Michał K. Pawlikowski. Droga do piekła Drukuj
Autor: Michał K. Pawlikowski   
Środa, 22 grudnia 2010

We wczesnym okresie bolszewizmu, gdy wojska Tuchaczewskiego zostały odparte od Warszawy, jedni przypisywali nasze zwycięstwo czynnikom przyrodzonym, inni - nadprzyrodzonym. Jednak i u tych, co wierzyli w cud, i u tych, co wierzyli w geniusz Piłsudskiego, tkwiła w głębi duszy wiara, którą dobrze wyraził Zdzisław Kleszczyński w niedokończonym poemacie Rok 1920. Cytuję z pamięci i prozą: nawet jakiś Łuków czy jakiś Maków oparły się hordom pół-zwierząt „tatuowanych szkorbutem", obroniła ich bowiem „sama moc dawności". Innymi słowy: to mogło się zrodzić i zwyciężyć tylko w Rosji, to nie zdoła skruszyć przedmurza chrześcijaństwa. Tego rodzaju wiara dawała nam poczucie bezpieczeństwa w ciągu 19 lat. Siłą bezwładu starych nawyków myślenia wiara ta trwa na emigracji po dziś dzień. W rozmowach prywatnych, w dyskusjach publicznych, w artykułach prasowych, w wypowiedziach tych, co wybierają wolność, powtarza się refren: w Kraju (zwykle z dużego K) zaszły wprawdzie zmiany „nieodwracalne", ale postawa narodu jest wspaniała. Tą wiarą jest nasycona nasza literatura emigracyjna (piękna i brzydka), tworząc osobliwy rodzaj literacki nazwany złośliwie przez Józefa Mackiewicza „polrealizmem". Polrealizm literacki jest jednak tylko „nadbudówką" artystyczną „bazy" ideologicznej, jaką jest polrealizm społeczno-polityczny. Z tym to zwłaszcza polrealizmem Józef Mackiewicz walczy w licznych swych wypowiedziach prasowych już od dość dawna. Walka ta jest szkieletem dydaktycznym jego powieści Droga donikąd.

 

A więc Rok 1984? O, nie! Mackiewicz nie napisał satyrycznej wizji przyszłości. Napisał powieść jak najbardziej realną z okresu tzw. sowietyzacji Wilna i Wileńszczyzny od lata 1940 do lata 1941. Opisał żywych ludzi, którzy stoją w kolejkach po machorkę, sprzedają żonine sukienki, aby kupić chleba, rąbią drzewa jako drwale w Puszczy Rudnickiej, pracują w nowo kreowanych instytucjach sowieckich, przemycają towary z republiki litewskiej do republiki białoruskiej i - wszyscy bez wyjątku żyją w ustawicznym strachu. Okrzyk „Ludzi wywożą!" - czasem przeraźliwy jak wrzask zaszczutego zwierza, czasem niemy jak nieustanna groźba - wisi nad każdą kamienicą w mieście i nad każdą chatką w puszczy. Ludzie Mackiewicza filozofują wprawdzie od czasu do czasu, ale alboż to inteligent czy prosty człowiek nie lubi pofilozofować, a szczególnie w okresie wielkich zmian?
Tłem powieści jest kraj rodzinny autora. Kraj „płaski pod duhą chmurnego nieba, lesisty, wietrzny" - jak go określił autor gdzie indziej. Pewnego dnia w czerwcu 1940 nad krajem tym nastały „świty i zachody o czasie moskiewskim". Mieszkańców poddano działaniu straszliwego ciśnienia systemu sowieckiego. Ciśnienie zwiększa się powoli i stopniowo, ale postępuje i działa z nieubłaganym automatyzmem żywiołu czy machiny. W tej olbrzymiej komorze ciśnień - pod niebem, które „jest przeważnie chmurne" - znaleźli się ludzie bogaci i biedni, inteligenci, chłopi i robotnicy. Wszyscy byli do roku 1939 dobrymi obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej, czyli, jak mówiono dawniej, „dobrymi Polakami". Paweł, przedtem dziennikarz, teraz drwal w puszczy i woźnica, który się nie załamał, a nie załamał się może dlatego, że miał wspa¬niałą żonę Martę. Potrafiła mu ona wyperswadować pracę przerabiania polskich klasyków na sztuczki socrealistyczne dla teatru sowieckiego, używając prostych, pozbawionych patosu słów: „Nie rób tego". A może dlatego się nie załamał, że Niemcy przyszli w porę?
Eksziemianin wychowany u jezuitów oraz na dwóch fakultetach, Karol, typ nordycki, który po okresie filozofowania („bolszewizm jest wrogiem życia doczesnego") wstąpił do partii, objął katedrę „zasad leninizmu i stalinizmu" i stał się „kanalią". Chłopka puszczańska Weronika, kochanka Pawła, która nie tylko się nie załamała, lecz wbrew przewidywaniom czytelnika potrafiła w końcu książki dokazać czynu cichego heroizmu. Szofer Wulfka, który po krótkim okresie ideowej wiary w komunizm zatęsknił do czasów, gdy krajem rządzili „panowie". Litwin, leśniczy nienawidzący bolszewików kułacką nienawiścią. Zakrzewski, który był „śmiałym człowiekiem" i zginął w krwawej walce na wyprawie po „skarb". Chłop Rymaszewski, który po wypuszczeniu z NKWD stał się donosicielem. Strach przed donosicielstwem zagęszcza się jak gaz trujący w tej komorze wysokiego ciśnienia. „Straszna teraz władza ludziom dana" i „buty 600 rubli a sumienie kopiejka" - powie o donosicielstwie jeden z chłopów. Bogata galeria tzw. typów: dziennikarze, adwokaci, nauczyciele, byli ziemianie, chłopi, robotnicy, Żydzi, archimandryta prawosławny, sekciarze oczekujący cudu, który się nie stał, oficerowie NKWD, filozofujący major sowiecki - wszyscy żyją, działają i mówią pod ciśnieniem „skoncentrowanego kłamstwa" i „przepytlowywania ludzkiej psychiki". „Myśmy sądzili dotychczas - powie jeden z bohaterów - że o n i mogą wyczyniać takie seanse zbiorowej hipnozy tylko u siebie po poprzednim zmaltretowaniu swych obywateli. Nic podobnego!". Istotnie: eksaplikant adwokacki Leon robi w biurze statystycznym wykazy porównawcze „jak kiedyś [tj. za Polski] było źle, a jak teraz jest dobrze". A kulawy robotnik naprzód wymyśla bolszewikom, potem wrzeszczy „ura!" na wiecu uchwalającym „spontaniczne" podziękowanie za przyłączenie Litwy do rodziny Sowietów, a jeszcze potem znów wymyśla nowej władzy. „To czemuś krzyczał «ura»?" - pyta Paweł. Robotnik patrzy ze zdumieniem: „A jakże inaczej?"...
W powieści mało jest scen brutalnych. Jedna z nich, gdy pięknoduch Konrad, adwokat, który „położył uszy po sobie" i wykładał fizykę na kur¬sach wieczornych, dostaje w zęby od oficera NKWD - sprawia nawet satysfakcję moralną. Mimo to książka jest straszniejsza od wszystkich razem wziętych teatrów okropności literatury „obozowej". Straszny jest ten rachunek sumienia, do którego książka zmusza czytelnika.
Zanim Droga donikąd dotarła do Kalifornii, otrzymałem list z Londynu z zapytaniem, czy odgaduję znajome pierwowzory Pawła, Karola, Konrada, Leona i innych. Łamigłówka doszukiwania się cech ludzi znajomych w postaciach powieściowych jest bez wątpienia zajęciem fascy¬nującym i przyjemnym. A jednak w miarę lektury chętka bawienia się w taką łamigłówkę stopniowo mnie opuszczała. Zaczęła mnie dręczyć inna myśl - dręczyć jak obsesja. Należę do szczęśliwców, którzy „kraj płaski pod duhą chmurnego nieba" opuścili w sam czas, bo na dwa miesiące przed fatalnym czerwcem 1940 r. Jakże łatwo mogłem się sam dostać pod klosz wysokiego ciśnienia! Jak bym się wtedy zachował? Go bym robił, gdybym się znalazł w tej atmosferze? Czy mam prawo gardzić „kanalią" Karolem lub donosicielem Rymaszewskim? Sądzę, że każdy czytelnik niepozbawiony uczciwości wobec samego siebie powinien zadać sobie te pytania.
Mackiewicz jest majstrem dialogu. Ludzie mówią u niego tak, jak powinni mówić, a raczej tak, jak podświadomie spodziewamy się, że będą mówili. Są ludzcy i prawdziwi wtedy nawet, gdy „filozofują". Niektóre ustępy filozoficzne obudzą w tym lub w innym czytelniku sprzeciwy, jak np. twierdzenie, że Rosjanie (zapewne z nieokreślonego bliżej rodzaju „prawdziwych" Rosjan) to „krańcowy sceptycyzm", a bolszewicy to „krańcowy afirmatyzm", że istnieje jak gdyby przepaść między pojęciem „Rosji" a pojęciem „ZSRS". Właśnie jednak takie prowokowanie sprzeci¬wów jest jednym z uroków książki.
W częściach opisowych Mackiewicz jest oszczędny. W opisach przyrody, którą kocha (nie każdy chyba wie, że Mackiewicz jest pierwszej klasy ornitologiem amatorem), posługuje się stylem telegraficznym. Tam, gdzie inny miłośnik przyrody opisuje ją na dwóch stronicach, Mackiewiczowi wystarczy dosłownie kilka stów. Sójka wrzeszcząca na so¬śnie, zając kicający na ruń ośnieżoną, kropla rosy na listeczku - każde z tych krótkich zdań jest sugestywne i starczy za cały obraz. Ale również jest sugestywny i również starczy za długi opis wagon sypialny na dworcu wileńskim z tabliczką: „Mandżuria - Litwa».
Jest w Drodze donikąd scenka niezawierająca w sobie nic na pozór groźnego. „Życie [pod władzą sowiecką] składa się prawie wyłącznie z czeka¬nia." Dzieci więc też stoją u jakiejś bariery czy płotku i bawią się w kolejkę do kooperatywy, tj. stoją gęsiego, w milczeniu i bez ruchu. W innych krajach dzieci bawią się w żołnierzy, kowbojów, gangsterów. Ruszają się, krzyczą, hałasują, biegają. W tych innych krajach nie ma jednak kolejek. „Nowa zabawa" - zauważy właściciel sklepu, spojrzawszy na dzieci. My powiemy: straszna zabawa. Straszna - bo nudna. Istnieje potoczne powiedzenie „nuda piekielna". W tym powiedzeniu jest szczypta mądrości. Minęły dobre czasy, gdy piekło wyobrażano sobie jako miejsce, gdzie potępieńcy są smażeni w smole przez diabłów z rogami i ogonami. Piekło dla ludzi współczesnych to nuda bezmierna i wieczysta. Piekielna. Swidrigajłow u Dostojewskiego zapytuje: „A może tam są tylko pająki lub coś w tym rodzaju?"... Piekło to miejsce szare, brudne, ciemne, z pająkami po kątach jak w zakopconej łaźni chłopskiej. Pół świata razem z Polską wschodnią już spłynęło w przepaść nudy
„piekielnej”. Polska dzisiejsza jest gdzieś na samej krawędzi wodospadu. Inne kraje płyną powoli ku przepaści - im dalej od niej, tym wolniej. I nie umieją czy nie chcą zauważyć nurtu, który ich unosi. Nam to nie grozi - powiadają. Mackiewicz dał swej powieści tytuł intrygujący i „chwytny": Droga donikąd. A właściwie powinna się nazywać: Droga do piekła.
Pierwodruk: „Wiadomości" (Londyn) 1955, nr 32.
Opublikowano na podstawie: Józef Mackiewicz i krytycy. Antologia tekstów pod redakcją Marka Zybury. LTW, Łomianki 2009.