…Za uczciwego polityka uważam tylko takiego, który w swojej publicznej działalności przyznaje się do popełnionych błędów, koryguje swoje tezy w miarę narastania wiadomości i doświadczenia zaczerpniętego z rzeczywistości. Józef Mackiewicz. Prawda w oczy nie kole, 2002

25 kwietnia br. bliżej nieznane mi biuro (polityczne?) przysłało opatrzone pieczęcią, ale bez podpisu, pismo elektroniczne, informujące, iż będzie mi łaskawie pozwolono 27 kwietnia wejść do Domu Polskiego w Wilnie, ale tylko po uprzednim nadrukowaniu powyższego pisma i okazaniu jego przy wejściu na galę 35. lecia działalności. Mimo utajnienia na czyją cześć będzie się odbywało galowanie i licznych błędów w moim imieniu i nazwisku ze stylu zaprosin nie bez trudu udało się jednak ustalić, iż chodzi tu o tzw. Związek Polaków na Litwie i moją skromną osobę

Ale na tym „miłe” niespodzianki się nie skończyły. 27 kwietnia będąc w odległych Šiauliai, niespodzianie się dowiedziałem, że przed chwilą zostało ogłoszone, że jednocześnie jestem i w Wilnie na gali w Domu Polskim (sic!). A jeszcze po kilku dniach – na własne oczy ze zdziwieniem przeczytałem w propagandowej agitce Akcji Wyborczej „Tygodniku Wileńszczyzny“, wydawanej za środki kancelarii prezesa rady ministrów RP Donalda Tuska, iż „wniosłem ogromny wkład w powstanie Domu Polskiego w Wilnie“.
I to wszystko po ćwierć wieku oczerniania, szelmowania, prowokacji, utrudniania życia najbliższym mi osobom i przyjacielem, pisania złośliwych donosów i prób fizycznej rozprawy – raptem, bez przeprosin i wstydu, w charakterystycznym dla judaszowskiego pocałunku stylu, V. Tomaševski ogłosił, iż „wniosłem ogromny wkład“.
Ten judaszowski pocałunek Tomaševskiego, jak mnie się zdaje, najwyraźniej świadczy, iż sytuacja sie pogarsza, a społeczne poparcie dla niego i otaczających go kur., na których on polega, maleje. I rajskie życie bez odpowiedzialności za poczynania - może niebawem się skończyć.
O ile jeszcze niedawno zmasakrowanemu informacyjnym terrorem środowisku widocznie wystarczało stwierdzenia „wodza“, że nie ważne jak i co, byle by było o nas głośno, o tyle dziś zaczyna widocznie docierać doń spostrzeżenie Ignacego Krasickiego, iż dlatego „[...]dzwon głośny. Bo wewnątrz jest próżny”.
Wszystko więc wskazuje na to, iż „lider” partii, Związku i opiekun wszystkich innych „polskich” organizacji społecznych oraz, poprzez podwójnego szwagra (po żonach i przyjaciółkach), również koordynator poczynań polonii światowej i europejskiej, przygotowuje się do nowego propagandowego wcielenia się w postać wielkiego spadkobiercy i kontynuatora wszystkiego, co „dobre, bo polskie”, najwyraźniej nie ograniczając się do naszych czasów i naszych skromnych postaci. Nasilające się propagowanie postaci Piłsudskiego i dokonanej na jego wskazanie okupacji części naszego kraju oraz gloryfikowanie złowrogich poczynań piłsudczyków na okupowanych terenach na łamach „Czerwonego Sztandaru – Kuriera Wileńskiego” i partyjnej agitki „Tygodnika Wileńszczyzny”, wydawanych na środki kancelarii prezesa rady ministrów RP Donalda Tuska, świadczą, iż ma on widocznie zamiar ogłosić siebie spadkobiercą i kontynuatorem również piłsudczyzny. A dobrze poinformowane źródła donoszą, iż jakoby M. Mackevič już uzgadnia miejsce ustanowienia, jeszcze za życia, jego popiersia w „alei zasłużonych” w Zułowie.
Niestety są pewne formalne i moralne problemy, stojące na przeszkodzie do natychmiastowego rozpoczęcia propagowania obrazu wielkiego spadkobiercy i kontynuatora. Bowiem spadkobiercą może stać się tylko ta osoba fizyczne lub prawna, na którą spadek przechodzi. Do kategorii spadek, jak wiadomo, nie odnosi się mienie czy idee zdobyte siłą, gwałtem, na bandyckie czy złodziejskie sposoby bez zgody spadkobierco dawcy. A tym bardziej nie można być kontynuatorem w ogóle, a tylko konkretnego dzieła lub określonego sposobu myślenia, czym się za okres minionego ćwierć wieku powyższy osobnik nigdy się nie wykazał. W załączeniu zamieszczamy zdjęcie, na którym widzimy jedną z historycznych chwil w procesie przejmowania spadku siłą przez Z. Balceviča i jego otoczenie dla V. Tomaševskiego i jego partii.
Mówiąc o sposobie przejmowania Związku, jako łupu dla partii, warto odnotować, iż w roku 2018 litewskie pismo „Respublika” opublikowało listę osób, podejrzanych o współpracę z KGB, tym samym w decydującym stopniu wyjaśniając co się tak naprawdę działo wokół Związku Polaków na Litwie i pisma „Nasza gazeta”.
Na tej obszernej liście widzimy imiona i nazwiska Vladislava Tomaševskiego (ojca), Z. Balceviča, który przy Sowietach koordynował w Wilnie z ramienia miejskiego komitetu partii działalność sowieckich organów represji, w tym KGB, a później w przeddzień ogłoszenia Niepodległości kierował wydawaniem pisma „Czerwony Sztandar” i zgodnie z opinią, zawartą w książce Tadeusza Konwickiego robił z naszymi duszami to, „[…]co hitlerowcy robili z organizmami biologicznymi więźniów”. Jest tam też i Č. Okinčic, adwokat z czasów sowieckich, który przez ponad 16 lat był albo bezpośrednio obok czy tuż nad Tomaševskim, zachwalał działalność jego partii, publicznie zachęcał ambasadora Rosji do wspólnych politycznych działań, które do dziś są prowadzone pod hasłem „Вместе мы сила”, przedstawiał Tomaševskiego do nagród i włączał do państwowej delegacji na najwyższym szczeblu pod przewodnictwem V. Adamkusa.
Na powyższej liście jest też imię znanego z czasów sowieckich adwokata K. Moteki, który pomagał przejąć imię i mienie Związku i gazety, a które w wyniku były oddane pod rządy partii.
Co ciekawe, iż mimo upływu 6 lat od opublikowania powyższej listy - ani Z. Balcevič, ani Č. Okinčic, ani K. Moteka (zmarł w roku 2021), posiadający wykształcenie prawnicze i bogate doświadczenie z udziału w procesach sądowych, jak dotychczas nie odważyli się wystąpić do sądu w obronie własnego dobrego imienia, aby dowieść, że treść publikacja nie odpowiada prawdzie i że oni z KGB nie współpracowali.
Ten wzorzysty obraz – kto z kim i dokąd – został dodatkowo uwypuklony po wyborze Tomaševskiego do Europarlamentu, gdy z jego osobistej decyzji kierownikiem jego sztabu doradców został zawodowy major KGB Balakin, będący wtedy na utrzymaniu Moskwy, a który później przez następnie cztery lata „godnie reprezentował „Polaków” w stołecznej radzie samorządowej z listy wyborczej V. Tomaševskiego.
Będąc przy temacie przejmowania siłą imienia i mienia Związek Polaków na Litwie oraz jego pisma w celu przekazania ich na potrzeby partii, zapoczątkowanego nieudaną próbą zamieszczenia w roku 1999 w jubileuszowym 400 numerze „Naszej gazety” kompromitującej publikacji, zawierającej wybitnie moskiewskie oceny działalności NATO, w wykonaniu Z. Balceviča i Roberta Mickeviča, obecnego redaktora „Czerwonego Sztandaru – Kuriera Wileńskiego”, warto zaznaczyć, iż za kilka lat do tych wydarzeń Ustawą Nr.VIII-823 z dnia 30 czerwca 1998 roku Sejm Republiki Litewskiej uznał KGB za organizacją przestępczą.
Powyższe i nie tylko jednoznacznie wskazuje, że taka organizacja społeczna, jak Związek Polaków na Litwie, faktycznie już dawno nie istnieje. Ten urodzony kaleką jeszcze w czasach sowieckich za zgodą sowieckich służb twór wraz z inną, litewskojęzyczną „Vilniją”, najwyraźniej został powołany do budowania anty obywatelskich postaw, murów podziałów i niezgody, zgodnie z wytyczoną i propagowaną na łamach „Czerwonego Sztandaru” linią w przeddzień ogłoszenia przez Litwę Niepodległości. A dlatego nasza pierwsza próba zmiany kierunku działania i oczyszczenia organizacji była, jak się okazało, zawczasu skazana na porażkę.
Została więc siłą przejęta i przekazana właściwym gospodarzom, aż legła pod partią i oddała ducha w trakcie aktu gwałtu. Zresztą jak i wszystkie inne „polskie” organizacje. Wypadałoby więc trupa po prostu i po ludzku pochować, zapalić świeczkę i postawić kropkę, zamiast organizować gale i bale. Bo nie pochowany przez ćwierć wieku trup organizacji upowszechnia trujący odór, tym bardziej gdy jego imię jest nadal wykorzystywane jedynie do różnych prowokacji i akcji, na wzór prowokacyjnych pochodów przez centrum Wilna „na modły do Ostrej Bramy”, inicjowanych przez partię oraz do zbierania środków na potrzeby Tomaševskiego, ułatwiając jemu manipulowanie środowiskiem polskojęzycznych Litwinów.
Wart odnotowania też fakt, że powyższa centralna propagandowa impreza partii w postaci prowokacyjnego pochodu ze sztandarami Polski przez Wilno, organizowana w roku wyborów rzekomo przez Związek Polaków, też wyraźne świeci „słońcem ze wschodu”, a jego inicjatorami i organizatorami byli wychowankowie Moskwy – ambasador Polski Janusz Skolimowski, wychowanek Moskiewskiego Instytutu Sowieckiej Dyplomacji, on też wykładowca w Akademii Spraw Wewnętrznych PRL oraz osobisty sekretarz Edwarda Gierka, niejednokrotnie wzmiankowany w polskiej prasie, jako agent polskiej filii sowieckiego KGB. I Michal Mackevič, prawie lat dwudzieści kierujący Związkiem po tym, jak ten ostatni został przejęty siłą, legł pod partią i oddał ducha w trakcie aktu gwałtu, a wcześniej – sekretarz partyjnego komitetu „Czerwonego Sztandaru”, który za kilka lat do ogłoszenia Niepodległości Litwy zniknął w Moskwie, gdzie jakoby się kształcił czy w Moskiewskiej Szkole KGB czy Akademii Politycznej przy CK KPZR. Ale ponieważ ten okres swego życia utajnił, nawet będąc posłem na Sejm RL – tak do końca nie bardzo wiadome, co on robił przez długie lata w Moskwie. Pewnie jeszcze i dziś czyniłby pozory dowodzenia nie istniejącym Związkiem, ale na szczęście, jak podawała polska prasa, na przeszkodzie stanęła pazerność i podrabianie rachunków za otrzymywane dotacje.
Zresztą nie jest żadną tajemnicą, iż ta świńsko – nierycerska impreza, odbywająca się pod sztandarami Polski z udziałem jej ambasadora, budzi szczególną niechęć i niesmak wśród Litwinów, dystansując ich od nas, polskojęzycznych Litwinów, i kształtując w ich świadomości nasz obraz zgodnie z zamysłem organizatorów podobnych prowokacyjnych imprez - jako piątą kolumnę Polski. Tym samym spychając nas w getto tomaševskich i pod wpływy Polski, by móc nadal dzielić i rządzić oraz prać pieniądze na „pomoc biednym rodakom”, którymi nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy.
I te uczucie niechęci, przenoszone na nas wszystkich, jest głęboko ludzkie i zrozumiałe, za co w imieniu własnym szczerze i serdecznie ich przepraszam.
Nie jest bowiem przyjęte w cywilizowanym świecie, aby były okupant organizował na byłych pod okupację terytoriach podobne akcje, tym bardziej, że wśród Litwinów jest jeszcze żywa pamięć, kiedy to pod sztandarem Polski w okupowanym Wilnie i na przylegających terenach trwał terror i wyrafinowane prześladowanie każdego, kto na swojej ojczystej litewskiej ziemi nie taił, że jest Litwinem, że kocha i szanuje swój język, kulturę oraz tradycje swego narodu, i że chce te tradycje przekazać swoim dzieciom i wnukom. Nie uszły pamięci i druków fakty licznych bezpodstawnych aresztowań nauczycieli języka litewskiego i innych działaczy na rzecz kultury litewskiej i przetrzymywania ich w obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej, wzniesionego na podobieństwo wzorcowego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Dachau, wykorzystywanego do izolowania politycznych przeciwników reżimu nazistowskiego, duchownych i Żydów.
Szczególnie masowo takich bez sądu i śledztwa łapanek dokonano na nauczycielach języka litewskiego w pierwszych dnia wojny we wrześniu 1939 roku. Z obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej i sadystycznych męczarni „wyzwoliła” ich dopiero armia sowiecka w ramach realizacji sławetnego paktu Ribbentropa – Mołotowa.
Zostanie jak na razie bez odpowiedzi tylko jedno delikatne pytanie – dlaczego obecny ambasador Polski Konstanty Radziwiłł idzie w ślady i kontynuuje „dzieło” wychowanków Moskwy – Skolimowskiego i Mackeviča – z inicjatywy własnej, PiS daje jemu takie wytyczne czy też tradycyjnie nieżyczliwy narodom Wielkiego Księstwa Litewskiego Radek Sikorski? Miejmy nadzieję, iż czas odpowie i na powyższe pytanie.

***

Patrząc w pewnym stopniu ze strony i przy wyłączonym dźwięku na te rozdawane na lewo i na prawo judaszowskie pocałunki, na opłacane przez rząd Polski Donalda Tuska podskoki, błazeństwa, prowokacje i nisko próbne niekończące spektakle bałwochwalstwa szat nagiego króla, nie trudno przy podrygach tej mizerii porównawczo dostrzec wielkość takich postaci, których wydała ziemia litewska, jak Jagiełło, Witold Wielki, Jerzy Giedroyć, Józef Mackiewicz i wielu, wielu innych.
I na koniec prorocze myśli i wnioski Jerzego Giedroycia sprzed 30 laty – stosunek Polski „[…]do sąsiadujących z nami narodów: pełen pogardy, wyniosłości i niewiedzy. Niepodległa Ukraina jest dla naszej przyszłości ważniejsza niż przystąpienie do NATO. Bo bez Ukrainy Rosja nigdy nie będzie państwem imperialnym. Tymczasem społeczeństwo polskie prezentuje światu, gdzie może, antyukraińskie fobie. Jest to zanik instynktu państwowego.”
Te same fobie prezentuje Polska i wobec Litwy, mimo że wszystko, co dziś posiada, zawdzięcza historycznej Litwie. I nie widać tam na najbliższym horyzoncie działaczy, którzy mogliby się wyłupić z grubej skorupy anegdotycznej koncepcji „słoń a sprawa polska” i dostrzec inny świat oraz współczesne tendencje, a tym bardziej usłyszeć „[…]głos z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła”.

Ryšard Maceikianec.

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com