniemiecka propaganda wpajana w Polaków w ciągu kilkudziesięciu lat przez Sowiety, PRL oraz, trzeba to przyznać, przez Armię Krajową i jej duchowych sukcesorów, usadowiła się w polskiej mentalności na dobre i po dziś dzień jakiekolwiek kontakty z Niemcami podczas wojny są traktowane jako karygodne. A jednocześnie takich samych kontaktów z Sowietami nie tylko się nie potępia, lecz są one nawet przedstawiane jako zasługi. Typowym przykładem prosowieckiej mentalności jest wypowiedź wybitnego akowca Jerzego Lerskiego1, który potępiał głoszenie iż mord katyński był dziełem Sowietów, ponieważ takie twierdzenie zatruwało wiarę w dobrą wolę Stalina.

Tymczasem polska doktryna wojenna w II wojnie światowej opierała się na prognozie, że historia pierwszej wojny w niej się powtórzy, tj. że w jej końcowym stadium naród polski znajdzie się wobec zdruzgotanej Rosji i osłabionych Niemiec, co było jednoznaczne ze zwycięstwem Niemiec nad Rosją, a aliantów zachodnich nad Niemcami. Na tym założeniu opierało się myślenie polskich przywódców, instrukcje dla podziemia w kraju, oraz przygotowania „prac kongresowych" do pokoju i odbudowy kraju. Nie było w nich mowy o jakiejkolwiek współpracy z Rosją sowiecką — wprost przeciwnie, postulowano walkę z Rosją. Ilustrują to wypowiedzi zaczerpnięte z szerokiego wachlarza źródeł.

Gen. Rowecki w rozkazie do komendantów okręgów wschodnich ZWZ z 29-9-40 formułował taką doktrynę i przewidywał konieczność walki sił własnych z Sowietami:
Najwygodniejszym dla nas rozwiązaniem byłoby, gdyby Niemcy zaatakowawszy Rosję, zniszczyli siłę militarną Rosji... W wypadku marszu sił sowieckich na zachód musicie być zdolni na specjalny rozkaz mój do czynnej akcji w postaci masowej dywersji i partyzantki. („AK w dokumentach", tom I, ss. 297-8).

Organ krajowej Delegatury Rządu Rzeczypospolita Polska, maj 1941:
Polska znajduje się w stanie, wojny nie tylko z Niemcami ale także z Rosją. Na wypadek zbrojnego ataku między Niemcami a Rosją Polacy winni zachować w stosunku do obu stron nadal postawę jednakową: bezwzględnie wrogą. Winni wystrzegać się okazywania pomocy jednej ze stron, a nadal mają obowiązek zwalczać obu wrogów... Pamiętajmy o tym, że prowadzimy walkę na dwa fronty i że nie wolno nam wchodzić w żadne układy z okupantem. (Cytowany w: J. Zaremba, „Było i tak", 1976, s. 303).

Gen. Sosnkowski w liście do gen. Sikorskiego wnet po wybuchu wojny 22.6.41. żądał kompletnego zawieszenia akcji przeciwko armii niemieckiej:
Działania na tyłach armii niemieckiej, z terytorium kraju, należy bezwzględnie wykluczyć. (P. Starzeński, „Ostatni polscy rycerze", 1968, s. 110).

Podobnie zapatrywał się na miejscu w Wilnie ks. Kazimierz Kucharski S.J., twórca wileńskiego ZWZ:
Na wypadek wojny niemiecko-bolszewickiej ZWZ w kraju zachowa postawę neutralną, zachowując swe siły do ostatecznej walki z tym wrogiem, który zostanie na terenach Polski. („Konspiracyjny ruch niepodległościowy w Wilnie", mps, 1942, s. 22).

Jak widzimy, istniała zgodna opinia miarodajnych czynników, że na terenach Polski i Wielkiego Księstwa Sowietom pomagać nie należy, gdyż taka akcja byłaby sprzeczna z polskimi interesami.

Jednak, z drugiej strony, wynikało zagadnienie stanowiska Polski jako lojalnego i w pełni zaangażowanego członka koalicji, gotowego walczyć z Niemcami wszędzie gdziekolwiek oni się znajdują. Dla polskiego rządu w Londynie ten aspekt nabierał cech dominujących, nie tylko ze względu na bezpośrednią bliskość alianckiego szczytu, ale także wobec charakteru ludzi u steru, a przede wszystkim samego spragnionego władzy, obcych pochwał i poklasku gen. Sikorskiego, który niewątpliwie zdawał sobie sprawę, że jego status w alianckim Londynie opiera się w znacznej mierze na władztwie nad państwem podziemnym w kraju, walczącym z Niemcami. Pożądane z punktu widzenia polskiej racji stanu zaniechanie tej walki spowodowałoby burzę w stosunkach z Anglikami, co dla Sikorskiego leżało daleko poza granicą możliwych do przyjęcia posunięć. Sikorski to nie był de Gaulle.

Celem powiększenia swojej domeny Sikorski także pragnął ściągnąć pod swoją władzę rzesze Polaków wywiezionych do ZSSR, które liczebnie przewyższały wielokrotnie garstkę, jaką on wówczas dysponował z Londynu. Jak wiadomo, pakt polsko-sowiecki został zawarty 30 lipca 1941, osobiście przez Sikorskiego, bez konsultowania rządu polskiego i wbrew opinii czołowych polskich mężów stanu, lecz za namową Brytyj-czyków i sowieckiego agenta, Stefana Litauera. W rezultacie walki z Niemcami na wschodzie nie zaniechano i polski wywiad postawiono do sowieckich usług2.

Opinia publiczna

„Nigdy chyba w dziejach takie miliony ludzi, z takim upragnieniem nie czekały na wojnę i tyle się po wojnie spodziewały" pisał o wojnie niemiecko-sowieckiej Józef Mackiewicz („Nie trzeba głośno mówić", 1985, s. 368). I nigdy takie miliony nie oczekiwały od Niemiec oswobodzenia z sowieckiego jarzma. Nawet we własnym sztabie gen. Sikorskiego przeważająca opinia sprzyja Niemcom w ich wojnie przeciwko Sowietom, jak to zauważył zastępca szefa tego sztabu, płk Leon Mitkiewicz (po powrocie z Ameryki w końcu czerwca 1941):
W całym sztabie N.W. w Londynie zastałem nastroje oczekiwania — nie chcę powiedzieć że radosnego — że za parę tygodni Rosja będzie definitywnie rozbita i że Niemcy w tryumfie zakończą wojnę z Rosją w Moskwie, obalając ustrój sowiecki (Op. cit., s. 151).

Także rzecznik Sztabu Nacz. Wodza płk Kijak stale, i jeszcze nawet w rok po Stalingradzie, zapowiadał pożądane dla Polski zwycięstwo Niemców nad Sowietami (T. Katelbach, „Rok złych wróżb", 1959, ss.39, 202).

Jeżeli takie odchylenia od zadeklarowanej rządowej polityki wobec Sowietów istniały w Londynie, to cóż dopiero na ziemiach WXL gdzie ludzie na własnej skórze doświadczyli sowieckiej okupacji. Wychowani pod komunizmem i stronnicy oficjalnej polityki Armii Krajowej nie lubią żeby o tym przypominać, ale to fakt, że wojska niemieckie były tam witane przez ludność, także i polską, z entuzjazmem jako oswobodziciele od znienawidzonego sowieckiego jarzma, a ich olbrzymie sukcesy wydawały się zapowiadać niechybny koniec ojczyzny komunizmu. W odczuwaniu wielkiej radości z takiego obrotu sprawy uczestniczyła ogromna większość ludności Związku Sowieckiego, a szczególnie ludy nierosyjskie.

Na skutek brutalnego zachowania się Niemców, nierozwiązania kołchozów, okrutnego traktowania jeńców i braku jakiejkolwiek deklaracji politycznej odnośnie losu eks-sowieckich terenów, po 3-4 miesiącach nastąpiło rozczarowanie ludności i uświadomienie, że Niemcy jednak nie przyszli jako wybawiciele, lecz jako okrutni i nierozsądni satrapowie. Jednak gruntownie ujemny stosunek do Sowietów nie został tą drogą zlikwidowany i kiedy pobici Niemcy wycofywali się z tych terenów, niezliczone rzesze porzucały swoje domy i uciekały pod ich osłoną, byle tylko nie dostać się ponownie pod sowieckie panowanie.

Nie bez znaczenia był fakt, że w WXL okupacja niemiecka była mniej okrutna niż w Polsce lub na Ukrainie, w rezultacie wprowadzonego podziału administracyjnego. Mianowicie Niemcy uznali Białoruś za kraj nie słowiański, lecz nordycki, i włączyli ją, wraz z Litwą, Łotwą i Estonią, do konglomeratu zwanego Ostland. Zupełnie niebywałym w państwie Hitlera zjawiskiem było, że obaj kolejni wielkorządcy (Generalkommissare) Białorusi, Wilhelm Kube i Curt von Gottberg, szczerze sprzyjali rządzonemu przez siebie krajowi, prowadzili go do niezależności i starali się złagodzić brutalność Gestapo i SS, co zresztą Kube przypłacił życiem3.

Sytuacja w Wilnie


Osoby ulegające antyniemieckiej psychozie uważały i uważają do dziś, że formuła „Jesteśmy w stanie wojny z Niemcami" wyjaśnia całkowicie sytuacje Polski pomiędzy Niemcami a Rosją, nakazując bezwzględną walkę z Niemcami a współpracę z Sowietami. Przeciwko tak dogmatycznemu stanowisku można wnieść obiekcje.

Po pierwsze, stan wojenny nie był ograniczony do Niemiec, gdyż na skutek sowieckiej inwazji 17.9.39 Polska znalazła się de facto w stanie wojny z ZSSR4. Stan ten uległ co prawda likwidacji poprzez londyński układ z 30.7.41, lecz został wznowiony w dwa lata później, jak to wyjaśniam poniżej. Dalej, w Wilnie, w odróżnieniu od Warszawy, istnieniu dwóch wrogów, a nie jednego, trudno było zaprzeczyć, życie było silniejsze niż odgórne rozkazy i dogmatyczne hasła.

Wileńska komenda AK znalazła się w obliczu zasadniczych sprzeczności, i to podwójnych. Bowiem z Londynu przez Warszawę płynęły zapewnienia, że wszystko z Sowietami zostało przez gen. Sikorskiego uzgodnione i należy ich traktować jako przyjaciół, a tymczasem sytuacja na miejscu potwierdzała sowiecką nieprzyjaźń. A po drugie, podstawowym warunkiem zdobycia przychylności Sowietów było uczestnictwo w walce przeciwko Niemcom teraz, zaraz, dziś — gdy tymczasem obowiązująca w AK od początku i ściśle przestrzegana zasada „stania z bronią u nogi" aż do wyczerpania się nieprzyjaciół (bodaj jedyna mądra doktryna wymyślona przez naczalstwo AK, niestety w końcu zastąpiona przez bezsensowną Burzę) zakazywała wszelkiej akcji na dzisiaj.

Opłacana przez Anglików operacja Wachlarz była próbą wyzwolenia się z części tych sprzeczności przez skierowanie polskiego wysiłku bojowego poza granice z 1939 r. Jednak Wachlarz poza wrześniową granicę wyskoczyć nie zdołał (prócz nielicznych wyjątków) a do jego kierownictwa napłynęli oszuści i dyletanci, którzy powodowali duże straty i przysyłali fikcyjne meldunki. Projekt został wnet zlikwidowany in odore kompromitacji (C. Chlebowski, „Wachlarz", 1985).

Drugą próbą wydobycia się z impasu była polityczna decyzja, podjęta na początku r. 1943, wbrew zasadzie stania z bronią u nogi, zezwolenia por. Burzyńskiemu (ps. Kmicic) na zorganizowanie akowskiego oddziału partyzanckiego u boku sowieckiego brygadiera F.G. Markowa, który działał nad jeziorem Narocz (D. Fikus, „Pseudonim Łupaszka", 1988, s. 39).

Tymczasem jednak pojawiły się podstawy do wznowienia stanu wojennego de facto pomiędzy Polską a ZSSR: w związku z wykryciem grobów katyńskich 25.4.43 nastąpiło zerwanie stosunków dyplomatycznych, a 22.6.43 połączone CK kompartii Ukrainy, Białorusi i Litwy wydały dekret nakazujący zwalczanie białopolskiej partyzantki „wszystkimi sposobami"5. W dwa miesiące później Marków dekret zastosował, zdradziecko mordując Burzyńśkiego i znaczną część jego żołnierzy. Nad pozostałymi na wolności dowództwo objął mjr Zygmunt Szendzielarz, ps. Łupaszka.

Naturalnie wileńska AK potrzebowała sojuszników, toteż wydarzenia te pchnęły ją w niemieckie objęcia. Oddział Łupaszki od początku swego istnienia współpracował z Niemcami (J. Prawdzic-Szlaski, „Nowogródczyzna. w walce", s. 215), a później ta współpraca się rozszerzyła. Obu stronom jednak zależało na utrzymaniu tych kontaktów w tajemnicy wobec krytycznych założeń ich odpowiednich władz. Niemcy naturalnie wiedzieli o surowych dyrektywach Hitlera dotyczących stosunku do ludności na wschodzie, o dymisji generałów Brauchitscha (głównodowodzącego) i Bocka (grupa armii Mitte) za krytykę tych dyrektyw i o determinacji Hitlera niepowtarzania błędnej (wg. niego) polityki Ludendorffa z I wojny przez popieranie Polaków6. A Polacy wiedzieli, iż na wierchuszce AK przeważa opinia, że formuła „jesteśmy w stanie wojny z Niemcami" decyduje. Stąd pochodzą spotykane solenne twierdzenia, że żadnej współpracy AK z Niemcami nie było i że oferty niemieckie zostały odrzucone. Nie należy ich jednak przyjmować za wiarygodne, gdyż były one po prostu wygodne. Także z wileńskiego okręgu brak osobistych wspomnień, gdyż żaden z głównych wileńskich dramatis personae współpracy z Niemcami — w odróżnieniu od nowogródzkiego — nie przeżył i nie wydostał się na Zachód. Analogia z Nowogródkiem niewątpliwie istniała wobec wspólnej dla obu KG AK i wspólnej niemieckiej administracji Białorusi. Poza tym pewne godne zaufania materiały zostały jednak opublikowane i wiele wniosków można wyciągnąć z obserwacji zjawisk jakie tam zachodziły.

Wzajemny Immunitet?

Osobliwością historii wileńskiej AK było, że w przeciągu całej trzyletniej niemieckiej okupacji jej kierownictwo, tak Komenda Okręgu jak i Delegatura Rządu, pozostały nietknięte przez aresztowania, poza jednym wyjątkiem szefa Biura Informacyjnego KO Zygmunta Andruszkiewicza, zdecydowanego antysowietczyka i przyjaciela Józefa Mackiewicza, którego zadenuncjowali do Gestapo jego prosowieccy wrogowie w kierownictwie AK, przypuszczalnie dlatego że on już był na tropie ich konkretnych sowieckich powiązań i dlatego że bronił Mackiewicza. Andruszkiewicz zginął śmiercią samobójczą w niemieckim więzieniu. Niemcy zwalczali niższe sektory organizacji, i owszem: w Ponarach zginęło 1700 Polaków, w tym wielu akowców. Ale nie kierownictwo — oni cieszyli się immunitetem. Przypuszczalnie twórcą tej polityki był Horst Wulff, Gebietskommissar Wilna-Land, który miał wiele do powiedzenia w polskich sprawach. Jeszcze będzie o nim tu mowa.

Porównajmy z innymi okręgami: w Warszawie Niemcy aresztowali komendanta głównego (gen. Roweckiego), delegata rządu (prof. Piekałkiewicza), szefa sztabu (płk. Albrechta), pracowników wywiadu i in., w Krakowie aresztowania wśród KO miały niemal chroniczny charakter, a komenda poleskiego okręgu została całkowicie rozbita przez aresztowania (T. Bór-Komorowski, „Armia podziemna", 1951; J. Rzepecki, „Wspomnienia", 1983; „PSZ", tom III, 1950 s. 623). Czyżby wileńskie kierownictwo było rzeczywiście o tyle lepiej zakonspirowane niż inne okręgi i nie dało się ugryźć prócz jedynego wypadku denuncjacji? Wątpię. Komendant Wilk i jego współpracownicy na przykład uczestniczyli osobiście w konferencjach z Niemcami (o czym niżej), toteż rozpoznanie ich na ulicy i aresztowanie nie przedstawiałoby trudności, ale Niemcy zapewne nie chcieli antagonizować szczytu organizacji, którą widocznie uważali za swoich potencjalnych partnerów przeciwko Sowietom.

Polityka nieantagonizowania AK przejawiała się także w selekcji ofiar odwetu za zabicie Padaby, gdyż wśród rozstrzelanych nie było ani jednego członka podziemia. Aresztowani, i owszem, byli, lecz rozstrzelanych nie było.

Policjant litewski Marian Padaba został zamordowany 15.9.43. Niemcy z miejsca ogłosili że to dzieło „polskiej organizacji terrorystycznej" (Goniec Codzienny 18.9.43), jako odwet za powtarzające się takie zabójstwa rozstrzelali 10 Polaków (m.in. prof. Pelczara, prof. Gutkowskiego i adw. Engla) i aresztowali ponad stu, których zresztą wkrótce zwolniono. Natomiast AK twierdziła, że śmierć Padaby była dziełem Litwinów i miała na celu sprowokowanie antypolskich represji (Niepodległość 1.10.43). Ta wersja utrzymała się w polskich kołach przez dziesiątki lat, aż dopiero w krakowskim Tygodniku Powszechnym z 15.2.87 członek egzekutywy AK Jerzy Urbankiewicz ujawnił że Padaba rzeczywiście zginął z rąk AK, jak Niemcy od początku twierdzili.

Rozstrzelany wówczas przez Niemców prof. Mieczysław Gutkowski był zaangażowanym lewicowcem i promotorem doktoratu Jędrychowskiego. Za współpracę z Sowietami był skazany przez AK (Niepodległość 1-15 grudnia 1942), wyroku wówczas nie wykonano i dopiero w 9 miesięcy później dosięgli go Niemcy. Fakt, że usłużni Niemcy zastrzelili człowieka na którym ciążył akowski wyrok, jest z reguły przemilczany przez akowskich pisarzy.

Z drugiej strony, pewne dane wskazują, że wileńska AK wówczas oszczędzała niemieckich agentów i szpiegów. Najjaskrawszym przykładem nietykalności niemieckiego agenta ze strony AK była osoba Jerzego Orłowskiego7, b. ucznia wileńskiego gim. im. Mickiewicza, a wówczas pracownika Gestapo, który działał zupełnie jawnie, aresztował i torturował także swoich byłych kolegów, a szczególnie zniszczył przez aresztowania czołową patriotyczną organizację wileńskiej młodzieży Związek Wolnych Polaków, wysłał na śmierć w Ponarach ponad 50 osób, włącznie z przywódcą ZWP, moim przyjacielem Janem Kazimierzem Mackiewiczem. Był powszechnie znany i oczywiście bardzo szkodliwy, a pomimo tego włos mu z głowy nie spadł ze strony AK przez cały czas niemieckiej okupacji.

Drugim podobnym młodocianym zdrajcą był Bolesław Korczyc którego co prawda jakaś prywatna organizacja bezskutecznie usiłowała zgładzić, ale AK podczas okupacji nie ukarała, lecz zlikwidowała dopiero podczas akcji na Wilno, kiedy on już nie mógł odgrywać szkodliwej roli8.

Z pewnością byli jeszcze inni nietykalni niemieccy agenci, którzy jednak nie trafili do literatury. Tyle o agentach-zdrajcach typu policyjnego.

O ile wiem, nikt dotychczas nie wspomniał w druku także o możliwości istnienia niemieckich szpiegów w wileńskiej Komendzie Okręgu AK, a tymczasem istnieją poszlaki, że niemiecki wywiad posiadał w niej wtyczki. Po pierwsze, jak już wiemy, natychmiast po zabójstwie Padaby Niemcy wiedzieli na pewno że zginął on z rąk polskiego podziemia, pomimo uporczywych zaprzeczeń AK i pomimo tego że polityczne morderstwa kładło się wówczas normalnie na karb sowieckiego podziemia. Zastanawiająca pewność prawidłowej informacji i szybkość jej otrzymania przez Niemców.

Dalej, wiadomość o tym, że Polacy zamierzają atakować Wilno Sicherheitsdienst niemieckiej komendy miasta podała tego samego dnia (3.7.44) kiedy rozkaz ten został wydany przez komendanta Wilka9.

Wreszcie niemieckie dowództwo wiedziało, że brak broni był największą bolączką AK, miało prawidłowe dane o liczebności jej siły zbrojnej i dyslokacji10, tj. posiadało szczegółowy wgląd w sytuację okręgu.

Uzyskanie tego rodzaju wiadomości było możliwe jedynie przez kogoś wewnątrz KO i to na dość wysokim stanowisku.

Sowieckich szpiegów i aktywnych sympatyków w wileńskiej AK można dziś wymienić cały szereg, natomiast brak kompletnie danych kto tam udzielał Niemcom informacji. Kontrwywiad jednak powinien był o nich wiedzieć.

Niszczenie zdrajców i szpiegów jest dla każdej konspiracji klasyczną funkcją i podstawowym warunkiem jej bezpiecznej egzystencji. A jednak wileńska AK ten warunek zaniedbała. Dlaczego? Wobec policyjnych agentów mógł odgrywać rolę wzgląd na możliwe represje, chociaż „rachunek strat i zysków" wobec tak szkodliwego agenta jak Orłowski przypuszczalnie sugerował zlikwidowanie go.

Likwidacja szpiegów ze sztabu nie mogła naturalnie pociągnąć za sobą żadnych represji, gdyż Niemcy nie mogli przyznać się publicznie do ich posiadania, a jednak ich nie likwidowano.

Powstaje więc pytanie, czy oszczędzanie przez AK tak szkodliwych zdrajców i szpiegów było głównie rekompensatą za bezpieczeństwo jej kierownictwa? Chyba nigdy już się nie dowiemy jak było naprawdę, lecz takiej możliwości nie można wykluczyć.

Akowsko-niemiecki Goniec Codzienny

Oddzielnym terenem współpracy AK z Niemcami była gazeta Goniec Codzienny wydawana przez Niemców w języku polskim, w której w ośmioosobowej redakcji jedynie naczelny redaktor Czesław Ancerewicz i redaktor nocny Władysław Łepkowski nie należeli do AK, zaś cały „szeregowy" zespół redakcyjny, sześć osób, tj. trzy czwarte redakcji, było członkami AK. Oto ich nazwiska11: Teresa Jurgielewiczowa, nieustalonego imienia Tołpycho, Wanda Piłsudska12, Stanisław Wyszomirski, Tomasz Surwiłło i Zofia Surwiłłowa; spoza redakcji zastępca administratora Bohdan Mackiewicz i szef kolportażu Zygmunt Dziarmaga także należeli do AK. Okrzyczany przez AK jako ohydny szmatławiec, gadzinówka i „podogoniec" — Goniec Codzienny był więc w rzeczywistości wspólnym niemiecko-akowskim dziełem.

Nie zważając na tak głęboką kolaborację Armii Krajowej w produkowaniu tej niemieckiej gazety, red. Ancerewicz, jak wiadomo, został skazany na śmierć i rozstrzelany przez AK nominalnie za kolaborację z Niemcami, podczas gdy pracującym w tej samej niemieckiej gazecie akowcom włos z głowy nie spadł.

Egzekucje dla honoru Organizacji

W obliczu opisanej wyżej nietykalności rzeczywistych zdrajców i szpiegów, AK jednak uważała, że „dla honoru organizacji" muszą padać trupy ich surogatów, jak to wyjaśnił wobec szefa egzekutywy Sergiusza Piaseckiego, ppłk Julian Kulikowski („Grzmot"), szef I oddz. organizacyjnego w sztabie Wilka13. Jako ofiary tej polityki AK zastrzeliła, o ile wiadomo, kilku przygodnych Litwinów i jednego Rosjanina — oficera werbunkowego armii Własowa, a z Polaków wybrano ofiary, które można było przedstawić opinii publicznej jako kolaborantów. Był to właśnie red. Ancerewicz oraz rozwydrzona, skandalicznie prowadząca się dziewczyna, chociaż nie szpieg — Danuta Wyleżyńska (którą zamordowano specjalnie bestialsko). W tej samej kategorii słudzy Związku Sowieckiego bezskutecznie usiłowali wystawić pod kule akowskiej egzekutywy także Józefa Mackiewicza za jego antysowiecką działalność. Fałszywe oskarżenie go o współpracę w tymże Gońcu było tylko pretekstem.

Polityka wileńskiej AK w tej dziedzinie, mianowicie oszczędzanie rzeczywistych zdrajców i szpiegów (może dla własnego bezpieczeństwa), zabijanie natomiast „dla honoru organizacji" niewinnych ludzi jako rzekomych zdrajców, była wysoce niemoralna, niesprawiedliwa, i zasługuje na zdecydowane potępienie. Po niemieckich represjach za zabicie Padaby polityki tej zresztą zaniechano jako zbyt kosztownej, a egzekutywę przeniesiono z wykonywania wyroków do ochrony sztabu (Urbankiewicz s. 165). Honor organizacji na tym z pewnością nie ucierpiał.

Likwidacja wileńskiego ZPP

Komenda Okręgu AK posiadała komórkę kontrwywiadowczą zwaną „Cecylia", pod kierownictwem b. sędziego śledczego Mirosława Głębockiego, która była zorientowana przeciwko komunistom i miała oficera łącznikowego z niemieckim Abwehrstelle w osobie por. Henryka Borowskiego. Kiepscy byli z nich jednak łowcy szpiegów i nie potrafili uchronić okręgu przed głęboką penetracją sowiecką. Wiosną 1944 r. grupa polskich komunistów wywodząca się z przedwojennej Lewicy Akademickiej Henryka Dembińskiego, która zadeklarowała się jako wileński oddział Związku Patriotów Polskich Wandy Wasilewskiej14, usiłowała infiltrować samą „Cecylię". Głębocki uznał to za prowokację i zadenuncjował grupę do Niemców, którzy rozstrzelali jednych i zesłali do obozu koncentracyjnego innych jej członków. Wśród zesłanych znalazła się żona późniejszego wicepremiera PRL Stefana Jędrychowskiego, Anna Kompielska. Za denuncjację i likwidację grupy niemieckimi rękami władze PRL krwawo zemściły się po wojnie na Głębockim i członkach jego zespołu.

Ten fragment artykułu jest oparty głównie na komunistycznych źródłach, lecz nie uważam za słuszną tezę, że komuniści nigdy nie mówią prawdy.

Współpraca wojskowa

Chociaż później rozpoczęta, współpraca wojskowa była najistotniejszą dziedziną, którą osobiście kierował wileński okręgowy komendant AK mjr Aleksander Krzyżanowski15, ps. Wilk, Dziemido, Wesołowski, 1895-1951, poświęcę mu więc tu parę słów. Zmarł on na skutek nieustannych tortur w polskim więzieniu, chylę więc głowę przed nim jako ofiarą komunizmu, lecz nie uważam żeby to wykluczało możliwość pisania o nim inaczej niż na zasadzie aut bene, aut nihil.

Wilk był zupełnie przeciętnym oficerem zawodowym artylerii, który po 23 latach służby w carskim i polskim wojsku uzyskał stanowisko dowódcy dywizjonu, tj. tuzina dział, co nie stanowiło najlepszego przygotowania do hetmańskiej buławy WXL. Wyższego, wykształcenia ani wojskowego, ani cywilnego nie posiadał. Jego żona, Janina z Łopińskich przypuszczalnie miała teozoficzne koneksje, gdyż od najwcześniejszych dni konspiracji w Warszawie należała do zespołu gen. Karaszewicza-Tokarzewskiego wywodzącego się właśnie z członków tej sekty, z których największe znaczenie osiągnęła Janina Karasiówna (właściwie Karosaite, gdyż była Litwinką)16 jako szef łączności. Brak danych czy sam Wilk był także teozofem.

W czasie gdy komendantem był płk Sulik, Wilk pełnił w Wilnie funkcję kwatermistrza. Po aresztowaniu Sulika (13.4.41) ks. Kazimierz Kucharski, jezuita który zaopatrywał organizację w pieniądze i na tej podstawie odgrywał nadrzędną rolę, pominął płk. A. Klotza, który był zawczasu wyznaczony na następcę, i mianował na to stanowisko Krzyżanowskiego, zapewne licząc że ten przeciętny oficer będzie posłusznym narzędziem w jego ręku, a nie spodziewał się że jego własne dni wolności były już policzone (aresztowany 25.5.41). Warszawa nominację zatwierdziła, pewno przy udziale żony, i w ten sposób Wilno otrzymało małokalibrowego komendanta.

Wilk był człowiekiem uczciwym, lecz nieco naiwnym i obarczonym kompleksem niższości, brakowało mu zalet charakteru współmiernych z wysokim stanowiskiem, a katastrofalna akcja na Wilno stała się jego Canossą.

Wilk niewątpliwie zdawał sobie sprawę, ze powierzone mu wojsko jest za słabe na niezależną egzystencję vis-a-vis sił niemieckich i sowieckich17 i musi albo z jedną albo z drugą współpracować. Podobnie jak wielu carskich oficerów (gen. Rómmel, gen. Wołkowicki, płk Mitkiewicz i in.) był on zasadniczo prorosyjski i chętnie by z Sowietami współpracował, gdyby oni mu to tylko umożliwili.

Jednak, jak już opisałem, w ciągu r. 1943 stan wojenny de facto ustalił się pomiędzy sowieckimi a polskimi siłami18 i brygadier Marków, szczególnie zawzięcie niszczył Polaków, wojskowych i cywilnych. W tych warunkach komendant Wilk zrobił jeszcze jeden wysiłek porozumienia się ze stroną sowiecką i na początku stycznia 1944 konferował z brygadierem W.A. Manochinem, Sybirakiem z Tomska dowodzącym w Oszmianszczyźbnie, może mając nadzieję na łatwiejsze porozumienie z rodowitym Rosjaninem. Jednak do żadnego porozumienia nie doszło i dojść nie mogło wobec decyzji KC niszczenia białopolskich sił.

Wyczerpawszy możliwości porozumienia z Sowietami, Wilk wykonał zwrot o 180°, przyjął zaproszenie von Gottberga i jeszcze w tym samym miesiącu konferował, wraz z bryg. Szendzielarzem, koło Wilejki z przedstawicielem Gottberga płk. Seidler von Rosenfeldem. A w lutym, w towarzystwie bryg. Fróga, dwukrotnie konferował w Wilnie z mjr. Christiansenem z Abwehry19. Zaraz po tych konferencjach z Niemcami Wilk wyjechał do Warszawy, aby w KG AK „przedstawić całą sprawę i okoliczności z nią związane"20. Niewątpliwie tam nastąpiły ostateczne uzgodnienia.

Gdyby Wilk po prostu odmówił Niemcom wszelkiej współpracy, nie potrzebowałby z tym jechać do Warszawy. Tym niemniej oficjalna polska wersja głosi, że do zawarcia żadnego porozumienia z Niemcami nie doszło, lecz wymowa faktów jest inna. Dla Niemców głównym celem tych rozmów było zapewnienie pomocy polskich oddziałów w zwalczaniu sowieckiej partyzantki, a Polakom chodziło głównie o zaopatrzenie w broń i amunicję, których niedostatek był kluczową bolączką okręgu21.

W rzeczywistości do ugody niewątpliwie musiało dojść, gdyż obie strony zaspokoiły swoje główne cele: Polacy otrzymali broń i oczyścili znaczne połacie kraju z sowieckich partyzantów, trzy polskie oddziały współpracowały z Niemcami na Wileńszczyźnie (Turonek s. 136). Wobec raportu Wilka, złożonego w tej sprawie w Warszawie, układ z pewnością uzyskał placet KG. Przypuszczalnie Wilk stwierdził w KG, że wobec niedostatku broni nie będzie mógł wykonać planu Burzy i postawił sztab przed ultimatum: albo dacie broń albo usankcjonujecie układ z Niemcami. Nawet jeżeliby Warszawa posiadała odpowiednie zapasy, jak wykazał Wachlarz, możliwości transportowania broni stamtąd do Wilna były znikome, wobec tego AK musiała układ z Niemcami aprobować — taki, przypuszczam, był rzeczywisty przebieg raportu Wilka.

W ten sposób usankcjonowano walkę Polskich Sił Zbrojnych (Armii Krajowej) z Sowietami, której Józef Mackiewicz domagał się dwa i pół roku wcześniej (vide mój artykuł „Wileński Goniec Codzienny", Zeszyty Historyczne 106/1993, ss.3-24).

O współpracy w okręgu nowogródzkim istnieją obfite dane (J- Świda, Zesz. Hist. 73/1985 ss. 74-80, A. Pilch, „Partyzanci trzech puszcz" 1992, J. Erdman, „Droga do Ostrej Bramy" 1984). Nie ma podstaw do przypuszczeń, że ta współpraca w wileńskim okręgu AK przedstawiała się o wiele inaczej, co potwierdza szereg źródeł. O tym jak ugoda działała w praktyce pisał dr Jerzy Turonek w swojej źródłowej pracy, a także Józef Mackiewicz i Tadeusz Konwicki. Turonek opisuje jak kompromisowa propozycja Christiansena umożliwiła polskiej stronie odbieranie broni od Niemców bez formalnego z nimi kontaktu:

Christiansen (szef. Abwehry w Wilnie)... zaproponował postępowanie, które nie naruszając zasadniczej postawy AK pozwoliłoby na zaopatrywanie oddziałów polskich w broń, amunicję i inne wyposażenie bojowe. Według relacji Jerzego Dobrzańskiego, uczestnika tych rozmów, postępowanie to polegać miało na rozrzuceniu przez Niemców w terenie szeregu magazynów z potrzebnym zaopatrzeniem, słabo strzeżonych, na które oddziały akowskie za cichą zgodą Wehrmachtu mogłyby napadać i zdobywać ekwipunek. To jednostronne stanowisko niemieckie było wystarczające dla realizacji tego przedsięwzięcia — trudno było bowiem wzgardzić potrzebną bronią, która nieomal sama wpadała w ręce. W ten sposób układ formalny zastąpiony został kamuflażem, który uwarunkował powojenne kontrowersje wokół sytuacji oddziałów akowskich na Białorusi w ostatniej fazie okupacji.

Istotnie wiosną 1944 r. nie atakowane przez Niemców oddziały dokonały szeregu napadów na ich posterunki i magazyny, trudno jednak o jednoznaczną ocenę w jakiej mierze były to działania autentyczne, a w jakiej inspirowane przez Abwehrę. Na tę drugą okoliczność wskazuje fakt, że oprócz zdobywanej w ten sposób broni pewne jej ilości były przez Niemców w różny sposób podrzucane do rejonów działania oddziałów akowskich (...). W ten sposób Niemcy uzupełniali stan uzbrojenia oddziałów nowogródzkich, a w okręgu wileńskim por. Gracjana Fróga (Szczerbca) i por. Zygmunta Szendzielarza (Łupaszki). („Białoruś pod okupacją niemiecką", 1989, s. 137).

Obok projektodawcy Christiansena, niemieckim dygnitarzem, który odegrał kluczową rolę w zaopatrywaniu Polaków w broń, był już wymieniony Gebietskommissar Wilna-Land Horst Wulff. O tej jego roli wspomina dobrze poinformowany Józef Mackiewicz („Nie trzeba głośno mówić", s. 328). Także wskazuje na to fakt, że Sowiety specjalnie domagały się od Polaków zastrzelenia Wulffa (Fikus s. 62) i właśnie Wulff poniósł konsekwencje zbrojenia Polaków (o czym niżej).

Jak pisze Turonek, o niemieckiej pomocy dla AK powszechnie na Wileńszczyźnie wiedziano, lecz nie wypadało o niej mówić — okoliczność, która dała Józefowi Mackiewiczowi asumpt do zatytułowania swej znanej książki „Nie trzeba głośno mówić". Pisał w niej Mackiewicz:

... wszyscy naturalnie słyszeli. Sowieckie radio trąbi, a Litwini nasi strasznie sobaczą (...) Na razie jest układ. Niemcy dają nam broń po cichu, nazywa się że my ją zdobywamy, i nie ruszają. W zamian chcą, żebyśmy przepędzili partyzantkę sowiecką. Jak spotyka się nasz oddział z żandarmami na drodze, to jedni patrzą w jedną stronę, a drudzy w drugą i mijają się jak te lale (...) w zamian za oczyszczenie powiatu z bolszewików (...) Szpitale nasze w lesie pobudowane i czerwony krzyż nad barakiem (...) i stąd transporty broni dla nas. A broń jest najważniejsza. (ss. 327-8).

Mackiewicz rzeczywiście „wiedział jak trawa rośnie". On jest jedynym pisarzem, który zwrócił uwagę na niezadowolenie Litwinów ze zbrojenia Polaków i napisał o istnieniu akowskich leśnych szpitali.
Inny pisarz, Tadeusz Konwicki, który w oddziale AK walczył z bolszewikami aż do wiosny 1945, pisze o współpracy AK z Niemcami:

Pertraktowali z Niemcami, udawali ważniaków administrując całymi powiatami, bo Niemcy byli szczęśliwi, że dróg komunikacyjnych nie ruszają. A taki Łupaszko to nawet poszedł z Niemcami za Niemen („Rojsty", s. 50).
Najwięcej jest danych właśnie o legendarnym dowódcy V Brygady Łupaszce, mjrze Zygmuncie Szendzielarzu. Nowogródzki komendant płk Szulc (Janusz Prawdzic Szlaski), który ze swego stanowiska niewątpliwie miał dobre rozeznanie, pisze:

...jest mi wiadome, że V Brygada Wileńska (d-ca Łupaszko) od początku swego istnienia współpracowała z Niemcami, a w czasie odwrotu Niemców odeszła na zachód (s. 215).

A w innym miejscu:

Łupaszko wraz ze swoją grupą razem z Niemcami odszedł na zachód. Był to oddział, który współpracował z Niemcami („Nowogródczyzna w walce", s. 149).

Szendzielarz był w doskonałej komitywie z Niemcami. Gdy raz niechcący policja aresztowała go w Wilnie, Niemcy uraczyli go świetną kolacją, dali przepustkę i 100 marek na drogę (E. Banasikowski, „Na zew ziemi wileńskiej", 1988, s. 95).

Dwaj następni pisarze podkreślają odmowę Szendzielarza wykonania rozkazu Wilka do akcji na Wilno. Jan Erdman pisze:

Łupaszka nie wierzył w możliwość współpracy z Sowietami. Patrolowi, który przywiózł rozkaz o natarciu zapowiedział, że rozkazu nie wykona, pod Wilno nie pójdzie, natomiast udaje się na zachód (Op. cit. s. 326).

R. K. Żebryk:

Patrol Ronina (L. Wojciechowskiego, d-cy IV Bryg. AK — ZAS) wrócił z meldunkiem, że dowódca 5 Brygady (Szendzielarz — ZAS) oświadczył, iż żadnych rozkazów Komendy Okręgu Wileńskiego AK wykonywać nie będzie i że natychmiast wyrusza z Suderwy (wieś, 16 km NW od Wilna — ZAS) na zachód (Op. cit., s. 155).

Niemało uwagi poświęcają Szendzielarzowi także jego wrogowie, kierownicy sowieckiego podziemia na Białorusi. Iwan Frołowicz Klimow, b. komisarz kulturalno-oświatowy w Wilnie, a podczas niemieckiej okupacji sekretarz podziemnego komitetu kompartii wilejskiej obłasti (przedwojenne woj. wileńskie, minus Wilno i okolice przekazane Litwie) mówił w rozmowie z białoruskim historykiem, że Łupaszka był zmorą jego życia i zadał najcięższe straty sowieckiej partyzantce na jego terytorium (rozmowa autora z historykiem w 1989 r.). Cenne wyróżnienie ze strony wroga.

Naczelnik sowieckiego Białoruskiego Sztabu Partyzanckiego, Piotr Zacharowicz Kalinin poświęcił akowskiej party-zantce współpracującej z Niemcami i Łupaszce sporo miejsca w swoich wspomnieniach22. Kalinin pisze:

W   ręce   naszych   wywiadowców  wpadły   dokumenty,   które przekonywająco świadczyły o ścisłych związkach polskich kapitalistycznych nacjonalistów z hitlerowcami, włącznie z SD (...) Centralny Komitet KP(b)B nakazał wilejskiemu, brzeskiemu i baranowickiemu podziemnym obkomom i rajkomom partii wszelkimi sposobami zdemaskować wobec ludności związki polskich kapitalistycznych nacjonalistów z hitlerowcami, usiłując rozbić stworzone przez nich „drużyny"23 (...) W płd.- zachodnich rejonach wilejskiej obłasti szczególnie czynnie działała kapitalistyczno-nacjonalistyczna banda na czele z Łupieszko (ss. 316-7).

Z przydługiego tekstu Kalinina wynika, że wojskowe sukcesy Łupaszki były oparte na szerokim poparciu ludności, które on potrafił sobie zapewnić przez dobre jej traktowanie i płacenie za usługi. Wg. Kalinina Łupaszko rozgłaszał, że pieniądze którymi płacił nie pochodziły od Niemców, lecz że jego brygada sama je drukowała.

Natomiast Kalinin twierdzi iż upewnił się, że ani Łupaszko ani wileński okręg AK (zwany w sowieckiej terminologii Wilenskij Podpolnyj Centr) nie rozporządzały maszynami do drukowania banknotów, skąd on wnioskuje że pieniądze pochodziły od Niemców. Żadne źródło nie wspomina o produkowaniu banknotów gdziekolwiek w okręgu.

Kalinin z pewnością chętnie przedstawiłby Łupaszkę jako okrutnika, ale widocznie tak brakowało mu pretekstów, że jedyny zarzut jaki mu stawia w tej dziedzinie to egzekucja Mroczkowskiego 12.1.44. Z tego co Fikus i Szyłeyko piszą o nim, nie jest zupełnie jasne czy Mroczkowski rzeczywiście był zdrajcą i jaka była przyczyna jego śmierci. W każdym razie był to nieciekawy typ: przed wojną zawodowy podoficer zdegradowany za nadużycia, w partyzantce przechodził ze strony na stronę. Sowiety go emablowały. Gdyby podziemie nie miało na sumieniu nic gorszego niż taki Mroczkowski, byłoby jeszcze pół biedy. Praktyka Lupaszki zjednywania ludności nie była powszechnie stosowana w AK, jak to widać z „Rojstów" Konwickiego i z niektórych wzmianek u Erdmana i Szyłeyki.

Łupaszka tak doskwierał podległym Kalininowi oddziałom, że jego sztab publikował i rozpowszechniał specjalne ulotki skierowane przeciwko Lupaszce, przedstawiające go jako gestapowca.

Historyczna rola drugiego wspomnianego przez Turonka brygadiera, kpt. Gracjana Fróga, ps. Szczerbiec, d-cy III Bryg. AK, rozpoczęła się w ten sposób, że podczas jego wyprawy po broń, bolszewicy napadli na bazę i wyrżnęli wszystkich, starych, chorych i dzieci. Zemsta była naturalną reakcją Fróga.
Wiadomo z innych źródeł, że nowogródzki komendant po otrzymaniu rozkazu zaprzestania współpracy z Niemcami24 pozbawił dowództwa tylko jednego ze swoich współpracujących podkomendnych. Widocznie analogiczna sytuacja powstała i w wileńskim okręgu, gdyż na początku r. 1944 Wilk zdecydował pozbawić Fróga dowództwa, lecz przebiegły brygadier zorganizował „sowiet" własnych oddanych mu żołnierzy, który objął władzę i aresztował sztabowych zupaków przybyłych w celu detronizacji, a następnie wykonał szereg napadów na litewskie wsie w sąsiedztwie. W oczach Wilka niszczenie Litwinów stanowiło wysoką zasługę, uznał więc te wyczyny za wystarczającą rehabilitację i Fróga na dowództwie brygady zatwierdził. Był to jeden z barwniejszych incydentów w historii wileńskiej AK (Tarka, ss. 70, 71).

Komitywa Fróga z Niemcami była tak dobra, że właśnie on wprowadzał niemiecką delegację na rozmowy z Wilkiem w litewskiej restauracji Valgis w Wilnie25, chociaż Niemcy naturalnie nie potrzebowali przewodnika do takiego lokalu w dobrze im już znanym mieście. W odróżnieniu od Szendzielarza, Fróg ze swoją brygadą wziął udział w akcji na Wilno. Nie uchroniło go to jednak przed zemstą za uprzednią działalność z rąk polskich władz komunistycznych. Obaj brygadierzy, Szendzielarz i Fróg ponieśli śmierć w PRLu26.

Jeszcze jedna niezidentyfikowana brygada współpracowała z Niemcami w płd.-wsch. części okręgu. Pan J.S., naukowiec w Polsce a ówczesny mieszkaniec pow. mołodeczniańskiego, mówił mi w Londynie w r. 1990:
Wiosną 1944 r. działał w naszych stronach polski oddział, z orzełkami i biało-czerwonymi opaskami — a więc z pewnością należący do Armii Krajowej. Zupełnie jawnie współpracował on z Niemcami i był zajęty zwalczaniem sowieckich partyzantów.

Walka z Sowietami — okupantami Polski przez następne dziesiątki lat, była chwalebną kartą w historii wileń-skiej AK, była to dobra walka, i przeważnie zwycięska. Nie zakończyła się ona z kapitulacją Wilka latem 1944, lecz bohatersko trwała jeszcze wiele miesięcy, nawet po oficjalnym rozwiązaniu AK27. A to, że w poprzednim okresie była ona prowadzona przy niemieckiej pomocy, nie stanowi żadnej ujmy, gdyż korzystanie z niemieckiej pomocy leżało u podłoża niepodległej Polski. Nie tylko jedyną siłą zbrojną jaką świeżo odrodzone państwo rozporządzało była odziedziczona po Beselerze Polnische Wehrmacht, ale dzięki niemieckiej okupacji Białorusi polska państwowość uzyskała możliwość okrzepnięcia przez pierwszych parę miesięcy swego istnienia, bez ingerencji bolszewickiej Rosji, i w ten sposób uniknęła wojny domowej, jaka gnębiła np. Finlandię, która podobnego zbawczego niemieckiego kordonu sanitarnego nie posiadała.

Także na mocy umowy z Ober-Ostem zawartej 5.2.1919 w Białymstoku, Polska otrzymała prawo pierwokupu na broń, amunicję i zaopatrzenie pozostawione przez ewakuujących się ze wschodu Niemców28, co walnie przyczyniło się do uzbrojenia polskiej armii do właśnie rozpoczynającej się wojny z bolszewikami.

Koncesje terytorialne

O skuteczności walki uzbrojonych przez Niemców akowskich oddziałów z sowiecką partyzantką, obok już przytoczonych danych, świadczy także reakcja niemiecka, mianowicie dążenie do wzmocnienia polskich oddziałów przez koncesje terytorialne na Białorusi. Reakcja taka mogła oznaczać jedynie wysoki stopień zadowolenia z walk akowskich oddziałów przeciwko Sowietom. Koncesje te były dwóch rodzajów. Pierwsza miała najwyraźniej na celu powiększenie liczebności wojsk AK, mianowicie zarządzając 23.2.44 mobilizację do Białoruskiej Krajowej Obrony, von Gottberg wyłączył z niej cały administracyjny okręg (Kreis) lidzki oraz części okręgów wilejskiego i głębockiego, pozostawiając je do dyspozycji Armii Krajowej, która skorzystała z niemieckiej oferty, przeprowadziła pobór na tych terenach i zwiększyła wydatnie swoją liczebność29.

Drugim rodzajem była koncesja ściśle terytorialna, tj. usunięcie się Niemców z niektórych terenów i oddanie ich w ręce AK. Już u Konwickiego czytaliśmy o administrowaniu całych powiatów przez AK, a Turonek pisze o tym bardziej szczegółowo i cytuje własną akowską dokumentację:

Szczególna sytuacja zaistniała pod tym względem w okręgu lidzkim (należącym częściowo do wileńskiego okr. AK — ZAS), w którym na początku 1944 r. niemiecka administracja okupacyjna praktycznie biorąc wycofała się z gmin, ograniczając się do miast i ochrony środków komunikacyjnych. Interesujące potwierdzenie i uzupełnienie cytowanej relacji Mackiewicza przynosi akowskie sprawozdanie sytuacyjne z województwa nowogródzkiego za luty-marzec 1944 (Turonek s. 137).

Dalej „Sprawozdanie sytuacyjne AK":

Na przełomie 1943/44 r. wytworzyła się sytuacja, w której szereg powiatów ziemi nowogródzkiej jest właściwie całkowicie w ręku polskim. Niemcy widząc aktywność przeciwbolszewicką wojska polskiego wykorzystali to dla celów swego bezpieczeństwa. Nie zaczepiają oddziałów polskich, ofiarowują im nawet w wielu wypadkach pomoc. Sprawia to, rzecz jasna, zamęt w poglądach politycznych społeczeństwa polskiego i może przynieść poważne szkody w sensie propagandowym i politycznym (...) Powiat szczuczyński wchodzi w skład Gebietskommissariatu lidzkiego... jest skrawkiem RP, na którym miejscowe władze niemieckie okazują maksimum zrozumienia i tolerancji w stosunku do zorganizowanego i uzbrojonego społeczeństwa polskiego. Powiat szczuczyński przypomina tereny Bobrujska i Żłobina z czasów Dowbora-Muśnickiego. Władza niemiecka ogranicza się do miasteczek, czerwonych zaś — do drugiej strony Niemna. Oddziały polskie przeprowadzają regularny pobór kilku roczników — sołtysi doręczają formalne imienne karty powołania... Co niedziela, co święto jest msza polowa w środku wsi z kazaniem (...) Składa się na to oczywiście nie tylko przychylna postawa ludności, ale i tolerancyjna postawa Niemców. Niemcy zwolnili ze Szczuczyna 9 chłopców z więzienia, mówiąc im, że odzyskają wolność, jeżeli przystaną do „białych".

Niewątpliwie takie same stosunki można było znaleźć i w innych częściach tejże Białorusi, gdzie AK współpracowała z Niemcami, tj. także w wileńskim okręgu.

Akcja na Wilno

Wspólne z Sowietami zdobywanie Wilna latem 1944, znane pod kryptonimem „Ostra Brama", zakończyło główną współpracę AK z Niemcami. Autorem koncepcji tej akcji był oderwany od rzeczywistości płk Maciej Kalenkiewicz. Akcja ta stała w kompletnej sprzeczności z rozkazem na ewentualność wkroczenia Sowietów, wydanym jeszcze przez gen. Sikorskiego. Zastępca szefa jego sztabu płk Mitkiewicz depeszował 19.11.41 do gen. Roweckiego:

Naczelny Wódz stoi na stanowisku, że w tym wypadku (klęski Niemiec — ZAS) wkroczenie Armii Czerwonej musi się, jako akt wrogi, spotkać ze zbrojnym oporem z naszej strony, celem podkreślenia wobec świata naszych wyłącznych praw do zabezpieczenia własnego kraju. W związku z tym Naczelny Wódz daje Panu Generałowi następujące wytyczne, szczególnie ważne ze względów politycznych: (1) Opór zbrojny musi być zaznaczony możliwie silnie na linii granicy polsko-sowieckiej z lipca 1939 r. (2) Ważnym będzie aby dalej w głębi rejony Wilna i Lwowa mogły się bronią przez dłuższy czas nawet w odosobnieniu („AK w dok.", t. VI, 1989, s. 213).

Plan wysunięty przez Kalenkiewicza był diametralnie sprzeczny w stosunku do tych założeń gen. Sikorskiego, lecz komendant Wilk nieopatrznie podjął się wykonania go. Jednak wojsko wileńskie planu nie poparło i z 16 tysięcy żołnierzy pod bronią (Erdman, s. 317) jakimi rozporządzały okręgi wileński i nowogródzki połączone w jeden obszar pod dowództwem Wilka, tylko 5,5 tysiąca („PSZ" t. III, s. 611) tj. jedna trzecia, dokładnie 34,4 %, wzięła udział w tej akcji na Wilno. Niektóre oddziały rzeczywiście nie mogły zdążyć, ale większość tych które nie wzięły udziału ociągała się przed współpracą z sowiecką armią i odmówiła wprost lub pod różnymi pretekstami zbrojnego pomagania Sowietom (Erdman s. 325).

Jednak współpraca AK z Niemcami nie ustawała nawet „za pięć dwunasta". Do głównej koncentracji wojsk do akcji na Wilno AK wykorzystała tereny na południe od miasta, podarowane jej przez Niemców. Nazywało się, że był to obszar wywalczony przez AK na stałe. Uzgodnienie koncentracji z Niemcami widać z faktu, że ani wojsko Wilka nie atakowało Niemców, ani nie było przez Niemców atakowane, co wywołało zdumienie bystrzejszych obserwatorów30.

Wehrmacht do ostatniej chwili nie wierzył, że uzbrojeni przez nich Polacy zwrócą się przeciwko nim i chciał ich użyć do obrony ufortyfikowanego Wilna przed bolszewikami31. Kiedy AK jednak stanęła do walki po sowieckiej stronie, obawy Hitlera okazały się uzasadnione i Gebietskommissar Wilna-Land Horst Wulff został rozstrzelany przez SS za dostarczanie Polakom broni (Brzozowski, s. 108).

Jak wiadomo współpraca z Sowietami w akcji wileńskiej doprowadziła w ciągu kilku dni do likwidacji siły zbrojnej obszaru AK, budowanej pieczołowicie przez pięć lat.

Wilk posłał lekko uzbrojonych i nie posiadających bitewnego doświadczenia partyzantów na ufortyfikowane pozycje. Natarcie wnet się załamało (Żebryk, s. 241), ale 150 akowców poległo. Ten polski wysiłek nie odegrał w bitwie najmniejszej roli: na 20 stronach niemieckiego dziennika obrony Wilna zajmuje on 5 linijek (Żebryk, ss. 475-494), tj. 0,7%, czyli jedną stoczterdziestą, i poza polskimi źródłami nikt o polskim uczestnictwie w zdobywaniu Wilna nie wspomina. Tragiczne ofiary zostały zmarnowane, a po aresztowaniu dowódców wojsko (poza nielicznymi wyjątkami) rozbiegło się lub poddało się Sowietom. Wojsko akowskie więc wyraźnie „głosowało nogami" (jak Lenin powiedział przy innej okazji), przeciwko akcji na Wilno u boku Sowietów.

Wnioski

Zwycięstwo Niemiec na wschodnim froncie leżało w interesie Polski i już najwyższy czas żeby przestać uważać za czarne owce tych, którzy starali się do tego zwycięstwa przyłożyć rękę.

Wileńska AK współpracowała z Niemcami w szeregu dziedzin, najistotniejsza z nich była współpraca wojskowa, która umożliwiła AK prowadzenie walki z sowieckimi siłami — nowymi okupantami Polski.

Inne operacje AK były mniej udane i raczej nosiły piętno katastrof. Pisał mój szkolny kolega, żołnierz AK J.Z. Szyłeyko:

Nie udał się eksperyment Kmicica, nie udały się operacje Burza i Ostra Brama (trzeba dodać, że nie udała się także operacja Wachlarz — ZAS). Ponieśliśmy klęskę, w rezultacie której kilka tysięcy żołnierzy wileńskich brygad partyzanckich poniosło śmierć w sowieckich łagrach i więzieniach. A kiedy pomnożyć tę klęskę przez ból, cierpienia i męczeństwo tysięcy innych, urasta (to) do znacznie większych rozmiarów („Lepsza strona czasu", s. 221).

Wobec tych klęsk, walka z sowiecką partyzantką we współpracy z Niemcami była właściwie jedyną udaną operacją wileńskiej Armii Krajowej.

30 IV 1994, Zdzisław A. Siemaszko. Zeszyty Historyczne,110/1994. Paryż.


Przypisy
1.    „Emisariusz Jur", 1984, ss. 110-111, cytuję za Kazimierzem Zamorskim, Puls 34/1987 s. 61.

2.    L. Mitkiewicz, „Z gen. Sikorskim na obczyźnie", 1968, ss. 150-151, 157, 175 i nast.

3.    J. Turonek, „Białoruś pod okupacją niemiecką", Warszawa 1989. Postępowanie tych wielkorządców było zgodne z tradycją z I wojny, kiedy to dowódca X armii niemieckiej w Mińsku gen. Erich von Falkenhayn przyjaźnie ustosunkował się do rozwoju niepodległej Białorusi, głównie pod wpływem Romana Skirmunta oraz Magdaleny i Mikołaja Radziwiłłów.

4.  Zagadnienie to dyskutuje prof. Sukiennicki, Kultura 3/1962 s. 125 i  nast.

5.  K.   Juchniewicz,   „Polacy   w   radzieckim   ruchu   oporu",   1975, ss. 302-3.

6.  E.H. Cookridge, „Gehlen", 1972, W. Strik-Strikfeldt, „Against Stalin and Hitler", 1970.

7. H. Pasierbska, „Wileńska Golgota", 1993, ss. 64-65. Pasierbska podaje co prawda tekst domniemanego wyroku AK  na Jerzego Orłowskiego, który jednak nie wzbudza zaufania i wygląda raczej na apokryf. W każdym razie, jeżeli nawet wyrok na J.O. istniał, to go z pewnością nie wykonano.

8.  J.Z. Szyłeyko, „Lepsza strona czasu", 1992, ss. 38, 65-6.

9.  R.K. Żebryk, „Operacja wileńska AK", 1985, ss. 111 i 215.

10.J. Erdman, „Droga do Ostrej Bramy", 1984, s. 321, Z.S. Brzozowski, „Litwa-Wilno 1910-1945", 1987, s. 150.

11.  Listy Eugeniusza Swianiewicza (b. dziennikarza w Kurierze Wileńskim),   Barbary   Toporskiej-Mackiewiczowej   i   Stanisławy   Gortyńskiej (sławnej dywersantki AK, ps. Komarowa), Oświadczenie T. Jurgielewiczowej dla OKO.

12.  Wiadomo o trzech Wandach Piłsudskich w tym pokoleniu, mianowicie córce marszałka, która wówczas przebywała w Londynie, jego bratanicy, córce Kazimierza, zamężnej, Pawłowskiej, i naszej sąsiadce, córce nie spokrewnionego blisko z marszałkiem Kaliksta z maj. Mosarz. Nie jest jasne czy ta pracująca w Gońcu to była Kazimierzówna lub Kalikstówna, czy też jakaś inna W. P.

13. S. Piasecki, „Dla honoru Organizacji", 1964, ss. 26, 50 i in. Mimo powieściowej formy książka ta stanowi pierwszorzędny materiał historyczny. Poza tym w tej części. wykorzystałem opublikowane prace Bronisława Krzyżanowskiego, Zdz. Szyłeyki, J. Urbankiewicza oraz nie opublikowane prace J. Dobrżańskiego i Z. Fedorowicza. Wbrew twierdzeniu E. Banasikowskiego („Na zew", s. 153) żaden z wyroków o których  tu mowa nie był ogłaszany w Niepodległości, ani gdzie indziej.

14.  A. Jędrychowska,  „Zygzakiem i po prostu",   1965, ss. 317-330, Trybuna Ludu za  r. 1949;   D.   Fikus,   „Pseudonim  Łupaszka",   1988, s. 149.

15.  K. Tarka, „Komendant Wilk", 1990.

16.  W. Korabiewicz, „Pokusy", 1986, s. 171.

17.  Gen.   Rowecki  od  samego  początku  powtarzał,   że  gruntowne osłabienie obu okupantów jest conditio sine qua non jakiejkolwiek akcji zbrojnej AK. Jednak to osłabienie nie nastąpiło i stąd wynikła rażąca dysproporcja, którą najlepiej ilustruje porównanie sił zaangażowanych w bitwie o Wilno, Niemcy: 17,5 tyś. żołnierzy, 270 dział, 48 moździerzy, 110 czołgów i wozów bojowych na niewielkim solidnie umocnionym Fester Platz plus kilka kluczy podległego lotnictwa (Żebryk, s. 193), Sowiety: trzy armie plus zmechanizowany korpus, łącznie 210 tyś. ludzi, (Żebryk s.421), Polska: 5,5 tyś. ludzi („PSZ", t.III, s.611), bez artylerii, broni panc., lotnictwa, bez żadnych środków dowodzenia w walce (łączności).

18.  „W r. 1943 współpraca pomiędzy polskimi a sowieckimi oddziałami stała się praktycznie niemożliwa" — D. Fikus, s. 51.

19.  K. Tarka, Op. cit., ss.66-7.

20.  A. Kokociński w:  Z.S.  Brzozowski,  „Wilno-Litwa  1910-1945", 1987, s. 151.

21. Jak poważny był brak broni w okręgu widać z tego, że jego egzekutywa — w epoce stania z bronią u nogi jedyny strzelający oddział — była zaopatrzona w archaiczną zardzewiałą i nie działającą broń i amunicję. J. Urbankiewicz, „Szabla zardzewiała", 1991, s. 124.

22.  „Partizanskaja riespublika", Mińsk 1968, s. 316 i nast.

23.  Wg. sowieckiego zapatrywania, ponieważ akowskie podziemie nie walczyło z Niemcami, nie przysługiwał mu zaszczytny tytuł partyzanckiego. Stąd oddziały AK nazywano nie oddziałami partyzanckimi, lecz drużynami, a ich członków drużynnikami lub, częściej — legionerami.

24. Odnosi się wrażenie, że KG AK jedną ręką aprobowała współpracę z Niemcami, a drugą jej zakazywała. Zapoznawszy się z metodą pracy ówczesnego Szefa Sztabu KG gen. Tadeusza Pełczyńskiego w jego londyńskim okresie, nie uważam jednoczesnego istnienia takich jego rozkazów ani za niemożliwe ani za absurdalne, bowiem Pełczyńskiego cechowała skłonność do kazuistyki i umiejętność jej stosowania.

25.  K. Tarka, op. cit., s. 67.

26.  E. Banasikowski, op. cit., s. 1.

27.  T.Konwicki, „Rojsty", „Stenograficzeskij otczot" procesu 16-tu w Moskwie,   1945,  List  Ł.  Berii  do J.W.  Stalina   10.12.44, Zesz.  Hist., 107/94 ss. 116, 117.

28.  A. Deruga, „Polityka wschodnia...", 1969 s. 171 i nast.

29.  J. Turonek, Op. cit., ss. 136, 138.

30. B. Wiaderny, „Paweł Jasienica", 1991, s. 70.

31. R.K. Żebryk, Op. cit., s. 161 i nast. Hipoteza Żebryka, iż Wehrmacht naprawdę nie zamierzał Wilna bronić i chciał AK wpuścić do fortecy tylko w tym celu żeby na nich zwalić winę za oddanie jej Sowietom, to czysta fantazja, choćby w świetle tego jak zaciekle Wehrmacht Wilna bronił: z załogi 17,5 tyś. jedynie 3 tyś. żywych żoł-nierzy wyszło z oblężenia (Żebryk, s. 378), tj., straty wynosiły 83%.

Poprawiony: Niedziela, 26 maja 2013