…Wobec zazębienia interesów międzynarodowych, nie ma już dziś miejsca na suwerenności państwowe starego typu. Jeżeli jakiś naród chce pozostać suwerennym, winien rozumieć, że taka możliwość istnieje jedynie przez integralne włączenie się do wolnego świata. …Musimy zdać sobie sprawę, że zachodzi wielki proces przejścia od dotychczasowego „adwokatowania” interesom narodowym, do „adwokatowania” interesom ludzkim. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Marian Hemar. Lewa wolna Drukuj
Autor: Marian Hemar   
Niedziela, 02 stycznia 2011

Na naszych oczach rozrasta się, ogromnieje, przybiera na mocy talent pisarski Józefa Mackiewicza. Jeśli nie wszyscy w pełni zdajemy sobie już dzisiaj sprawę z wagi i znaczenia tego pióra, winna temu bliskość, która zawsze jest wrogiem wielkości. Do oceny zjawisk sztuki potrzebna jest odwrotna perspektywa - „z daleka jestem większy", powiedział Thiers do jakiejś pani, zdziwionej, że tak wielki mąż stanu jest tak niskiego wzrostu.
Zdumiewa mnie zawsze myśl o tym, że literatura jak gdyby abhorret vacuum - nie znosi próżni. Jak gdyby odruchem mistycznego zbiorowego instynktu obsadzała wakansy, wypełniała luki i ubytki, osadzała nowych namiestników na opustoszałych fotelach. Kto niedawno oglądał na ekranie telewizyjnym, jak w szczerym polu dźwiga się rosnący coraz wyżej stożek nowego wulkanu, w kilka miesięcy przemieniony w nowy górski szczyt, niech sobie wyobrazi, że sam geniusz narodu tak wydźwiga się ponad powierzchnię wybuchem i wyrostem nowych ludzi, piór, talentów. Naród nie może się obyć bez naczelnego pisarza, prozaika, batalisty. Proszę, aby mi wolno było użyć tego ostatniego słowa nie tyle na określenie epika opisującego obrazy i sceny bitewne w ich dosłownym sensie, ale także kontynuującego swym piórem wielkie batalie literackie o samą istotę i samo wysokie powołanie piśmiennictwa, o najważniejsze sprawy i prawa i pretensje swego narodu.


Od śmierci Stefana Żeromskiego wypatrujemy znowu tego naczelnego w ojczyźnie pióra. Wielkie niekiedy talenty prozaików jeden po drugim nie spełniały nadziei. Zofia Kossak-Szczucka nie napisała nic lepszego ponad pierwszą swoją Pożogę, Ferdynand Goetel właściwie zawiódł po obietnicy Kar Chatu, dwu młodym olśniewającym talentom, Małaczewskiemu i Uniłowskiemu, jemu zwłaszcza, przedwczesna śmierć wyrwała pióro z ręki. Juliusz Kaden-Bandrowski, niby Syzyf naszej literatury, przez całe życie coraz o krok od szczytu, nigdy doń nie doszedł. Ani Maria Dąbrowska, pierwsza wśród piszących kobiet, ani tym mniej żadna inna, łącznie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, nie wypełnia luki.
Jestem pewny, że właśnie Józef Mackiewicz przejmie i udźwignie ciężką i trudną buławę pierwszego naszego prozaika. Tym bardziej wydaje się to po ostatniej jego książce Lewa wolna. Wydaje mi się, że teraz, w nim dopełnia się jakby logiczny proces rozwojowy naszego piśmiennictwa.
Henryk Sienkiewicz był pisarzem dla dzieci. Ani tym go nie chcę umniejszać, ani nie myślę o dzieciach jakiegoś określonego wieku. Był pisarzem dla dzieci, które na zawsze zostają w nas i którymi my na zawsze zostajemy gdzieś w głębi naszych serc i w mrokach podświadomości. Stefan Żeromski był pisarzem dla młodzieży. Był taki czas, gdy nie można było być młodym, nie przeszedłszy przez zaczarowany krąg żeromszczyzny, przez jej gorycz i dumę, liryzm i patos, przez romantyzm Judymów i rozczarowania Sułkowskich, przez jej Urodę życia, przez Rubikon jej Wiernej rzeki.
Może dlatego prawie wszystko jest w Sienkiewiczu grzechem, zbrodnią czy okrucieństwem, jest właściwie i jakby na niby. Może dlatego Żeromski stał się tak przeraźliwie niemodny, że młodzież przechodzi kryzysy charakteru i ambicji? Pamiętam, że akurat czterdzieści lat temu, w rok śmierci Henryka Sienkiewicza, jako uchodźca ze Lwowa, uczeń 5 klasy gimnazjum polskiego w Wiedniu, poszedłem na odczyt młodziutkiego polskiego oficera legionisty. Był nim Juliusz Kaden-Bandrowski. Na estradzie przysiadł półgębkiem, na kancie stolika, jedną nogą w lśniącym bucie z ostrogami cały czas bambałakał, co nam się wydawało szczytem wielkoświatowej nonszalancji, i opowiadał o Legionach, powiedział, że przekraczając granicę rosyjską, mieli w plecakach Popioły.
Ciekaw jestem, czy jeszcze kiedy Popioły znów znajdą się w plecakach młodych?
Józef Mackiewicz jest pisarzem dla dorosłych, dla ludzi w wieku męskim, wieku klęski.
***
Fryderyk Nietzsche w swych Narodzinach tragedii podzielił sztukę i wszystkich artystów na dwa jakby rodzaje czy dwie rodziny - na typy „apollińskie" i „dionizyjskie". Te pierwsze są typami pokoju, ładu, harmonii, są ludźmi i dziełami wiary i nadziei, pokory, zgody, optymizmu. Te drugie są dziełami i twórcami burzy i buntu, przerażenia i rozpaczy, namiętności, niewiary i pesymizmu. W każdym stylu, w każdym okresie czasu i sztuki Nietzsche dostrzegał przedstawicieli tych dwóch biegu¬nów, w istocie, w nieskończoność można by dawać przykłady jednych i drugich. „Apollińczykarni" byli Rafael i Mozart, Bach i Goethe, Petrarka, Shelley, Kant, Dickens, Prus, Rubens, Canova, Sienkiewicz, Osterwa - „dionizyjczykami" są Michał Anioł, van Gogh, Homer, Szekspir, Dante, Rembrandt, Schopenhauer, Żeromski, Jaracz i tak dalej, i tak dalej.
Spostrzeżenie Nietzschego nie ma oczywiście wartości teorii sztuki. Sprawa nie jest aż tak uproszczona - niektórzy twórcy są na pograniczu obu rodzajów. Chopin łączył w sobie po równo oba pierwiastki. Niektórzy, w miarę rozwoju, przechodzą z jednego typu w drugi, jak dionizyjski Beethoven, który doszedł do apollińskiej Symfonii dziewiątej, jak Mickiewicz, dionizyjski w Dziadach, a apolliński w Panu Tadeuszu. Niewiele można znaleźć przykładów tak zdecydowanych i skrajnych jak Dostojewski. Ale jako próba orientacyjnej generalizacji propozycja Nietzschego jest niezmiernie pasjonująca i ciekawa.
Pisarze i twórcy dionizyjscy nie miewają łatwego życia. Nie dla nich są nagrody państwowe i ordery, przynajmniej nie za ich życia. Nie dla nich synekury, Oblęgorki, mecenaty, aprobaty oficjalne, klerykalne, wojskowe, partyjne. Trudno się temu dziwić - oni szargają świętości, kalają własne gniazda, burzą obrazy, drażnią, piszą pod włos, malują na przekór, wolą wymyślne dysonanse niż przejrzyste tonacje, do których przywykły uszy. Kto wiatr sieje, burzę zbiera. Józef Mackiewicz jest pisarzem dionizyjskim.
Utarła się taka klisza, która powiada, że pisarz bierze pewne sprawy, charaktery czy wypadki „pod lupę", że patrzy na nie przez „mikroskop". Ta przenośnia wydaje mi się nie tylko banalna, ale i nietrafna, rzecz ma się wprost przeciwnie. Pisarz wielkiej miary widzi świat przez odwrotną stronę lornetki. Wszystko widzi ostre, wyraźne, malutkie, sprowadzone do wspólnych proporcji drobności. W tym polu widzenia wszystko jest równie ważne, ma równe prawa do „literatury". Dzięki temu nieraz dostrzec można dziwne związki przyczyn i skutków. W roku 1916 coraz częściej napadają na dwory pańskie „plennicy": jeńcy rosyjscy zbiegli z niewoli niemieckiej, dezerterzy i maruderzy. Józef Mackiewicz zauważa jakby przypadkowo: „Wielkie zmiany nigdy nie przychodzą raptownie. Zapoczątkowała je epoka obrezu, czyli karabinu z obciętą lufą, który dawał się ukryć pod chłopską siermięgą, kapotą czy szynelem". Aż dziw, jak taka uwaga czepia się wyobraźni czytelnika.
Sienkiewicz jest swoimi bohaterami zachwycony i upojony, Żeromski jest w nich zakochany, niektórych aż oblepia swą miłością, Prus lubi ich, ale z ironią. Józef Mackiewicz nie ma dla swych bohaterów miłosierdzia - są na to zbyt drobni. Gdy się obserwuje mrowisko, nie można litować się nad jedną czy drugą mrówką. Naprawdę można rozumieć świat tylko statystycznie.
Nie wiadomo gdzie kończy się konieczność, gdzie zaczyna się przypadek. W świecie Józefa Mackiewicza ludzie są z przypadku bohaterami, z przypadku giną, z przypadku tchórzą, wygrywają, przegrywają, mordują się nawzajem, znęcają się, ten nad tamtym, tamten nad owym, który komu wpadnie bezbronny w ręce. W psychologii człowieka ugniecionego w wojskową, wojenną masę jest miejsce na wszystko - na odwagę, strach, na służbę ojczyźnie i kradzież jej mienia, na handel kokainą, na prawdziwą miłość i plugastwo rozpusty, na braterstwo broni, szacunek dla konia, bestialstwo wobec człowieka.
Książka to pochmurna, jakby sam Jowisz spinał brwi i patrzał, patrzał, jeśli mu oczy zachodzą łzami, nie są to łzy współczucia, ale zmęczenia. Toteż jest to książka bezwzględna, bez żadnych ustępstw dla czytelnika. Zaczyna się jakby przypadkiem, kończy się jakby w połowie zdania, na niczym. Pomiędzy pierwszą a ostatnią jej stroną wali się jeden świat, rodzi się drugi, ziemia się trzęsie, na ziemi polskiej toczy się ostatnia „decydująca bitwa w dziejach świata", dzieje się tak wiele, że jakżeż inaczej ogarnąć to wzrokiem, jeśli nic z góry, z bardzo wysoka? Zresztą, wbrew pozorom, nie ludzie, nie ich przygody, nie miłosne, nie szpiegowskie, nie wojenne wątki są bohaterami powieści. W powieściach swoich Sienkiewicz na kanwie historii haftuje fabuły swoich bohaterów, półbogów i herosów. Józef Mackiewicz na osnowie ludzkich przeżyć pisze historię, ona jest bohaterką książki. Nie umiem sobie inaczej wyjaśnić, dlaczego gdzieniegdzie świetną kompozycję powieści rozrywa, rozsadza jakby, publicystyka dowodów, cytatów, cyfr, skąd nagle pośrodku znakomitego toku narracji - mapy, po co dokumentacja rozkazów dziennych, listów, telefonogramów, świadków i raportów? Rzecz to niezmiernie ciekawa, jak to suche, rzeczowe autentyzowanie przydaje książce napięcia miast je przerywać, jak podnosi zainteresowanie czytelnika na jakiś wyższy poziom, bardziej jeszcze chciwy tych wszystkich faktów. W tym właśnie niemal „antypowieściowym" chwycie ujawnia się najżywiej rasowy, nieomylny artyzm Józefa Mackiewicza. Nie można nie wyrazić podziwu dla ogromu pracy przygotowawczej, badawczej, historycznej, której dokonać musiał autor, ileż czasu musiał prześlęczeć w bibliotekach, ileż dokumentów przewertować, jak do nich trafił w naszych emigracyjnych warunkach
Jeśli historia jest bohaterką powieści, sprężyną jej jest nienawiść Jó¬zefa Mackiewicza do bolszewizmu, nienawiść niczym niezaspokojona. Są sprawy, których nie może i nie chce przebaczyć pewnym ludziom, pewnym wypadkom, losowi samemu. Nie pisze po to, aby wyjaśniać, ale by się prawować, dopominać o swoje, mścić. Jest w tym źródło jego pisarskiego dynamizmu, ale zarazem jego tragedia jako wielkiego artysty. Nieraz myślę, że na to, by zrobić jeszcze parę ostatecznych kroków i stanąć na szczycie polskiego piśmiennictwa, Józef Mackiewicz musi odwrócić swoją twarz i oczy od wrogów. Musi przejść jakąś katharsis, którą sprowadzić może tylko miłość, nie nienawiść. Nie w tym rzecz, kogo i czego się nienawidzi, ale w tym, że nienawiść zawsze wychodzi na szkodę nienawidzącemu, tak jak bicie najgorzej deprawuje tego, który bije.
***
Osobno trzeba by napisać o języku Mackiewicza - nie o zaletach prozy, znakomitych stylistycznie skrótach, śpiewnych frazach, ale o jej werystycznym, okrutnym słownictwie żołnierskim, o dosadności przekleństw i wulgarności. Napisano wiele prac naukowych o zagadce i psychicznych podłożach przekleństw, używanych przez żołnierzy wszystkich armii świata. W tym szczególnym języku odkryć można najbardziej rozmaite pierwiastki - i kabalistyczne zaklinanie losu, i jego prowokację, i celowe bluźnierstwo, jako kompensację podświadomej religijności, i samoobronę przed strachem i psychicznym szokiem, i ucieczkę przed słabością, i wmawianie sobie męskiej krzepy, i próbę sprostania grozie życia przez brutalność ekspresji - i to jeszcze nie wszystko. W ludziach ocierających się o gwałtowną, okropną śmierć, zagrożonych okropnymi fizycznymi męczarniami, rozdygotanych strachem spychanym w podświadomość, odrutowanych dyscypliną, zmuszających się do schizofrenicznych aktów odwagi budzi się żywiołowa żądza życia, której symbolem jest wzmożony popęd płciowy, przemieniony w zastępcze formy, w językowe plugastwa. Zresztą te wszystkie ohydne słowa bardzo szybko zatracają swe znaczenie, stają się dźwiękami ułatwionymi, jakby onomatopeją przeżyć. To wszystko i jeszcze coś poza tym, jeszcze coś tajemniczego, nierozwiązanego dotychczas przez docieka¬nia psychologiczne - to wszystko składa się na język żołnierski, który Mackiewicz oddaje, notuje z muzyczną wiernością jego kadencje.
Czy słusznie zrobił, rażąc tym niejedne uszy i oczy, czyniąc tę książkę lekturą nad wyraz nieodpowiednią dla czytelników zbyt młodych (nie tylko wiekiem)? Stawiam to pytanie retorycznie. Pisarz tej miary nie miał na celu ani epatowania burżuazji, ani szokowania kogo, ani pornograficznej pikanterii. Jeśli kogo razi prawda żołnierstwa i wojny, i mordowania ludzi, pogromów i bicia, i gwałtów, przeklinania i wszelkiej ohydy, niechże potępia wojsko i wojnę, i jej plagi. W naszej wojnie z bolszewikami nie było konwencji genewskich, romantyzmu ułańskiego, chłopców malowanych, szanowania jeńców. Mackiewicz wie, co robi, pisząc, tak jak pisze. On przecie jest autorem książki o masakrze katyńskiej.
Miłość przyrody, wrażliwość na jej piękno, na jej kolory i zapachy, odzywa się w tej powieści raz po raz króciutkimi zdaniami, frazami czarującego piękna i zdumiewającej obserwacji: „mgła ustępowała w podszycie, wsiąkała w mchy. Czasem ukośny promień przedarłszy się gdzieś między konarami, zaigrał z rojem komarów nad drogą". Takich kilka słów chwyta za serce jak pejzaż Ruszczyca.
„Podeszło lato. Słowiki zaczęły milknąć, poprzez otwarte okna ciągnęło zawsze trochę aptecznym zapachem rozkwitających lip i brzękiem pszczół. Ale chmury szły ciągle, tyle że raz wyżej raz niżej. Wypogadzało się naprawdę przeważnie w nocy. A wtedy nad domem rozwierała się przepastna pustynia nieba, czasem z rzuconym sierpem księżyca, czasem z pełną jak dynia jego twarzą, i nic nie zapowiadało końca."
W pobok nieubłaganego nurtu okrucieństwa i gwałtu, czasem cichutko przychodzi do głosu w tej powieści delikatność dwóch miłości Józefa Mackiewicza, tej miłości przyrody i, dziwna to rzecz, religijności wyrażonej niespodziewanie, tym bardziej wzruszającej.
„Stary", bo blisko trzydziestoletni podoficer, Brąkiewicz, powiada: „Jeżeli jest Pan Bóg, a daj Boże, żeby był... to może dowiemy się jak sprawy stoją naprawdę".
Ten sam Brąkiewicz, w chwili śmiertelnego niebezpieczeństwa, szepnął ułanowi Krotowskiemu: „Byle się nie modlić...". Długo później, po stu stronach książki, wyjaśnia mu czemu:
Ja tobie powiem. Modlić się ze strachu nigdy nie trzeba. U Niego wszystko jest rozplanowane: każdy komar nawet na swoim miejscu lata. Pan Bóg sam wie co robi, nie? I Jemu twoich trzech groszy nie potrzeba.
- Ale Pan Bóg powinien być miłosierny.
- Powinien! Otóż to właśnie. On rozplanował i nie może zmieniać na każdy czyjkolwiek pacierz... A ty Jego prosisz, żeby zmienił. Pan Bóg jest miłosierny, fakt, i przez to Jemu przykrość sprawiasz. Bo przez miłosierdzie swoje, Jemu jest nieprzyjemnie odmówić w twoim strachu, a odmówić musi musowo... Bo w takim wypadku ani jeden żołnierz z każdej strony kity by nie odwalał na wojnie. Bo każdy prosi, i za niego, weź, jeszcze proszą, to matka to żona, to dziwka tam jaka. Niemożebna rzecz! Dlatego ja wtedy tobie mówiłem: tylko się nie modlić. Sobie nie pomożesz a Pana Boga denerwujesz niepotrzebnie. ..
Niewiele czytałem w życiu mądrzejszych, piękniejszych, bardziej delikatnych zdań, bliższych tego Boga, którego człowiek odkrywa ponad sobą, bardzo rzadko, właściwie tylko w nieszczęściu, w przestrachu.
Książką Józefa Mackiewicza jestem głęboko przejęty, głęboko poruszony, z serca mu za nią dziękuję.
Pierwodruk: „Tydzień Polski”. Dodatek do „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” (Londyn) 1966, nr 3.
Opublikowano na podstawie: Józef Mackiewicz i krytycy. Antologia tekstów pod redakcją Marka Zybury. LTW, Łomianki 2009.

Z Wikipedii, wolnej encyklopedii:
Marian Hemar, urodzony jako Jan Marian Hescheles, pseud. Jan Mariański, Marian Wallenrod i inne (ur. 6 kwietnia 1901 we Lwowie, zm. 11 lutego 1972 w Dorking pod Londynem) – polski poeta, satyryk, komediopisarz, dramaturg, tłumacz poezji, autor tekstów piosenek.
Marian Hemar był autorem tekstów ponad dwóch tysięcy piosenek, m.in. takich szlagierów jak Kiedy znów zakwitną białe bzy, Czy pani Marta jest grzechu warta, Ten wąsik, Nikt, tylko ty, Może kiedyś innym razem, Upić się warto, Jest jedna, jedyna. Studiował medycynę i filozofię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Już w czasie studiów parał się satyrą. W 1925 przeprowadził się do Warszawy. Wraz z Tuwimem, Lechoniem i Słonimskim był autorem wielu skeczy i dowcipów i szopek politycznych. Jego dorobek literacki jest ogromny: ponad 3000 niezwykle popularnych piosenek, do których sam komponował muzykę, setki wierszy, kilkanaście sztuk i słuchowisk radiowych. Był również współpracownikiem Wiadomości Literackich i Wiadomości, oraz dyrektorem teatru Nowa Komedia (1934-1935). W 1939 jego piosenka Ten wąsik (wykonywana przez Ludwika Sempolińskiego w popularnej rewii Orzeł czy Rzeszka), spowodowała interwencję ambasadora Niemiec w Warszawie.
Po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939, przedostał się do Rumunii. W latach 1940-1941 walczył w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich w Palestynie i w Egipcie (m.in. pod Tobrukiem). Na początku 1942 został przeniesiony do Londynu. Został przydzielony do Ministerstwa Informacji i Dokumentacji, w którym zwalczał m.in. kłamstwa propagandy, głównie niemieckiej, ale także angielskiej.
Po wojnie pozostał w Londynie..Był bezkompromisowy i do końca wierny prawdzie i sprawiedliwości. Nie zgadzał się na komunistyczne zniewolenie Polski. Jego utwory były objęte cenzurą PRL.
W jego poezji wyraźnie zarysowały się dwa nurty - żartu i satyry oraz refleksji i tęsknoty. Oprócz licznych piosenek (tekst i muzyka), wierszy, sztuk i słuchowisk radiowych był autorem wierszy lirycznych, satyr, fraszek, parodii. Robił też przekłady poetyckie (m.in. wszystkie sonety Szekspira, połowa ód Horacjusza), pisał sztuki teatralne od dramatu do komedii muzycznych, jednoaktówki poświęcone Fredrze, Kochanowskiemu, Chopinowi. Parał się także prozą: pisał reportaże, felietony, eseje, krytykę literacką, a nawet traktat polityczny o Hitlerze.