Niedokonany rachunek sumienia. O wpływie niedawnej przeszłości na teraźniejszość Drukuj
Autor: Ryšard Maceikianec   
Wtorek, 04 marca 2014

W maju ub. roku w dziale „Biblioteka” zamieściliśmy broszurę Piotra Kownackiego „Gdyby dziadek żył…”, wydaną w roku 1940. Obserwując jednak aktualne wydarzenia - doszliśmy do wniosku, iż do tematu warto wrócić w szerszym zakresie i przypomnieć, że tuż po wydaniu  broszury P. Kownackiego w tym samym roku 1940 ukazało się inne, bardziej obszerne wydanie pt. „Rachunek sumienia. Kilka słów o naszej niedawnej przeszłości”, autorstwa nieznanego w Wilnie  Bolesława Niemczyka. Wtedy jednak uważano, iż autorem „Rachunku sumienia” jest również P. Kownacki, współpracownik pisma „Dziennik Wileński”. Jednak  późniejsze publikacje i dyskusje wykazały, iż autorem tej drugiej broszury jest Tadeusz Seweryn  Pizło, polonista wileński.

Obie ww. broszury dotyczyły tego samego tematu – rządów Piłsudskiego i piłsudczyzny w okresie międzywojennym, a kończyły się podobną konkluzją – obowiązku pociągnięcia piłsudczyków  do odpowiedzialności  moralnej i karnej za demoralizowanie społeczeństwa  i niezliczone przestępstwa kryminalne, wierząc, iż w ten sposób można będzie zapobiec, aby podobne zjawiska w przyszłej Polsce nigdy się nie powtórzyły.

Obie publikacje wywołały w  Wilnie i Kownie burzę. Różniły się między sobą jedynie tonem i formą wypowiedzi – o ile P. Kownacki przedstawił problem w formie politycznej dyskusji, o tyle T. Pizło - nie przebierał w słowach.

Zresztą w takiej ocenie międzywojennych polskich rządów powyżsi autorzy  nie byli odosobnieni. Pisał o tym wcześniej Józef Mackiewicz w „Buncie rojstów”, podobne czy analogiczne oceny, wystawione rządzącym ówczesną Polską znajdujemy w wydanych po wojnie na emigracji „Wojnie i sezonie” Michała Kryspina Pawlikowskiego,  „Wieku męskim” Wiktora Trościanki, „Życiu na wulkanie” Mariana Święcickiego  i w wielu innych oraz w niezliczonych publikacjach prasowych.

Co więcej, nawet piłsudczyk, redaktor wileńskiego „Słowa”  Stanisław Mackiewicz (Cat) również rzucił oskarżenie piłsudczyźnie: (…)”Bo przecież te ustawiczne spontaniczne hołdy, wysyłane z naszych miasteczek, i mniej już spontaniczne sprawozdania w subwencjonowanej prasie, dają fałszywy obraz, najniebezpieczniejsze fałszowanie orientacji rządzącym, a przez to i niebezpieczeństwo dla państwa.
Bunt rojstów z politycznego, prawnego punktu widzenia należy nazwać jednym wielkim oskarżeniem, rzuconym administracji Ziem Wschodnich. Oskarżeniem o co? Oskarżenie o fikcję. Cała robota wasza, panowie - to jedna wielka fikcja, to ów powierzchowny pokost wapienny, którym kazaliście malować ściany chat, zwrócone ku gościńcowi lub drodze, którą a nuż może przejechać pan premier Składkowski. Fikcja ! Jedna wielka fikcja!

Książkę Bunt rojstów powinni czytać ci, co jej właśnie nie przeczytają, nie dlatego, aby nie mieli czasu, lecz dlatego, że są tak przekonani o wyższości własnego rozumu i trafności własnych ocen i spostrzeżeń. Nigdy nie zapomnę tego dyskretnego uśmieszku wyższości, który się przesunął na ustach pewnego miarodajnego dygnitarza, gdy mu próbowałem coś wytłumaczyć w sprawie litewskiej, o której on miał takie właśnie pojęcie, jak ja o połowie sardynek na Morzu Śródziemnym. Ale cóż! On decydował, a nie ja, chociaż tu mieszkać nie będzie, a konsekwencje jego polityki litewskiej obciążą mnie i dzieci moje…” („Słowo” 1938, nr 37.)

Za podobne oceny zapłacił zresztą Cat  siedemnastodniowym pobytem  w roku 1938 w polskim obozie koncentracyjnym, Berezie Kartuskiej, otwartym w uzgodnieniu z J. Piłsudskim, a wzorowanym na hitlerowskim obozie Dachau, gdzie rzucano niepokornych reżymowi bez śledztwa i sądu.  Nawet wtedy, kiedy się rozpoczęła wojna, obóz i prześladowania trwały.  Jak na ironię losu  ponad półtora tysiąca  sadystycznie katowanych więźniów z powyższego obozu  wyzwoliły wojska sowieckie, które wraz z hitlerowcami  realizowały przestępczy układ Ribbentrop – Mołotow.

Broszury są też niezbitym dowodem, iż w celu pozostania „przy korycie” piłsudczycy szeroko korzystano również z haseł nacjonalistycznych i antysemickich.

W świeżo wydanej książce Janusz Korwin Mikke przypomina, iż (…)”po śmierci Piłsudskiego jak Polska długa i szeroka wznoszono toasty - a w niektórych kościołach odbyły się nawet msze dziękczynne (!!!). Przecież to w Krakowie właśnie abp metropolita krakowski Adam Sapieha zabronił pochować „czerwonego bandytę spod Bezdan i bezbożnika” (Piłsudski był formalnie protestantem, bo mało wiadomo o jego rekonwersji - w rzeczywistości ateistą) na Wawelu - i dopiero ówczesny mini¬ster spraw wewnętrznych (też Czerwony Bandyta!), płk Walery Sławek, zagroził Prymasowi Polski, ks. Augustowi kard. Hlondowi, że jeśli ciało Piłsudskiego nie znajdzie się na Wawelu, to on weźmie wszystkich kleryków do wojska”...
I stwierdza, iż (…) „nie da się obalić mitu Piłsudskiego, póki Polacy nie uświadomią sobie, że Józefa Piłsudskiego w ogóle nie było pod Warszawą podczas słynnej bitwy warszawskiej! Że Józef Piłsudski oświadczył, iż wojna jest przegrana, złożył naczelne dowództwo na ręce Wincentego Witosa, pod¬pisał otrzymanie słynnego rozkazu (wydanego przez śp. gen. Tadeusza Rozwadowskiego), po czym... wyjechał na Podhale pożegnać się z rodziną i wrócił po bitwie...
A dopóki nie obalimy mitu Piłsudskiego, to Czerwoni zawsze będą mówić: „Socjalizm to dobra rzecz! Taki Piłsudski - przez 40 lat działacz PPS, potem przywódca PPS-Frakcja Rewolucyjna..
.
(…)Jest zdumiewające, że AW„S” (Akcja Wyborcza „Solidarność”, przyp. red.) jako swój wzór i model przyjęła właśnie sanację i Piłsudskiego. Wszystkie przemówienia działaczy AW„S” (i SLD zresztą też...) aż ociekały Piłsudskim...
I oto model „S”, podobnie jak sanacja, poniósł klęskę. Stał się znienawidzony...”

I się dziwi, że (…)”koło Historii dokonało pół obrotu: dzisiejsi „narodowcy” czczą Józefa Piłsudskiego - najbardziej przez siebie znienawidzonego polityka przedwojennej Polski! A ultrakatolickie Radio Maryja najwyraźniej czci protestanta bądź bezwyznaniowca.  (…) A Polacy, zamiast przy okazji potępić wzorzec, według którego „S” budowała  Polskę - czyli piłsudczyznę - nadal kochają Piłsudskiego!” (Janusz Korwin Mikke. Historia według Korwina. W-wa, 2014).

Można sobie przedstawić, jakież by dopiero było zdziwienie autora „Historii według Korwina”, gdyby zobaczył, jak to obecnie w Wilnie i Zułowie, zgodne biją pokłony piłsudczyźnie księża katoliccy, wychowankowie moskiewskich uczelni i działacze byłych sowieckich placówek ideologicznych oraz cała partyjno – kołchozowa nomenklatura! Wyraźnie widać,  iż nie będąc w stanie sięgnąć do innych, wyższych wartości, sięgają po te najniższe, aby się upodobać się swojemu elektoratowi, który przez nich samych do przyjęcia takiego poziomu wartości został przygotowany.

Niestety, sugestie autorów broszur o potrzebie dokonania po wojnie rozliczeń nie zostały spełnione, rachunek sumienia się nie odbył, a przestępcy moralni i kryminalni, ukrywający się pod „legionową” legendą nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Wojenne i powojenne wyniszczenie inteligencji, sowiecka okupacja i  następne  legendy „bohaterskiej AK”( gdzie się znalazła  część piłsudczyków), „mężnej Solidarności” pozwoliły piłsudczykom , ich sympatykom oraz ich potomkom, żyjącym, w odróżnieniu od innych narodów europejskich,  w świetle ciągłych „legend”, zamazać w pamięci ludzkiej obowiązek rozliczenia się wobec społeczeństwa i historii. Co więcej - z udziałem postsowieckiej maszyny propagandowej i postsowieckich służb w warunkach zaniechania procesów lustracji i de sowietyzacji udało się w świadomości obecnie żyjących, i szczególnie naszej  młodzieży, wszczepić opinię, iż był to okres dobrobytu, sprawiedliwości, wysokiej kultury i  masowych bezinteresownych patriotycznych postaw  wśród rządzących, mimo że  w okresie międzywojennym piłsudczyzna na Ziemi Wileńskiej występowała w najbardziej wynaturzonej formie.

To właśnie tu, w naszej Ojczyźnie,  na okupowanym w wyniku akcji Żeligowskiego terenie (…)”władze w Warszawie ani przysyłani przez nie urzędnicy  nic dla regionów północno-wschodnich nie zrobią, bo nie dostrzegają ich swoistych wartości, widząc tylko ciemnotę, ubóstwo i zacofanie cywilizacyjne. Nie podejmują jednak żadnych kroków, żeby zmienić ten stan rzeczy. Regiony północno-wschodnie traktowane są niemal jak kolonie: metropolia żąda od nich zapłaty podatków, dostarczenia rekruta, przemysłowi umożliwia czerpanie taniej siły roboczej i surowców, urzędnikom pozwala na samowolę, której nie tolerowano by gdzie indziej”…( Andrzej Stanisław Kowalczyk. Reporter byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego w „Józef Mackiewicz i krytycy”. Antologia tekstów pod redakcją Marka Zybury. LTW, Łomianki 2009).

Jak zaznacza autor „Rachunku sumienia” – (…)”nie działo się też dobrze małym ludziom w Polsce za rządów piłsudczyzny. Była to „arystokracja”, która zgóry spoglądała na „motłoch” i mało doń czuła zaufania. Ich naród miał milczeć, słuchać i płacić podatki. Na dobrą sprawę odebrano ludziom wszystkie swobody i prawa obywatelskie. Parlamentaryzm i wybory zmieniono w farsę; chłopom odebrano prawo głosowania do senatu, które nadał im zaborca; zniesiono ustanowione przez zaborcę sądy przysięgłych.”

Niezaprzeczalnym faktem jest, iż pod Wilnem  „za polskich czasów” żyło się znacznie gorzej  niż za poprzedzających czasów carskich - na przedwiośniu wielu przymierało z głodu, zapałek rozłupywało się na cztery części, a o policyjne prześladowanie  było o wiele łatwiej.

A władza tymczasem bezkarnie piła, hulała, nadużywała i robiła „dowcipki”. A wobec niepokornych na pogotowiu była Bereza Kartuska, „nieznani sprawcy” i metody otwartej rozprawy na wzór zastosowanych wobec Stanisława Cywińskiego, doktora filozofii Uniwersytetu Stefana Batorego, na którym rozpoczęty przez piłsudczyków akt mordu sfinalizowali sowieccy siepacze.

(…)„Serce rosło, a jednocześnie płonęło ze wstydu, gdy się patrzyło, jak się Litwini zakrzątnęli przy podnoszeniu rolnictwa na Wileńszczyźnie w r. 1939. W ciągu ośmiu miesięcy zdążono powymieniać ziarno siewne, pud za pud zdziczałe z ubogich kłosków na „niemieckie” (tak je nazywali nasi chłopi, i nie wiem, czy pochodziło to stąd, że Litwa zakupywała ziarno siewne z pruskich stacji doświadczalnych, czy też za sprawą oporów psychicznych, zawiści i niechęci (…)

Agronom litewski przez dwa dni w tygodniu objeżdżał gospodarstwo po gospodarstwie, badał ziemię, taksował bydło, radził, kalkulował, pisał wnioski o przyznawanie kredytów na nawozy, na budulec, na narzędzia, na inwentarz. Weterynarz wiejski na motocyklu stał się postacią równie złączoną z krajobrazem tygodnia co ksiądz i nauczyciel.

Poza tym od razu zorganizowano punkty skupu nabiału, dogodnie bliskie, z cenami o grosze niższymi od rynkowych, co dało wreszcie chłopom łatwy dopływ gotówki, uniezależniony od odległości od miasta, od straty za dowóz, „dzikie” kształtowanie się cen, kwaśnienie mleka w bańkach i butelkach, roztapianie się masła w szmatkach pod słomą. To wszystko były rzeczy dziecinnie proste, niekosztowne a rentowne, a jednak administracja polska nie mogła się na nie zdobyć przez lat dwadzieścia!” (Barbara Toporka. Polityka polska wobec Białorusinów.)

***
I można  by było nam do tych tematów nie wracać, gdyby nie to, że wysiłkiem oficjalnej Polski na Litwie, w terenie zamieszkania Litewskich Polaków, poprzez odpowiednich działaczy i struktury, odbywa się animowanie atmosfery i ideologii piłsudczyzny. Współczesne oparcie się na  byłych działaczach sowiecko – kołchozowej nomenklatury i „kadrach” sowieckich represji,  osobach o przestępczej przeszłości i wywodzących się z pijackiego lumpenproletariatu, stanowi  jednoznaczny  i nieukrywany powrót  do tamtych skompromitowanych wzorów rządzenia, do  bezideowej „ideologii ”  …”piłsudczyzny: „ideologia” posadki, pensyjki, fundusiku, protekcyjki, krócej - pełnego koryta” dla rodziny i najbliższego otoczenia bez posiadania jakichkolwiek  kwalifikacji czy moralnych predyspozycji. Brzmi to szczególnie obrzydliwie, gdy oni, naśladując piłsudczyznę,  publicznie twierdzą  o swojej „wysokiej kompetencji i uczciwości”.

Żeby przekonać do tej hałastry od ponad 10 lat prowadzi się ogłupiająca propaganda, iż jest ona rzekomo „najlepsza, rzeczywista, niezwykle patriotyczna, walcząca o należne prawa”  itp., chociaż jest to jeszcze jeden przykład  piłsudczykowskiej farsy i fikcji w XXI wieku.
Jeżeli na podpisanie koalicyjnej umowy z aktualnie rządzącymi postkomunistami przybywa „lider” z bratem i szwagrem, a Litewskich Polaków w stołecznym samorządzie z „polskiej listy”  „reprezentuje” zawodowy, z czasów sowieckich, major KGB, wcale  nie „Polak – katolik”, oraz setki innych przykładów świadczą, iż jest to jeszcze jedna wielka fikcja, oparta na najgorszym z możliwych układzie, pozwalającym na dokonywania wewnętrznej okupacji wyizolowanej grupy ludności i powoływanie fałszywej reprezentacji.

I dlatego tylko ślepy i głuchy może nie dostrzec upiorów przeszłości realnie zaistniałych od kilkunastu lat w naszym współczesnym życiu w XXI wieku, gdy się odczytuje oceny wydane działaniom piłsudczyzny  po przewrocie majowym 1926 roku i się je przymierzy do aktualnej rzeczywistości: (…)„ogłupiali się sami i zagłuszali głos rozsądku krzykliwą reklamą, trąbiąc wciąż te same fałsze i absurdy, a tracąc coraz to bezwzględniej kontakt z rzeczywistością, którą naginali i przystosowywali do swego „credo”. Co im było nie na rękę, to dla nich nie istniało, widzieli tylko to, co im dogadzało, a czego żadne zdrowe oko dopatrzeć się nie mogło. Słowem, a raczej kłamliwym, pustym, czczym frazesem zasłaniali swe występki i zbrodnie; napuszoną gadaniną zastępowali realne czyny. Stąd lubowanie się w uroczystościach, „świętach”, defiladach, paradach, akademjach, obchodach, poświęceniach i „przecięciach wstęg”, w patetycznych mówkach, pełnych przesady i blagi.
Każdy kilometr drogi, każdy drewniany  mostek,   przerzucony   przez potok, każda setka położonych podkładów kolejowych, każda szkoła   powszechna,   każda z nieskończonego szeregu rocznic rozmaitych bitew i potyczek, każdy zjazd legjonistów czy peowiaków, każdy nowy sztandar strzelecki, każde imieniny „wielkiego męża” dawały im sposobność do autoreklamiarskich wiwatów,   powinszowań   i  zachwytów  nad  wspaniałemi „osiągnięciami” ich rządów
(…).
Pojęcia „prawicy”, „lewicy” mają walor w polityce; piłsudczyzna nie miała nic wspólnego z  polityką. Była, raz jeszcze, błazeńską fikcją i kryminalnym występkiem. Tkwiła w moralnem błocie, w niedorozwoju duchowym i umysłowym głęboko poniżej pozio¬mu wszelkiej polityki”.

Jak wtedy tak i dziś nie istnieje na naszym terenie swoboda słowa, swoboda zrzeszania się, swoboda wyboru oraz dostęp do informacji. Jak wtedy tak i dziś ogłupiają się sami i zagłuszają „głos rozsądku krzykliwą reklamą, trąbiąc wciąż te same fałsze i absurdy”.
A każdy, kto sprzeciwia się temu systemowi – jest prześladowany i publicznie szelmowany.

Co więcej – już w roku 2000 doznaliśmy typowego, wzorowanego na  piłsudczyźnie,  napadu  „nieznanych sprawców”, kiedy to sprzęt, archiwa i mienie redakcji „Naszej Gazety” – „Naszego Czasu” oraz Związku poddano rabunkowi i dewastacji tylko za to, iż wyrażaliśmy inne, nie stadne oceny działalności politycznej organizacji, nie tolerowaliśmy i daliśmy się wciągnąć do  przestępczej działalności warszawskiej „Wspólnoty”.

Ten przestępczy nocny  napad oraz następny „zjazd” w maju 2000 roku,  jak też  kolejne bezprawne postępowanie z udziałem oficjalnej Polski wobec broniących konstytucyjnego prawa do obywatelskich swobód,   przy cichym  poparciu Partii Konserwatystów Litwy był, bez wątpienia,  mini powtórką majowego przewrotu z roku 1926 i współczesnym skrętem w kierunku fikcji, bezprawia i atmosfery rządów piłsudczyzny.

Nie budzi dziś wątpliwości, iż tak szerokie zaangażowanie się postsowieckich struktur z Litwy i z Polski w zwalczanie i szelmowanie nielicznej grupy osób, broniącej wśród Litewskich Polaków konstytucyjnego prawa  do wolności wyboru i swobody słowa, stanowi niezbity dowód, iż po raz pierwszy w historii współczesnej Litwy – brnąc poprzez błędy i ślepe zaułki – wychodziliśmy na właściwą drogę współbudowania swojej Ojczyzny, przestając być siłą destrukcyjną. I to ich widocznie szczególnie niepokoiło?

Jakiej to skali i wagi była operacja, wystarczy wymienić tylko  nazwiska tych, którzy otwarcie w tym czy innym stopniu zaangażowali się po stronie napastujących – Adamkus, Kubilius, Balcevič, Motieka, a także Kwaśniewski, który najbardziej agresywnym wręczył ordery, Stelmachowski, jak również  Komarowski i Sikorski, wtedy jeszcze w randze wiceministrów  oraz wielu innych. Nie licząc tych, co wspierali zza kulis. To, co litewskie społeczeństwo zaczyna dostrzegać dopiero dziś, my widzieliśmy na własne oczy i odczuliśmy na własnej skórze już w końcówce XX wieku.

A ponieważ „nieznani sprawcy” jak też otwarcie napastujący nie zostali dotychczas, jak i piłsudczyzna, pociągnięci do odpowiedzialności karnej lub co najmniej moralnej - mogą więc dziś nadal siać postrach, wprowadzać destrukcję, demoralizować i kryminalizować lokalne społeczeństwo, bezkarnie ograniczać obywatelskie  swobody i prawa. A jednocześnie stając się milionerami  kosztem zubożanego społeczeństwa i na zasadzie  „łapać złodzieja” - głośno krzyczeć na cały świat, iż na  terenie ich urągających ludzkiej godności  rządów Litewscy Polacy są rzekomo prześladowani przez …Litwinów.

Wyraźnie widać,  iż w wyniku nierozliczonego „majowego przewrotu” A.D. 2000 „rządy dusz” wśród Litewskich Polaków znalazły się w ręku ludzi o najniższych instynktach, a do ogłupiania wątpiących czy niepokornych były i są szeroko wykorzystano postsowieckie środki masowego przekazu.  I te same hasła, których użyto do zarzutów wobec autorów ww. broszur, krytykujących piłsudczyznę – o potrzebie, ponad wszystko, jedności wobec zagrożeń i wroga.

O ile w czasie ukazania się broszur trwała wojna i taki argument mógł mieć pewne uzasadnienie, to w marcu – maju 2000 roku żadnych realnych wrogów w Wilnie nie było. Świadczyło to jedynie o dobrym splanowaniu rozprawy z opornymi z uwzględnieniem stanu świadomości Litewskich Polaków oraz możliwie o znajomości treści ww. broszur.

I o ile w roku 1940 T. Pizło odpierał ataki „…że teraz nie pora na tego rodzaju porachunki, w tych ciężkich czasach trzeba się jednoczyć pod hasłem zgody narodowej. Owszem - zgoda i współpraca wszystkich uczciwych ludzi - całą duszą podpisuję się pod tem. Ale zgoda z bakterją, która strawiła nasz państwowy organizm ? Zgoda z tyfusiastą wszą, która nas zaraziła  - oby nie śmiertelnie! -  i  jeszcze na naszym pół-trupie żeruje? Zgoda z szajką przestępców, którzy nas uciskali i grabili przez szereg lat, a wreszcie doprowadzili do zupełnej ruiny? - Nie, taka zgoda - to samobójczy brak instynktu samozachowawczego i woli życia. Właśnie naodwrót - teraz jest czas do rozpoczęcia radykalnej kuracji,  - im prędzej, tem lepiej…” – to w roku 2000 nikt już nie pamiętał tamtych namiętnych dyskusji,  nie wiedział o istnieniu ww. broszur i tak ostrej retoryki we obronie prawa i ludzkiej godności nie odważył się nawet używać.

Szczególną szkodę Litewskim Polakom niesie dziś  propagandowe oraz różne  praktyczne  poczynania, w celu ugruntowywanie z udziałem oficjalnej Polski i jej środków masowego przekazu opinii, iż wszyscy Litewscy Polacy stanowią dosłownie „piątą kolumnę” Polski na swojej Ojczyźnie, Litwie, że wbrew posiadanemu obywatelstwu i Konstytucji Litwy należą do „narodu polskiego”, i że  jakoby warszawscy politycy mają nasze upoważnienie decydować o tym, co dla nas jest potrzebne i co jest dla nas najważniejsze.  W wyniku Litewscy Polacy całkowicie tracą własną podmiotowość, osobowość i perspektywę, uzyskując opinię grupy ludności, której nie można zaufać, od której, na wzór tzw. „lidera”, można oczekiwać jedynie konfliktów, nieporozumień, dwulicowej bezideowości i kłamliwych oświadczeń.

***
Dlatego zamieszczając w naszej Bibliotece Wileńskiej pełną w oryginalnej pisowni treść broszury Bolesława Niemczyka (Tadeusza Seweryna  Pizło) „Rachunek sumienia. Kilka słów o naszej niedawnej przeszłości” obok publikacji „Gdyby dziadek żył…” Piotra Kownackiego - chcemy przypomnieć jak tak naprawdę  było przy Piłsudskim i rządach piłsudczyzny, abyśmy mogli zrozumieć cały fałsz tej farsy ze współczesnym nawracaniem do tamtych czasów, z ustawianiem pomników i tablic pamiątkowych, składaniem kwiatów i manifestacji „patriotycznych postaw”, i mówek przy Rossie.

Szczególnie niepokojącym zjawiskiem są próby podstępnego przemycania z udziałem krajowych polityków i historyków ideologii piłsudczyzny do dalszej przyszłości pod hasłem, iż rzekomo Piłsudski (?!) mógłby być symbolem pojednania Litwinów, Litewskich Polaków i Polaków.

A czyż nie jest to wyraźną oznaką powrotu do piłsudczyzny, której nie powinno być w naszym współczesnym życiu, kiedy to D. Tusk nieproszony przybywa do Wilna, stolicy Litwy, w okresie międzywojennym okupowanym przez Polskę, i w kościele św. Teresy z antykatolicka prowadzi kampanię wyborczą, potęgując napięcia na tle narodowościowym, malując tym samym w najgorszych kolorach obraz Litewskich Polaków?

Jest to też bez wątpienia niespotykany we współczesnym świecie przykład arogancji  oraz braku elementarnej dyplomacji, w którym nie sposób nie dostrzec odblasków sławetnej żeligowskiady, w wykonaniu piłsudczyków z roku 1920.
Ani Tusk, ani Komarowski, ani Sikorski – powtórzmy jeszcze raz za Catem -  (…)„tu mieszkać nie będzie, a konsekwencje jego polityki litewskiej obciążą mnie i dzieci moje”…

I ten, pożal się Boże, żenujący poziom zachowania się i kultury , wyraźnie zaczerpnięty z okresu piłsudczyzny, które w swoim czasie Wilnianin Józef Mackiewicz, występując w obronie napastowanego a bezbronnego  innego Wilnianina - Władysława Studnickiego, określił  jako „świńsko – nierycerskie”.

A co oznaczają i czemu służą coroczne  pochody  przez serce Wilna z setkami dostarczonych z Polski sztandarów państwowych pod przywództwem  wychowanków Moskwy – ambasadora Polski i miejscowego  wychowanka moskiewskich uczelni, który zresztą skrzętnie ukrywa swoją przeszłość?

Rzekomo jest to imitacja obchodów Dnia Flagi Rzeczypospolitej Polskiej oraz Polonii i Polaków za granicą, świąt ustalonych przez stosowne instytucje w Polsce, ale obchodzone tylko i wyłącznie w jedynym miejscu na świecie – w Wilnie. Nie w Warszawie, nie w Berlinie, Pradze, Kijowie, Mińsku czy Nowym Jorku?! Z udziałem spędzanych i zwożonych na siłę Litewskich Polaków, nie wyłączając uczniów szkół i wychowanków przedszkoli.

Czyż można to inaczej odczytać, jako pogróżkę, prowokację i przypomnienie o byłej okupacji tych terenów, jak budowanie napięcia i niezgody, jak wyraz piłsudczykowskiej dwulicowości przy jednoczesnych wymówkach o bezpodstawnym i nieuzasadnionym uczuleniu Litwinów?

W roku 2010 czterech młodych Ukraińców zamierzało poprzez tereny Polski na rowerach z flaga Ukrainy udać się do Niemiec, w celu złożenia kwiatów na grobie swego bohatera narodowego Stepana Bandery, który przez całe swoje życie walczył o niepodległość Ukrainy: w okresie międzywojennym z Polską, która otrzymała Zachodnią Ukrainę w wyniku podziału całości z bolszewikami zgodnie z Traktatem Ryskim, za co większość czasu spędził w polskich więzieniach; nie uległ Sowietom w czasie pierwszej okupacji całej Ukrainy – więc najbliższa jego rodzina została wymordowana bądź zesłana do łagrów; sprzeciwił się hitlerowskim ideom inkorporacji Ukrainy, a dlatego okres od stycznia 1942 roku do września 1944 roku spędził w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen; po wyjściu z obozu koncentracyjnego pozostał na Zachodzie, nadal prowadząc działalność, skierowaną na propagowanie idei niepodległej Ukrainy, za co na osobiste polecenie Chruszczowa w roku 1959  został zamordowany w Monachium przez agenta KGB Bohdana Staszyńskiego…

Kilka prywatnych osób na rowerach, omijając stolicę Polski, Warszawę, z jedną flagą Ukrainy – a jaki był szum i rwetes! Uczestników młodzieżowej grupy  rowerowej do Polski oczywiście nie wpuszczono, a wizy im anulowano już na polskiej granicy…

Na Litwę  dla odmiany oficjalna Polska za pośrednictwem ambasady dostarcza setki jeśli nie tysiące sztandarów i proporczyków swego państwa i z nimi pod kierunkiem ambasadora Polski w stolicy Litwy,   Wilnie, urządza prowokacyjne pochody…

jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy – to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy?

***
Niewysączająca znajomość własnej historii, a szczególnie niechęć wyjścia poza utarte slogany jest słabością Polski, jej historyków i polityków, co, niestety, wyjątkowe niekorzystnie odbija się na stosunkach z sąsiednimi państwami, a w szczególności - gdy chodzi o aktualnie państwa mniejsze, wobec których jest wyraźnie preferowana dyplomacja  „świńsko – nierycerska”. Nie jest dziełem przypadku, iż właśnie Jerzy Giedroyc, któremu trudno by było zarzucić nieobiektywność, szczególnie ostro sprzeciwiał się wypadom Polski przeciwko Ukrainie, Białorusi i Litwie, podkreślając, iż „[h]istoria Polski jest jedną z najbardziej zakłamanych historii jakie znam”. Zakłamanie oznacza dla niego uleganie stereotypom i mitom narodowym, rozmyślne pomijanie w historiografii tematów dla nas nieprzyjemnych, polonocentryzm: „słoń i sprawa polska”. (Jan Pomorski. Historiografia i pamięć. Myśl historyczna Jerzego Giedrojcia w  „Ostatni obywatele Wielkiego Księstwa Litewskiego”. Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej, Lublin 2005.

Zresztą dobitnym przykładem powierzchownej znajomości historii swego kraju, mylenia historycznych kategorii i pojęć była inicjatywa kandydującego na stanowisko prezydenta Bronisława Komarowskiego (historyka z zawodu)  ustawienia pomnika rzekomym Rosjanom, którzy niosąc do Europy  bolszewicką ideologię i „wolność” zginęli w roku 1920 w bitwie pod Warszawą. Miało to jakoby być znakiem dla Rosji, świadczącym  o zmianie polityki Polski wobec tego kraju na bardziej przyjazną.

Na szczęście mieszkańcy Ossowa, gdzie miał stanąć pomnik, nie są pozbawieni autentycznej pamięci historycznej, i dlatego ostro się temu sprzeciwili, twierdząc iż nie pozwolą, aby na ich małej ojczyźnie ustawiano pomniki  gwałcicielom, zabójcom i grabieżcom.

Z kolei kilka niezależnych historyków przypomniało,  m. innymi powołując się na dzieło Wilnianina Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, iż pomnik  Rosjanom rzeczywiście się należy, ale nie bolszewickim bojcam o nieznanej narodowości, którzy krwawo zaznaczyli się w czasie pochodu na „Arszawu”, ale tym 60 tysiącom Rosjan, którzy byli w pierwszych i najbardziej mężnych szeregach obrońców Polski i Europy w bitwie pod Warszawą i nad Niemnem, i na pewno wykończyliby ostatecznie bolszewików, gdyby Piłsudski nie powstrzymał ofensywy, a następnie, po umowie z bolszewikami, nie wydalił tych bohaterów poza granice Polski.

Ale ponieważ B. Komorowskiemu widocznie chodziło akurat o pomnik dla bolszewików, a nie dla autentycznych Rosjan, których męstwo i przelana krew możliwie uratowały Polskę przed bolszewicką niewolą już w roku 1920, temat został zdjęty z porządku dziennego, pozostawiając dla następnych pokoleń jeszcze jeden fakt  próby zakłamania oraz jeszcze jeden niespełniony obowiązek naprawienia krzywdy i wykazania się wyrazem historycznej wdzięczności dla obrońców świata przez zarazą komunizmu.

***

Ale jaką drogą zechce pójść Polska - kreować i w zaparte upowszechniać u siebie farsę piłsudczyzny, czy też pójdzie drogą poszukiwania historycznej prawdy - od nas wcale nie zależy.
Natomiast wyjaśnienie zaistniałego niebezpieczeństwa i wyrażenie swego sprzeciwu wobec powrotów do przedwojennych metod postępowania i prowadzenia działalności na wzór  BBWR, Ozonu czy komunizującego Związku Nauczycielstwa Polskiego na naszej Ojczyźnie - leży w pierwszoplanowym  naszym obowiązku. To Litewscy Polacy przede wszystkim powinni stanąć w obronie Litwy i jej dobrego imienia, przeciwko ponownemu upowszechnianiu na jej terytorium  niebezpiecznej dla przyszłości państwa ideologii piłsudczyzny i wdrążaniu zatęchłej  atmosfery tamtego okresu. Czas najwyższy rozliczyć piłsudczyznę w jej historycznym i współczesnym wydaniu wobec historii co najmniej tu u siebie, w Wilnie, aby takie upiory przeszłości nigdy więcej nie mogły powracać.

Warto też przypomnieć, iż w wieku XIX i nawet na początku weku XX wśród polskojęzycznej ludności Litwy było silne zakorzenione poczucie odrębności, ona nie identyfikowała się z „koroniarzami” i postulatami politycznymi elit Królestwa Polskiego. Niestety, zdaniem Tadeusza Wróblewskiego, później ulegając sugestiom i naciskom z Warszawy – litewscy Polacy nie byli już w stanie zdobyć się na samodzielność myślenia, na zrozumienie swego, a nie Polski interesu w odradzającym się litewskim państwie.

Dziś mając dostęp do informacji i wiedzę , a widząc, iż oficjalna Polska przeszła dosłownie na „ręczne”  kierowanie Litewskimi Polakami i animowanie w terenie ich zamieszkania skompromitowanych piłsudczykowskich metod rządzenia, wynajmując do usług ich przemycania  nawet tego poziomu „moralne autorytety” jak Kwaśniewski, trzeba, po prawie  stu latach trzymania się błędnej koncepcji i poczynań nie nam służących, zacząć nareszcie kierować się sugestią Tadeusza Wróblewskiego i podobnie myślących - iż (…)” przy rozważaniu wszystkich spraw politycznych, a w tej liczbie społeczeństwa polskiego, kierować się wyłącznie i jedynie podług sprawdzianu interesu i korzyści całego kraju”.(T. Wróblewski w liście z dnia 25 maja 1918 r. do Ludwika Abramowicza).

Innej drogi po prostu nie ma. Tylko w stabilnym dobrze zorganizowanym obywatelskim państwie prawa każdy obywatel może żyć godnie. W budowie takiego państwa Litewscy Polacy powinni być jak najbardziej zainteresowani i być w pierwszych szeregach jej budowniczych. Natomiast żadna wrzaskliwa i zakłamana do szpiku kości grupa, nie tworząca dóbr  kultury, nagminnie depcząca ogólnoludzkie wartości i dbająca wyłącznie o doczesny interes materialny własnej hałastry - nigdy nie zapewni ani stabilności, ani poczucia bezpieczeństwa, ani postępu, ani dobrobytu, ani rozwoju kultury. Może jedynie, odchodząc na śmietnik historii, pozostawić po sobie wykrzywione charaktery i umysły na wzór własny, intelektualne, moralne i materialne spustoszenie.

Trzeba też pamiętać, iż żadne państwo nie ma prawa i nie będzie wbrew woli większości obywateli bez końca tolerować istnienie i działalność struktur destrukcyjnych, zamykać oczy na okupację części społeczeństwa i wychowanie jego, a  szczególnie dzieci i młodzieży, w niechęci wobec kraju obywatelstwa i zamieszkania, jego kultury i języka. Nie leży bowiem w interesie państwa, aby tolerując destrukcyjne działania, część jego obywateli  miała utrudniony dostęp do dóbr kultury, nauki, do równych możliwości na rynku pracy i  robienia kariery.

***

I z jakiej strony by nie spojrzeć na powyższe zjawisko, w wyniku czego część społeczeństwa Litwy zmuszona jest żyć w warunkach, urągających godności człowieka i obywatela, nie da się ukryć, iż taki stan jest dlatego możliwy i się przeciąga, ponieważ nowoczesna, szczególnie wynaturzona piłsudczyzna, o której powyżej, ma koalicjanta, sponsora, opiekuna i poputczyka  nie tylko na zewnątrz, ale też  wewnątrz kraju, w postaci rodzimej litewskiej odmiany piłsudczyzny.

Jeżeli konserwatyści, występujący dziś w maskach prawicy, nie dopuszczają do przeprowadzenia lustracji i de sowietyzacji, wprowadzają na najwyższe stanowiska w państwie osoby związane z służbami sowieckiej represji i ideologii, sprzyjając tym samym wypędzaniu ludzi na obczyznę; jeżeli utrzymują i wielokrotnie poszerzają zakres  antykonstytucyjnych przywilejów dla sowieckiej i nowej nomenklatury, w tym również w okresie kryzysu kosztem najsłabszej warstwy społecznej – emerytów, a na słowach głośno twierdzą o przywiązaniu do wartości odmiennych – czyż nie jest to ta sama bezideowa piłsudczyzna w jej kryształowo czystej postaci?

Jeżeli postkomuniści, paradujący obecnie w strojach lewicy, zaczynają koalicyjne rządy z takimi, jak powyżej, od dodatkowego zadłużania państwa i podnoszenia sobie wynagrodzeń oraz  ugruntowywania powyższych antykonstytucyjnych przywilejów, twierdząc głośno o swojej rzekomo sprawiedliwej i solidarnej polityce – czyż nie jest to ta sama czysto źródlana  piłsudczykowska bezideowość, farsa i dwulicowość z manierami nie gospodarza, a raczej okupanta we własnym kraju?

A liberałowie i ich rządy w tych branżach, które padły łupem koalicyjnego podziału – to wzorcowy przykład działalności tak zwanych partii, dla których  „kasa” i „koryto” stanowią  jedyny drogowskaz i cel istnienia na koszt społeczeństwa.

Współczesna więc piłsudczyzna mówi różnymi językami i używa, na potrzebę chwili, w celu  utrzymania się przy władzy i korycie, różnych masek, strojów, kolorów i haseł. I ona, w różnych jej odmianach razem w zwartym szeregu, stoi na drodze do wolności, postępu i dobrobytu.

Dlatego również we wspólnym szeregu powinni stać ci, dla których ta bezideowość, dwulicowość oraz  złodziejskie maniery są nie do przyjęcia – razem Litwini i Litewscy Polacy.

Ryšard Maceikianec