…Najcharakterystyczniejszą cechą systemu komunistycznego jest natomiast totalna niewola ludzkiego ducha, zniewolenie ludzkiej myśli, ludzkiego intelektu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Marian Zdziechowski. Pierwiastek zachowawczy w idei ukraińskiej Drukuj
Autor: Marian Zdziechowski   

W świadomości niejednego Polaka ukrainizm oznacza Lachiw rizaty, jest synonimem hajdamaczyzny. Początkiem swoim nienawiść Ukraińców do Polski sięga daleko wstecz - aż do XIV wieku, gdy ekspansję polską ku Wschodowi uwieńczyło zagarnięcie ziem państwa halicko-wołyńskiego przez Kazimierza Wielkiego. Wywołuje to na Rusi reakcję patriotyczną, która pogłębia uczucia duchowej łączności prawosławia ruskiego z prawosławiem Moskwy. Jest to, zdaniem pisarza ukraińskiego, pierwszy, choć z natury rzeczy nie zupełnie jeszcze wyraźny objaw rusyfikowania się Ukrainy.1) W walkach z polskością rozwija się świadomość narodowa Rusi i w wieku XVII powstaje pod wodzą Chmielnickiego „samodzielna narodowo państwowa potęga". Ale jakże krótkie jest jej trwanie. Po zwycięstwach 1648 roku następują niepowodzenia, wskutek których Chmielnicki poddaje się w roku 1654 wraz z Kozaczyzną całą carowi moskiewskiemu. Miało to być tylko chwilowym manewrem taktycznym, ale spod szponów caratu Ruś ukraińska już się nie wydobyła.

 Daremne są wyzwoleńcze próby Mazepy; po klęsce pod Połtawą musi uciekać, w ślad za Karolem XII, przed straszliwą zemstą krwawego cara-potwora. Po nim ostatni z wyboru hetman Iwan Skoropadski ma przy sobie zrazu jednego, potem dwóch carskich rezydentów, szpiegujących go i usiłujących każdym jego krokiem kierować; wreszcie w roku 1723, aby ułatwić im pracę oraz pod pozorem obrony chłopów przeciw rzekomo krzywdzącej ich starszyźnie kozackiej, car Piotr stwarza osobne „małorosyjskie kolegium", złożone z sześciu wyższych oficerów Rosjan. Zmartwiony bezsilnością swoją Skoropadski nie przeżył upokorzenia tego i w tymże roku zmarł.
Na gruzach hetmaństwa powstaje wszechrosyjskość Ukrainy i otwiera Rosji drogę do rozbiorów Polski;2) ukrainizm staje się taranem w ręku rosyjskim do rozbicia polskości. Nie przeczą temu sami Ukraińcy, z nabożeństwem przytaczając słowa Chmielnickiego, że „Polska i pokój nie mogą razem istnieć na Ukrainie", czyli - innymi słowy - „panowanie Warszawy i hajdamaczyzna są to bliźnięta polityczne". „Pradziadowie dzisiejszego narodu ukraińskiego - pisze Kuczabski - hojnie zapłacili Polsce za księcia Jeremiasza Wiśniowieckiego, niezmordowanie sugerując Moskwie konieczność rozbioru Polski i w myśl tę wnosząc cały rozmach głębokiej nienawiści, jaką do narodu polskiego żywili".3)
Tymczasem u nas sentymentalnie marzono, że Polska i Ukraina wspólnymi siłami rozbiją Moskwę; marzenie to przeistaczano w dogmat polityczny Nie umieliśmy zrozumieć, że wszystkie Rusie, jakie są, są gałęziami jednego pnia i, choćby zażarcie kłóciły się między sobą, uczucie jedności plemiennej zawsze jednoczyć je będzie przeciw Polsce. Stają mi w pamięci moje lata uniwersyteckie w Dorpacie; marzyłem o karierze naukowej, o profesurze. O tym samym marzył nieco starszy ode mnie, dziś już świętej pamięci, Józef Siemiradzki. Obaj gorąco pragnęliśmy, aby miejscem naszej przyszłej działalności był Lwów; obaj mieliśmy tam pracować nad pojednaniem Polaków i Rusinów. Pragnienie moje nie dało się ziścić, osiadłem w Krakowie, ale Siemiradzkiego powołano do Lwowa. I cóż? Po bardzo krótkim czasie rozczarował się zupełnie i na zawsze. I nie byt wyjątkiem; tę samą ewolucję odbywali wszyscy niemal Polacy, których los przerzucił z ziem rdzennie polskich do Lwowa czy Galicji Wschodniej. Jechali pełni dobrych uczuć dla braci Rusinów, z najlepszymi zamiarami, a przeistaczali się w nieprzyjaciół; obydwie strony nie znajdowały wspólnego języka. Patrząc z Krakowa na walki polsko-ukraińskie, zastanawiając się nad ich charakterem, dochodziłem także do wniosku, że zbliżenie obu narodów jest rzeczą beznadziejną; w sprawie tej wolałem jednak nie zabierać głosu.
Niestety, nie widzę i teraz podstawy do zmiany mego zdania, mógłbym je tylko nieco zmodyfikować. Poruszam tu sprawę ukraińską z innego powodu i z innego stanowiska. Przed trzema laty w rozmowie z profesorem Bohdanem Łepkim usłyszałem z ust jego słowa: „jestem konserwatystą" - i w tych słowach wyczułem, słusznie czy nie, sympatie monarchistyczne. Konserwatywna Ukraina! Czy to nie contradictio in adiecto? Profesor Łepki zwykł unikać tematów politycznych, sądziłem przeto, że owe słowa wymknęły mu się jako żart albo, co najwyżej, wyrażały jakiś nastrój czy sentyment, do którego nie przywiązywał wagi. Było to ze strony Polaka karygodną ignorancją.
Leży przede mną duże rozmiarami dzieło Wacława Lipińskiego Listy do braci rolników.4) „Ukraina - czytamy w przedmowie - to nie rozbój, lecz twórczość, nie materia, lecz duch." Tylko przewagą ducha nad materią mo¬że być stworzone coś, co jest, co ma duszę i istnieje, czyli przyszłe państwo ukraińskie, „obejmujące wszystkie warstwy, wszystkie mowy, wyznania i plemiona na ziemi naszej". „Wy zaś, ukraińscy socjaliści, utożsamiacie pojęcie narodu z pojęciem proletariatu i partii, a dla was, Ukraińców nacjonalistów, naród to ludzie jednej mowy, wiary i plemienia; w chaosie panującym w waszych nacjonalistycznych mózgach Ukraińcem jest tylko ten, kto mówi po ukraińsku i nienawidzi wszystkich nie-Ukraińców". 5)
W myśl słów tych poświęcał autor dzieło swoje „tym mieszkańcom ziemi ukraińskiej wszelkiej wiary, mowy i plemienia, którzy w imię religii, ojczyzny i idei autorytetu zjednoczą się, aby wspólnymi siłami budować państwo ukraińskie z władzą monarchiczną na czele, w formie dziedzicznego czy obieralnego hetmaństwa"... „Wiem - czytamy w przedmowie, że przyszła Ukraina rajem nie będzie, bo raju na ziemi nie ma i być nie może, niemniej jednak obowiązkiem jest naszym względem Boga i ludzi dążyć ku temu, żadne bowiem chytre spekulacje polityczne nie odrodzą Ukrainy, odrodzi ją tylko wielki, zorganizowany entuzjazm, zapalony tą mocą mistyczną, którą daje tylko religia Chrystusowa. I choć wiem, że niejeden znienawidzi to dzieło moje, poczęte z krwawej w bólu swoim tęsknoty za odrodzonym pod znakiem krzyża a wiernym jednemu Bogu i jednemu hetmanowi rycerstwem ukraińskim, jednak z drogi nie zejdę; jeśli chrześcijaństwo umiało na zwaliskach Imperium Rzymskiego stworzyć nową kulturę i nowe państwo, to tym bardziej zdoła uratować naszą zdeptaną przez bolszewizm Ukrainę i stworzyć ukraińskie państwo".6)
Religia jest szkołą dyscypliny moralnej i socjalnej, czynnikiem mocy w narodzie i państwie; zamiana religii na „gruby materializm jakiejś nacjonalistycznej wiary" nie tylko prowadzi za sobą zgubną w następstwach swoich agresywność w stosunku tak do sąsiadów, jak i do własnych współobywateli innej wiary i mowy, ale staje się źródłem rozkładu wewnętrznego, anarchii, wzajemnego pożerania się aż do ostatecznej w końcu zagłady.7)
Słowem, początkiem upadku narodów i państw jest zanik religii. Ruś przyjęła chrześcijaństwo z Bizancjum w epoce, gdy ten drugi Rzym chylił się już ku upadkowi. Po zdobyciu Konstantynopola przez Turków Moskwa zapragnęła być Rzymem trzecim. Ale biskupi ruscy stali opornie wobec uroszczeń barbarzyńskiej w ich głębokim przekonaniu potęgi; mając więc do wyboru między „Rzymem trzecim" a starym, wybrali to drugie. Motywy ich były natury idealistycznej, ale „wykrzywili je niedopuszczalną w sprawach religii rewolucyjnością w sposobach przeprowadzania swej myśli". Stąd powszechne oburzenie przeciw ich osobom i przeciw samej idei unii religijnej, tym bardziej, że narodziła się niemal w chwili, „gdy unia lubelska niszczyła resztki niezależności politycznej na Rusi". Musiał przeto nastąpić wybuch prawosławnej reakcji; znalazł on wyraz we wspaniałej, jak wyraża się Lipiński, 8) kontrrewolucji, której wodzem duchowym był Piotr Mohyła, twórca Akademii Kijowskiej. Ale nie w objęcia i nie pod władzę Moskwy szedł Mohyła; usiłował dać Ukrainie moralny punkt oparcia między Wschodem a Zachodem. Niestety, wraz ze śmiercią jego rozchwiało się jego dzieło; na Wschodzie, w ziemiach, które na podstawie umowy w Perejasławiu (1654) przeszły pod berło cara, Ruś „całym ciężarem swej bierności" przychyliła się ku Moskwie, na Zachodzie stopniowo utrwalała się unia, aż stała się „dziadów i pradziadów wiarą narodową".
W ten sposób Ukraina, jeśli pozostawimy na uboczu nielicznych Ukraińców-katolików obrządku rzymskiego, do których należał Wacław Lipiński, rozpadła się pod względem religijnym na dwie części: wschodnią prawosławną i zachodnią unicką. Fakt ten narzuca Ukrainie, według Lipińskiego, jej misję dziejową; nie jest nią synteza Wschodu i Zachodu, która by zakończyła spór - to przerasta jej siły. Misją tą jest utrzymanie równowagi między jednym światem a drugim, harmonijne ich współżycie. Bez tej harmonii Ukraina zginie jako naród, wpadając pod wpływy to Moskwy, to Polski. „Jeżeli przeto chcemy pozostać Ukraińcami i jeśli chcemy, aby Ukraina była, to trzymajmy się mocno tradycji naszych; niech każdy z nas, należąc do organizacji swego Kościoła i stojąc na gruncie swej tradycyjnej kultury, stara się zbliżyć do współziomków swoich innej kultury i wiary, pamiętając, że nie wolno pociągać ich siłą do siebie; niech sami do nich się zbliżą. Ojciec Święty, Pius XI, poucza nas w Encyklice z 1923 roku, że ponieważ zgoda narodów wszystkich w jedności Kościoła Powszechnego będzie przede wszystkim dziełem Bożym, więc iść ku niej należy drogą Bożą, czyli drogą miłości i modlitwy. Niech to zapamiętają Ukraińcy katolicy".9)
Oczywiście koncepcja Ukrainy jako państwa chrześcijańskiego, w którym będzie miejsce dla wszystkich wyznań i wszystkich narodowości, jest przeciwległym biegunem hajdamactwa. Autor piętnuje hajdamacki socjalizm, który stoi nienawiścią biedniejszych do bogatych, i hajdamacki nacjonalizm, który stoi nienawiścią do ludzi innej wiary i mowy. Socjalizm logicznie prowadzi do komunizmu, „ujściem dla nacjonalizmu będzie jedinaja niedielimaja, bo lepszym w oczach nieuświadomionych mas będzie wszechrosyjski ład państwowy od bezładu i bezhołowia zwalczających się partii i grup pod hasłem, że naród ukraiński sam sobie wybuduje państwo".10)
Lipiński i wraz z nim konserwatyści ukraińscy chcieliby wskrzesić hetmaństwo rozumiane jako ustrój „klasokratyczny", czyli oparty na współpracy wszystkich klas ludności pod zwierzchnią władzą hetmana, „ale hetman nasz nie będzie ani samowładnym dyktatorem, który prawa tworzy i, gdy zechce, burzy, ani manekinem-prezydentem po to, aby deptał prawo dla wygody i na żądanie tych, co go obrali: hetman w demokratycznym państwie jest najwyższym strażnikiem prawa".11)
Którędy ma prowadzić droga do tej „klasokratycznej", hetmańskiej Ukrainy? Nie słyszano dotychczas, aby jakieś państwo powstawało z buntu warstw niższych; one potrafią rozwalić państwo, ale państwa nie stworzą; stworzyć je może tylko aktywna mniejszość, w której się żarzy rycerski duch przodków, czyli szlachta i ci, co przez czyny swoje szlachtą się stają.12)
Czytelnik konserwatysta, wstydzący się konserwatyzmu swego, jako rzeczy hańbiącej wobec ducha czasu, który jest duchem demokracji, tym bardziej czytelnik wychowany na demokratycznej frazeologii i nią przejęty, gotów byłby pomyśleć, że Lipiński był jakimś nieobliczalnym narwańcem. A monarchiści francuscy - pytamy - pisarze tej miary, co Maurras lub Bainville, czy głosili co innego? Podobne poglądy spotykamy u myśliciela bardzo wybitnego, od Lipińskiego jednak bardzo dalekiego, Mikołaja Bierdiajewa. Biorę jego charakterystykę szlachty.13) Oczywiście ma on na myśli nie snobów, lekkoduchów i utracjuszy, hałaśliwie w owej sferze wybijających się na powierzchnię, lecz ukryte pod tą powłoką pierwiastki i możliwości. Jest to - dowodzi - osobliwy gatunek antropologiczny, tkwiący w przeszłości, zapatrzony w nią, będący antytezą burżuazji; łatwiej niż z nią porozumiewa się z radykalizmem; nie umie się liczyć z warunkami miejsca, czasu, możliwości; jest w nim lekkomyślna rozrzutność pochodząca stąd, że wszystko, co posiada, jest dziedziczne, nie zaś zapracowane, u jednostek lepszych rozrzutność ta przechodzi w ofiarność; jest też sporo próżności, z któ¬rej i ponad którą wyrastają bohaterskie gesty i czyny. Ludzie tego gatunku mają świadomość swego powołania do przewodniczenia - w tym tkwi źródło ich prestiżu: utracili wziętość swoją i znaczenie w społeczeństwie, lecz zachowali tęgość psychiczną i urok estetyczny.
Listy do rolników są, zgodnie z tytułem, tylko listami, nie zaś systematycznie opracowanym dziełem naukowym; pisane były z przerwami w ciągu lat pięciu. Stąd, jako całość, są rozwlekłe i nieraz chaotyczne. Rozumiał to autor i usprawiedliwiał się w przedmowie: „Gdy na Zachodzie przeważyła po wojnie światowej zwycięska demokracja i wraz z tym nastąpiło panowanie złota i chamstwa, gdy na Wschodzie zdobyła władzę koczownicza, łupieska i niszczycielska horda, gdy ojczyznę moją podzieliły między sobą dwa królestwa tego samego diabła - trudno było spokojnie i po literacku pisać o monarchizmie i patriotyzmie, o rycerstwie, o produktywnej pracy na ziemi, o wierności, honorze i miłości chrześcijańskiej. Musiałem walkę z sobą staczać, aby zachować wiarę w celowość i pożyteczność mego wysiłku w owych dniach upadku, niemal nazajutrz po rozwaleniu państwowości ukraińskiej rękami samych Ukraińców, gdy podnoszenie kwestii monarchizmu uważano za dowód albo obłąkania, albo jakiejś bardzo sprytnej, oszukańczej spekulacji".14)
Niemniej jednak myśl przewodnia występuje w Listach wyraźnie, nawet jaskrawo, dzięki temperamentowi autora i unoszącej go namiętności, która nieraz - i to w sposób bolesny - razi uczucia Polaka. Lipiński Po¬lakiem był z urodzenia, szlachcicem polskim; mowy polskiej, jak słyszę, używał w domu, w rodzinie. Ale w uczuciach swoich i przekonaniach stał się już za młodu zażartym Ukraińcem. Ewolucję swoją wyłożył w liście otwartym do profesora W L. Jaworskiego.15) „Ojczyzną rolnika - dowodził - jest ziemia, na której pracuje; naród i ziemia są to synonimy" Tak od wieków czuli i myśleli rolnicy, „tak powstawały państwa i narody rolnicze, których warstwy przewodnie - najczęściej pochodzenia obcego - zlewały się z ludnością miejscową w jedną, państwową i potem narodową całość. [...] Polak rolnik, który osiada na ziemi ukraińskiej, powinien stać się Ukraińcem; i odwrotnie: Ukrainiec osiadając na ziemi polskiej, powinien stać się Polakiem.[...] Rolnik przeto, który za ojczyznę swoją poczytuje nie ziemię, na której przodkowie jego osiedli, lecz metropolię, z której wyszli, przestaje być rolnikiem o rolniczej ideologii, a staje się przedstawicielem faktorii kupieckiej"; patriotyzm, który w istocie jest przywiązaniem do ziemi ojczystej, „przeistacza się u niego w nacjonalizm, który utożsamia pojęcie narodu z pojęciem eksterytorialnej spółki akcyjnej, mającej filie swoje w rozmaitych ziemiach". Otóż Polacy, zagarniając ogromne, dziewicze obszary Ukrainy, patrzyli na nie po kupiecku, jako na kolonie; wpływami kultury polskiej przyczynili się do spolonizowania tamtejszej szlachty ruskiej, ale co przez to osiągnęli? Zamiast mieć za sąsiada przyjazne państwo o ideologii rolniczej, zetknęli się bezpośrednio z koczowniczą, zaborczą Moskwą, która łatwo zawładnęła Ukrainą „dzięki jej kolonialnej strukturze społecznej, po czym mogła się rzucić na Polskę"; Polska i Ukraina zamiast wspólnymi siłami odepchnąć Moskwę, stały się w końcu jej łupem.
Tak myśląc i pisząc, Lipiński marzył, że innych za sobą pociągnie; chciał widzieć całą szlachtę kresową przeobrażoną w Ukraińców - było to niezbędnym warunkiem urzeczywistnienia jego myśli. Być może trafił komuś do przekonania, ogromną jednak większość odstraszał tą fanatyczną formą, jaką przybierał jego ukrainizm. Kto z Polaków podążyć mógł za nim, gdy wysławiał „naszego wielkiego Bohdana", gdy ostrzegał, aby w walce o uniezależnienie się od Moskwy Ukraińcy, broń Boże, nie szukali przymierza z Polską, bo Polska dzisiejsza jest słaba - swoją „demokratyczną, republikańską anarchicznością, która przeszła w stan chro¬niczny, mogłaby zarazić zdrowe, konserwatywne, państwowotwórcze pierwiastki na Ukrainie".16) I puszczając w tym kierunku myśl swoją, dochodził do wniosku, że „tylko sojusz z Moskwą i czynna polityka w tym duchu zabezpieczyć mogą Ukrainę tak od anarchizmu polskiego, jak i od wtrącania się Moskwy w jej wewnętrzne sprawy".17)
Zadaniem moim nie jest roztrząsanie stosunku wyznawców ukrainizmu do Polski; chodzi mi o co innego, mianowicie o oświetlenie tego dziwnego zjawiska, że w epoce powszechnego triumfu demokracji konserwatyzm (ku zawstydzeniu konserwatystów wszystkich narodów i krajów) wybuchnął z rewolucyjną niemal gwałtownością właśnie tam, gdzie się tego najmniej można było spodziewać, i że został tam ujęty jako idea uniwersalistyczna, która mogłaby zwycięsko się przeciwstawić pochodowi bolszewizmu.
A na czym polega uniwersalizm konserwatyzmu? Na ścisłym jego związku z religią. Ideę Lipińskiego próbował wyjaśnić profesor Włodzi¬mierz Załoziecki.18) I religia, i myśl zachowawcza - dowodził on - wypływają z przyrodzonych potrzeb człowieka; religia bierze swój początek ze zrośniętej z duszą potrzeby pomocy sił nadprzyrodzonych w ciężkiej walce o dobro zarówno indywidualne, jak i społeczne, źródłem zaś myśli konserwatywnej jest wrodzony nam instynkt, nakazujący zachowanie j i przekazanie pokoleniom przyszłym wszystkiego, co było zdrowe i silne w przeszłości i tym samym służyć powinno jako podstawa do dalszego rozwoju.
Prawdziwy konserwatyzm nie jest więc petryfikacją, lecz budowaniem na fundamentach przeszłości, jest czynnikiem twórczym, wiążącym przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Weszliśmy w epokę gigantycznego zmagania się dwóch światów, dwóch pierwiastków: szatańskiego i Chrystusowego. Dla neutralności nie ma tu miejsca i „tylko pod znakiem Chrystusa i twórczej siły miłości może nasze rozbite, rozproszkowane, schaotyzowane społeczeństwo znaleźć mocne dla siebie oparcie"; „tę próżnię duchową, tę bezmyślność, bezlicowość i apatię, słowem - tę niezdyscyplinowaną i wiecznie fermentującą naturę naszą powinniśmy przerobić, ażebyśmy, zamiast wlec się niewolniczo za innymi, mogli dzięki bogactwu treści wewnętrznej, sile wiary i ducha stanąć w pierwszych szeregach tych, co torują drogę dla nowej ludzkości. A tę wielką rolę w życiu i rozwoju narodu naszego zapewni nam tylko idea chrześcijańska skojarzona z nowoczesnym, twórczo zachowawczym ujęciem zadań naszych".
Przechodząc od teorii do praktyki, Lipiński określał istotę konserwatyzmu, jako koncepcji społeczeństwa i państwa, wyrazem klasokracja (harmonia klas). Koncepcja ta wypływa z chrześcijańskiego i hierarchicznego poglądu na świat; monarchizm to uwieńczenie klasokratycznego ustroju. Trzy są idee polityczne, trzy metody organizowania państwa, trzy formy rządu: klasokracja z królem, demokracja z republiką i ochlokracja z dyktatorem.19)
W państwie klasokratycznym wybija się z natury rzeczy jedna warstwa przewodnia. Są to potomkowie zdobywców. Wszystkie państwa powstały w wyniku zawojowania. Ale rozmaite bywają rodzaje zawojowań. Anglicy w Ameryce wytępili doszczętnie ludność tubylczą, w starożytnej Sparcie podbici byli helotami, czyli niewolnikami stojącymi poza obrębem prawa. Mogą jednak zdobywcy odczuć i uznać kategoryczny imperatyw, nakazujący im, dla obopólnej korzyści i dobra, organicznie związać się z podbitymi.20) Będzie to związek jednoczący obydwie strony węzłami jednej religii, jednej moralności, jednego prawa. Ze związku takiego powstaje państwo, wytwarza się naród. Oczywiście, państwowotwórcze dążenia i pomysły zdobywców liczyć się muszą z właściwościami psychicznymi, ze stopniem kultury podbitych. W każdym razie powinni oni, zwycięzcy i panowie, umieć ograniczyć przemoc swoją. Takim samoograniczeniem jest przede wszystkim religia, wobec której wszyscy są równi, władze zaś duchowne, w imię Prawa Bożego, jednakiego dla wszystkich, biorą pod opiekę słabych i pokrzywdzonych. „Bez religii, bez rozdziału między władzą państwową a władzą duchowną, bez równowagi między nimi i wzajemnego dla siebie szacunku nic nie było i nie będzie." Drugą formą samoograniczenia jest dziedziczna władza monarchiczna. Autor podkreśla jej pierwiastek mistyczny: ani Francuzi, ani Niemcy, ani Polacy, ani żaden inny naród, nie dochodzili do świadomości swojej i nie stawali się narodem na drodze demokratycznych plebiscytów, demokratycznej agitacji i demokratycznych konstytuant; w rozwoju tak wielkich, jak i małych narodów daje się zauważyć ten wspólny rys, że wszystkie przeszły przez fazę personifikacji wrodzonego im, irracjonalnego, mistycznego poczucia narodowości w osobie równie mistycznie, irracjonalnie wielbionego monarchy, wybrańca i pomazańca Bożego. Wyniesiony ponad wszystkich król jest czynnikiem równowagi w państwie; panowie, chyląc czoła przed majestatem jego, usuwają tym samym z psychiki podbitych uczucia bezsiły i bezprawia. Widząc bowiem, że jest ktoś potężny i mocny, w kim uosabia się państwo i prawo, i przed kim można złożyć skargi swoje i żale, podbici dochodzą do uświadomienia sobie swego żywego związku z państwem, które się wzmacnia drogą arystokratyzacji, czyli podnoszenia do stanu rycerskiego tych członków warstw podległych, którzy się wyróżnili czynami swymi na polu walki albo zasługami w rozmaitych dziedzinach pracy.21)
W ustroju ochlokratycznym ochlos, czyli niezróżnicowana, nieforem¬na, nieuświadomiona masa staje się narzędziem jednostek czy klik, które umiały wykorzystać jej instynkty i upodobania. Zamiast nacji, czyli narodu, w którym wszyscy są  ze sobą spojeni wspólną miłością ojczyzny i wspólnotą produkcyjnej pracy na niwach rozoranych przez ojców, mamy wówczas państwo mechaniczne, trzymające poddanych swoich w kupie terrorem oraz sugestią o charakterze mistycznym, to jest sugestią wiary w fatalną, nadludzką moc panującego czy panujących; może to być mistycyzm religijny, jak w islamie, lub w Rosji carskiej, albo mistycyzm racjonalistyczny, jak w komunizmie uosobionym w postaciach czerwonych carów, Lenina i Stalina. Słowem, nie ojczyzna, lecz car czy padyszach, nie święty majestat wielkiej tradycji, lecz ślepe posłuszeństwo groźnemu panu. Takie zmechanizowane zbiurokratyzowane panstwo, mało zdolne do intensywnej pracy wewnętrznej,  nosi w sobie zaród śmierci; żyje ekspansją na zewnątrz, zawojowaniami; musi zawsze przed sobą mieć jakiś określony przedmiot nienawiści i tę nienawiść wszczepiać musi w poddanych, aby w chwili stosownej móc ich rozżarzyć fanatyczną żądzą wojny i zdobyczy.
Z dwojga jednak złego: ochlokracja czy demokratyczny republikanizm, autor stanowczo woli pierwsze. Wszelka bowiem ochlokracja „jest wyraźna, prostolinijna, bezkompromisowa i wojownicza", wskutek czego ten sam charakter przybiera opozycja przeciw degeneratom i tyranom i gdy na czele jej staną i prowadzą ją zrośnięci z ziemią, z krajem wojownicy, to „wywołana przez ochlokratyzm reakcja stać się może początkiem odrodzenia czy narodzin klasokracji".
Natomiast dla demokracji autor litości nie ma. Czy jest podobieństwo - pyta - czy istnieje sposób namalowania chaosu? Nie, podobnie niemożliwą jest rzeczą opisać, poddać analizie chaos rozkładu, jakim jest każda demokracja.22)  Demokracja to wynik zwyrodnienia klasokratycznych rządów. Powodzenie, bogactwa, wypływające stąd pacyfistyczne rozleniwienie, domieszka i rosnący wpływ źywiołów obcych krwią i tradycją - wszystko to razem wzięte staje się czynnikiem rozkładowym w klasokratycznym państwie.
Niszczycielskiemu jego działaniu stopniowo ulegają ci, którzy powinni być rękojmią ładu, ostoją majestatu władzy monarszej: zamiast stawać w jej obronie, zamiast siebie samych od rozkładu bronić, wchodzą oni w poczuciu niedołęstwa i niemocy swojej w sojusz z rozkładem, z demagogią, z namiętnościami mas; w schlebianiu im, w popieraniu bezładu przeciw temu, kto symbolem jest ładu, głupio szukają ratunku dla siebie, dla sytuacji swojej w społeczeństwie i państwie.
Daremne próby. Wraz z wtargnięciem demokracji przychodzi koniec organicznego, rytmicznego rozwoju, następuje rozproszkowanie na grupy i grupki, partie i partyjki, chaos partyjnictwa, wzajemne licytowanie się, walki, które nie uszlachetniają, lecz upadlają, bo posługując się metodami oszustwa i kłamstwa, demoralizują bierne masy. „Zaczyna demokracja od wzniosłych haseł i wysokich tonów, aby zejść do najniższych; stanowi to jej zasadniczą, niezmienną cechę."23) Tradycja nie istnieje dla niej, o związku teraźniejszości z przeszłością woli nie mówić, starając się natomiast
olśniewać rozległymi planami na przyszłość. I w imię tych wielkich planów i celów usiłuje tych wszystkich, co dobrze czy źle (bardzo często źle) uosabiają tradycję, ośmieszać, opluwać, uczynić ich, jako „arystokratów", przedmiotem pogardy i nienawiści; wszelkie objawy niechlujstwa moralnego, wszelkie łajdactwa, jakie się tam zdarzyć mogą, są starannie wyłapywane i piętnowane, jako specyficzne właściwości owych „wyższych" sfer, pomimo iż rzeczy podobne dzieją się w środowiskach demokratycznych i nikogo tam nie dziwią i nie gorszą, „stąd zaś wypływa wniosek, że kto by chciał legalnie robić świństwa, ten musi wpierw stać się demokratą" .24)
Szczując na „panów" i na wszystko, co się wybija majątkiem czy inteligencją chcieliby demokraci prześcignąć rewolucjonistów, a stają się narzędziem owego wielkiego pana, którego Wojciech Dzieduszycki opisywał jako Lewiatana. Lewiatan to wielki kapitał, a ten jest panem świata. Walka wielkiego kapitału z kapitałem średnim i małym, czyli w pierwszej linii z ziemiaństwem, to walka sprytu i oszustwa z pracą, „walka aroganckiej jakiejś filozofii kantorowiczów bankowych z religią". Triumfująca zaś demokracja z Lewiatanem na czele i bijącymi przed nim czołem wielkimi mistrzami i arcykapłanami lóż masońskich „jest władzą złota nad sprzedajną ideologią, nad sprzedajnym mieczem, nad zgniłym konserwatyzmem i nad biernością rozproszkowanych i zdemoralizowanych mas".
Znakomitą ilustracją służyć tu może głośny w roku 1925 wybór barona Maurycego Rotszylda do parlamentu we Francji. Pan ów miał tę odwagę, że otwarcie zrobił to, co inni robili po kryjomu: ogłosił, że za każdy głos zapłaci gotówką. Dzięki tej „demokratyczno-republikańskiej szczerości" nie tylko zdobył wszystkie głosy „suwerennego ludu" w okręgu swoim, ale i inne okręgi przysyłały delegacje, błagając go, aby łaskawie zechciał kandydaturę swoją postawić.25)
Nie wielki kapitał jest przedmiotem napaści demokracji we wszystkich jej odcieniach - od najbardziej bladych do najczerwieńszych. Przeciwnie, służy ona wielkiemu kapitałowi, ataki zaś swoje kieruje przeciw warstwom średnio zamożnym. Nie jest rzeczą łatwą prześcignąć w tym rewolucjonistów, a więc z drogi obranej nie schodząc, demokracja podnosi zarazem sztandar nacjonalizmu, pewna, że tym łatwiej pociągnie i zdobędzie masy i że na tym polu wyprzedzi rewolucję. Podburzając z jednej strony przeciw mniejszościom narodowym wewnątrz państwa, z drugiej - przeciw sąsiednim narodom i państwom, trafia ona do tkwiących w głębi każdego narodu i każdej niemal jednostki instynktów drapieżnych, łupieskich. Niezmordowanie je podniecając i podżegając, demokracja nie umie ich trzymać na uwięzi, gdy grożą wybuchem. Pacyfistyczna w zasadzie, wywołuje wojny, które są nie tylko okrutne, ale i chamskie.26)  Taka była ostatnia wojna; ani śladu rycerskości. W przeciwieństwie do rycerza, demokrata nie jest w stanie uszanować przeciwnika; potrafi go tylko poniżyć, zohydzić, opluć „w imię idei", „w imię narodu", „w imię wolności czy sprawiedliwości". „Współczesna prasa demokratyczna, demokratyczno-polityczne obyczaje, cała na przykład działalność rosyjskiej demokracji, którą dla celów swoich wykorzystała bolszewicka ochlokracja - i wciąż wykorzystuje, puszczając w celu przygotowania ataków cuchnące gazy, których nie dopuściłaby u siebie, a którymi tamci (to jest Ukraińcy i Polacy) z rozkoszą się upajają - czyż to wszystko nie jest dowodem niskiego moralnego i umysłowego poziomu demokracji?".27)
Obcy nacjonalizmowi jest nie tylko patriotyzm czy miłość ojczyzny (patria), przywiązanie do ziemi przodków, do rodzinnego zakątka. Choć jego wyznawcy mienią się narodowcami, obca jest mu również idea narodu (natio) jako organicznej całości; ideę tę monopolizują nacjonaliści wyłącznie dla siebie, każą jej służyć sobie, przetwarzają w oznakę przynależności politycznej.28) Wskutek tego naród, w którym zapanowała demokracja, traci całą atrakcyjność, jaką miał czy mógł mieć, a staje się przedmiotem nienawiści.
Ciężkie jest położenie Ukrainy między bolszewicką ochlokracją a demokracją, która zwyciężyła na Zachodzie, zwłaszcza w państwach Ententy, które w czasie wojny oficjalnie występowały nie jako państwa albo narody, ale jako demokracje.
Najbardziej obawiał się Lipiński tej demokratyczno-republikańskiej trucizny, która rozlała się po całej Polsce i zalała tam całą inteligencję; są tam i prawi, i lewi, ziemianie i antyziemianie, socjaliści i antysocjaliści, ale różnią się między sobą w odcieniach ledwie dostrzegalnych.29) Trucizna owa jest tym bardziej zgubna dla Ukrainy, że psychicznie Ukraińcy bliżsi są Polaków, niż Rosjan: i tu, i tam te same anarchiczne instynkty z tą tylko różnicą, że u Ukraińców występowały jaskrawiej i groźniej. „Walka z państwem, z organizacją, z dyscypliną, z wszelkiego rodzaju przymusem społecznym przechodzi nicią czerwoną przez całą naszą historię; demokratyczne hasła były i pozostają u nas nadal najlepszą metodą do zdobywania zwolenników i przyjaciół" 30)
W Polsce jest o tyle lepiej, że klasokratyczne państwo z królem na czele utrzymało się tu przez szereg wieków. Ale wobec przewagi wzbogaconych rodów magnackich, wobec ich potęgi materialnej powaga króla w końcu się zdewaluowała. Oligarchowie, walcząc przeciw królowi i między sobą, szukali oparcia w szlacheckiej demokracji; ta zaś, służąc nie królowi i państwu, lecz prywacie, anarchizowała się, traciła zmysł państwowy, „szlachecki naród przekształcił się w chaotyczną masę wolnych republikanów".31) W masie tej nie od razu zamarły tradycje wielkiej przeszłości, jednak siły wyczerpały się w nierównej walce. Wskutek tego w czasach naszych Piłsudski musiał się oprzeć na socjalizmie (PPS), czyli - według terminologii Lipińskiego - na ochlokracji. To z jej pomocą tworzył Naczelnik zaczątki armii polskiej. Ale swoją rewolucyjną ideologią i działalnością ochlokracja podcięła resztki konserwatyzmu polskiego, a nie umiała dać sobie rady z rozpleniającym się na jego miejscu demokratycznym chaosem - sama się w nim roztopiła, tracąc w oczach proletariatu i mas ludowych swój autorytet moralny.32)
W tym leży tragizm Polski odrodzonej i niepodległej. Ci, co ją budowali, szli do walki i do budowy, mając za sobą rewolucyjny proletariat. Dlatego żaden z nich nie miał odwagi wykrztusić słowa „król"; tym bardziej nie potrafili wykrztusić tego słowa tak zwani demokraci narodowi. Bez króla zaś, bez podstawy monarchicznej wszelki konserwatyzm niechybnie się rozkłada i zanika. Przeistacza się w najgłupszą i najgorszą, jaka może być, partię demokratyczną, która, oglądając się za punktem oparcia w masach narodu, przywołuje na pomoc najniższe, niszczycielskie instynkty, byle nie dać się wyprzedzić innym demokratycznym partiom. Specjalnością takiego demokratycznego i republikańskiego kon¬serwatyzmu staje się zwykle dziki hurrapatriotyzm w postaci rozmaitych egoizmów narodowych,33) przede wszystkim zaś w postaci pierwotnego, bestialskiego w objawach swoich antysemityzmu, którym historia - dodaje autor - płaci Żydom za to, że w ciągu wieków szli zawsze pierwsi, gdy chodziło o burzenie monarchii i wszelkiej władzy opartej na sile produkcji i sile miecza, nie zaś na geszefciarskim sprycie i spekulacyjnej sile pieniądza.
Bądź co bądź dzisiejszej Polski nie tworzyły jakieś Nachamkesy; tworzył ją Piłsudski, a mogła ona powstać tylko dzięki temu, że miała w przeszłości silną konserwatywną warstwę szlachecką, po której pozostała bogata spuścizna duchowa.34) Niemniej jednak przyszłość tej dzisiejszej Polski rysuje się przed ukraińskim konserwatystą w barwach bardzo ponurych. Gdyby go zapytano, jaka idea przewodnia przyświecała Polsce od chwili jej powstania, odpowiedziałby, że była to idea o charakterze na wskroś negatywnym: negacja przeszłości, tradycji, walka ze wszystkim, co przeszłość, tradycję uosabia czy przypomina. Wprawdzie demokracja polska wywiesiła na sztandarze swoim niby patriotyczne hasło walki z mniejszościami narodowymi, ale nad tym patriotyzmem bardzo wątpliwej wartości brało górę idiotyczne uciekanie przed wstrętnym, z punktu widzenia demokracji, widmem pogrzebanej na wieki, szlacheckiej, przedrozbiorowej Polski. Chyba nikt - pisze Lipiński - nie zaliczy ziemiaństwa polskiego do „mniejszości narodowych", a jednak „wciąż czytamy i w prawej, i w lewej prasie demokratycznej, że ziemianie wrogami są narodu, że sabotują państwo; spotykamy to nawet w odezwach oficjalnych, na przykład w podpisanej przez starostę wileńskiego odezwie Związku Urzędników Państwowych w Wilnie z marca 1924 roku".35)
Oby Ukraina zdołała uniknąć błędów, w które popadła Polska. Niech się przejmuje tą prawdą, której nie chcą czy nie umieją tam widzieć, że żaden naród, żadne państwo czy społeczeństwo nie da się utrzymać i rozwijać, gdy w nim zabraknie pierwiastka konserwatywnego, łączącego przeszłość z przyszłością: „Śmierć konserwatyzmu zwiastuje zawsze i wszędzie bliską śmierć narodu".36) Niezachwiana wierność królowi, przywiązanie do tradycji dziejowej i wraz z tym odziedziczony po przodkach zmysł polityczny, umiejętność trzymania indywidualnych i anarchicznych popędów w karbach dyscypliny, wyrobiona przez wychowanie przewaga rozumu i woli nad uczuciem i wyobraźnią, poczucie odpowiedzialności, uczciwość - to są cechy zasadnicze konserwatysty godnego tego imienia. Konserwatyzm jest monarchiczny, ale nie ochlokratyczny i dyktatorski. Na gruncie i w granicach klasokratycznej monarchii stronnictwa postępowe mają nieskrępowaną możność walki o swoje ideały. Słowem, monarchizm jest tym punktem oparcia, którego pod żadnym względem i dla żadnych celów ruszyć nie wolno, tą twierdzą, której aż do ostatniego tchu bronić należy." Zrozumieli to Norwegowie, chłopi norwescy, i oddzieliwszy się od Szwecji, zaprowadzili po krótkiej przerwie republikańskiej porządek monarchiczny. Powołali króla na tron, bo wskrzesić chcieli starą tradycję dziejową. Poza tym pragnęli mieć zapewniony spokój wewnętrzny, większą - dzięki stosunkom z dynastiami - powagę w Europie i wreszcie tanią administrację, bo na budżety republikańskie nie zgodziłby się nigdy praktyczny norweski chłop.38)
Niestety, wszystko to, skarży się autor, jest dla większości polityków i wodzów narodu ukraińskiego chińskim alfabetem; monarchia w ich oczach to synonim lokajstwa, ale tylko własna, ukraińska. Ludzie, którzy wyrzekli się swojego hetmana i nie chcieli służyć ukraińskiej idei państwowej, reprezentowanej przez osobę potomka hetmańskiego rodu, gotowi byli pełzać przed każdą obcą władzą, byleby ich przedtem porządnie wybatożyła.39) Nie dość na tym. Czy był kiedy naród, w którym tak zaciekle usiłowano plugawić tych wszystkich najlepszych, co się wybijali ponad poziom rozumem, uczciwością, pracą, zasługami? Równolegle zaś z poniżaniem najbardziej wartościowych i szlachetnych jednostek pasowano na bohaterów narodowych awanturników typu kryminalistycznego, z bandyckimi instynktami i poglądami.40)
Im rozpaczliwsza rzeczywistość, tym bardziej namiętna staje się tęsknota za niezależną i silną Ukrainą. Tylko „aktywna mniejszość" z hetmanem mogłaby ją stworzyć. W roku 1918 Ukraina doczekała się hetmana w osobie Pawła Skoropadskiego. A miał on prawo powołać się na legalność i dziedziczność swego urzędu, bo pochodził od następcy Mazepy, ostatniego hetmana z wolnego wyboru, Iwana Skoropadskiego. Wskutek paraliżu konserwatyzmu ukraińskiego stało się to zbyt późno, dopiero w czasie okupacji niemieckiej, lecz - bądź co bądź - stało się. A co na to demokraci? Nie mieli nic pilniejszego do roboty, niż zawzięcie przeciw hetmanowi powstać i poniżyć go w opinii narodu jako „rosyjskiego generała". Ale kimże byli owi panowie Wynnyczenko, Petlura i cała niemal demokratyczna inteligencja? Byli - mówi Lipiński - „rosyjskimi rewolucjonistami". Gdzież był naród ukraiński? I dlaczego „owi rewolucjoniści, którzy całe życie pracowali nad zburzeniem państwowości rosyjskiej, mieli więcej prawa do budowania ukraińskiego państwa, niż generałowie, którzy całe życie swoje uczyli się podtrzymywać i organizować państwo".41)
Listy do rolników miały cel i charakter wychowawczy, wychowawcom zaś nie wolno tracić nadziei. Nadziei tej nie chciał tracić Lipiński, nie chciał pożegnać się z myślą o wskrzeszonej hetmańskiej Ukrainie. I tu wpadał w błędne koło. Pierwszym zadaniem wskrzeszonej, państwowość własną budującej Ukrainy byłoby stworzenie „silnej, autorytatywnej warstwy przodującej", krótko mówiąc - arystokracji. Ale taka „arystokracja" musiałaby już przedtem istnieć, bo bez niej, bez „aktywistycznej", jak zwykł wyrażać się Lipiński, duchem rycerskim przejętej mniejszości nie dałaby się wskrzesić Ukraina. Skądże ją, tę mniejszość, brać? Tylko z ziemiaństwa, ze szlachty. Lecz szlachta zrusyfikowała się na Wschodzie, a spolonizowała na Zachodzie. Tak więc jej reasymilacja to najgłębsze, najgorętsze pragnienie Ukraińca patrio¬ty, to zadanie, któremu powinien całą duszą się poświęcić. Ale czy da się to wykonać? Choć Lipiński z Polaka stał się Ukraińcem i może kilku innych śladem jego poszło, nie można sobie wyobrazić, ażeby wszyscy Polacy na Rusi zrzucili z siebie polskość, jak zrzuca się szatę, kładąc się do snu, i obudzili się nazajutrz Ukraińcami. Co najwyżej, można przypuścić, że w przyszłej Ukrainie jej obywatele Polacy, nie przestając czuć się Polakami, lojalnie pracować będą dla dobra państwa. Nie jest w mocy naszej - odpowiadał na to Lipiński 42) - tworzyć nowe światy, ale możemy doskonalić ten, w którym Bóg Stwórca nas umieścił, i żadna tu magia, żadne cudotwórstwa nie są potrzebne; tylko wierzmy w Boga i miłujmy braci naszych, osiadłych od wieków na ziemi przodków naszych. „Jeżeli każdego stałego mieszkańca naszej Ukrainy, każdego, kto z ziemią ukraińską organicznie się związał miłością i pracą, uważać będziemy za bliskiego, to choćbyśmy się dziś w niejednym ze sobą różnili, znajdziemy w końcu klucz do wzajemnego porozumienia się, nauczymy się wzajemnie sobie trafiać do serca, rozumu i woli, aż obudzimy w duszach naszych wspólne pragnienie jednej wielkiej Ukrainy, wspólną ideę ukraińską; bez tego zaś pragnienia i bez tej idei nie może być mowy o realizowaniu i budowaniu Ukrainy".43)
Ale czy nie stanie temu na drodze ukraińskie chamstwo? Chamstwo demokratów patrzących na szlachtę jako na obcą im narodową mniejszość, przed którą bronić się należy, i chamstwo ochlokracji, która, nie mając ani kultury, ani wyrobienia politycznego, chciałaby terrorem zmusić szlachtę do służenia Ukrainie?”44)
 Więc z wielkiej nadziei skok w beznadziejność. Ale zanadto się przywiązał Lipiński do pomysłu swego, ażeby nie usiłował contra spem sperare. Chwyta się przeto drobiazgu każdego, który w zbolałą duszę mógłby rzucić promień nadziei; ziarno, które zasiał, małe jest, lecz i z małego ziarna może wyrosnąć wielkie drzewo.
 Poza drobiazgami była jednak rzecz większej miary, która mu kazała wierzyć, że marzenie jego utopią nie jest. Szlachtę ruską – pisze Władysław Bączkowski 45) - podbijała kultura polska, odpychała rzeczywistość polityczna, a grono szlacheckie w obozie Chmielnickiego przekroczyło wszelkie przypuszczenia w tradycyjnym poglądzie na „socjalny" charakter buntu chłopskiego pod wodzą „Chmiela". Szlachta, przeważnie prawosławna i do tradycji przeszłości przywiązana, niechętnym okiem patrzyła na przybyszy polskich, jako na „zabużańców" i ludzi obcych, niemal wrogich. W latach 1648-1649 walczyła po stronie polskiej, ale w miarę kolejnych zwycięstw Chmielnickiego położenie jej stawało się coraz cięższe, groźniejsze. Musiała uciekać, kto zaś umknąć nie zdołał, ten ginął od miecza rewolucji. Rzeczpospolita nie była w stanie ani wynagrodzić strat, jakie wygnańcy ponieśli, ani ich wziąć w opiekę. Zdawało się, że następował jej koniec, że nie ostoi się wobec inwazji tatarskich, kozackich, moskiewskich, szwedzkich. Wreszcie zerwanie Chmielnickiego z Polską i poddanie się carowi ostatecznie pozbawiło Rzeczpospolitą jej prestiżu. Nasuwał się rozpaczliwy wniosek, że nie ma innego ratunku, jak ze skargami i żalami swymi pójść do potężnego hetmana.
Całą siłą trzymał się Polski zacny Adam Kisiel, wojewoda kijowski, usiłując pośredniczyć między obu stronami. Po śmierci jego (1657) oraz jego przyjaciół, przedstawicieli tejże idei: kasztelana nowogródzkiego Aleksandra i Bohdana Ogińskich, pozostał z tej generacji osiemdziesięcioletni podkomorzy bracławski, książę Stefan Światopełk-Czetwertyński, nestor szlachty wołyńskiej, jeden z filarów prawosławia, przyjaciel metropolity Piotra Mohyły, Sylwestra Kossowa, Dionizego Bałabana, fundator prawosławnych klasztorów i cerkwi. Jako jeden z pierwszych przystał on do „IMĆ Pana Chmielnickiego, Hetmana Wielkiego, obrońcy religii naszej prawosławnej". Wraz z nim przystał syn jego Mikołaj, kasztelan miński. Nawet możny pan podkomorzy kijowski, Jerzy Niemirycz, zrazu protektor arianizmu, po wielu ewolucjach oraz tułaczkach po obcych obozach duchowych wrócił do błahoczestywoj wiary przodków i złożył hołd Chmielnickiemu.46) Podobnie wielu, wielu innych.
Najgorzej działo się na Pińszczyźnie. Powiat piński, jako pograniczny, szczególnie ucierpiał od ciągłych przemarszów plądrujących go wojsk. W 1655 roku zwalił się na Pińsk najazd moskiewski; miasto zostało złupione, potem spalone do cna. Przerażał przykład szlachty białoruskiej, która wcześniej, zwabiona obietnicami carskimi, przyjęła opiekę Moskwy, ta zaś, po moskiewsku obowiązki opiekuna rozumiejąc, naznaczyła rządy swoje niesłychanymi okrucieństwami i masowym wysiedlaniem szlachty mohylewskiej, smoleńskiej, witebskiej do Moskwy i na Sybir.47)
Pińszczanie postanowili wówczas gremialnie poddać się Hetmanowi Wielkiemu wojsk zaporoskich. Przyszło to im, według Lipińskiego, z łatwością, 48) bowiem Pińszczyzna należała do Wielkiego Księstwa Litewskiego, dzięki czemu tradycja przeszłości żywiej tam się przechowała niż w koronnych ziemiach ruskich; język rosyjski był językiem aktów urzędowych. Akces do Chmielnickiego był przeto dla Pińszczan, zwłaszcza prawosławnych, jakby powrotem do tradycji ruskiej państwowości z Kijowem jako stolicą. W spisach ówczesnej szlachty znajdziemy nazwiska rodów albo do dziś dnia osiadłych na Polesiu, albo nie tak dawno wygasłych: Druckich-Lubeckich, Skirmuntów, Ordów, Oleszów, Kuncewiczów, Szyrmów i innych. W imieniu tej szlachty udali się do Czehryna w czerwcu 1657 roku marszałek piński Łukasz Jelski i stolnik piński Adam Spytek-Brzeski.
Akt szlachty pińskiej - pisał Lipiński 49) - jest najbardziej charakterystycznym świadectwem procesu dziejowego, który się wówczas odbywał, a któremu początek dał Chmielnicki, zrazu nie uświadamiając sobie, jak doniosłe będą następstwa jego buntu. Pińszczanie, jednocząc się z Chmielnickim, kładli podwaliny „do odbudowy w nowych, ukraińskich, kozacko-szlacheckich formach starego, ruskiego warego-kniaziowskiego państwa, [...] do stworzenia wspólnego, ukraińskiego, narodowo-państwowego frontu przeciw obu państwom, które pretendowały do panowania na ziemiach naszych - przeciw Moskwie i przeciw Polsce".
W miesiąc później zmarł Chmielnicki; „padł ofiarą - jak się wyraża Lipiński - wszechwładnego na nieszczęsnej ziemi naszej chamstwa, niszczącego w zarodku poczynania tych wszystkich, którzy budowę i organizację państwa ukraińskiego stawiali sobie za cel".50) Wraz z Chmielnickim zeszła do grobu idea jego.
„Ale dziś - czytamy w przedmowie do zbiorowej księgi Z dziejów Ukrainy, którą zapewne sam Lipiński pisał - zbudził się do życia nowego naród ukraiński, [...] a zatem my- krew z krwi jego i kość z kości, jego część nierozdzielna, którą oderwała niegdyś przemocą od pnia ojczystego państwowość polska, znacząc nas później widomym piętnem odstępstwa: innym językiem i kulturą" - obowiązani jesteśmy „odkupić winę przodków i przyczynić się w miarę sił naszych do odrodzenia narodu". Z tymi słowami, zrywając z narodem, do którego zaliczali siebie jego przodkowie, z kulturą, w której się wychował, i umyślnie zamykając oczy na rzeczywistość, na potęgę uczucia polskiego w duszy Polaka nawet najlepiej, najserdeczniej usposobionego dla Ukrainy i narodu ukraińskiego, podnosił Lipiński sztandar reasymilacji.
2.
 Gdyby dane było Wacławowi Lipińskiemu zostać premierem przyszłej, niepodległej, konserwatywnej, hetmańskiej czy monarchicznej Ukrainy, to za pierwsze zadanie swoje uznałby wciągnięcie swego monarchy czy hetmana do ścisłego sojuszu z Moskwą w sprawach polityki zagranicznej. 51) Ale przeciw komu? Oczywiście, przeciw Polsce przede wszystkim. Tak groźna wydawała się polskość człowiekowi, który Polakiem był z pochodzenia i urodzenia, i mowy polskiej używał w życiu domowym. Byłaby to realizacja roli ukrainizmu jako tarana w ręku rosyjskim do rozbijania polskości. Usprawiedliwia Lipińskiego poniekąd to, że Listy swoje pisał w latach 1918-1926, gdy bolszewizm zasłaniał swoje prawdziwe oblicze wobec Ukraińców maską życzliwości tolerującej ich aspiracje narodowe.
Stanowisko ukrainizmu wobec Polski starał się wyjaśnić i sprecyzować Wasyl Kuczabski, wybitny spadkobierca myśli Lipińskiego. Książka jego 52) wyszła we Lwowie w roku 1933, gdy okrutna rzeczywistość ostatecznie zatarła samą możliwość jakichkolwiek filosowieckich złudzeń w społeczeństwie ukraińskim. Dymitr Doncow opowiada53) o rozmowie, jaką miał niegdyś, w latach studenckich w Petersburgu, z socjalistą rosyjskim, człowiekiem energicznym i gorąco oddanym idei swojej. Gdy Doncow wyłożył mu cele narodowego ruchu ukraińskiego, złowrogo błysnęły oczy socjalisty; zaledwie hamując oburzenie swoje, krzyknął: „To takie są cele wasze, dlatego wyczekujecie obalenia caratu! Poczekajcie, nazajutrz po rewolucji pomówimy o tym". „W oczach jego - kończy Doncow - zamigotał cały fanatyzm, cała nienawiść, jaką płonęli do nas oni wszyscy: i Kiereński, i Lenin, i Dzierżyński, i Pastyszew"...
 Nie z bolszewikiem jakimś polskim, lecz z konserwatystą, doktorem Janem Bobrzyńskim, stanął do rozprawy Wasyl Kuczabski; z „przeciwnikiem rycerskim", który w swoim Liście otwartym do konserwatysty ukraińskiego 54) przemówił tonem stanowiącym „miłą niespodziankę na tle powojennego zdziczenia, gdy weszło w zwyczaj nie inaczej zwalczać przeciwnika, jak zniewagami i oszczerstwami". „I jeśli staję przeciw tobie - streszczam słowa autora - to nie myśl, że czynię to dlatego żeś Polak; nieporozumienie nasze pochodzi stąd, że konserwatyzm swój zamknąłeś w obrębie spraw i interesów narodu swego, cztery zasady twoje: wiara katolicka, ojczyzna, własność prywatna i trzeźwa polityka realna – uznaję również, ale z tą różnicą, że rozwijając je i doprowadzając do końca, ogłaszam, iż konserwatyzm powinien być ponadnarodowy, uniwersalny". Tylko jako idea uniwersalistyczna może konserwatyzm przeciwstawić się zarówno pretendującemu do uniwersalizmu bolszewickiemu nihilizmowi, jak i modnemu dziś „nacjonalistycznemu zabobonowi". Na czym polega uniwersalizm konserwatyzmu jako idei? Na tym, że jest on afirmacją pierwiastka duchowego w człowieku i wynikających stąd jego potrzeb duchowych i duchowych dóbr. Konserwatyzm przeciwstawia się tym samym zarówno bolszewizmowi, jak i nacjonalizmowi; bolszewizm, zbudowany na negacji pierwiastka duchowego, staje się negacją idei Boga, idei człowieka, jest kultem materii, której najwyższym wyrazem jest maszyna i według wzoru maszyny ukształtowany człowiek. Nacjonalizm zaś, czyli „ubóstwianie narodu i państwa", niczym innym nie jest, według trafnej uwagi Williama Martina, niż ofensywnym powrotem starego pogaństwa, starej rzymskiej religii Cezarów i Augustów, wyznawanej dziś przez ludzi, którym się wydaje, że są chrześcijanami. 55)
Religia, religia chrześcijańska, każde chrześcijańskie wyznanie umoralnia, uszlachetnia ze skutkiem większym lub mniejszym i dyscyplinuje wierzących, ochrania ich przed popadnięciem w bolszewicki bestializm. „My, Ukraińcy - pisze Kuczabski - nauczeni strasznym doświadczeniem, jakim był dla nas triumf bolszewizmu za Zbruczem, wiemy, że polityka konserwatywna wtedy tylko będzie realną polityką chrześcijańską, kiedy przekroczywszy granice międzynarodowe, stanie się twórczą, zdbywczą polityką, obejmującą wszystkie narody zakorzenionym w każdej religii patosem politycznym." Silnie wyraził to niegdyś Krasiński w przedmowie do Przedświtu, głosząc „przemienienie sfery polityki w sferę religii". Narody wszystkie, zwłaszcza sąsiadujące ze sobą, powinny wytworzyć „wspólny idealny front konserwatyzmu" przeświadczonego, że nie po to żyje człowiek, aby zdobywać swoje osobiste szczęście, lecz po to, by tworzyć porządek lepszy, uczciwszy niż ten, który powstaje ze spustoszeń i zniszczeń dokonywanych pod hasłem demokracji doprowadzonej do absurdu: „Niechże Polacy uznają, jak uznaliśmy już my, Ukraińcy, że istnieje coś większego niż niepodległa Ukraina i niepodległa Polska" i że należy wraz z innymi narodami zabrać się do sprawy najpilniejszej - do ratowania Europy, a zatem i siebie przed czymś, co z każdym dniem coraz realniej, coraz konkretniej, coraz bardziej złowieszczo pędzi na Europę i w razie triumfu pogrzebie to wszystko, w czym Europa była wielka, i przeobrazi zdziczałe narody w barbarzyńskie plemiona, którymi zawładnie nowy jakiś Attyla.56) Niestety, Polacy ugrzęźli w przeszłości; nie są w stanie zerwać ze swymi nacjonalistycznymi przesądami i uczuciami, ze swoją „nieszczęśliwą jagiellońską romantyką"; nie chcą uznać, że „przebieg materialny procesów historycznych nie powtarza się nigdy i że żadna moc ludzka nie wskrzesi tego, co historia pogrzebała".
Tak samo przed wojną rozumowali Rosjanie. U nas Jerzy Moszyński brał za punkt wyjścia do filozofii dziejów Polski i jej posłannictwa w teraźniejszości i przyszłości fakt, że Polska niepodległa na zawsze wykreślona została z mapy Europy. Wbrew tym przewidywaniom i przepowiedniom, ubieranym w szaty naukowej ścisłości, Polska powstała. Ale nie o to nam chodzi. Idea jagiellońska, ujmowana przez Kuczabskiego terytorialnie i mechanicznie, była dla Polaków po utracie niepodległości nieszczęściem, pozbawiła ich zmysłu rzeczywistości, zabiła umiejętność dostoso¬wywania się do warunków chwili; nie dość tego: odebrała Polsce jej rację bytu. Naród, który żąda czy to od Dmowskiego, czy od Piłsudskiego, ażeby wskrzesił Polskę taką, jaka była, ze wszystkimi jej ekspansjami na Wschodzie i na Zachodzie - naród taki już zakończył swoją rolę w historii, jest narodem wyczerpanym i jałowym, niezdolnym do wzbogacenia historii świata jakąś swoją nową ideą, i jeśli narody są, jak się wyrażał Ranke, myślami Boga, to naród polski jest myślą, którą Bóg już odrzucił. I jakby zapominając, że w jego zamiarze leżała przyjacielska wymiana zdań z „rycerskim" przeciwnikiem, a chcąc ostatecznie mu dopiec, autor wygłasza opinię, że niepodległość Polski jest „rzeczą wygraną na loterii". Nie przyczyniły się do niej „demonstracje legionowe", które na tle wielkiej wojny były drobiazgiem bez znaczenia; niepodległość zawdzięcza Polska tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, polityce Francji tymczasowo potrzebującej na Wschodzie surogatu, który by jej zastąpił Rosję carską, oraz Wilsonowskiej zasadzie samostanowienia narodów.
Zasady tej chwyciłby się oburącz Ukrainiec demokrata, ale dla Kuczabskiego, jako konserwatysty, naród czy państwo jest organiczną całością, organizmem związanym z ziemią, na której powstał, zbudowanym na zasadzie hierarchicznego układu sił, nie zaś „mechanicznym zbiorowi¬skiem jednostek-atomów". Ideologię Wilsona określa on jako „indywidualistyczno-atomistyczną, która początek swój miała w rewolucji francuskiej, a triumfalny pochód po świecie zapewniły jej demokracje Ameryki i Europy. Jeśli państwa europejskie prosperować mogły w wieku XIX, to tylko dzięki temu, że władza faktyczna nigdzie nie znajdowała się w ręku większości, czyli „suwerennego narodu". Stało się to dopiero po wojnie światowej i wraz z tym amorficzne, suwerenne narody, zwłaszcza w nowoutworzonych państwach, stały się groźnym dla kontynentu czynnikiem chaosu, bo pozbawione warstw przednich o wyrobionej wiekami kulturze politycznej, potężnej potęgą tradycji, nie umiały i nie umieją dać sobie rady z zadaniami wewnętrznymi. Więc rzucają się w wir polityki zewnętrznej, kierowanej hasłami ekspansji i imperializmów, nieobliczalnej i tym samym niebezpiecznej. Bo kto, jakie warstwy zastąpiły tam warstwę uosabiającą naród, twórczą duchowo i materialnie? Zdeklasowana inteligencja żyjąca z polityki partyjnej, mniej lub bardziej skorumpowana administracja i ponad miarę wpływowe, politykujące kliki wojskowych. Szczególnie zastraszającym tego przykładem jest dzisiejsza Jugosławia.57) Państwa takie są „zbiornikiem niesłychanych dotychczas w historii świata wybuchowych, chaotycznych energii nacjonalistycznych, socjalnych, militarnych". Do tegoż typu zaliczył autor Polskę. Jego zdaniem, jest to rzeczpospolita zbudowana, podobnie jak tamte państwa, na nacjonalistycznym egocentryzmie i niewolniczo trzymająca się demokratycznej mody; z pogardą odepchnęła od siebie żywioły zachowawcze; szlachta nie miała odwagi bronienia nawet bezpośrednich swoich interesów materialnych, tym mniej narzucić mogła ideę jakąś czy program. Wszystkie demokracje: narodowa, ludowa, postępowa, czerwona, wzajemnie się nienawidząc i zwalczając, wytyczyły sobie - jedne jawnie, inne pod osłoną frazesów - ten sam cel, równoległymi drogami dążąc do ostatecznego zniszczenia szlachty i tym samym do całkowitego zerwania z przeszłością, z tradycją, na której tak mocno stanął konserwatysta ukraiński.
Po co więc Kuczabski zabrał się do dyskusji z konserwatystą Polakiem, skoro konserwatyzm w Polsce nic nie znaczy, nic nie może, nic nie umie, gdyby zaś coś znaczył i mógł, to nie znalazłby wspólnego gruntu, wspólnej mowy ze wspaniałym „ponadnarodowym, uniwersalistycznym" konserwatyzmem ukraińskim, który od Polaków żąda, aby wyrzekli się wielkomocarstwowej przeszłości swojej i osnutych na niej wielko¬mocarstwowych aspiracji, a zamknęli się w ściśle etnograficznych granicach, Ukraińcom zaś, odwrotnie, nakazuje aspiracje swoje rozszerzyć jak najdalej, objąć nimi południe dawnej carskiej Rosji i południowy zachód Polski, dążyć do stworzenia potężnego państwa, które stałoby się przednią strażą Zachodu przeciw bolszewickiemu Wschodowi z jego czerwonymi hordami? Z natury rzeczy stosunek Polski etnograficznej, zdrobniałej i sprzymierzonej w imię wspólnych wielkich cywilizacyjnych celów z potężną Ukrainą, byłby stosunkiem wasala do suwerena. Nie jest to perspektywa, która by znęcić mogła Polaka - i w postawie, jaką wobec Polski przybrał ukraiński konserwatysta, jest, mówiąc łagodnie, duża doza cynizmu, może zresztą niezupełnie uświadomionego.
Bez wahania mogę tu powiedzieć o sobie, że nie ma w Polsce człowieka, który by tak głęboko czuł grozę bolszewizmu i tak wyraźnie przeczuwał wiszącą nad światem katastrofę. Od początku rozumiałem, że straszliwy carat to „dziecinna igraszka" w porównaniu z bolszewizmem; 58) odważyłem się nawet zapytać Piłsudskiego, dlaczego nie dopomógł Denikinowi...
Przebyłem niedawno ciężką chorobę, odwiedzali mnie przyjaciele moi; oczywiście każdy zaczynał od pytania, jak jest ze zdrowiem moim, i każdemu to samo odpowiadałem: „Niestety, z każdym dniem jest lepiej, bo wolałbym umrzeć teraz w zgodzie z Bogiem, w otoczeniu najbliższych, zapatrzony w rozciągające się przede mną wzgórza i lasy, podniesiony na duchu odczuciem czegoś wielkiego, nieskończonego, tajemniczego a bliskiego, niż za rok, za dwa albo trzy, może wcześniej jeszcze, może nieco później, zgnić w sowieckiej czerezwyczajce".
Równocześnie ze mną, ale ciężej i dłużej, chorował znakomity publicysta rosyjski. Ostatecznie niemal cudem wyzdrowiał. „Ku wielkiej zgryzocie mojej - pisał do mnie - nie byto mi sądzone umrzeć; może to słabość, brak charakteru, ale szczerze nad tym boleję, że mnie śmierć nie zabrała, bo pesymizm mój przepowiada mi, że mogę dożyć do triumfu
bolszewików w Europie! Nie daj Boże, aby bolszewicki zastienok 59) stał się kresem mego życia".
Gdyby i u nas dojść miało do wyboru między dwojgiem złego: Polską zsowietyzowaną i przyjmującą ukazy od towarzysza Stalina a Polską sprzymierzoną z państwem ukraińskim i w pewnej mierze od niego uzależnioną wskutek ogromu jego i potęgi, nie zawahałbym się, ku zgorszeniu naszych komunizujących „polaczków", złożyć swój podpis na pakcie, który by mi podał Ukrainiec konserwatysta Wasyl Kuczabski. Ale na tę ostateczność, chwała Bogu, jeszcze się nie zanosi.
  Od rozumowań teoretycznych przejdźmy do praktyki. Co jest przyczyną rozgoryczenia autora, skąd ten niepowściągliwy, namiętny i nieraz obraźliwy dla „rycerskiego przeciwnika" ton, który wywody jego cechuje? Faktem konkretnym, wyprowadzającym autora z równowagi, jest podbój Lwowa, a wraz z nim całej Rusi Halickiej, ale nie ów podbój sprzed wieków, który był dziełem Kazimierza Wielkiego, lecz podbój dokonany na początku 1919 roku przez wojska Piłsudskiego i uwieńczony przechrzczeniem ziem między Zbruczem a Sanem, czyli Ukrainy Zachodniej, na Małopolskę Wschodnią - tak jak niegdyś carat przechrzcił Królestwo Pol¬skie na Kraj Przywiślański. Czy podbój ten był dla Polski - pyta Kuczabski - koniecznością życiową? Nie, Rzeczpospolita Polska i Ukraina Zachodnia stanowiły na przełomie 1918 i 1919 roku dwie równorzędne i równowartościowe kreacje polityczne z tą różnicą, że zachodnio-ukraińska demokracja zdrowsza była od polskiej - nie było tam demagogii, zamilkły waśnie międzypartyjne, górę brał duch solidarności, masy zaś ludowe wyróżniał daleko większy, niż w Polsce, zmysł dla sprawy narodowo-państwowej. 60) Rozum polityczny nakazywał Polsce sprzyjać przetworzeniu Galicji Wschodniej w państwo zachodnio-ukraińskie. Państwo to musiałoby z natury rzeczy szukać oparcia w Polsce i być jej przednią strażą przeciw bolszewizmowi. W społeczeństwie ukraińskim, nawet w kołach demokratycznych, panowało w owej chwili przychylne usposobienie dla Polski; w przeświadczeniu, że wrogiem głównym jest Rosja, społeczeństwo to gotowe było do wszelkich ustępstw, do zapewnienia mniejszości polskiej wszelkich przywilejów w nadziei, „że ją tym pociągnie do wspólnej pracy nad rozbudową ukraińskiego aparatu państwowego" 61)  Czy nie było dogodniej dla Polski - woła autor - mieć na wschodzie sprzymierzoną Ukrainę niż bezpośrednio sąsiadować z bolszewikami? Polska - dowodzi dalej - straciła niepowtarzalną sposobność zapoczątkowania przyjacielskiego współżycia z Ukrainą. Wmówiono sobie, wbrew oczywistości, że Ukraińcy to masa etnograficzna, która da się łatwo spolonizować. Dla Dmowskiego i jemu podobnych było to aksjomatem, że ukrainizm będzie zawsze i wszędzie zaciekłym wrogiem polskości, z aksjomatu zaś tego wyprowadzili z geometryczną prostolinijnością wniosek, iż w interesie Polski leży sojusz z Rosją w celu zgniecenia Ukrainy i podziału jej między siebie.62)  I zniszczyła Poiska zaczątki ukraińskiej państwowości, zdobywając Lwów. Ale co na tym sama zyskała? Nic. Straciła zaś bardzo dużo. Ukraina naddnieprzańska, pozbawiona tej podstawy moralnej i materialnej, jaką był dla niej galicyjski Piemont, szybko stała się zdobyczą bolszewizmu, który zgładził tam doszczętnie i na zawsze żywioł polski.
Czy autora porwał temperament? Czyżby inaczej było - pytamy go - gdyby Polska poszła ręka w rękę z ukraińską rewolucją? Nieszczęście Ukrainy - powiedział Wacław Lipiński - tkwi nie w tym, że są tam demokraci, którzy brużdżą, lecz w tym, że poza demokracją nie ma tam nic, a mówiąc ściślej - nie ma grupy, która zdołałaby jej się przeciwstawić, konserwatyzm bowiem, czy też te warstwy ziemiańskie, które z natury swojej powinny być jego ostoją legł obezwładniony po upadku obalonej przez carat hetmańszczyzny i daremne były odtąd państwowotwórcze wysiłki jednostek. Wprawdzie, korzystając z okupacji niemieckiej i za zgodą okupantów, zdołano w kwietniu 1918 roku wskrzesić władzę hetmańską
i oddać ją w ręce Pawła Skoropadskiego, ale od pierwszej chwili stanęli przeciwko niemu demokraci wszystkich odcieni oraz nieświadomi agenci bolszewików; w efekcie po siedmiu i pół miesiącach musiał on opuścić swój kraj, napiętnowany jako zdrajca narodu i złoczyńca, którego dyrektoriat jakiejś naprędce zaimprowizowanej i czasowo triumfującej „Ukraińskiej Republiki Narodowej" stawiał poza ochroną prawną, a cały majątek jego, ruchomy i nieruchomy, konfiskował. Zniszczeniem zaś budującej się państwowości w samym jej zarodku chełpią się Ukraińcy do dzisiaj, niby wielkim czynem; wygnanie Skoropadskiego nazywa Światosław Dołęga „otrzeźwieniem narodu".63) Słowem, wszelkie ze strony naszej próby po¬rozumień z rewolucyjną, świadomie czy nieświadomie - jak świadczy Lipiński - grawitującą ku bolszewizmowi demokracją były bezcelowe, polityczniezaś bardziej wyrobiony ukraiński „Piemont" w Galicji nie miał dość powagi i siły, aby trzymać w karbach rewolucję. Rzeczywistym winowajcą ostatecznego wytępienia polskości na ziemiach kresowych, zagarniętych przez bolszewików, nie jest polityka polska wobec ukrainizmu, lecz traktat ryski.
Prawdą jest natomiast, że polityka polska odepchnęła od siebie Ukrainę; tchórzliwie uległa wobec silnej sowieckiej Rosji, „rozpiera się po chamsku" wobec słabszych Ukraińców, strasząc ich nahajem.64)  Polityka ta „zbankrutowała beznadziejnie", bez widoku na wydostanie się z bankructwa. 65)  Mowy o kompromisie teraz nie ma, „walka trwać musi, dopóki zwy¬cięzca nie zmieni systemu swego: w przeciwnym razie doprowadzi do zupełnej zagłady jednego z przeciwników albo obu naraz". 66)  „Co wy nam daliście?" - woła Kuczabski. „Ani przemianowanie Ukrainy Halickiej na Małopolskę, ani oficjalne objęcie anatemą nazwy «ukraiński», którą ludność kraju tego określa swoją narodowość, ani polonizacja i utrakwizacja szkół, ani zawieszanie legalnych ukraińskich organizacji politycznych, kulturalnych i gospodarczych, ani pauperyzowanie ludności, ani osadnictwo, ani zamykanie przed inteligencją ukraińską drogi do funkcji publicznych w kraju ojczystym, ani żadne inne zabiegi tego typu nie zlikwidują kwestii ukraińskiej, nie doprowadzą do spolonizowania, jak sądzą Polacy, ukraińskiego elementu etnicznego. Przeciwnie, «element» ten żyje i żyć będzie, bo czerpał i czerpie swoją żywiołową, irracjonalną odporność z ducha ojczystej swej ziemi! 67) A Polsce co przyniosła jej «magia polonizacyjna»? Nasłaliście na nas nową serię obcych nam «królewiąt», a ci obcy ludzie, uważając - nie wszyscy, lecz część znaczna – niszczenie ukrainizmu za główne zadanie Polski, prędko się nauczyli utożsamiać interesy narodu z interesami własnej kieszeni; goniąc za łatwym zyskiem, zatracili poczucie prawa, wyzbyli się bezstronności i sprawiedliwości w stosunku do spraw publicznych, a butni, samowolni i brutalni wobec ludności, stali się przedmiotem jej nienawiści. [...] Tak, konserwatysto polski, wyznajmy sobie mężnie i otwarcie, że naród ukraiński całą duszą nienawidzi Rzeczpospolitej, jak jej nienawidził w roku 1638, gdy zarozumiała, butna, szlachecko-demokratyczna, suwerenna nacja pewna była, że już zdeptała hydrę ukraińską; minęło lat 10, a wybuchła Chmielniczyzna... Podobnie i dziś polska nacja triumfuje nad hydrą ukraińską, ale hy dra ta niedostrzegalnie podgryza tysiącami głów swoich podstawy istnienia państwa polskiego i szkody uczynione przez nią imieniu Polski są, w opinii świata, ogromne."68)  Potężnym sprzymierzeńcem Polski na konferencji pokojowej w 1929 roku-dowodzi dalej autor-było dobre imię narodu, owa powszechna dlań sympatia, która powstała dzięki 150-letniej propagandzie legendy o wielkodusznym, rycerskim narodzie-stanowiąca jedyny pozytywny wynik wszystkich powstań i walk niepodległościowych. Ale teraz 10 lat obecnego systemu starło bez śladu legendę, na której wytworzenie pracowało 5 pokoleń najszlachetniejszych przedstawicieli narodu, którzy głowy swoje kładli, walcząc pod Kościuszką, pod Napoleonem na pobojowiskach dwóch powstań; którzy cierpieli i ginęli w katorgach Sybiru albo w lochach więziennych moskiewskich, pruskich, austriackich...
Polska pozornie zwyciężyła, zdobywając Lwów i zagarniając ziemie halicko-wołyńskie, lecz w rzeczywistości przegrała. Jeśli bowiem zamiarem jej było zlanie owych ziem w organiczną całość z Rzeczpospolitą, to uznać siebie musi za pobitą.69)
Naród ukraiński, chociaż poniósł klęskę, to w nieszczęściu swoim wykazał, zdaniem autora, „nadspodziewanie wysoką moc i niezłomność charakteru"; skupił się w sobie i mężnieje. „Wyrabia się nowy typ przewodników politycznych, świadomy celu swego i dróg do niego prowadzących: łączą oni dalekosiężny idealizm z poczuciem odpowiedzialności za swoje słowa i czyny i z gotowością do ofiary z życia dla sprawy narodu, wszystkie zaś oznaki wskazuj, że już się zaczyna okres, w którym naród ukraiński przejdzie pod ich kierunkiem z defensywy do walki zaczepnej...70) „Mówię tu - kończy autor - nie o terrorystycznych jakichś demonstracjach, bo ani terroryzm, ani polityka demonstracji do niczego nigdy nie doprowadzą; mam na myśli tę nieuchwytną, bo żywiołową siłę, jaką jest życie codzienne dziesiątków tysięcy jednostek, ich uczucia, prace i wysiłki, które, razem wzięte, stają się atakiem potężnym, zdobywającym nowe pozycje kulturalne, społeczno-ekonomiczne i polityczne, przeciw którym bezsilne są wszelkie restrykcje i represje, z jednym tylko wyjątkiem owej, używanej także w Sowietach, metody systematycznego mordowania milionowych mas opozycyjnie usposobionej ludności." Więc nie ma żadnej nadziei pojednania dla obu narodów. Nie ma. Jednak w zakończeniu swej książki Kuczabski, schodząc ze stanowiska bezwzględnej nieustępliwości, wyznaje, że byłby środek jeśli nie do zupełnego pojednania, to do załagodzenia okrutnego charakteru wojny na śmierć i życie, jaką obydwa narody prowadzą ze sobą: niechby Polska wzięła sobie za przykład i wzór austro-węgierski dualizm. Austria stłumiła, dzięki pomocy rosyjskiej, powstanie węgierskie w roku 1849, ale Madziarzy nie upadli na duchu, głuchy ich opór trwał nadal, aż w końcu nauczony doświadczeniem zwycięzca zrozumiał, że skoro istnieją w granicach monarchii i nie dają się zniszczyć niebezpieczne dla niej narodowo-państwowe marzenia i dążenia Madziarów, to nie ma innego wyjścia, jak dać Madziarom „surogat jakiejś mniej lub bardziej doskonałej własnej, niezależnej, suwerennej państwowości". Złączenie wszystkich historycznych ziem Korony Węgierskiej w jedną terytorialną caość i uznanie równorzędności Węgier i Austrii na zasadach unii politycznej obu narodów i państw - oto „płaszczyzna, na jakiej stanął w roku 1867 zwycięski austro-niemiecki naród, starając się dojść do porozumienia i pokoju ze zwyciężonym narodem węgierskim". I wyszło ta na dobre obu stronom. Jeśli zaś po upływie pół wieku Ausuo-Węgry padły w nierównej wal¬ce z potężną koalicją, „winowajcą upadku nie był dualizm, lecz inne nierozwiązane zagadnienia narodowościowe, które ułatwiły nieprzyjacielowi zdruzgotanie dualistycznej austro-węgierskiej spółki".71)
Ale zalecając dualizm, nie łudzi się autor nadzieją, że Polska przystą¬pi do przebudowy państwa. W stosunku do Ukrainy naród polski „okazał się narodem politycznie niepoprawnym, skostniał w swoim nacjonalistycznym egocentryzmie" i „gdyby dziś stanął na czele Polski jakiś potężny dyktator i odważył się, na próbę, choćby w rozmiarach najskromniejszych, przebudować Polskę w duchu ugody z Ukrainą, to pod naciskiem woli całego społeczeństwa zostałby natychmiast zmieciony z oblicza ziemi".72) Nie od przebudowy państwa zacząć należy, ale od przetworzenia psychiki politycznej polskiej i także ukraińskiej. Długa to i daleka droga, mozolna, ciernista, pełna cierpień i zawodów... „Może fantastycznymi kończy autor - wydadzą się Tobie, konserwatysto polski, pomysły moje? Ale czy nie zdarzają się chwile, kiedy rzeczywistość przybiera kształty przywidzenia? Czy nie żyjemy dziś w świecie przywidzeń i mar? Marami są państwa dzisiejsze z konstytucjami swymi i armiami, marami nacje z ich interesami." W tym świecie mar „jedyną polityką realną jest tworze¬nie nowej rzeczywistości w miejsce panujących nad życiem przywidzeń".73)
Jaki wniosek mamy wyciągnąć z doktryny konserwatystów ukraińskich i z osnutych wokół niej poglądów na chwilę obecną? Co do mnie, zgadzam się z autorem, który dziękując w zakończeniu konserwatyście polskiemu, że dał stronie ukraińskiej - pierwszy raz od powstania odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej - możność i sposobność do wypowiedzenia otwarcie, swobodnie i wyczerpująco tego, co myśli o sobie i o Polsce - dodać umiał do podziękowania swego jedno tylko życzenie, aby obydwie strony, walcząc ze sobą, potrafiły wzajemnie siebie szanować i starały się „lojalnie, po rycersku rozprawiać o kwestiach wspólnie je obchodzących. Nic do tego, niestety, dodać nie potrafię. Ci publicyści nasi, którzy - jak Włodzimierz Bączkowski, Stanisław Łoś, redaktorzy Buntu Młodych - najgłębiej ujęli kwestię ukraińską i najdalej poszli w ustępstwach, znaleźli, o ile wiem, mało uznania u Ukraińców. Bączkowski szczerze sympatyzuje z ideą wielkiej, potężnej Ukrainy, rozciągającej się od Dniepru jak najdalej na Wschód, lecz „ziemie czerwieńskie, Wołyń i inne" pozostaną w granicach państwa polskiego. Ale właśnie Ruś Czerwona stanowi „najbardziej europejski odłam narodu" i tym samym byłaby powołana, według Kuczabskiego, by stać się elementem ładu w przyszłej, wyzwolonej od bolszewików, lecz zdemoralizowanej przez, rządy ich i anarchicznej w instynktach Ukrainie. Więc nie porusza Ukraińców żądanie Bączkowskiego, aby państwo polskie dało Ukraińcom „maksymalne zrealizowanie postulatów dosytu kulturalno-narodowego i materialnego", aby było generalnym źródłem dobrobytu wszystkich obywateli narodowości ukraińskiej." Ukraińscy krytycy Bączkowskiego nazwali to programem etatyzacji ukrainizmu w Polsce, którego warunkiem byłaby kapitulacja moralna Ukraińców.
Wobec beznadziejnej obecnie sytuacji kwestii polsko-ukraińskiej chodziło mi nie o nową receptę na jej rozwiązanie, ale o cele, że się tak wyrażę, narodowo-pedagogiczne. Żyjemy gorzej niż w świecie mar, jak twierdzi Kuczabski, żyjemy pod panowaniem i uciskiem zmory, która zmiecie wszystkie owe mary i przeistoczy świat w realne piekło. Pomimo wszystko, co nas dzieli, mamy z Ukraińcami wspólne zadania w walce z czerwoną Rosją i czerwoną dżumą. Ale co słyszę nieraz z ust Ukraińców? „Polska sprzeniewierzyła się swej misji dziejowej, już nie jest owym przedmurzem chrześcijaństwa, jakim była; idzie w ogonie Sowietów i wielka misja obrony Zachodu i chrześcijaństwa przed barbarią bolszewicką spadła na nas, Ukraińców." Tak mówią ludzie wychowani w tradycjach Wschodu, unici i prawosławni. Czy słuszność nie jest po ich stronie? Czy nie powinniśmy, słysząc to, rumienić się ze wstydu? Oni duszą całą nienawidzą bolszewizmu, bo wiedzą z doświadczenia, czym on jest, 75) rozumieją, czują, widzą jego grozę. U nas stosunek do bolszewizmu jest albo głupio podły - bo tylko spodleniem serca i myśli wytłumaczyć można kult naszych młodych komunizantów dla filozofii czy religii bolszewików, która na miejscu idei Boga postawiła absolutną jej negację, czyli negację najwyższych i najszlachetniejszych aspiracji ducha, które z ideą tą łączymy, krótko mówiąc, ideę Boga zastąpiła ideą diabła, ideę zaś człowieka, jako obrazu i podobieństwa Bożego, zamieniła na ideę człowieka pozbawionego indywidualności, to jest automatu bez myśli, czucia i woli - albo stosunek ów u tych nawet, co się mienią przeciwnikami bolszewizmu, jest lekkomyślnie błazeński, gotowy do wszelkich porozumień i układów, niezdolny sięgnąć w przyszłość, ślepy na niebezpieczeństwo najgroźniejsze, jakie świat widział. Niechże konserwatyści nasi, tak potulnie i grzecznie, tak uprzejmie unikający wszelkiej inicjatywy, która by rozgniewać mogła ich przeciwników, wiedzą, że w obrębie państwa istnieje inny konserwatyzm, pełen rozmachu, śmiały w afirmacjach, głęboko przeświadczony, że tylko konserwatyzm, jako idea uniwersalistyczna, korzeniami swymi mocno tkwiąca w religii, zwycięsko przeciwstawić się zdoła uniwersalizmowi bolszewickiego nihilizmu.

Przypisy:
1) W Kuczabski, Ukrajina i Polszcza. Otwerta widpowid' polśkomu konserwatystowi, Lwów 1933.
2) Ibidem, s. 107.
3) Ibidem, s. 146.
4) Łysty do bratiw chliborobiw pro ideju i organżzaciju ukrajinśkoho monarchizmu, Lwów 1926, s. XLVIII i 580.
5) Ibidem, s. XIII.
6) Ibidem, s. XIV-XV.
7) W Lipiński, Religija i Cerkwa w istorji Ukrajiny, Lwów 1933, s. 126.
8) Ibidem, s. 56-60.
9) Ibidem, s. 66-68.
10) Łysty do bratiw chliborobiw, s. XVII-XVIII.
11) Ibidem, s. XXXIV-XXXV.
12) Ibidem, s. XVIII.
13) M. Bierdiajew, Christianisme et realite sociale, Paris 1934, s. 146-151.
14) Łysty do bratiw chliborobiw, s. XLU.
15) Uniwersalizm u chlibarobśkij ideologiji, Praga 1926.
16) Łysty do chliborobiw, s. 567.
17) Ibidem.
18) Christijańska religija i konserwatiwna ideja, Lwów 1937.
19) Ibidem, s. XLII.
20) Ibidem, s. 221.
21) Ibidem, s. 222-226.
22) Ibidem, s. 230.
23) Ibidem, s. 231.
24) Ihidem, s. 531.
25) Ibidem.
26) Ibidem, s. 233.
27) Ibidem.
28) Ibidem, s. 486.
 29) Ibidem, s. 511.
30) Ibidem, s. 530.
31)Ibidem, s. 312.
32) Ibidem, s. 314.
33) Ibidem, s. 494.
34) Ibidem, s. 514.
35) Ibidem, s. 513.
36) Ibidem.
37) Ibidem, s. 49, 514.
38) Ibidem, s. 49.
39)  Ibidem, s. 434.
40) Ibidem, s. 458.
41) Ibidem, s. 518. Zauważyć należy, że Lipiński, który tak namiętnie powstał przeciw wrogom hetmana, później, na emigracji, poróżnił się z nim, coraz bardziej od niego się oddalał i w końcu ostatecznie z nim zerwał w roku 1930.
42) Ibidem, s. 469. Wywód autora skracam.
43) Ibidem, s. 544.
44) Ibidem, s. 575.
45) W Bączkowski, U źródeł upadku i wielkości, Warszawa 1935, s. 30-31.
46) Łysty do chliborobiw, s. 568-570.
47) Ibidem, s. 530 i W Lipiński, Ukrajina na perełomi, Wiedeń 1920, s. 198-199.
48)  Ukrajina na perełami, s. 220-229.
49) Ibidem, s. 246-247.
50) Ibidem, s. 251.
51) Por. Łysty do bratiw chliborobiw, s. 567-570.
52) Ukrajina i Polszcza. Otwerta widpowid' polskomu konserwatystowi, Lwów 1933.
53) W broszurze O patriotyzmie, Lwów 1936, s. 26-27.
54) Został opublikowany w Naszej Przyszłości w listopadzie 1931 roku.
55) W. Martin, II faut comprendre la Chine, Paris, s. 188-189.
56) Ibidem, s. 10-12.
57) Ibidem, s. 89.
58) Por. Kuczabski, op. cit., s. 143.
59)  Miejsce, w którym torturuje się winnych lub podejrzanych.
 60) Ibidem, s. 70-71.
61)  Ibidem, s. 79-82.
62) Ibidem, s. 59.
63) Ś. Dotęga, Skoropadszczina, Warszawa 1934.
64) W Bączkowski, U źródeł upadku i wielkości, Warszawa 1935, s. 108.
65)  Kuczabski, op. cit. s. 112.
66) Ibidem, s. 141.
67)  Ibidem, s. 113-114.
68) Ibidem, s. 119-120, 153-155.
69) Ibidem, s. 218.
70) Ibidem, s. 216.
71)Ibidem, s. 219-220.
72) Ibidem, s. 224.
73) Ibidem, s. 234.
74) Bączkowski, op. ćit., s. 155-156.
75) Por. np. J. Gorlis-Gorski, Ave dictator, Lwów 1934. Liczba wysiedlonych z Ukrainy na daleką północ i Daleki Wschód wyniosła w końcu 1930 roku 2,4 miliona osób. Znacznie większa jest liczba zmarłych z głodu w 1934 roku.

Na podstawie: Marian Zdziechowski, Widmo przyszłości. Stowarzyszenie kulturalne Fronda, Warszawa 1999.
Pierwodruk: Przegląd Współczesny nr 3(179) i 4(180), W-wa, marzec-kwiecień 1937.