…Nie należy zapominać, że demokracja to jeszcze nie wolność. Demokracja to tylko równość. Dopiero liberalizm jest ­wolnością. Połączenie równości z wolnością ma wreszcie stwarzać ów ideał, który wszyscy pragniemy osiągnąć. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Wileński Goniec Codzienny* Drukuj
Autor: Zdzisław A. Siemaszko   
Poniedziałek, 13 maja 2013

1. Założenie
Do normalnej praktyki propagandy stosowanej przez władze niemieckie należało zakładanie w okupowanych przez nie krajach gazet w miejscowych językach. Regułę tę zastosowano także w Wilnie i już w pierwszych tygodniach okupacji władze te rozpoczęły starania o założenie polskiej gazety. Ich przewodnikiem w tej akcji w nie znanym im mieście był Jurgis Matulaitis vel Jerzy Matulewicz1, rotmistrz l-go pułku litewskich huzarów, a ongiś polski oficer w 15 płk. Ułanów Poznańskich, cioteczny brat Stanisława-Cata i Józefa Mackiewiczów.

Gazeta ta była od początku pomyślana jako organ niemieckiego urzędu propagandy. Istniała więc znaczna różnica pomiędzy jej genezą a gazet polskich wychodzących w Wilnie za władzy litewskiej (Kurier Wileński i Gazeta Codzienna), które nie były organami władz litewskich, lecz ukazywały się na podstawie indywidualnych licencji, udzielonych ich inicjatorom (odpowiednio prof. Witoldowi Staniewiczowi i Józefowi Mackiewiczowi). Wielu pisarzy, szczególnie działających z mandatu AK, nie chce tej istotnej różnicy zauważyć.
Przy pomocy Matulaitisa niemiecki urząd propagandy rozpoczął poszukiwanie odpowiedniego naczelnego redaktora dla projektowanego dziennika, który miał się ukazać pod nazwą Goniec Codzienny. Stanowisko to ofiarowano najpierw Wacławowi Gizbert-Studnickiemu2 i Józefowi Mackiewiczowi.

Rozmowę   Niemców   z   Mackiewiczem   na   ten   temat, odbytą latem 1941 (przypuszczalnie na początku lipca), opisał obecny przy niej tenże Wacław Gizbert-Studnicki, w zeznaniu złożonym w r. 1949 (IJPNY):

Zeznanie świadka Wacława Studnickiego b. dyrektora archiwum państwowego w Wilnie. Wiem, że p.       Józefowi Mackiewiczowi władze wojskowe niemieckie w r. 1941 w Wilnie proponowały objęcie redakcji i współpracę w czasopiśmie mającym być wydawanym w języku polskim. Propozycje te p. Józef Mackiewicz stanowczo odrzucił co stwierdzam, gdyż byłem świadkiem sceny, która rozegrała się w lokalu pierwotnym komendantury wojskowej i połączonego z nim biura Propaganda Staffel Balticum III przy ul. Mickiewicza w domu Banku Gospodarstwa Krajowego. Odmowa kategoryczna p. Józefa Mackiewicza współpracy z owym pismem wyrażona słownie Leider nicht wywołała oburzenie ze strony przedstawiciela władzy, który w brutalnych słowach kazał p. Mackiewiczowi wyjść i pokazał drzwi. Świadkami tej sceny oprócz mnie byli leutnant Eichorn oraz kapitan armii litewskiej Jurgis Matulaitis. Poza zeznaniem w sprawie powyższego zajścia dodaję, że nigdy nie słyszałem by p. Józef Mackiewicz miał być kiedyś redaktorem pisma wydawanego w Wilnie przez Niemców w języku polskim. Redaktorem takiego pisma był Ancerewicz, a nigdy Mackiewicz. Całe to zeznanie napisane przeze mnie własnoręcznie mogę w każdej chwili potwierdzić przysięgą.
Hannower-Bothfeld Obóz polski, Polish Camp Stafford, 1949 r. dnia 21 czerwca. (-) Wacław STUDNICK1
Stwierdzam własnoręczność podpisu p. Studnickiego W. Pieczęć: „Camp Leader" (-) Podpis nieczytelny. 21.6.49 (Hannover).

Gizbert-Studnicki stwierdza więc, że Józef Mackiewicz nie tylko odpowiedział odmownie na niemiecką propozycję objęcia redaktorstwa i współpracy z ich polskojęzyczną gazetą, lecz także, że nigdy nie był redaktorem polskiego pisma wydawanego w Wilnie przez Niemców. Jest to istotne stwierdzenie vis-a-vis stawianych Mackiewiczowi oskarżeń o redagowanie „gadzinówki".

O ile wiem, powyższe zeznanie Gizberta nigdy nie było publikowane. Jego oryginał znajduje się w Instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku.

Zeznanie Gizberta było związane z nagonką na Józefa Mackiewicza. Przypuszczalnie Gizbert dowiedział się wówczas od swego brata zamieszkałego w Londynie o akowskim planie oskarżenia Mackiewicza o kolaborację, przed Obywatelską Komisją Orzekającą, a ponieważ posiadał w tej sprawie istotne dane, poczuwał się do obowiązku potwierdzenia ich na piśmie. Jednak do OKO zeznanie to nigdy nie dotarło. Można się tylko domyślać, że nie dopuściły do tego jakieś czynniki wrogie Mackiewiczowi.

Przez 23 lata istnienie tego dokumentu nie było wiadome; znalazł go Tadeusz Katelbach, porządkując wielkie archiwum Polaków z Niemiec, i przekazał do Instytutu Piłsudskiego w Nowym Jorku. Z kolei dr Jan Fryling, dyrektor tej instytucji, posłał 15.3.1972 (tuż przed swoim ustąpieniem) fotokopie zeznania Studnickiego Józefowi Mackiewiczowi i Instytutowi Piłsudskiego w Londynie.

Józef Mackiewicz opowiedział mi o tym dokumencie i okolicznościach w nim opisanych podczas odwiedzin u niego w Monachium w październiku 1980. Wyjaśnił on wówczas, że Gizbert-Studnicki był wtedy w Wilnie wezwany jednocześnie z nim do Propaganda Staffel, także jako kandydat na redaktora pisma, lecz również odmówił, powołując się na kompletny brak doświadczenia dziennikarskiego.

Obaj kandydaci, ani Gizbert, ani Józef, nie mieli za sobą żadnej proniemieckiej działalności.

Oświadczenie Gizberta-Studnickiego miało ciekawą dalszą historię. Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, będąc kolektywnie zaciętym wrogiem Józefa Mackiewicza, uważał za karygodne danie mu do ręki tak ważkiego dowodu jego niewinności i w liście z 26.3.72 udzielił Frylingowi i bratniemu nowojorskiemu instytutowi ostrej reprymendy (IJPL):

Zarząd Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie wyraża zdziwienie, co skłoniło ówczesnego Dyrektora Instytutu J.P. w Nowym Jorku do przeprowadzenia tego rodzaju akcji politycznej, pozostającej w wyraźnej sprzeczności z oświadczeniem Instytutu w Londynie z marca 1966 r. (był to protest przeciwko „Lewej Wolnej" Mackiewicza — ZAS). Zarząd Instytutu J.P. w Londynie wyraża ubolewanie z tego powodu i prosi o wyjaśnienie, co spowodowało to dla nas niezrozumiałe wystąpienie3.

Odpowiedzi z Nowego Jorku nie było, ale londyński Instytut JP przekazał fotokopię oświadczenia Gizberta-Studnickiego gen. Tadeuszowi Pełczyńskiemu w Studium Polski Podziemnej, który na niej zanotował: „3.7.1972 oddałem odpis ten płk. Irankowi — TP". Płk Kazimierz Iranek-Osmecki, wybitny akowiec, był szefem biura Koła AK. Co do Mackiewicza głosu nigdy nie zabierał.

Mackiewicz pisał 26.3.72 do Kazimierza Okulicza, że poprzedniego dnia otrzymał nie znane mu przedtem oświadczenie Wacława Studnickiego, lecz nie zamierza go wykorzystywać, zgodnie ze swoją zasadą żeby nie bronić się przed oszczerczymi oskarżeniami o kolaborację.

Ale wróćmy do lata r. 1941 w Wilnie. Chociaż Mackiewicz propozycję objęcia redaktorstwa Gońca Codziennego odrzucił, zamierzał jednak wpłynąć na obsadę tego stanowiska, w określonym celu. Opisał to Marian Święcicki, b. nauczyciel a ówczesny przedsiębiorca:

W  kilka  tygodni4  po  wkroczeniu  Niemców  do  Wilna sam Mackiewicz zjawił się u mnie. Spotkanie odbyło się w dość nieprzyjemnym dla Polaków wileńskich okresie, ponieważ tygodnik litewski prowadzony przez Rafała Mackoniusa5, dosiadł swego konika, publikując pod niemiecką ochroną różne brednie na temat współpracy polsko-bolszewickiej, szczególnie w czasie tak zwanej Sowieckiej Republiki Litewskiej.

Mackonius już zresztą przed wojną był znany ze swych szowinistycznych wypowiedzi skierowanych przeciwko Polsce i Polakom. Wizyta Józefa Mackiewicza przypadła akurat w czasie, gdy przebywał u mnie mój brat Bolesław Wit (Święcicki), redaktor byłego Kuriera Powszechnego (socjalistyczny dziennik przed wojną w Wilnie — ZAS). Mackiewicz chciał się z nami naradzić jakie znaleźć antidotum na oszczerstwa Mackoniusa. Miał też w zanadrzu inną sprawę. Otóż doszły go wieści, że Niemcy zamierzają wydawać codzienne pismo w języku polskim i poszukują odpowiedniego człowieka, Polaka, na stanowisko redaktora naczelnego tej gazety. Sam Mackiewicz nie widział w Wilnie nikogo takiego, kto by się tej funkcji podjął.

Wtedy, na zasadzie luźnych skojarzeń, przypomniałem sobie o człowieku, który mógłby wchodzić w rachubę jako kandydat na szefa takiej redakcji. Otóż w dzień wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej, kiedy z osobowego Dworca Wileńskiego przez Pohulankę i ul. Sierakowskiego wracały gromady ludzi opuszczających wagony przeznaczone na wywózkę do Sowietów6, stałem z bratem przed naszym domem i w tym tłumie zobaczyliśmy byłego redaktora Kuriera Czerwonego w Białymstoku, Ancerewicza. Ten bardzo się ucieszył na nasz widok, a zwłaszcza cieszyło go spotkanie z bratem, z którym się przyjaźnił. (...)

Opowiedziałem o tym spotkaniu Mackiewiczowi i dodałem, iż Ancerewicz tak nienawidzi Sowietów, że może by się podjął tego stanowiska. — Ale ja tego Ancerewicza nie znam — odpowiedział na to Mackiewicz. Ancerewicz został jednak redaktorem gadzinówki — Gońca Wileńskiego (Gońca Codziennego — ZAS), o czym dowiedziałem się później, ale przy następnych spotkaniach z Mackiewiczem nigdy go nie zagadywałem, w jaki to sposób Niemcy mogli do tego człowieka trafić. (Życie na wulkanie, New York 1984, ss. 161-2).

Niewątpliwie trafili przez Matulaitisa, którego zresztą sam Święcicki później zatrudniał jako dyrektora rewiowego teatru; W ten sposób, na skutek inicjatywy Mackiewicza, rady Święcickiego i pośrednictwa Matulaitisa, redaktorem został Czesław Ancerewiez. Redagowany przez niego przed wojną Kurier Czerwony stanowił białostocką mutację warszawskiego dziennika o tejże nazwie, należącego do koncernu Henryka Butkłewicza Prasa Polska, publikującego gazety zwane „czerwoniakami", co nie miało związku z ich linią polityczną, lecz z barwą drukowanych tytułów. Obok redaktorstwa Ancerewiez był także prezesem Syndykatu Dziennikarskiego w Białymstoku7. Musiał więc to być człowiek pewnego kalibru, a nie jakiś obskurny trzeciorzędny dziennikarzyna, za jakiego go później usiłowano przedstawić w akowskich kołach.

Z relacji Święcickiego widzimy, że powodem dlaczego Józef wywierał wpływ na obsadę redaktorskiego stanowiska było pragnienie wykorzystania tego niemieckiego prasowego organu do obrony spraw polskich. Chociaż Mackiewicz sam uważał, że wielu Polaków haniebnie kolaborowało z Sowietami, na zewnątrz, to jest wobec Niemców i Litwinów, poczuwał się do polskiej solidarności i pragnął bronić Polaków przed zarzutem prosowieckości.

Goniec Codzienny
zaczął się ukazywać jako dziennik redagowany przez Czesława Ancerewicza, 26 lipca 1941 — już w miesiąc po zajęciu miasta przez Niemców.

Armia Krajowa widocznie nie zadała sobie trudu, żeby dowiedzieć się, w jaki sposób doszło do powstania tej gazety i błędnie zakładając analogię ze znaną sytuacją pod Litwinami, wysunęła fałszywą hipotezę, że to grupa polskich kolaborantów na czele z Mackiewiczem w drodze przywileju uzyskała od Niemców koncesję na założenie gazety. Historia ta powtarza się w relacjach Fedorowicza, Pełczyńskiej, Jurgielewiczowej, Krawca i innych. Twierdzenie ich jest niezgodne z prawdą, gdyż żadnego licencjowania pod Niemcami nie było. Ze świadectw Gizberta-Studnickiego i Święcickiego wynika zdecydowanie, że inicjatywa założenia polskojęzycznej gazety w Wilnie wyszła od władz niemieckich i że one rekrutowały naczelnego redaktora.

Goniec Codzienny
był organem po prostu niemieckich władz, a nie żadnej grupy polskich kolaborantów.

2. Kolportaż

Ponieważ Ancerewicz znajomości w Wilnie nie miał, Matulaitis wywarł wpływ na obsadę gazety. Administratorem Gońca Codziennego został jego dobry znajomy, Rosjanin Jewgienij Kotlarewskij8, przed wojną w Wilnie redaktor i wydawca gazety Russkoje Słowo, który na pomocnika i akwizytora ogłoszeń zaangażował swojego znajomka Bohdana (Bodzia) Mackiewicza9, w ogóle nie spokrewnionego z Józefem. Ale fakt, że „redaktor Mackiewicz" (tj. właśnie Bohdan) rzeczywiście pracował w Gońcu, ułatwił później wrogom Józefa przekonywanie opinii publicznej, że to Józef był redaktorem „gadzinówki".

Zupełnie niespodzianie obsada stanowiska kierownika kolportażu gazety spowodowała poważny konflikt. Matulaitis zwrócił się o polecenie odpowiedniego człowieka do Józefa Mackiewicza, który miał dwóch znajomych posiadających stosowne doświadczenie, mianowicie Dziarmagę i Pawłowskiego. Pawłowski przed wojną kierował kolportażem Słowa w samym Wilnie, zaś Dziarmaga był jego odpowiednikiem w Warszawie, potem był generalnym kierownikiem kolportażu u samego Mackiewicza w Gazecie Codziennej, a wreszcie w sowieckiej Prawdzie Wileńskiej. Ponieważ do Dziarmagi stracił zaufanie z powodu jego współpracy z Sowietami, polecił Pawłowskiego10, z którym zresztą był związany luźno, do tego stopnia że później w Monachium ani on ani Barbara nie pamiętali jego imienia i nie wiedzieli co się z nim stało.

Ten, jak się wówczas Józefowi wydawało, nieistotny krok, spowodował konflikt z Dziarmaga, co pociągnęło za sobą poważne konsekwencje.

Zygmunt Dziarmaga był osobliwym typem, którego charakteryzowały cechy pozornie sprzeczne. Usłużny współpracownik Sowietów, przed wojną jedna z czołowych postaci ONR Falanga, redaktor ich pisma Sztafeta i więzień Berezy, pasjonowało go sprzedawanie gazet i zbieranie ambarasujących danych o różnych ludziach, które podobno nawet wymuszał siłą, a poza tym panicznie bał się lotniczych bomb. Barbara Toporska uważała Dziarmagę za najniższego przedstawiciela rodzaju ludzkiego, jakiego w życiu spotkała.

W AK był on komendantem jednego z miejskich rejonów Wilna, ale na skutek samowolnego przekazania magazynu broni wojsku Bolesława Piaseckiego, został zwolniony. Wówczas przygarnął go Zygmunt Fedorowicz, okręgowy delegat rządu i narodowiec, i użył do uruchomienia własnego BIP-u, konkurencyjnego wobec BiP-u wojskowego kierowanego przez socjalistę J. Dobrzańskiego, z którym Fedorowicz nieustannie wojował.

Na procesie 16-tu przywódców polskiego podziemia w Moskwie latem 1945 Dziarmaga występował jako świadek oskarżenia, pod nazwiskiem Stanisława Działyńskiego. Inny narodowiec Zb. Stypułkowski błędnie chwali jego rolę (W zawierusze dziejowej, 1951, s. 451), ale ze Stenograficzeskogo otczeta tego procesu (Narkomjust SSSR, 1945, ss. 111-116) można się przekonać jak służalcze były jego zeznania na tym zresztą w ogóle mało budującym procesie. Edward Raczyński słusznie pisze „Specjalnie 'śpiewał' Zygmunt Darmaga (Dziarmaga). (...) 'Śpiewał' nawet nie pytany i dodawał od siebie" (W sojuszniczym Londynie, 1974, s. 411). O ile archiwum Dziarmagi nie uległo zniszczeniu i zostanie kiedyś ujawnione, powinno ono stać się kopalnią wiadomości o czarnych stronach różnych osobistości.

Wówczas w Wilnie Dziarmaga uważał, że przez posiadanie pod Sowietami monopolu na kolportaż polskiej prasy, nabył prawo sukcesji do równoważnego przywileju pod Niemcami. Żądał tego stanowiska dla siebie i zagroził Pawłowskiemu, że jeżeli nie ustąpi, to on zadenuncjuje Niemcom jego częściowo semickie pochodzenie. Mackiewicz w ogóle nie wiedział o istnieniu Żydówki wśród przodków Pawłowskiego, ale Dziarmaga, dzięki swemu talentowi śledczemu, jakoś wygrzebał ten starannie ukrywany fakt.
Zdumiony i zaskoczony Mackiewicz, do którego przerażony Pawłowski zwrócił się o ratunek, zdecydował, że nie może się poddawać normom niemieckiego rasizmu i postanowił Pawłowskiego bronić. Zapowiedział wówczas Dziarmadze, że jeżeli Pawłowski zostanie poddany represjom, to on go zadenuncjuje jako kolaboranta sowieckiego. Mocno przyciśnięty Dziarmaga odpowiedział: „Pan mi za to zapłaci!"

Groźbę tę Dziarmaga urzeczywistnił przy pomocy dygnitarza wileńskiej AK, Lucjana Krawca, nauczyciela prawosławnego seminarium duchownego, lewego socjalisty, który zarządzał kolportażem publikacji AK.
Etyka zaszachowania Dziarmagi przez groźbę denuncjacji mocno leżała Józefowi na sercu i opowiadając o tych wypadkach w 40 lat później, wyjaśniał z emfazą, że nie mógł akceptować rasistowskich norm i musiał bronić Pawłowskiego, chociaż zaledwie znajomego, a obrana droga była jedynym skutecznym sposobem ratowania go od żółtej gwiazdy i getta.

Z wdzięczności za uzyskanie dla niego stanowiska i za obronę przed Dziarmagą, Pawłowski zaczął wówczas wypłacać Mackiewiczowi pewien procent swoich dochodów z kolportażu. Trzeba podkreślić, że Mackiewicz wcale nie występował z propozycją pieniężnej rekompensaty ani za polecenie Pawłowskiego, ani za bronienie go. Pawłowski mu płacił z własnej inicjatywy, niewątpliwie z poczucia wdzięczności. Dalej : nie były to pieniądze niemieckie, lecz pochodziły od polskich czytelników, którzy kupowali egzemplarze gazety od kolporterów Pawłowskiego.

Muszę także podkreślić, że jedynym źródłem wiadomości o tych wypłatach od Pawłowskiego jest Barbara Toporska; nikt inny o nich konkretnie nie wspomina.

Jednak śledzący Dziarmagą wywęszył, że Mackiewicz otrzymywał jakieś pieniądze, chociaż nie wiedział ile i od kogo, ale ukuł bajkę jakoby otrzymywał on od Niemców setki tysięcy marek. Wiadomość tę powtórzył wierny mu Krawiec w swojej relacji z 10-2-48 (SPP).

W związku z likwidacją prowizorycznego litewskiego rządu Skirpy-Ambrazevičiusa i przejęciem władzy przez niemiecką administrację Ostlandu, w drugiej połowie sierpnia 1941 Jurgis Matulaitis został usunięty z urzędu propagandy, Gońca poddano ściślejszej niemieckiej kontroli, kolportaż Pawłowskiemu odebrano, przypuszczalnie bez ujawniania jego niearyjskości, i oddano jednak Dziarmadze. Subsydiowanie Mackiewicza przez Pawłowskiego trwało więc zaledwie ok. pięciu tygodni.

Usunięcie Matulaitisa i Pawłowskiego faktycznie zlikwidowało bezpośredni kontakt Mackiewicza z Gońcem Codziennym. Strata subsydium Pawłowskiego w warunkach ubogiej egzystencji Józefa i Barbary była zapewne bolesna, ale można przypuszczać, że utraciwszy wiarę w wyzwoleńczą rolę Niemiec i nie mogąc już odpierać litewskich zarzutów (o czym niżej), Mackiewicz na ogół nie był niezadowolony z obrotu spraw, który likwidował jego choćby tylko pośrednią rolę w prasowym organie niemieckiej okupacji. Poza tym istotne znaczenie kolportażowego incydentu polegało na stworzeniu nowych wrogów Mackiewicza, w osobach Dziarmagi i Krawca.

3. Artykuły Mackiewicza

Za władzy litewskiej w Wilnie 1939-40 Mackiewicz głosił w swojej Gazecie Codziennej program krajowców, tj. rekonstrukcji Wielkiego Księstwa Litewskiego ze stolicą w Wilnie, który w znacznej mierze pokrywał się z federacyjnymi planami rządu gen. Sikorskiego, do tego stopnia że gazeta Mackiewicza była subsydiowana przez polski rząd. Jednak wobec całkowitego opanowania na miejscu aspiracji członkowskich narodów WXL przez partykularne nacjonalizmy, Mackiewicz wiosną 1940 uznał restytucję WXL za niewykonalną, z pro-gramu swego zrezygnował i przestał być krajowcem. Chociaż do końca życia uważał on WXL za swoją ojczyznę, przestał propagować jej rację stanu, lecz zaczął przemawiać ze stanowiska racji stanu Polski.

W tamtych czasach komunizm nie odgrywał wielkiej roli w myśleniu Mackiewicza, przyjacielem komunizmu naturalnie nie był, ale mało się tym przedmiotem zajmował, nie był ani aresztowany ani wywieziony przez Sowiety. Gruntowna zmiana w jego nastawieniu nastąpiła podczas sowieckiej okupacji Wilna 1940-41, kiedy zaczął uważać komunizm za największe zło na świecie, a walkę o zniszczenie jego ojczyzny — Związku Sowieckiego — za obowiązek każdego cywilizowanego człowieka, narodu i państwa. Na tej podstawie na początku wojny niemiecko-sowieckiej Mackiewicz, wraz z milionami ludzi w ZSSR, uważał, że Niemcy spełniają ważną misję dziejową bijąc bolszewików.

Opierając się na takich założeniach opublikował on w Gońcu Codziennym kilka artykułów w okresie lipiec-październik 1941. Już 27 lipca, w drugim numerze tej gazety, ukazał się jego artykuł zatytułowany „Przeżyliśmy upiorną rzeczywistość"; trzon jego stanowiło opowiadanie o sowieckiej masakrze obozu w Prowieniszkach, które później zostało włączone do Nie trzeba głośno mówić (s. 43). Są jednak ważne dodatki. Na wstępie Mackiewicz wyjaśnia dlaczego pisze:

Korzystam z pierwszych łam drukowanych po polsku, aby je prosić o gościnę. Nie wiem, czy bardziej z       tęsknoty do pisania, czy z nienawiści do bolszewików. W każdym razie nie wstydzę się ani jednego, ani drugiego uczucia.
Po opisie masakry autor przechodzi do krytyki sowieckiego ustroju i praktyki, z czego chyba najbardziej charakterystyczny jest następujący urywek wyrażający powszechną wówczas na tamtych ziemiach radość z wyzwolenia z sowieckiego jarzma:

To „ich" (sowieckie) życie powszednie, które było naszym przez rok, które miało być „naszym" może do śmierci i — które nie będzie już nigdy! Tak nam dopomóż Bóg!

Zakończenie artykułu zawiera istotną deklarację ideologicznego stanowiska Mackiewicza i zamiaru zwalczania oskarżania Polaków o sprzyjanie bolszewikom, przez Mackonisa:
Natomiast wobec Narodu Polskiego, bluźnierstwem byłby zarzut, że nie pragnie on z całym światem cywilizowanym zniszczenia raz na zawsze, wypalenia ogniem i żelazem przeklętego systemu, by wreszcie przestał zagrażać ludzkości. W tej ostatniej wojnie wolałbym raczej nie być Polakiem, niż skalać się sojuszem z największym wrogiem świata — bolszewickim państwem.

Następny artykuł Mackiewicza „Moja dyskusja z NKWD" ukazał się w czterech odcinkach: 31 lipca, l, 2 i 3 sierpnia. Chociaż zdecydowanie krytyczny wobec Sowietów, w odróżnieniu od pierwszego, jest czysto wspominkarski i elementów aktywnego programu politycznego nie zawiera. Mackiewicz opisał w nim szczegółowo swoje aresztowanie wiosną tego roku, przetrzymanie w wileńskim NKWD przez dwie doby i dopros jaki tam miał miejsce. Nieco zmienioną wersję tej historii i przystosowaną do fabularnej konstrukcji powieści wprowadził do swojej Drogi donikąd, ss. 233-249, zaś krótkie wzmianki znajdują się w Fakty, przyroda i ludzie, ss. 136 i 249.

Tymczasem 30 lipca w dalekim Londynie został zawarty pakt Sikorski-Majski, i Polska oficjalnie i formalnie stała się sprzymierzeńcem Sowietów. Nadzieja, żeby Polska mogła uczestniczyć w walce z komunizmem lub przynajmniej zachować neutralność w niemiecko-sowieckim konflikcie, została pogrzebana i możliwość zwalczania tez Mackonisa upadła. Na to kapitalne dla jego programu politycznego wydarzenie Mackiewicz zareagował artykułem „To dopiero byłaby klęska..." zamieszczonym w Gońcu Codziennym 10 sierpnia. Był to najpoważniejszy z jego artykułów w Gońcu i jedyny, który redakcja zamieściła jako wstępny.
Większość artykułu jest poświęcona głębokiej krytyce Sowietów, a dopiero w końcowej części Mackiewicz wyciąga z tej charakterystyki wnioski i prognozy co do polskiej wojennej polityki i powojennej przyszłości. Pisze Mackiewicz:

... bolszewizm jest wrogiem przede wszystkim i nade wszystko, bo jest wrogiem nr l każdego narodu. O ile wróg, 'że się tak wyrazimy, „normalny" niszczy przede wszystkim państwo swego przeciwnika, o tyle bolszewizm, pokonując państwo, niszczy jednocześnie naród, ewentualnie narody to państwo zamieszkujące, ich dobra duchowe, ich ideały narodowe. I to niszczy w sposób gruntowny. (...) Jeżeli się mówi o „bolszewickiej zarazie", to nie z zamiarem użycia obraźliwego słowa, a raczej dosłownie ściśle. Bolszewizm działa bowiem w sposób rozkładająco-zaraźliwy na cały naród, jak epidemiczna choroba na masy organizmów ludzkich. W oddziaływaniu bolszewizmu na wartości narodowe odnajdujemy wszystkie cechy i stadia, jakie spostrzegamy w różnych chorobach: przygnębienie, apatia, potem gnicie od wewnątrz, rozpadanie się poszczególnych członków, wreszcie zanik jed-nolitego organizmu społecznego, czyli śmierć. Nie będę w tym miejscu wdawał się w szczegółową analizę środków jakimi bolszewizm dopina swego celu. Poświęcić by im można ogromne dzieło z dziedziny dotychczas nieznanej, którą bym zatytułował Polityczną bakteriologią. Natomiast skutki tego działania są proste i stoją nam wszystkim w oczach i pamięci.

Mackiewicz przypomina jak przed bezpośrednim zetknięciem się z bolszewizmem, powszechne zdumienie wywołały procesy moskiewskie, w których zatwardziali ideolodzy i konspiratorzy, idąc na pewną śmierć, kajali się, „wijąc się w błocie najbardziej bzdurnych i niewiarygodnych samooskarżeń". Jednak:

Jeden rok rządów bolszewickich u nas potrafił wydobyć z poszczególnych ludzi takie psychiczne łamańce, jakich by po nich nikt ani przedtem ani potem spodziewać się nie mógł, absolutnie nie mógł. Załamanie społecznego kośćca, upadek ducha, ratowanie się samozakłamaniem, oto objawy notoryczne. Na usprawiedliwienie ich należałoby stwierdzić, że objawy takie powstają zazwyczaj w atmosferze beznadziejności, kompletnej, świadomej beznadziejności. Gdyż po miesiącach już ludzie ci uświadamiali sobie, że ten promotor każdej akcji ludzkiej — przyszłość, przestaje dla nich istnieć. Przyszłość w państwie sowieckim, to jakaś szara, leniwie cieknąca struga, w którą zanurzone jest każde ludzkie indywiduum, a to że tak być musi, odbierało wszelką energię i chęć oporu. Działanie rozkładowe rzeczywistości bolszewickiej rozbija wszelką spójnię narodową, każdą możliwość wspólnego działania (...) Dlatego to, jak twierdzę, dla każdego narodu z osobna i dla wszystkich narodów razem, bolszewizm jest największym wrogiem ze wszystkich dotychczas notowanych w historii.

Było wielkim nieszczęściem, pisze Mackiewicz, że bolszewizm mógł istnieć przez 23 lata i w ciągu tego czasu zniszczył naród rosyjski i inne narody Związku Sowieckiego. Wyjątkowo pomyślną koniunkturę stworzył dla Sowietów początek drugiej wojny, gdyż narody Europy poczęły się wzajemnie osłabiać, podczas gdy...„neutralne" Sowiety gromadzą i uzupełniają własną siłę militarną (...) przystosowują się jednocześnie do roli przysłowiowego „języczka u wagi", jaki w krytycznej chwili ma przechylić szalę zwycięstwa. Sowiety spodziewają się, iż one, a nie kto inny, będą decydować o przyszłej konstelacji Europy, po to by ją następnie opanować bez reszty (...). W ten sposób dla Europy, ba, może dla całego świata kulturalnego, wytworzyła się maksymalnie niebezpieczna sytuacja, najgroźniejsza z możliwie groźnych.

Przedstawiwszy groźbę Sowietów, Mackiewicz zapytuje:

Jakiż ratunek ? Jakież wyjście z tej sytuacji ? Jedno tylko: Sowiety należy rozbić zanim zakończy się wojna. Zanim z tą wojną nie ruszą same na Europę. Już gromadzą siły, już jest za minutę dwunasta!

Jako wykonawców tego zadania Mackiewicz widzi Niemców i początkowo pisze tak jakby kompletnie wierzył w ich ostateczne zwycięstwo nad Sowietami jako rzecz już osiągniętą:

Któż miał tego dzieła dokonać? W sytuacji z roku 1941, czyli ostatecznego terminu dla ratowania Europy przed zarazą bolszewicką — mogły tego dokonać tylko i wyłącznie — Niemcy. O to się chyba absolutnie nikt spierać nie będzie. A fakt, że tego dokonały ośmieliłbym się policzyć im nie jako zasługę wobec świata kulturalnego, lecz jako spełnienie świętej misji.
Wnet jednak bardzo zręcznie wprowadza Mackiewicz nie wymienianą wobec cenzury możliwość przegrania wojny przez Niemcy i konsekwencje takiego rezultatu w stosunku do Anglii i Sowietów:

Ale zechcijmy na chwilę wyobrazić sobie niemożliwość: zwycięstwo koalicji anglo-sowieckiej (...) Jakiż byłby rezultat takiego niemożliwego zwycięstwa? Dziś (Anglia) przegrała prestiżowo i przegrała militarnie w górach Norwegii, w cieśninach Skageraku, we Flandrii, w Jugosławii, Grecji, na Krecie. Przegrała wszędzie, nie wygrawszy ani jednej operacji wojennej przeciwko Niemcom. A więc triumfatorem w zwycięskiej koalicji anglo-sowieckiej nie byłby król Jerzy VI, tylko Józef Wissarionowicz Stalin. Jemu przypadłaby chwała, w aureoli której wjeżdżał ongiś do Paryża cesarz Aleksander I.

Wreszcie niezwykle trafnie (jak się okazało) przewiduje konsekwencje sowieckiego zwycięstwa wobec Polski:
O losie Polskiego Narodu moglibyśmy w tym miejscu nawet nie wspominać. Jego los byłby przypieczętowany może na wieki, a może na zawsze, łącznie z losem innych narodów Europy Wschodniej, jeżeli zważymy niezwykłą moc rozkładową bolszewizmu, o której pisałem powyżej. Anglia, gdyby się nawet w przyszłości wzmocniła po wojnie, to nigdy by nie interesowała się Europą Wschodnią. Jej globalne sprawy odległe Są bardzo od dorzeczy Wisły czy Niemna. Nie chcę tu nawet powoływać się na ostatni artykuł Times'a, który oddaje Wschodnią Europę pod protektorat sowiecki. Artykułu tego nie czytałem, ale bez względu na łaskawą opinię Times'a., protektorat sowiecki doszedłby i tak do skutku. I nie byłoby w Europie żadnego czynnika, żadnej potęgi, która by była w stanie, albo nawet chciała, wyrwać polski naród z czerwonych kleszczy destrukcyjnego imperializmu.

Konkluzja artykułu brzmi:

Dlatego jestem bardzo, ale to bardzo głęboko przekonany, że w sytuacji z roku 1941 zwycięstwo koalicji anglo-sowieckiej byłoby dla Polaków największą kieską, jaka nie tylko ich w tej wojnie spotkać mogła, ale klęską przewyższającą wszystkie dotychczasowe na przestrzeni dziejów.
Patrząc ex-post na trwale wypaczony charakter Polaków z powojennej Polski powstałej na skutek sowieckiego zwycięstwa, trudno odmówić tu Mackiewiczowi zdolności przewidywania.

Czwarty i ostatni artykuł Mackiewicza „Prorok z Popiszek" był zamieszczony w czterech odcinkach: 7, 8, 9 i 10 października 1941; został on zaopatrzony następującą wstępną notatką redakcyjną:
Od znanego literata wileńskiego p. J.M. uzyskaliśmy urywki szkiców do przygotowywanej przez niego książki o czasach bolszewickich na Wileńszczyźnie, które ujęliśmy w skrócie w cykl felietonów, dając im tytuł: „Prorok z Popiszek".

Jest to artykuł beletrystyczny, właściwie nowela, nie zawiera, prócz krytyki Sowietów, elementów politycznych ani autobiograficznych, został później wpleciony w Drogę donikąd, ss. 281-372.
Te cztery artykuły to całość wkładu pisarskiego Mackiewicza do Gońca Codziennego, oprócz wywiadu z nim na temat tego co widział w Katyniu, który ukazał się w Gońcu w 20 miesięcy później, 3 czerwca 1943 r., a którego geneza i znaczenie były zupełnie inne i dlatego powinien on być omówiony oddzielnie.

Niektórzy autorzy11 przypisują Józefowi Mackiewiczowi także artykuł „Piekło wysp Sołowieckich" opublikowany w Gońcu Codz. 30 marca 1943. Nie jest to jednak diagnoza słuszna.
Artykuł ten jest co prawda zaopatrzony w inicjały J.M., ale na samym początku, przed tekstem. Józef Mackiewicz nigdy swoich artykułów w ten sposób nie sygnował, lecz umieszczał swoje inicjały (a czasem pełne imię i nazwisko) zawsze na końcu tekstu.

Dalej, omawiany artykuł jest oparty na niemieckiej książce byłego komunisty, Karla Albrechta Zdradzony socjalizm i znajduje się w nim zdanie: „Dotychczas prawie nie było możliwości zajrzenia do warunków panujących na tej wyspie". Otóż Mackiewicz nigdy by tak nie napisał, gdyż kilka lat wcześniej Słowo serializowało polskie tłumaczenie białoruskiej książki Franciszka Olechnowicza Siem hadou u kapdurach HPU12 poświeconej właśnie łagrom na Sołowieckich wyspach, wiec Mackiewicz o tamtejszych warunkach wiedział i książka Albrechta nie mogła być dla niego rewelacją.

Następnie, artykuł zawiera szereg dosłownie przełożonych germanizmów i jest zupełnie oczywiste, że to nie tekst oryginalny, lecz tłumaczenie z niemieckiego. Jego początkowe litery, które zwiodły tych autorów, są pewnie inicjałami albo oryginalnego niemieckiego autora, albo nazwy źródła publikacji.
Wreszcie tłumaczenie jest wybitnie niezdarne, napisane przez kogoś bez wprawy w języku polskim i nieobznajomionego z sowiecką terminologią.

Od października 1941 Mackiewicz już nie posyłał artykułów do Gońca, gdyż stało się dla niego jasne, że Niemcy nie przyszli jako oswobodziciele. Było to wówczas zjawisko dość powszechne, które on tak opisał w Nie trzeba głośno mówić, s. 167:
Niemal z miesiąca na miesiąc wzbiera rozczarowanie szerokich mas ludności, które tak niedawno witały wkraczające na terytorium Związku Sowieckiego armie niemieckie. Nierozwiązanie kołchozów, okrutne traktowanie jeńców, metody policyjnego terroru, bezwzględność rekwizycji... Ciągłe wrzaski, owej gulgoczącej w gardle „Kommandostimme", która nawet niezrozumiała dla tubylców, dawała im poznać, że traktowani są jak ludność kolonialna. Czekano na jakąś deklarację polityczną, na jakąś „Kartę" zapowiadającą co ma być w przyszłości? Ale „Karty" nikt nie ogłaszał i coraz szerzej rozchodziła się pogłoska, że jej do końca nie będzie. Propagandzie sowieckiej nikt naturalnie nie wierzył, ale patrząc wytrzeszczonymi oczyma na to co się widzi, mimo woli: „zaczniesz wierzyć w najgorsze" (...) Było tak jakby czarne chmury nie z jednej, a naraz ze wszystkich stron horyzontu zbierały się i płynęły na człowieka.

Wiara Mackiewicza w wyzwoleńczą role Niemiec przetrwała wiec zaledwie trzy miesiące okupacji, ale jego żądanie żeby Polska stanęła do walki zbrojnej z Sowietami, wyrażone w omówionych artykułach „Przeżyliśmy upiorną rzeczywistość" i „To dopiero byłaby klęska", znalazło urzeczywistnienie w końcu r. 1943, jak zobaczymy w drugim rozdziale. Ponieważ plan ten został wprowadzony w życie przez Polskie Siły Zbrojne (Armię Krajową), artykułów które ten plan propagowały nie można żadną miarą uważać, z polskiego punktu widzenia, za politycznie zdrożne.

4. Charakterystyka
Jako gazeta wydawana przez Niemców, Goniec Codzienny naturalnie gloryfikował sukcesy oręża niemieckiego i krytykował Aliantów, trzeba jednak przyznać, że nie występował przeciwko rządowi polskiemu i jego siłom zbrojnym, co niewątpliwie znakomicie ułatwiało jego przyjęcie przez polskie społeczeństwo. Charakterystyczny pod tym względem jest krótki artykuł „Dlaczego opuszczono Cassino" na szczycie 1-ej strony niedzielnego Gońca z 21.5.44. O polskim wojsku — ani słowa, ale między wierszami cichy salut dla „zdobycia ruin Cassino" — i tak każdy wiedział z radia o kogo chodziło. Gdyby jednak Sowieci byli na miejscu Niemców, jakąż litanię obelg pod adresem „podłych białopolskich najmitów" musiałby Goniec publikować.

Vis-a-vis tego co się wówczas działo z wileńskimi Żydami, antysemickie wyskoki Gońca były naprawdę karygodne (szczególnie anonimowy artykuł „Kiedy wolno bić nawet leżącego" opublikowany 9.8.41), lecz przecież nie odbiegały one od przedwojennych haseł ONR Falanga i poznańskiej Samoobrony narodu.

Goniec był dla Polaków cenny, nawet nieodzowny, na co dzień, gdyż publikował po polsku zarządzenia wydawane przez władze niemieckie. Wobec tego, że zarządzenia te były plakatowane tylko w urzędowych językach, tj. niemieckim i litewskim, większość Polaków w mieście i okolicy, którzy tych języków nie znali, lub znali je niedostatecznie, tylko z Gońca mogła się dowiedzieć co zostało nakazane lub zabronione. Ilość i objętość tych zarządzeń była niewiarygodnie wielka, nieraz zajmowały one całe strony gazety. A za przekroczenie przeważnie groziła kara śmierci. Opłaciło się więc te teksty studiować.

Czytanie Gońca Codziennego dzisiaj narzuca wniosek, że mimo niemieckiego nadzoru, był to niewątpliwie organ wileńskiego społeczeństwa polskiego, jego życiowa tętnica. Świadczą o tym przede wszystkim ogłoszenia i nekrologi, a poza tym zapowiedzi i recenzje z filmów, przedstawień, koncertów, turniejów szachowych i imprez sportowych. Ogłoszenia były liczne i urozmaicone: o sprzedaży i kupnie, nauce języków, usługach itd. Przez wymianę informacji ułatwiały one ciężką sytuację gospodarczą ludności i łagodziły braki zaopatrzenia.

Najciekawsze jednak były nekrologi gdyż ujawniały tolerancję niemieckiej cenzury, jakiej w ogóle się nie spodziewałem. Przede wszystkim wymienianie w druku stopni i stanowisk zmarłych polskich oficerów i dygnitarzy było nie tylko dozwolone, ale najwyraźniej nie groziło konsekwencjami dla rodziny. Np.: 11.8.41 „Śp. Wilhelm Ryszard Bogucki, ziemianin, emeryt, płk.", 13.8.41. „Śp. Wiktor Niedźwiecki, b. starosta postawski i wileńsko-trocki" (znałem go z Postaw), 7.5.44 „Sp. Bogumił Reszke kpt. b. wojsk polskich".

Mało tego, w Gońcu publikowano „na gorąco", z przejrzystym dodatkiem „zmarł tragicznie", nekrologi polskich partyzantów poległych w walce z Niemcami, pod prawdziwymi nazwiskami poległych, z danymi co do ich rodzin i szczegółami nabożeństw żałobnych. Oto nazwiska niektórych: 1.6.44 Zbigniew Zdon b. kadet korpusu lwowskiego. W nrze z 4.6.44 aż trzy partyzanckie nekrologi: Franciszek Henryk Melkis, Witold Ciechanowicz i Wincenty Tymański. Wreszcie 5.5.44 nekrolog od rodziny mego kolegi Zygmunciaka, zięcia płk. Obertyńskiego, Zbigniewa Bohdana Dziedziaka poległego 27 kwietnia koło Czarnego Boru, a w dwa dni później drugi nekrolog od jego kolegów z apteki, w której pracował.

Trzeba podziwiać redakcję Gońca, że takie nekrologi w ogóle pod okupacją przyjmowała, a także Niemców, że pozwalali na taką bądź co bądź gloryfikację ludzi poległych w „nielegalnej" walce z nimi (o ile wiem, obowiązujące wówczas konwencje międzynarodowe nie uznawały partyzanckiej walki pod okupacją za dopuszczalną formę wojowania).
W dżungli okrutnej niemieckiej okupacji, Goniec Codzienny służył więc polskiemu społeczeństwu Wilna i Wileńszczyzny. Odbijało się to na jego rekordowym nakładzie13, znacznie wyższym niż jakakolwiek polska gazeta osiągnęła kiedykolwiek w Wilnie.

Naturalnie w świetle powyższego, twierdzenie niektórych propagandystów, że Goniec Codzienny był pogardzanym przez polskie społeczeństwo „Podogońcem" — okazują się kompletną bzdurą.
Zresztą nie brak dodatnich ocen Gońca ze strony autorytatywnych i poinformowanych akowców. Po pierwsze, b. posłanka na Sejm, generałowa Wanda Pełczyńska, żona szefa Sztabu Gł. AK, napisała w swojej relacji (bez daty, zapewne z początku 1948r., SPP): „Ten (antysowiecki) kierunek (pisma) dogadzał Wilnu, które z radością patrzyło w r. 1941 na rozgromienie armii sowieckiej" i zdanie które później przekreśliła: „W pierwszych miesiącach swego istnienia pismo Goniec Wileński było rozchwytywane przez społeczeństwo polskie" (tytuł Goniec Wileński, zamiast Codzienny, powtarza się dość często w ówczesnych relacjach, widać tak to pismo nazywano).

Zasłużona w bojowych działaniach AK Stanisława Gortyńska, występująca u Bałtruka14 jako bohaterska Komarowa, kolportowała Gońca Codziennego i cieszyła się z jego wielkiej poczytności15.

Dalej, Główny Delegat Rządu na kraj (Cyryl Ratajski, b. prezydent m. Poznania) w Raporcie Sytuacyjnym za okres od 15.8 do 15.11.1941 (AAN) pisał:

Pismo polskie Goniec Codzienny wydawane jest przez Czesława Ancerewicza b. prezesa Syndykatu Dziennikarskiego w Białymstoku. Jakkolwiek pismo to znajduje się pod silnym nadzorem władz okupacyjnych, to jednak poziomem swym i treścią wyróżnia się dodatnio w porównaniu z gadzinowcami redagowanymi w GG. Pismo to nie jest bojkotowane przez Polaków, gdyż samo jego ukazywanie się i duży nakład (35000 egz.) świadczą wobec okupantów o polskości kraju, wbrew zapewnieniom litewskim (rozdział „C. Ziemie wschodnie", sekcja „I. Polityka okupanta", §2. Litwa").

W świetle tych wypowiedzi skazanie przez AK i śmierć redaktora Czesława Ancerewicza należy potępić jako rażącą niesprawiedliwość.

5. Realizacja pierwotnego planu Mackiewicza: AK walczy z bolszewikami.

Wobec interakcji jaka zachodziła pomiędzy okręgami nowogródzkim i wileńskim Armii Krajowej, zajmę się tutaj całym obszarem wileńskim AK, tj. obu tymi okręgami, które zresztą latem 1944 zostały oficjalnie połączone w jeden obszar.

W Warszawie współpraca z Niemcami mogła być straszakiem dla niegrzecznych dziatek, ale w Wilnie stała się życiową koniecznością, wobec wrogiego stanowiska Sowietów, stosunkowej szczupłości polskiej bazy ludnościowej i niemal stratosferycznego oddalenia od baz zaopatrzenia.

Oba okręgi AK zostały w drugiej połowie 1943 r. zepchnięte na drogę wojskowej współpracy z Niemcami i walkę z Sowietami, przez bezkompromisową wrogość potężnej sowieckiej partyzantki już solidnie usadowionej na ich terenach. To czego Mackiewicz domagał się przeszło dwa lata wcześniej, stało się faktem.
Doszło do tego w ten sposób, że dwa partyzanckie oddziały AK stworzone we współpracy z sowiecką party-zantką i działające wspólnie z nią przeciwko Niemcom, zostały zdradziecko i okrutnie zniszczone przez swoich dotychczasowych sowieckich sprzymierzeńców. Był to oddział por. Burzyńskiego (ps. Kmicic) zniszczony 26.8.43 nad jeziorem Narocz i Zgrupowanie Stołpeckie zniszczone 1.12.43 w Puszczy Nalibockiej.

Nad ich uratowanymi niedobitkami objęli dowództwo: rtm. Zygmunt Szendzielarz, ps. Łupaszka, nad Naroczą (później ten oddział nazwano V brygadą AK) i por. Adolf Pilch w Puszczy Nalibockiej. Widząc co się dzieje, Niemcy w obu wypadkach wnet zaproponowali pomoc w broni, amunicji i zaopatrzeniu; oferty te zostały przyjęte za aprobatą odnośnych komendantów okręgów i oddziały AK zaczęły zwalczać sowiecką partyzantkę16.

Zawsze dobrze poinformowany Józef Mackiewicz wiedział o tych układach AK-Niemcy i w Nie trzeba głośno mówić (s. 327) dał realistyczny szkic ich działania w praktyce. Dwaj ułani, Szendzielarz i Józef Mackiewicz, nie znali się i Szendzielarz walczył wcześniej niż Mackiewicz zaczął pisać na ten temat, ale istniała między nimi charakterystyczna jedność. Szendzielarz przez resztę swego krótkiego życia (został ujęty przez Polaków w 1948 i rozstrzelany) tępił komunistów nie tylko sowieckich, ale ze szczególnym zamiłowaniem — polskich. Ze wszystkich polskich dowódców, którzy walczyli z Sowietami, Szendzielarz stał się najsławniejszy i szef sowieckiego Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego P.Z. Kalinin poświęcił w swoim pamiętniku aż kilka stron na oczernianie okropnego „bandyty Łupieszko17".

Niemcy byli zadowoleni z pracy akowskich oddziałów i wielkorządca Białorusi Curt von Gottberg, zarządzając 23.2.44 mobilizację do Białoruskiej Krajowej Obrony, wyłączył z niej cały okręg lidzki oraz część okręgu wilejskiego i głębockiego, pozostawiając je do dyspozycji Armii Krajowej, która skorzystała z tej niemieckiej uprzejmości i mobilizując na tych obszarach zwiększyła wydatnie swoją liczebność18.

Obecnie Białorusini głośno skarżą się, że AK wykorzystała wówczas te sprzyjające dla siebie warunki do przeprowadzenia akcji typu jaki w b. Jugosławii uzyskał miano „etnicznego oczyszczania terenu", tj. po prostu likwidowała niepolską ludność. Nie zebrałem jeszcze dostatecznego materiału do pełnej oceny, ale wydaje mi się, że twierdzenie akowskich apologetów, iż zjawisko takie w ogóle nie występowało jest, mówiąc delikatnie, nieuzasadnione.

O walce Polaków z Sowietami na Wileńszczyźnie, niestety brak obszerniejszych danych źródłowych, wiadomo że współpracowały tam z Niemcami trzy polskie oddziały (tj. zapewne Szendzielarz plus dwa inne). Znacznie lepiej przedstawia się sprawa Nowogródczyzny, której główni aktorzy dramatu przeżyli, dostali się do wolnego świata i ogłosili  wspomnienia.

Podobny jak Pilch układ z Niemcami zawarł w Lidzie 24.12.43 dowódca Zgrupowania Nadniemeńskiego AK por. Józef Świda, ps. Lech. Tymczasem jednak Moskwa zaprotestowała via Londyn i 17.1.44 gen. Sosnkowski kazał współpracę z Niemcami przerwać i winnych ukarać. Było to naturalnie niewykonalne i komendant nowogródzki ppłk Jan Szulc (znany jako Janusz Prawdzie Szlaski) zdecydował, krakowskim targiem, osłonić Pilcha, lecz poświęcić Świdę, który jednak zdążył otrzymać od Niemców pięć transportów broni. Pozbawiono go dowództwa, ale jego dzieło zaowocowało obficie, powodując że Niemcy dobrowolnie wycofali się z terenów wiejskich płn.-zach. Nowogródczyzny, oddając je w ręce AK, która skutecznie wyeliminowała stamtąd sowiecką partyzantkę. Tereny te znajdowały się całkowicie w polskim władaniu.

Widząc tak doskonałe rezultaty współpracy z nowogródzkimi Polakami, von Gottberg usiłował zawrzeć układ z wileńskim komendantem AK, chociaż samo Wilno leżało naturalnie poza jego „parafią", bo na Litwie. 19.1.44 odbyła się we wsi koło Wilejki (Starej) konferencja jego przedstawiciela z komendantem Krzyżanowskim. Jednak wkrótce Krzyżanowski otrzymał konkurencyjną ofertę od niemieckiego dowództwa na Litwie, zrezygnował więc z mińskiego kontaktu i już 10 lutego konferował z szefem wileńskiej Abwehry.

Przygotowania do wykonania niedorzecznego planu płk. Kalenkiewicza zdobywania wspólnie z Sowietami Wilna zakończyły współpracę z Niemcami i pchnęły AK w objęcia sowieckie, co doprowadziło, jak wiadomo, do szybkiej likwidacji siły zbrojnej AK tego obszaru.

Główna współpraca z Niemcami trwała około pół roku, a była tak owocna z dwóch powodów: Niemcy nie tylko zawsze lojalnie, ale nawet czasem z przesadną gorliwością wypełniali jej warunki, i ludność chętniej walczyła z Sowietami niż z Niemcami. Oni wiedzieli kto był dla nich groźniejszy.

Jak podał Pilch (ss. 296-302), przez cały czas pobytu na Nowogródczyźnie Zgrupowanie Stołpeckie stoczyło 30 bitew i potyczek z Niemcami jako alianci Sowietów, a 105 bitew i potyczek z bolszewikami jako alianci Niemców, tj. w walkę z bolszewikami włożono przeszło trzykrotnie więcej wysiłku niż w walkę z Niemcami. To porównanie daje prawdziwy obraz hierarchii ówczesnych polskich potrzeb. Mackiewicz miał rację domagając się jeszcze w r. 1941 walki z Sowietami.
Zdzisław A. Siemaszko
Przypisy

* Część większej pracy o Józefie Mackiewiczu. Uprzejmie dziękuję wszystkim, którzy łaskawie udzielili mi informacji na tematy tu poruszone, szczególnie pp. Januszowi Kowalewskiemu, Andrzejowi Suchcitzowi, drowi Jerzemu Turonkowi, drowi Adamowi Wiercińskiemu, oraz instytucjom oznaczonym w tekście inicjałami: AAN — Archiwum Akt Nowych w Warszawie, IJPL — Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, IJPNY — detto w Nowym Jorku, SPP — Studium Polski Podziemnej w Londynie.

1. Był on synem jednego z „ojców ojczyzny" niepodległej Litwy, Wincentego Matulaitisa, spokrewnionego z obecnie błogosławionym biskupem Jerzym Matulaitisem, i Stefanii z Mackiewiczów, ciotki Stanisława i Józefa. Po wojnie ożenił się z Polką, Alicją Pomian, osiedlił się w Kalifornii i żył jako Polak. Józef  nie darzył go osobistą sympatią.
2. Wacław Studnicki, zwany Gizbert, dyrektor archiwum w Wilnie, brat znanego polityka Władysława. Po wojnie osiedlił się w Chicago.

3.  Autorzy czytali oświadczenie Gizberta z charakterystycznym  niedbalstwem, gdyż w innym miejscu swego listu napisali, że zostało ono spisane „w Stafford, Anglia". Gdzie Rzym, gdzie Krym!

4.  W pięć tygodni po wkroczeniu Niemców gazeta już wychodziła, więc tutaj powinno być raczej „W parę tygodni".

5.  Znany także jako Rapolas Mackonis, Mackevićius lub Mackiewicz, redaktor pisma Vilniaus Balsas (Głos Wileński), nie krewny ani powinowaty Józefa.

6.  Trasa ta wskazuje, że wracali oni z dworca towarowego. Z osobowego szliby ul. Zawalną.

7. Raport sytuacyjny Delegatury Rządu na Kraj za okres 15-8 do 15-11-1941, Dep. Spraw Wewn., rozdz. C, §2 (AAN). Także A. Paczkowski, Prasa polska 1918-1939, passim.

8.  J. Mackiewicz: Fakty, przyroda i ludzie s. 298; Nie trzeba głośno mówić s. 370; Droga Pani, s. 56.  A.  Paczkowski w Prasie polskiej w latach 1918-1939, 1980, s. 361, pomylił Jewgienija Kotlarewskiego z jego bratem Fieoktystem.

9.  Droga Pani s. 55 i nast.

10.  W tej sekcji wykorzystałem  listy Barbary Toporskiej, rozmowy z nią i z Józefem Mackiewiczem, artykuł K.  Zamorskiego, Puls 34/87, s. 62 i rozmowy z dwiema osobami, które nie życzą sobie ujawnienia.

11. J. Malewski, Jedynie prawda jest ciekawa, 1987, s. 11.

12. J. Mackiewicz, Fakty, przyroda i ludzie, s. 104.

13. B. Wiaderny, Paweł Jasienica, 1991, s. 52 podaje, że nakład Gońca wynosił 44 tysiące, zaś cytowany poniżej Delegat Rządu podaje cyfrę 35 tyś. Na drugim miejscu co do poczytności znalazło się Cata - Mackiewicza Słowo, które osiągnęło przed wojną maksimum 25 tys. (A. Paczkowski, Prasa polska w latach 1918-1939, s. 151).

14.  B.  Krzyżanowski,   Wileński matecznik, IL,  Paryż   1979,  ok.  50 odnośników do Gortyńskiej-Komarowej.

15.  Była taka szkoła, Odnowa, Londyn 1987, s. 204.

16. Dariusz Fikus, Pseudonim Łupaszka,   1988; J.Z. Szyłeyko, Lepsza strona czasu, 1992; A. Pilch, Partyzanci trzech puszcz, 1992.

17.  P.Z. Kalinin, Partizanskaja respublika, Mińsk 1968, s. 317 i nast.

18.  Opieram się tu  na  materiałach  wyśmienitej pracy dra Jerzego Turonka Białoruś pod okupacją niemiecką, 1989 i na nast. źródłach: J. Świda,  Zeszyty  Historyczne 73/1985  ss. 74-80;  J.   Erdman,  Droga  do Ostrej Bramy, 1984; J.P. Szlaski, Nowogródczyzna w walce, 1976.

Zeszyty Historyczne, nr 106, rok 1993. Paryż.