Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/poonlt/domains/pogon.lt/public_html/plugins/system/jsntplframework/libraries/joomlashine/template/megamenu.php on line 228
NA DRODZE WIELKIEGO ZEŚLIZGU

 

…Do Mackiewicza nikt nie chciał się przyznać i dlatego, że taki literacko zacofany, i dlatego, że okropny reakcjonista, ale czytali, aż im się uszy trzęsły. Pośród znanych mi polskich literatów nikt tak nie pisał. Szlachcic szaraczkowy, jak go nazwałem, z tych upartych, wzgardliwych, zaciekłych milczków, pisał na złość. Na złość całemu światu, który czarne nazywa białym i nie ma nikogo, kto by założył veto. I właśnie w tej pasji jest sekret jego stylu. Czesław Miłosz. Kultura,  1989

NA DRODZE WIELKIEGO ZEŚLIZGU (I)

[...]Auszra. W ten sposób zbliżamy się do dzisiejszego stanu Ześlizgu. Za symboliczną jego ilustrację skłonny byłbym zgłosić pewną audycję radia amerykańskiego po polsku, nadaną wieczorem 16 lipca 1977. Mowa w niej była o „grupie katolików" na Litwie, skupionej wokół nowo powstałego samizdatu „Auszra".

Kilka uwag wstępnych: tytuł samizdatu „Auszra" (po polsku: zorza, jutrzenka) zapożyczony został z pierwszego w historii pisma odrodzenia litewskiego, założonego w r. 1883 przez dr Bassanowicza (Jonas Basanaviczius) w Prusach. Bassanowicz przeszedł do historii jako „ojciec odrodzenia" litewskiego; w r. 1905 prezes Zjazdu Litewskiego w Wilnie (tzw. „Wielkiego Sejmu"); w r. 1907 założyciel Litewskiego T-wa Naukowego; w r. 1918 sygnatariusz aktu proklamacyjnego niepodległej Litwy.

Otóż współczesna — nawiązująca do takich tradycji „ruchu odrodzeniowego" - grupa katolicka „Auszra", wymieniając w swym samizdacie przykłady dyskryminacji katolików w Sowieckiej Litwie, zwraca się o pomoc do świata zachodniego. Jak podaje wspomniana amerykańska audycja w języku polskim, „Auszra" wysłała pisma z prośbą o interwencje i moralne wsparcie do... Do kogo? Do Stolicy Apostolskiej? Do ministra Łozoraitisa w Rzymie, który jest formalnym zastępcą prezydenta niepodległej Litwy? Do rządów mocarstw zachodnich? Do generalnego sekretarza Narodów Zjednoczonych?.. Nie! Zwróciła się do przywódcy Komunistycznej Partii Francji, Marchais; do przywódcy Komunistycznej Partii Włoch, Berlinguera; do przywódcy Komunistycznej Partii Hiszpanii, Carrillo.
Proponuję czytelnikom na chwilę zmrużyć oczy, przenieść pamięć w bardzo niedawną przeszłość i wyobrazić sobie sytuację, w której pobożni katolicy prześladowani w Sowietach, za jedynego patrona i opiekuna w wolnym świecie obieraliby przywódców partii komunistycznych. Nie, ani kilkanaście, ani kilka lat temu jeszcze takiej sytuacji wyobrazić sobie nie było można. Dziś, ten pozornie fantastyczny układ rzeczy staje się przedmiotem propagandy amerykańsko-polskiego radia na „tamtą", komunistyczną stronę.
Chciałoby się nieomal wykrzyknąć: Co za genialna rewaluacja komunistycznej propagandy! I kto tym „katolikom" w odrutowanej cenzurą sowieckiej Litwie podsunął ten pomysł? Kto wręczył im adresy? Kto umożliwił przemycenie listów i dostarczenie ich komunistycznym adresatom za granicą? Jakiś przedziwny zadziałał tu mechanizm. Dlatego wybrałem ten, drobny w sobie, wypadek za pokazowy przykład Ześlizgu z „antykomunizmu" na płaszczyznę popularyzacji komunizmu, przy jednoczesnym zachowaniu „antysowieckiej formy.

Kto to robi?
Ba, to jest właśnie tajemnica strzeżona przez planistów na równi z wykonawcami, poputczikami i masą ludzi najlepszej woli za granicą i w emigracjach, czyli przez bardzo wielu, którym na jej zachowaniu zależy.
Istnieje hipoteza, iż jest to paradoks trustu komunistycznych mózgów, który wpadł na pomysł szczególny: skoro dotychczasowa prosowiecka robota nie przyniosła skomunizowania świata — dawaj! — spróbować z odwrotnego końca. Niby w myśl nauki Lenina o taktyce, że liczy się tylko skuteczna... Rzekomy paradoks ma zakładać, iż za dużo już od 60 lat nagromadziło się niedobrych wiadomości w świecie o tzw. rzeczywistości sowieckiej, których nie da się zrymować z zapowiedzią świetlanej przyszłości komunizmu. A więc w nowej strukturze, wywróconej nieco (kota ogonem), ma to wyglądać tak: komunizm był i pozostał rzeczą dobrą; ale przyznajemy, że często złe było jego wykonanie; zwłaszcza nieudane „doświadczenie" w Rosji, z przyczyn od idei komunizmu niezależnych. Nie komunizm jest temu winien, lecz „stalinizm" i wykorzystana przez niego tradycja „typowo ro¬syjska", wywodząca się z klasycznej „opriczniny" Iwana Groźnego. Trzeba zatem wyrosły na tej rosyjskiej glebie „sowietyzm" usunąć (do tego dąży właśnie „socjalistyczno-demokratyczna" opozycja różnych maści w Bloku Sowieckim), przywrócić „prawa człowieka" etc. a nic już nie stanie na przeszkodzie, aby ludzkość poszła drogą ku świetlanej przyszłości komunizmu. Czy takie jest zaplanowanie, nie ma dowodu. Że takie jest natomiast rozumowanie nie tylko samych komunistów, ale i szerokich mas sympatyzujących „pragresistów", dowodów nie trzeba szukać; spotyka się z nimi na każdym rogu w Europie. Tym bardziej, że „eurokomuniści" tak duży nacisk kładą na swą polityczną poczciwość i demokratyczny „pluralizm". Nie wiemy, czy wyłożona tu hipoteza wyjaśnia genezę zjawisk. Wiemy natomiast, że oprzeć się może na doświadczeniach lat ubiegłych.

Wielotorowy repertuar „legend”
Poprzednio montowane przez Sowiety prowokacje wszystkie używały tego samego „antysowieckiego" triku. Najsłynniejsza była prowokacja GPU w latach dwudziestych, znana \ pod mianem „Trust". Chodziło o rzekomą tajną organizację monarchiczną działającą w Rosji przeciw bolszewikom, a w rzeczywistości kierowaną przez agentów GPU. Szczegóły tej afery są najlepiej znane, wielokrotnie opisane. (M. in. przez S. Mielgunowa, Ryszarda Wragę, N. Winogradowa, a ostatnio w doskonałej książce S. L. Woyciechowskiego.) W rzeczywistości jednak Sowiety stworzyły nie jeden, ale wiele mniej znanych, różnych „trustów" pod różnymi krypto¬nimami, które w technicznym języku przezwali „Legendy". Dopasowane do środowisk zagranicznych, w których miały działać. Była i organizacja „Mładorosow" i „Eurazyjska”, Bratstwo Russkoj Prawdy" i wiele innych. Z czasem przerzucono się na penetrację środowisk lewicowych. Bardziej znana była „Legenda" pod kryptonimem „Syndykat", która przeniknęła do organizacji Socjal-Rewolucjonistów Borysa Sawinkowa. Sawinkow tak dalece zawierzył rzekomemu wysłannikowi z kraju, Muchinowi, który miał reprezentować „Liberałnych Demokratów" w Rosji, że wręczył mu nawet tajne adresy swoich ludzi. „Muchin" okazał się w rzeczywistości czekistą A. P. Fiedorowem. Zginęło wiele setek ludzi. Wreszcie sam Sawinkow zwabiony został do Sowietów i też zginał. Rzecz o tyle była pokazowa, że akurat Sawinkow należał d największych „fachowców" w dziedzinie wykrywania prowokacji. A jednak dał się nabrać.
Głośna też była afera Biesiedowskiego, dyplomaty sowieckiego we Francji. W październiku 1929 skacze przez mur poselstwa w Paryżu, i w rozerwanym ubraniu prosi policję francuską o azyl. Sensacja światowa! W początkach lat trzydziestych wydaje on czasopismo Borba, a następnie głośną książkę Na drogach do Termidora, przyjętą przez prasę i opi¬nię zachodnią jako cenne źródło informacji o Związku Sowieckim. W rzeczywistości było źródłem dezinformacji preparowanych przez GPU. Biesiedowski wydaje jeszcze szereg apokryfów. Już po wojnie sfałszowany Dziennik Maksima Litwinowa, b. sowieckiego komisarza spraw zagranicznych; Notatki wymyślonego siostrzeńca Stalina Budu Sanidze etc., zanim zdemaskowany został jako emisariusz sowiecki.
Wszystkie te „Legendy" kierowane z Moskwy nie były jednolite. Wręcz przeciwnie, wykazują „pluralizm" poglądów, dyskutują i polemizują między sobą, dla tym większego podkreślenia ich rzekomej spontaniczności. Łączy je wszelako jedna, niejako nadrzędna, idea i cel: Odciągnięcie Zachodu i emigracji od używania przemocy w walce z komunizmem i Związkiem Sowieckim. Ani wojny, ani rewolucji, ani kontrrewolucji, ani terroru. Przy tym argumenty też nie były jednolite. Z grubsza dwojakiego rodzaju. Albo:
l. Komunizm jest w istocie wykończony. Zestarzał się i zniedołężniał. Ewolucja wewnętrzna postępuje w szybkim tempie. Po co więc z nim walczyć, skoro załamie się sam. Na¬tomiast zastosowanie siły sprowokować może dynamiczne odrodzenie wojującego komunizmu i zniszczenie procesu ewolucyjnego w kraju. — Albo:
2. Potęga sowiecka jest tak wielka, że siłą obalić jej nie sposób. Tym bardziej walką prowadzoną z Zachodu, który jest „gnijący", słaby i w walce tej ulegnie. Należy przeto sta¬wiać na czas, na działanie środkami ideowo-moralnymi, nigdy zaś na działanie zbrojne.
To w wielkim skrócie. Ponadto, zależnie od potrzeb, okoliczności i środowiska, inspirowane były niejako „pomocnicze":; dezinformacje. Jak np.: Nie ma żadnego komunizmu, który | się przeżył. Pozostała ta sama „Rosja", która komunizmem posługuje się jedynie dla swych celów imperialnych. Wobec tego walka z komunizmem jako takim jest bezprzedmiotowa. Tego rodzaju optymistyczna minimalizacja groźby komuni-stycznej nawisłej nad światem szczególnie odpowiadała (i odpowiada) gustom rządów mocarstw zachodnich, niechętnym wszelkim „krucjatom" ideowym. Podtrzymywana zresztą w tym optymizmie przez „antyrosyjskie" nacjonalizmy narodów ujarzmionych i ich tradycyjne cele: walka nie z komunizmem, lecz z „rusyfikacją"...

„Dysydenci"
Jak sama nazwa wskazuje, nie są to ludzie układu wol¬nego, lecz „odszczepieńcy" od komunistycznego pnia, z którego wyrosli. Angielskie „dissenters" określa ich jako niekonformistów, secesjonistów. Tym mianem objęci byli kiedyś nie należący do Kościoła Anglikańskiego, np. prezbiterianie, metodyści etc. W łacinie: „dissidentes de religione" to różniący się w rzeczach wiary, ale nie przeciwnicy wiary samej. Oni to mają nas teraz prowadzić po wytkniętej drodze. Ta nowa struktura wystąpiła z obliczem wyraźnie przystosowanym do tzw. „obiektywnych warunków" okresu powojennego. W cza¬sie zbiegła się mniej więcej z wysłaniem na Zachód z Moskwy Sołżenicyna. Apogeum osiągnęła w zbliżeniu, a częściowo zlaniu we wspólnym froncie z „eurokomunizmem". Zasięg glo¬balny i charakter „ruchu dysydenckiego" jest inny niż dawnego „Trustu" z jego „Legendami". Naturalnie, tak wtedy jak i teraz, szeregi wypełniają ludzie dobrej wiary. Wspólne z „Trustem" pozostały wszakże główne wytyczne. W pierw¬szym rzędzie postulat: w żadnym wypadku i pod żadnym po¬zorem nie stosować siły (przemocy) względem Związku Sowieckiego. Czyli „walkę", (wyłącznie ideową) sprowadzić w pryncypie do - nie-walki...
To prawda, nikt nie chce walczyć ze Związkiem Sowieckim, ani na Zachodzie, ani wewnątrz Bloku Komunistycznego. Ale dopiero ruch „dysydencki", a zwłaszcza jego prorok Sołżenicyn ze szczytów osiągniętego przez niego rozgłosu światowego przydał temu powszechnemu „niechceniu" formę filozoficzną, ujął w ramy ideowo-politycznego programu i mo¬ralnego uzasadnienia. Jest zrozumiałe, iż gdyby usiłował to uczynić jakowyś prosowiecki myśliciel, tego rodzaju apostolstwo nie miałoby znaczenia i nie odniosło skutku.
Wolny świat odetchnął od alternatywy „konfrontacji". Wy¬dawany przez Roja Miedwiediewa — który jawnie pozostał wyznawcą komunizmu — XX wiek, mimo polemik z innymi grupami dysydentów, pisze: „Nie ma ani jednego rosyjsko-sowieckiego dysydenta, ani w Związku Sowieckim, ani na emigracji, który by otwarcie propagował rewolucję dla obale¬nia obecnego kierownictwa sowieckiego". Gdy zimą 1977, po wybuchu bomby w moskiewskim metro, puszczona została pogłoska, że mogło to być dziełem dysydentów — „22 przedstawicieli dziewięciu grup dysydenckich" wystosowało list otwarty do prasy światowej (jak to oni potrafią uskutecznić?!..), że: „Dysydenci potępiają i odrzucają każdy przejaw terroru z oburzeniem i wstrętem!"
Literatura dysydencka jest też wielorepertuarowa. Tak np. tenże Rój Miedwiediew pisze: „Rosja miała trzech wielkich proroków: Tołstoja, Lenina i Sołżenicyna". Po czym przechodzi do krytyki tego ostatniego za niektóre jego wypowiedzi. Role są podzielone. Amalrik i plejada „lewych" (Biełocerkowski, Pluszcz, Lewitin-Krasnow etc. etc.) w książce ZSSR - Demokratyczne alternatywy wypowiadają się za rozczłonkowaniem Rosji, byle nie siłą zbrojną, oczywiście.
Zadaliśmy już pytanie: „kto to robi?" Wskazać palcem jest trudno. Zdarzały się izolowane głosy, że to robi KGB, były też, że CIA. Jest to naiwne upraszczanie zjawisk. Robi się - jeżeli pozostaniemy przy tym bezosobowym czasowniku - na o wiele wyższym szczeblu. Przy tym powtórzyć wypada, że jak w każdej na światowy rozmiar zakrojonej akcji, zaledwie nikły procent sprawuje funkcje świadomie. Resztę stanowią masy obejmując szeroką skalę poputczików, sympatyków, ludzi dobrej woli i najlepszej wiary w słuszność sprawy.
Jądro tej masy stanowią w całym świecie ludzie o tzw. „formacji marksistowskiej", a w każdym razie socjalistycznej, którzy w znacznym stopniu przejęli „rządy dusz" nad opinią publiczną. Raz tylko się zdarzyło, że jedna z najpoważniej¬szych gazet zachodnioeuropejskich, o tendencjach ultrademokratycznych, sympatyzująca z dysydentami, Frankfurter Allgemeine Zeitung, zamieściła nieśmiały artykuł, że najwidoczniej musi jednak istnieć jakoweś „arrangement" między Moskwą i jej dysydentami. Zbyto tę uwagę milczeniem, jak każdą inną, która by w jakikolwiek sposób ośmielała się podważać spontaniczność ruchu dysydenckiego. Pod tym względem przestrzegana jest godna podziwu dyscyplina w wolnej przecie prasie wolnego świata. Sołżenicyn i Sacharow korzystają z „kultu jednostki" dobrowolnego, nie mniejszego chyba niż Stalin z przymusowego. Ktokolwiek wyrazi sprzeciw, czy wątpliwość, wyrzucony zostaje poza nawias ludzi uprawnionych do zabierania głosu. Po trochu przypomina to niepisane prawa, wprowadzone zaraz po ostatniej wojnie, gdy liczył się nie głos człowieka, lecz „antyfaszysty". Dzisiaj w żadnym wypadku nie: antykomunisty, lecz: dysydenta.
W nastroju obecnego Ześlizgu nie wolno - w praktyce - omawiać rzeczy nawet rzucających się w oczy. Tak np. od dziesiątków lat już utarło się, że szanowane na Zachodzie
pisma, wydawnictwa, księgarnie - nawet w okresie zimnej wojny - zwykły były traktować utwory o treści antykomunistycznej za swoisty rodzaj literackiego kiczu. Raptem każdy utwór napisany przez Sacharowa i Sołżenicyna w „obronie praw człowieka" wskakuje automatycznie na witryny księgarskie wszystkich języków świata. Charakterystyczne jest przy tym, że np. Archipelag GUŁag nie zawiera ani jednej, dosłownie, nowej informacji, która by nie była znana już od przeszło pięćdziesięciu lat. Są to rzeczy opisane - nieraz z o wiele większym talentem — przez setki książek i setki tysięcy artykułów. Niemniej wydawcy wyrywają sobie i procesują się nawzajem o prawa publikacji Sołżenicyna. Jakże do tego doszło w epoce akurat największego od r. 1945 / sukcesu „Detente"?.. Może tłumaczy się raptownym buntem mas czytelniczych? Nic podobnego: książki innych autorów o analogicznej tematyce w dalszym ciągu nie mogą liczyć na dystrybucję, o ile nie mają stempla „dysydenckiego".
W tym zdyscyplinowanym wyrzeczeniu się krytycznej percepcji zjawisk dochodzi do groteski. Trudno wyliczać tu wszystkie telefony zagraniczne i gesty uprawiane przez „obrońcę praw człowieka", prof. Sacharowa z siedzibą w Moskwie. Wiele z nich nawet w „normalnym" państwie mogłoby uchodzić są działalność antypaństwową (jak np. depesza do Szacha perskiego, żeby nie wydawał zbiegłego wraz z samolotem lotnika sowieckiego!). Demaskuje on przed całym światem rzekomo wszechpotężną policję polityczną KGB, a nawet bije po twarzy majora KGB na jakimś procesie (!) i włos mu z główy za to nie spada. Przeciwnie, dostaje samochód rządowy, żeby odebrać z ambasady amerykańskiej posłanie prezydenta Cartera. Stoi wyraźnie poza zasięgiem policyjnej ingerencji. Nie mniej cały świat (a my z nim) zasugerowany jest jakąś fantazją, z której - gdyby opowiedzieć było jeszcze lat temu... - śmielibyśmy się do rozpuku, a jeszcze bardziej z naiwności kogoś, kto by w realną możliwość takiej fantazji uwierzył. Przeczy bowiem zdrowemu rozsądkowi tego wszystkiego, co o metodach i ustroju sowieckim wiemy od r. 1917 do r. 1977. Dziś natomiast się milczy. Co najwyżej, czasem z pewnym zażenowaniem przerzuca wiadomości, prędko, prędko, o wyczynach Sacharowa, gdy wprowadzają nas już nazbyt w orbitę surrealistycznej bajki. I spuszcza się wzrok, żeby nie zdradzić ukrytego przymusu w wiarę o „bohaterskiej postawie Sacharowa w obronie praw człowieka".
Komuś widocznie na przymusie tej reklamy zależy bardzo. (Sacharow podlega naturalnie „represjom". Czasem „ostrzeżenie" prokuratora. Czasem stary kawał z groźbą „wymeldowania" z Moskwy. Są one nie mniej groteskowe.) Oczywiście, struny w Sowietach się nie przeciąga. I gdy np. Szach Iranu lotnika w końcu wydał, żaden Sacharow, żadna Amnesty International, żadna opinia publiczna nie interesuje się już drobiazgiem, czy lotnik ten był torturowany, czy został rozstrzelany, czy powieszony, czy skazany na zgnicie w łagrze. Ważne, że najwybitniejszy obrońca Praw Człowieka rezyduje akurat w Moskwie.

Koniec antykomunizmu
Komunizm jest najbardziej „nieludzkim" ustrojem w dziejach. Ludzie dobrej woli chcą go przeistoczyć w „komunizm z ludzką twarzą". Te potoczne określenia są mylące. Zakładają bowiem, że „ludzkie" równa się „dobre". W rzeczywistości człowiek może być równie dobry, jak zły,' o czym wiemy z życia i z historii. A więc „komunizm z ludzką twarzą" jest w istocie tym, czym jest teraz: tzn. praktyką fałszywej teorii wprowadzoną w codzienne życie przez ludzi. Ale dla uprosz¬czenia pozostańmy na razie przy słowie „nieludzki", jako po¬jęciu potocznie negatywnym. A więc „nieludzkość" komu¬nizmu wyszła na jaw gdziekolwiek zapanował. Na wszystkich kontynentach z tą samą „twarzą", odbierając ludziom: wol¬ność woli, wolność myśli, wolność działania i poruszania się. Jest więc sam w sobie złem nadrzędnym, odbierającym lu-dziom te ideały, do których dążyli w swym rozwoju ducho¬wym. Praktyka w różnych częściach świata wykazała, że nie może być „dobrego" komunizmu. Stąd wszyscy ludzie dobrej woli na świecie powinni być niejako nadrzędnie antykomunistami. Gdyż autentyczną obroną praw człowieka w całym świecie dziś - winien być przede wszystkim antykomunizm. Tzn. wskazanie nie na zło przejściowe, lecz permanentne; nie na zło wykonania, lecz na zło zasady. Ale, nie¬stety, nie dobra woła rządzi światem, lecz konglomerat ludz¬kich niedoskonałości, zwanych z westchnieniem — życiem.
W tym to życiu komunizm, posługując się skuteczną bro¬nią dezinformacji, stara się dziś położyć szczególny nacisk na wspomnianą już legendę, że nie on jest zły (przeciwnie: jest dobry), a złe mogą być tylko - z różnych ubocznych powodów - jego wykonania. O cóż bowiem chodzi? Nie o „izmy" przecie, a o człowieka! A więc o „Prawa Człowieka" w całym świecie. Czyż nie jest to piękne, ludzkie hasło, jak pięknym i ludzkim jest hasło: „Pokój na całym świecie"? Wyniesione na pierwsze miejsce właśnie przez komunistyczne sztandary dzisiaj...
Trik z „Prawami Człowieka" polega więc na tym, żeby pod tym hasłem odciągnąć uwagę od nadrzędnego zła (samego ustroju) i rozwodnić w nieskończonej masie poszczególnych krzywd doznanych przez ludzi w całym świecie, niezależnie od ustroju. A więc też o prawa człowieka — w KOMUNIZMIE, a nie o obalenie samego komunizmu jako takiego. W innym kontekście moglibyśmy porównać jakby z dążeniem do po¬prawy bytu więźniów, ale nie dążeniem do zniesienia samego więzienia. Zresztą, Carter i inni panowie podkreślają wyraźnie, iż „walka o prawa człowieka nie oznacza wrogości do ustroju państwowego". To znaczy przesądzają z góry o jego akceptacji.
Naturalnie Związek Sowiecki jest pełen oburzenia i nazy¬wa oszczerstwem posądzanie go o „łamanie praw człowieka"! Podobnie jak się oburza, gdy mu zarzucić, że podżega gdzieś w świecie do wojny! Naturalnie, naturalnie, samo przez się...
Nie zmienia to wszakże istoty struktury, że w ten sposób wszelki antykomunizm w świecie spada z porządku rzeczy pod stół, „Wszelki", gdyż niepodobna przecie podtrzymywać haseł antykomunistycznych, gdy się jednocześnie popiera „komunizm z ludzką twarzą". Gdy popierany przez Waszyngton, socjalistów wszystkich maści, króla Hiszpanii, „dysydentów", włoskiego Andreottiego, niemieckiego Brandta i, niegłośno, samego papieża, „eurokomunizm" kroczy we wspólnym szeregu z transparentem: prawa człowieka na ca¬łym świecie! Nigdy dotąd antykomunizm nie był jeszcze tak gruntownie wykończony. Zaś ludzie dobrej woli wezwani do porzucenia przestarzałych uprzedzeń i tanich haseł, a włą¬czenia się do wspólnego frontu z dobrym komunizmem.
Zarysowała się trochę paradoksalna sytuacja. Kto chce walczyć z sowieckim („rosyjskim") komunizmem, niech w Azji zgłosi akces do chińskiej komunistycznej partii, a w Europie do hiszpańskiej, włoskiej i francuskiej. Czy Carter chce teraz zrobić z Europy drugie wydanie Chin? Tego: „nieoficjalnego sojusznika NATO"? — Niektórzy tak mówią.
Ale od żartobliwych przepowiedni zawróćmy do obserwacji zjawisk w bardziej nam bliskim Ześlizgu.   Józef Mackiewicz. Wiadomości 1977 nr 45 (1650)

NA DRODZE WIELKIEGO ZEŚLIZGU (II)

„Opozycja" na obraz i podobieństwo...
Podobnie jak z obroną „praw człowieka" - choć nie musi być identycznie - ma się rzecz z tak zwaną „opozycją" w kra¬jach Bloku Komunistycznego, legalną, półlegalną, czy zgoła manipulowaną. Nie jest wyrazem wrogości wobec komuni¬zmu jako takiego. Jest raczej jego akceptacją. Nie dąży bo¬wiem do jego obalenia, lecz do poprawienia, udoskonalenia. Poprawia się rzecz wartą utrzymania; a nie godną wyrzucenia na śmietnik.
Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, „opozycja" przybrała prawie we wszystkich krajach Bloku Sowieckiego obraz i podobieństwo tych form, jakie obserwujemy w „dysydentyzmie" sowieckim. W Czechach, w Niemczech Wschod¬nich, na Węgrzech etc. W PRL nazywa się „ruchem praw czło¬wieka i obywatela". Do tego dochodzą pomniejsze deklara¬tywnie organizacje, których tu wymieniać nie będziemy, a m. in. „Komitet Obrony Robotników" (KOR), o którym bardzo głośno.
Głośne są też nazwiska. Reprezentacyjną rolę „polskiego Sacharowa" objął partyjny komunista, prof. Edward Lipiński, członek PAN. W Polsce Ludowej zrobił dużą karierę jako eko¬nomista. Był on przed i podczas wojny członkiem PPS. W r. 1948, wraz z grupą odszczepieńców, przeszedł do komu¬nistycznej PZPR. Odznaczony orderem „Sztandaru Pra¬cy" I klasy. W r. 1973 nagrodą komunistycznego „Towarzystwa Ekonomicznego" za pracę Marks i zagadnienia współczesności. Podobno kilka miesięcy temu skreślony został z listy członków PZPR, jak podała prasa emigracyjna w tonie współczującym z krzywdą jakiej doznał „nestor polskiej ekonomii". Dodając, że prof. Lipiński jest jednym z tych, którzy nadal uważają się za komunistów, a przestrzegał jedynie przed fałszywą polityką partii, która mogłaby doprowadzić do tragedii, tzn. prób gwałtownego przewrotu w kraju.
Dalej do tego „ruchu" należą, liczni działacze i pisarze PRL, jak Kuroń, Modzelewski, Jerzy Andrzejewski, Konwicki, Kazimierz Brandys, Kijowski, Jacek Bocheński, Woroszylski i wielu innych, znanych z pióra, czynności i zasług, dekorowanych w Polsce komunistycznej. Na pierwszy plan wysunęli się wszelako Adam Michnik i „komunista z komunistów" w przeszłości Jacek Kuroń. Kuroń formował ongiś „Czerwone Harcerstwo", „walterowiec" („...Komunista to człowiek, który walczy o sprawiedliwość społeczną"). Obecnie przywódcy faktyczni, jak sami podkreślają, „legalnej opozycji". Na Zachodzie sztandar „ruchu" ujął w swe ręce Leszek Kołakowski, b. propagator ateizmu w Polsce (współpracownik organu „Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli", Argumenty), profesor Uniwersytetu Warszawskiego. W r. 1968 Kołakowski wystąpił też z krytyką błędów partyjnych. I w rezultacie - jak podaje to samo źródło emigracyjne: „…I jego, najwybitniejszego autora marksistowskiego w kraju, ukarano za to wyrzuceniem z partii"! Dołączył też marksista Włodzimierz Brus oraz masa sympatyków.
Słusznie wskazuje się z kół narodowych na emigracji („endeków"), iż zespół tej opozycji składa się z wybitnych ekskomunistów, marksistów, neomarksistów, lewicowców róż¬nych odcieni, radykałów, ideowych socjalistów, słowem ludzi jednoznacznie przynależnych do tzw. „formacji marksistow¬skiej". Natomiast błędnie zarzuca się im w tych kołach emi¬gracyjnych, iż dążą rzekomo do jakowegoś wybuchu, czy zgoła przewrotu drogą przemocy. Jak zobaczymy dalej: wręcz przeciwnie. Na każdym kroku podkreślają swą legalność i lo¬jalność. (Ażeby nie plątać różnych pojęć, należałoby tu uczy¬nić wstawkę rozgraniczającą. Jest dużo b. komunistów, któ¬rzy znienawidziwszy fałsz samego ustroju, przeszli do Obozu antykomunistów. I ci na Zachodzie się nie liczą. Natomiast teraz jest dużo b. komunistów, którzy przeszli do obozu „dysydentów", zgłaszając poprawki jedynie wobec niektórych metod ustroju. I ci robią karierę.)
Jak już wspomniano wyżej, zewnętrzne formy „opozycji" w PRL pokrywają się niemal zupełnie z wystąpieniami „dysydentów" sowieckich i innych krajów Bloku. Przede wszystkim więc podkreślenie zasadniczej postawy: żadnego przewrotu drogą przemocy. Adam Michnik na zebraniu polskiej emigracji w Sztokholmie 5 marca 1977 przeciął wszelką na ten te¬mat wątpliwość: „W Polsce nie ma sytuacji rewolucyjnej. Sy¬tuacja rewolucyjna byłaby dla Polski katastrofą... Opozycja działa w sposób jawny i legalny. Jedynym celem łączącym, podkreślam to, jest obrona praw człowieka". To samo pod¬kreślają wszyscy, dosłownie, członkowie „ruchu". Czasem z pewnym urozmaiceniem programu. Tak np. spiker tzw. „kół katolickich", wojażujący często po Europie i Ameryce, Stefan Kisielewski, gorąco zaleca wzór „finlandyzacji" Polski we-wnątrz Bloku Sowieckiego, jako idealne rozwiązanie dla naszego kraju. Popiera go w tym komunista Kuroń w swoim programie „Trzeciej Polski". Pisze on:
„Jako naród możemy świadomie zrezygnować z części swej' suwerenności na rzecz władzy państwowej, lub też, w porozumieniu z tą władzą, bezpośrednio na rzecz ościennego mocarstwa. Celem w tym względzie byłby status Finlandii... ograniczonej w polityce zagranicznej i wewnętrznej o tyle, o ile dotyczy to... interesów Związku Sowieckiego".
Poza tym szczegóły towarzyszące znane nam już są z przejawów innych ruchów „dysydenckich". A więc legalne wyjazdy za granicę, konferencje polityczne, wizyty składane przywódcom zachodnich partii komunistycznych. Udzielanie wywiadów prasowych, nawet telefonicznych z kraju (a la Sacharow), zwoływanie konferencji korespondentów zagranicz¬nych rezydujących w PRL. Wydawanie samizdatu w kraju i odpowiedników za granicą, etc. etc. Wszystko przeplatane aresztowaniami - zwolnieniami i ogromną reklamą.

Pokazowy paradoks z NRD
Od lat miliony zwykłych ludzi chciały wydostać się z NRD atu wolność, do Niemiec Zachodnich. Strzelano do nich; w r. 1961 zbudowano Mur Berliński, przeciągnięto zasieki z drutu kolczastego, założono miny wzdłuż pasa granicznego, na których giną ludzie i zwierzęta leśne. Założono potrzaski i samostrzały automatyczne, zabijające ludzi, którzy próbują przekroczyć granicę...
Raptem w r. 1976 „wysiedlono" z NRD komunistę-dysydenta, piosenkarza Biermanna,' do Niemiec Zachodnich. Tu noszono go na rękach jako ofiarę reżymu komunistyczne¬go. Występował w telewizji, unosząc pięść na komunistyczną modłę, deklarował się jako komunista i oświadczył: „Uważani NRD, mimo wszelkich przeciwności i mimo wszelkich trud¬ności w moim prywatnym losie za to lepsze z dwóch państw niemieckich". Popularność jego rosła. Nagrania jego piosenek poszły na Zachodzie w setkach tysięcy egzemplarzy. A jednocześnie opinia publiczna przejęta została oburzeniem na krzywdę i niesprawiedliwość, jaka spotkała Biermanna, pozbawionego „obywatelstwa NRD"! Fala protestów przeciwko prześladowaniu intelektualisty, prześladowaniu człowieka przetoczyła się po Europie Zachodniej. Biermann kupił sobie willę w Niemczech Zachodnich.
Jest w tym trochę analogii do casus Sołżenicyn. Dziesiąt¬ki lat wyśmiewano się na Zachodzie z sowieckiego kodeksu karnego, który jako karę najwyższą po karze śmierci przewi¬duje wysiedlenie z granic Związku Sowieckiego. „Karę", na którą - tak mówiono - chciałaby zasłużyć co najmniej poło¬wa mieszkańców Sowietów... I oto ekspediują z granic Związ¬ku Sowieckiego Sołżenicyna, pierwszą klasą „Aeroflotu". Dosyłają mu do Szwajcarii rodzinę, meble, samochód, książki z archiwum. A intelektualiści wszystkich krajów zachodnich piętnują z oburzeniem krzywdę, jaka go spotkała...
A więc Biermann. Protesty przeciwko jego „wyrzuceniu" podniosły się również w samej NRD wśród tamtejszych „dysy¬dentów". Wielu z nich zostało za to aresztowanych. Aż nagle... Z pół tuzina takich co głośniejszych „dysydentów" wypuszcza się z więzienia i zdrowo i cało przerzuca przez Mur Berliński, na Zachód. Przez ten sam Mur, na którym zginęło i ginie jeszcze setki zwyczajnych ludzi, którzy przeciwko ni-czemu nie protestują, tylko pragną jednego: żeby się wy¬dostać! A do nich strzelają. I nie ma nikogo, kto by przetarł oczy i zapytał: jakie są źródła i przyczyny niedostrzegania te¬go paradoksu?

Eurokomunizm
Charakterystyczną cechą (poza odrzuceniem walki przemocą) łączącą wszystkie ruchy „dysydenckte" jest dziś dążenie do zbliżenia z „eurokomunizmem".
Czasem przybiera formę: „Komuniści wszystkich krajów łączcie się" przeciw szowinizmowi rosyjskiemu, który się rzekomo zainstalował w partii rosyjskiej od czasu „złego" Stali¬na, po zgonie „dobrego" Lenina. Takie tezy głoszą np. dysy¬denci rosyjscy Lew Kopielew, marksista przebywający w Moskwie; Amalrik, Pluszcz, Biełocerkowski i inni na Za¬chodzie. Hasło to przemawia i do „maoistów, i do „titoistów", i do „dubczekistów", a chwyta za serce wszystkich szczerych nacjonalistów antyrosyjskich. Niezależnie jednak od pobudek subiektywnych, obiektywnie służy to celom światowego komunizmu. W tym wypadku jako rzekomo jedynej potencji ideowej zdolnej powstrzymać hegemonię Moskwy. Słusznie zauważa znana rosyjska publicystka emigracyjna, W. Pirożkowa:
„...Jeżeli choremu daje się truciznę, nawet nie w celu jego zabi¬cia, lecz w szczerym przekonaniu, że jest to zbawcze lekarstwo, to chory umrze. I obowiązkiem człowieka, który dostrzegł truciznę, jest powstrzymać wyciągniętą rękę z trucizną. A później będzie już czas na rozpatrywanie jakie cele i pobudki kierowały tym, który truciznę podsuwał..."

Tylko „dobrzy" komuniści mogą naprawić świat! Nowo kreowany przywódca „opozycji polskiej", Adam Michnik, w swej świeżo wydanej książce Kościół, lewica, dialog wygła¬sza m. in. takie poglądy:
„zachodnia kontestacyjna lewica może wkrótce okazać się cennym sojusznikiem sprawy wyzwolenia narodów Wschodniej Europy... Nie zrobią tego żadne siły establishmentu, nie zrobią tego prosowieckie partie komunistyczne. Mogą to... zrobić partie głoszące tzw. eurokomunizm... czyli poszanowanie wszystkich praw demo¬kratycznych, nie tylko w Europie Zachodniej, ale także w Europie Wschodniej i w ZSRR".
Michnik w imieniu „lewicy laickiej" zachęca też Kościół Katolicki do wzięcia udziału w tej wspólnocie. Ta wyciągnięta ręka nie może nikogo zaskakiwać. Wierny wszyscy, jak daleko zaszedł Watykan w „odprężeniu" wobec komunizmu od czasu pontyfikatu Jana XXIII, a zwłaszcza Pawła VI. Ale w wywiadzie udzielonym w Sztokholmie Michnik precyzuje:
.....w ostatnich 10 latach Kościół jest bardziej antytotalitamy, niż antykomunistyczny..."
Zaś we wspomnianej wyżej książce występuje z pochwałą Prymasa Wyszyńskiego, że atakuje on też niebezpieczeństwo kapitalizmu, i cytuje jego słowa:
„Lękam się - powiedział ks. Prymas - aby nie odrodził się u nas duch kapitalizmu, aby ustrój demokratyczny nie rządził się duchem kapitalistycznym, gdyż wówczas zepchnęłoby się człowieka na pozycję robota i oceniałoby się go tylko od strony jego zdolności produkcyjnej".

Następnie Michnik pisze:
„...Episkopat jest niemal całkowicie zgodny z lewicowym progra¬mem demokratycznych przemian".
W swej pozytywnej ocenie przeobrażeń, jakie zaszły w łonie Kościoła, Michnik podziela raczej ocenę Woprosow Naucznogo Ateizma (Moskwa 1976), które w artykułach członków Instytutu Naukowego Ateizmu, Niunka, Wielikowicza i Grigulewicza, równie pochwalnie wypowiadają się o „moralnym potępieniu kapitalizmu przez pewne sfery katolickie po II Sobo¬rze Watykańskim".
Gdy w r. 1935 z inicjatywy Georgija Dymitrowa Komintern postanowił montować „Front Ludowy", wszyscy wiedzieli, kto jest jego właściwym inspiratorem. Dziś potęgi świata zainteresowane są w niedopuszczeniu do analizy zjawisk po¬krewnych. Bo każdy ma nadzieję „przechytrzyć" drugiego. O czym się wszakże zapomina na marginesie, że wyrosły z idei Frontu Ludowego „Wspólny Front Robotniczy" pod egidą par¬tii komunistycznej, jeszcze przed wielką woltą Watykanu, na kwietniowej konferencji w Lipsku 1935, zaproponował współpracę z Chrześcijańskimi Związkami Zawodowymi.
Jerzy Lec pisał w r. 1966 do znanego nam „finlandczyka" Stefana Kisielewskiego:
„Pewnego dnia Partia włączy do swych szeregów również Jezusa Chrystusa. Dlaczego by nie? Pochodził z rodziny robotniczej; walczył o pokój i socjalną sprawiedliwość; nie podrywał autorytetu władzy świeckiej i przywoływał do uznania istniejącego ustroju".
Tym więcej konsekwencji wykazuje dziś Michnik, powołu¬jąc się na fakt, że „Kościół przestał być antykomunistyczny". Wciągnięcie Kościoła do „progresywnej" socjety jest starym marzeniem taktycznym. Wystarczy przeczytać chociażby dzieła na ten temat profesora I. J. Bocheńskiego, naj¬większego znawcy tych spraw.
***
W marcu 1977 Leszek Kołakowski i Adam Michnik w towarzystwie prokomunisty niemieckiego H. Bolla urządzają zebranie w Kolonii. Jeszcze raz pada uroczyste zapewnienie: iż adna grupa opozycyjna w PRL nie planuje obalenia obecnych władz". Artykuł Ramatowskiego w Życiu Warszawy, który oskarżył opozycjonistów polskich, że prowadzą antykomunistyczną krucjatę, napiętnowany został jako fałsz, i nazwany „kalumnią"!
Wnet Kołakowski i Michnik wojażują dalej. Przyjmowani są serdecznie przez komunistów włoskich („fetowani" — pisze w Kulturze paryskiej Brukselczyk). Zresztą, na równi z sowie¬ckim dysydentem-komunistą Pluszczem. W obronie „opozycji" polskiej występuje L. Lama, sekretarz gen. CGIL, naj¬większej prokomunistycznej centrali związków zawodowych i członek KC partii komunistycznej, który wysyła telegram do przewodniczącego Rady Państwa PRL. Kuroń z Warszawy apeluje w liście do przywódcy Partito Communista, Berlinguera, który mu przyjaźnie odpowiada. W tym czasie w komunistycznej włoskiej Paese Sera czytamy:
„..Profesor Kołakowski i Adam Michnik podkreślili, że obrońcy praw człowieka ze wszystkich krajów Europy Wschodniej występują - po raz pierwszy - solidarnie, a partie komunistyczne Zachodu, dzięki eurokomunizmowi. popierają walkę o poszanowanie praw ludzkich w krajach demokracji ludowej".
Następnie Kołakowskł ł Michnik pojechali do Paryża, gdzie tamtejsi komuniści i socjaliści zorganizowali dla nich wielką konferencję prasową z udziałem stu dziennikarzy francuskich. W trakcie spotkania połączono się telefonicznie z Jackiem Kuroniem w Warszawie, który odpowiadał na pytania przedstawicieli prasy. Intelektualiści zachodni, m. in. Na pierwszym miejscu wspomniany H. Boll, Gunther Grass, prokomunista Claude Roy, marksista Stephen Spender, Jean-Paul Sartre i wielu tego typu, wystosowali apel popierający postulaty „opozycji" w PRL. Takoż komunistyczny francuski Związek Zawodowy Pracowników Pocztowych, Związek Metalowców we Włoszech, oraz „progresywne" Chrześcijańskie Związki Zawodowe we Francji. To tylko niektóre urywki przy¬kładowe. Cały ten komunistyczno-socjalistyczny klimat wspierający polskich, jak uprzednio innych „dysydentów" - nie antykomunistycznych - przyjęła prasa emigracyjna ze szczerym entuzjazmem. To są rzeczy znane. Nie będę się tu powtarzał.
W tym gremialnym Ześlizgu na pozycje: komunizm kontra „sowietyzm" sytuacja może się komuś wydawać jasna; innemu mniej jasna. Naturalnie i komuniści, i ich dysydenci są ludźmi i grają w nich pobudki też ludzkie. Niech będzie nawet: „wzniosłe". Wewnętrzne swary, zawiści, konkurencje w owładnięciu wodzostwa. Walki wewnętrzne i frakcyjne. Na ten temat, na temat rzekomego rozłamu pomiędzy centralą moskiewską a eurokomunizmem, istnieje już ogromna interpretacyjna publicystyka. Niepodobna tu jej powtarzać. Zaskakuje jedynie, że poświęca się w niej tyle miejsca deklaracjom ideowo-politycznym różnych przywódców eurokomunizmu. Bo co one są warte? Po sześćdziesięciu latach panowania komunistycznych ustrojów w świecie, co warte są słowa i deklaracje ich przywódców? Co warte jest zastanawianie się nad wygłaszanymi programami: Carrillo, Berlinguera, Marchais? Tzn. dlaczego mają być więcej warte deklaracji swojego czasu, słownych czy papierowych, Lenina, które w idealizacji komunizmu brzmiały nie mniej pięknie i przekonywająco? Dlaczego więcej warte od „Konstytucji Stalinowskłej", zresztą wzorowanej na szwajcarskiej, a z litery swej gwarantującej ludziom wolność i szczęście?.. Po dziesięciu latach - powtarzam - „ludzkiej twarzy" w praktyce komunizmu, przywiązywać do słów jego przywódców wartości konkretne świadczyłoby raczej o jakimś dziwnym zamroczeniu. O tym, że owe sześćdziesiąt lat praktyki po prostu wyrzuca się za burtę. Łącznie ze wszystkimi doświadczeniami fikcyjnych „kompromisów" zawieranych przy tworzeniu republik „ludowych", „narodowych" i innych „socjalistycznych" po r. 1945. Czy to w Polsce, czy Wietnamie, Węgrzech, czy na Kubie; w Czechosłowacji, czy Afryce. Nigdzie obiecujące słowa komunistów nie stanowiły wartości. Więc ta strona analizy przez wywodzenie jakichś plenipoten¬cji moralnych, czy polityczno-przyszłościowych z deklaracji eurokomunistów, jest w gruncie bezprzedmiotowa.
Jak wiadomo, wynalazcą „własnej drogi do socjalizmu" — tzn. opanowania świata przez partie komunistyczne, każdą idącą swoją, „narodową" drogą, byle skutecznie! — był nie Tito, nie Mao, nie Gomułka i nie Dubczek, lecz Lenin! Eurokomunizm dziś powtarza tylko stare jego szlagiery.
Adam Ciołkosz ma rację, gdy pisze: „Nie ma w tej sprawie żadnej różnicy pomiędzy tym, co mówił Santiago Carrillo w dniu 29 czerwca 1976, a tym, co pisał Lenin 27 kwiet¬nia 1920, i co mówił Stalin 7 sierpnia 1946". Ma rację Czesław Miłosz, że „... komunizm stanowi o specyfice XX wieku". Eurokomuniści chcą go jedynie dziś uatrakcyjnić, przystoso¬wując do „obiektywnych warunków", na swój sposób „odmłodzić". Stąd tak bardzo pasuje do niego walka „o prawa człowieka" w nowym wydaniu. Ludzie dobrej woli pragną tego leż. Więc trzeba przelicytować ludzi dobrej woli, jak przelicytowano ich hasłem „Pokój". A jednocześnie odciągnąć ich od bezpłodnych i „tanich" haseł antykomunizmu. Nawet za cenę częściowego samooskarżenia w błędach i wypaczeniach, na¬wet za cenę zrzeczenia się „dyktatury proletariatu"! A później, później już zobaczymy... Gdy będzie za późno.
Aleksander Wat w swej książce Mój wiek daje taką defini¬uje komunizmu: „Pierwsza kategoria, w której mnie komunizm odpycha, to kategoria brzydoty... jakiegoś szmatławienie charakterów, miast, rzeczy, globalna korupcja słów". Słusznie. Ale dodałbym z własnego doświadczenia: bez¬graniczna nuda. Jako życie niewarte życia. Przy tym swojski, „własny" komunizm, przez to samo, że jako koszula jest bliższa ciału, wydaje mi się gorszy od obcych. Powiem nie obwijając w bawełnę: Adam Michnik i... towarzysze - że pozwolę sobie na ten skrót, aby nie wymieniać wszystkich świętych dzisiejszej prasy emigracyjnej — są mi ludźmi z drugiej strony barykady. Ja jestem przeciwko każdemu komunizmowi. :Oni go popierają w takich postawach jak: „antyrosyjski", „europejski, w plastiku „praw człowieka i obywatela". (Była już w Polsce taka „Liga Praw Człowieka i Obywatela", wyłoniona z założonej w r. 1898 po sprawie Dreyfusa we Francji. W Polsce niepodległej, w latach trzydziestych, zamknięta jako organizacja kryptokomunistyczna, a jej członkowie aresztowani). Nie można zwalczać komunizmu i jednocześnie go popierać. Ani hiszpańskiego, towarzysza Carrillo, ani włoskiego, towarzysza Berlinguera. Jesteśmy mieszkańcami tej samej Europy, na tej samej planecie. Zagrożenie komunistycznej jest nierozłączne. Wiadomości 1977 nr 50/51 (1655/56)

Na podstawie: Jozef Mackiewicz. Dzieła. Tom 11,. Londyn 1998.

 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com