…Społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty szeroko wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodałbym od siebie, że im więcej ponad 180 stopni rozwarcia tego wachlarza, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, a więc i bogactwie myśli społeczeństwa. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki.  Józef Mackiewicz. Kompleks niemiecki. Kultura, 1956

Kolejna odsłona „polskiej” tragikomedii Drukuj
Autor: Ryšard Maceikianec   
Poniedziałek, 04 maja 2015

(...)Jestem za ścisłością, gdyż wydaje mi się, że jedynie prawda jest ciekawa. Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej bogata i wielostronna, i barwna, niż wykoncypowane jej przeróbki. Józef Mackiewicz

Jeżeli zorganizowana grupa osób podejmuje się jakiegoś dzieła zawsze wynika tradycyjne pytanie - jakiemu celowi i komu to służy, bowiem bezmyślnej działalności ludzkie istoty zazwyczaj nie prowadzą. Tym bardziej, gdy wyreżyserowane przedsięwzięcia są szeroko reklamowane, a na scenie co i raz ukazują się aktorzy, dobrze znani z wcześniej wystawianych spektakli, a którzy głośno twierdzą o interesie społecznym, mimo że dotychczas demonstrowali głębokie zapatrzenia w siebie i bez skrupułów działali wyłącznie w interesie własnym.

Chodzi oczywiście o przedstawienia w tzw. PKD, w DPK oraz w mediach,  gdzie działacze zorganizowanej pod szyldem LLRA (potocznie zwanej AWPL albo „tomaševskininkai” - „tomaševskie”) grupy oraz ich mecenasi toczą dziś między sobą propagandowe boje o to, kto jest bardziej porządny, demokratyczny i biało - czerwony.

Mimo, że jeszcze wczoraj stanowili zwarty monolit i byli ze sobą niezmiernie szczęśliwi – wspólnie organizowali przedwyborcze mosty telewizyjne Wilno – Warszawa „w obronie prześladowanych Polaków na Litwie”, wspólnie budowali sojusz z pro moskiewskimi Rosjanami pt Вместе мы сила., pasował im major KGB Balakin w czołówce listy Tomaševskiego, razem lubowali się gieorgijewskimi lentami na bohaterskiej piersi „lidera”.

Niestety podział na linii Cytacka (niezwykle bliska „liderowi”) – Neverovič (członek rodziny Č. Okinčica) doprowadził do pęknięcia monolitu, półotwarcia masek i powyższych dyskusji, w których, pomijając wielosłowną demagogię, chodzi tak naprawdę jedynie o to, kto będzie nadal okupować środowisko Litewskich Polaków.

Aby dotrzeć do sedna sprawy i zrozumieć co się dziś dzieje w środowisku Litewskich Polaków, warto przypomnieć postawy tych samych aktorów w końcówce XX wieku i później.

Wtedy to w grudniu 1998 roku Č. Okinčic zaczął wydawać „Gazetę Wileńską”, a jej redaktorami naczelnymi byli kolejno Aleksandr Radčenko i Zbignev Balcevič, którzy nie przebierali w słowach i czynach w stosunku do tych, którzy uważali, iż V. Tomaševski nie ma ani moralnych, ani psychicznych czy intelektualnych predyspozycji do bycia jednym z liderów wśród Litewskich Polaków. „GW” swoimi publikacjami wspierali czerwono sztandarowi działacze Lucyna Dowdo, Jerzy Surwiłło,  „ekspert” do spraw Litewskich Polaków Jacek J. Komar i inni. Wiele wskazuje na to, iż jedynym celem ukazania się tego pisma było rozbicie środowiska Litewskich Polaków, które po latach „autonomii” i innych niesamowitości wstępowało nareszcie na drogę normalności i obywatelskiego rozwoju oraz przekazanie jego we władzę zorganizowane grupy, dziś znanej jako Akcja wyborcza, mając z kolei nad nią władzę i kontrolę. Zresztą nie ograniczano się do publikacji i słów na łamach „GW”.

Pierwszym wyraźnym sygnałem w którym kierunku zdąża ta grupa była próba Z. Balceviča skompromitowania opornych wobec  V.Tomaševskiego drogą  podstępnego zamieszczenia bez zgody i wiedzy redaktora w dniu 6 kwietnia 1999 roku w jubileuszowym numerze „Naszej Gazety” antynatowskiej publikacji w czasie, gdy Litwa ubiegała się o przystąpienie do NATO, które według treści tej publikacji "(…) przestało być organizacją obronną. Stało się raczej agresorem, swego rodzaju żandarmem”. Dosłownie cudem udało się uniknąć  kompromitacji redakcji, pisma i Litewskich Polaków. Nie trudno sobie wyobrazić, jak grzmiałyby „GW” na Litwie i „GW” w Polsce, gdyby się taka publikacja się ukazała!

To w stosunku do takich ludzi, naszym zdaniem u nas lokalnie używano określenia „wyzuty z sumienia” – mógł on bowiem dziś udawać przyjaciela i gościć w twoim domu, aby już jutro urządzać prowokacje i przewodzić grupie hołoty, gotowej rozprawić z tobą i zespołem redakcji, nie popierającej „tomaševskich”. Nie przypadkowo widocznie w czasach sowieckich był w Wilnie politycznym koordynatorem administracyjnych organów, w tym KGB, a w czasie poprzedzającym ogłoszenie Niepodległości został ustawiony na stanowisku redaktora naczelnego „Czerwonego Sztandaru”, umiejętnie budując sztuczny mur nienawiści między Litwinami i Litewskimi Polakami, który stale podbudowywany na wzniesionych wtedy fundamentach, trwa do dziś.

To w okresie redagowania przez Z. Balceviča „Czerwonego Sztandaru” o treści tego sowieckiego pisma i wpływie na nastroje wśród Litewskich Polaków pisał Tadeusz Konwicki: „(...) W samym sercu Europy. Na oczach całego świata. W obliczu ONZetu, papieża i Pana Boga. To co hitlerowcy robili z organizmami biologicznymi, tu się robi z duszą tego czy owego narodku (…). Czytam z jakimś strasznym bólem koło serca te okropne cztery strony polskiej gazety radzieckiej… Boże, Boże, bądź miłościw nam grzesznym.” (Wschody i zachody księżyca. Oficyna wydawnicza. W-wa, 1990).

Nie jest więc przypadkiem, że akurat Z. Balceviča następnie przez wiele lat z ramienia Akcji Wyborczej zajmował się „zwrotem – niezwrotem” ziemi w powiecie wileńskim, a Č. Okinčic krzątał się wokół orderów dla V. Tomaševskiego i włączania jego w skład państwowej delegacji na najwyższym szczeblu.

Zresztą ten ostatni do dziś gdzie się tylko da po ponad dwudziestu latach od ogłoszenia Niepodległości nadal rzuca najgorsze pomówienia wobec tych, z którymi był w jednej frakcji w latach 1990 – 1992 w Radzie Najwyższej Litwy, tym samym poniżając  wszystkich Litewskich Polaków. Dowodem temu służą jego zachowanie się i wypowiedzi na międzynarodowej konferencji w Warszawie w dniu 5 września 2008 roku z udziałem V. Landsbergisa, J. Čepaitisa, B. Kuzmickasa, A Kubiliusa, J. Neveroviča, A. Michnika i innych, a także publiczne wypowiedzi oraz niezgodne z prawda informacje, przekazywane autorom publikacji. Widocznie w gronie jemu podobnych to się ceni i się wydaje, iż fałszując historię i oczerniając innych sam się wywyższa.

To właśnie Č. Okinčic przez wiele lat publicznie demonstrował, iż akurat w towarzystwie V. Tomaševskiego był najbardziej szczęśliwy:  (…) Czesław Okińczyc, doradca premiera Litwy Andriusa Kubiliusa, przekonywał, że jest niezmiernie szczęśliwy, bo AWPL osiągnęła najwięcej co mogła. – Jest to partia integrująca, partia obywatelska, a jej wyborcy są najbardziej aktywnymi wyborcami w kraju – wyliczał Sygnatariusz Aktu Niepodległości. Jego zdaniem to, że Polacy mówią jednym głosem jest największą zasługą i osiągnięciem AWPL i osobiście jej przewodniczącego.(”Tygodnik Wileńszczyzny”). Zresztą treść audycji Radia „Znad Wilii”, którego jest właścicielem, stanowiły niezbity dowód tej niezmiernej szczęśliwości.

Natomiast głośne obnoszenie się Č. Okinčica z „polskością” i twierdzenie, iż Polska jest jego macierzą, co znaczy iż stamtąd wywodzi się jego rodzina – widocznie również jest zmyśleniem na cele taniej samo propagandy. Bowiem Okinčice byli zawsze Białorusinami, a ich macierzą jest Białoruś. O jednym z Okinčiców, również wydawcy pisma o podobnym jak „GW nakładzie”, pisał w powieści „Nie trzeba głośno mówić” Józef Mackiewicz: (…)W roku 1942 zlikwidowali w Mińsku księży Maleca, Głakowskiego, Rybałtowskiego. W rezultacie w całym Mińsku został jedyny ksiądz katolicki Ignatawiczius, duszpasterz litewskich oddziałów policyjnych na Białorusi. Mało tego. W marcu 42 papież mianuje księdza Niemancewicza obrządku wschodniego w Albertynie, delegatem tego obrządku na Białoruś, z tytułem papieskiego egzarchy. W sierpniu SD aresztuje egzarchę Niemancewicza, przywozi do Mińska i rozstrzeliwuje. Z początku trudno się było nam zorientować. Ale oto okazało się, że głównym agentem SD jest Fabian Okińczyc. Pan wie, jeden z przywódców „Hromady” zlikwidowanej przez Polaków w roku 1927. Z agenta GPU przedzierzgnął się w agenta Gestapo. I założył partię białoruskich hitlerowców. Wydawał nawet gazetę „Nowy Szljach”, pięćset egzemplarzy... Bez znaczenia. I on to wywąchał przez swoich konfidentów i doniósł SD o istnieniu tajnej białoruskiej partii, o tendencjach „zachodnich”, montowanej przez kler katolicki i utrzymującej rzekomo powiązania z Watykanem. Tymczasem ksiądz Godlewski w znak protestu przeciwko mordowaniu księży, składa urząd głównego inspektora szkolnego. A tu zaczęły się straszne czasy(…)

Po tej, aktualnie właściwej  stronie w klubie dyskusyjnym zasiada dziś również  ww. Aleksandr Radčenko, były redaktor „GW” oraz jego brat Anton, były redaktor „Delfi” ,których dziadkowie z Pskowa poprzez Białoruś przywieźli nam słońce w pierwszych sowieckich eszelonach w roku 1940, co odnotował w powieściach „Droga donikąd” i „Nie trzeba głośno mówić” Józef Mackiewicz. Zresztą Anton Radčenko również, podobnie jak i  Č. Okinčic, widocznie do niedawna był niezmiernie szczęśliwy, bo działalność w Delfi zaczął od propagowania „tomaševskich”, nie wyłączając założyciela „Jedinstwa”. Ale gdy 10 czerwca 2012 roku zamieścił publikację pt. Czy jesteśmy z Litwinami członkami tej samej cywilizacji, sugerując, iż my, obywatele Litwy, należymy do innej niższej cywilizacji, niż on i jemu podobni – miarka widocznie się przebrała i elementów szowinistycznego myślenia dalej rozwijać na lamach Delfi jemu nie było dane. Na szczęście.

I jest to jedna strona obecnych dyskutantów w tzw. polskim klubie dyskusyjnym, która wynosiła „tomaševskich” pod niebiosa i negatywnie oceniała tych, którzy byli innego zdania.

Drugą stronę dyskutantów prezentuje V. Tomaševski w otoczeniu sobie podobnych, z rodziną i gęsto rozstawioną w terenie sowiecko – kołchozową nomenklaturą, któremu do niedawna jeszcze oficjalnie doradzał zawodowy oficer KGB w stopniu majora. Niestety, pisać o nim obszerniej nie podnosi się ręka – z głębokiego obrzydzenia. Jest to osobnik, który, naszym zdaniem, jest pozbawiony ludzkiego sumienia, godności i odpowiedzialności, stale nadużywający imienia Litewskich Polaków, co już wcześniej zaznaczaliśmy w swoich publikacjach. Nawet pochylając się, aby pomóc, nad jego chorym dzieckiem, można oczekiwać uderzenia w plecy. Prowadzić z nim dyskusje – znaczy zejść do poziomu jego demagogii. Wiele wskazuje na to, iż gdyby kandydaci na polityków, podobnie jak kierowcy czy inni pracownicy techniczni, musieliby odbyć sprawdzian u psychologa – możliwie reprezentowałby tylko siebie. We wszelkim wypadku nie Naród Litwy w UE.

I są to obie strony tzw. PKD, które w ciągu ostatnich 15 lat dominowały w środowisku Litewskich Polaków, cofając w rozwoju, niszcząc dorobek i pamięć minionych pokoleń, a będąc w posiadaniu monopolu informacyjnego - głęboko zdeformowały świadomość Litewskich Polaków, ich poczucie godności i obywatelskiej odpowiedzialności za losy swojej Ojczyzny – Litwy.

Dlatego jesteśmy przekonani, iż winni oni być pociągnięty do odpowiedzialności za nadużycia i organizację prześladowań, za zdeformowanie reformy rolnej, za pobudzanie napięć na tle narodowościowym i wciąganie w ten proceder nawet dzieci. Nie tylko moralnej.

Aby postawić kropkę nad „i” trzeba niewiele – co najmniej przeprowadzić rewizję w temacie zwrotu i przenosin ziemi, a także wznowić śledztwo i nazwać po imieniu „nieznanych sprawców”, którzy w marcu 2000 roku dokonali bandyckiego napadu na siedzibę Związku Polaków i redakcji „Nasza Gazeta”.

A ponieważ uczestnicy obu stron tzw. PKD będą się temu ostro sprzeciwiać – rozwiązanie szybko nie nastąpi, a środowisko Litewskich Polaków będzie skazane na kolejne intrygi, manipulacje, podjazdy i prowokacje na niekorzyść kraju i własną oraz nasilający się smród informacyjny. W interesie powyższych klubowych dyskutantów bowiem leży, aby Litewscy Polacy nie mogli wyjść z izolacji, działać samodzielnie poza nimi oraz uczestniczyć w ogólnokrajowym procesie budowy obywatelskiego państwa prawa.

A przy złej woli powody do budowania konfliktów i gromadzenia nieporozumień zawsze się znajdą.

I może to już być ostatnia odsłona tragikomedii, w czasie trwania której ostatecznie będzie ugruntowana opinia o Litewskich Polakach, jako środowisku destrukcyjnym i niezdolnym do krytycznej samooceny oraz przemian.

Przy okazji warto odnotować, iż uczestnicy „dyskusji” – to w większości milionerzy i multimilionerzy, którymi się stali w czasie pracy na urzędach, a dlatego rzeczywiste problemy mieszkańców regionu – bezrobocie, niedorozwój infrastruktury, przerost i nieudolność lokalnej biurokracji, ograniczanie swobody słowa, wyboru, zrzeszania się oraz dostępu do informacji - mają na samej rzeczy głęboko w nosie. Albo w innej części ciała.

***

Tragikomedia ma to do siebie, że oprócz wątków tragicznych, ma w sobie również elementy komiczne. W wyżej opisanej sytuacji – raczej namiastki wisielczego humoru, w większości uwypuklające dwulicowość i bezgraniczne zakłamanie.

Jak zaznacza jeden z autorów – „dyskusję o tolerancji” podsumowała niejaka D. Korkus, czyli ta sama, która jednocześnie z Marią Rekst i grupą asocjalnych osób, stojącymi z obrzydliwymi plakatami przed drzwiami wtedy najlepszej szkoły z polskim językiem nauczania - Syrokomlówki – „wygryzała” dyrektora Jana Dovgialo. I tylko za to, iż nie chciał być razem z „tomaševskimi“. Dziś ta szkoła ma poważne problemy, ale winnych szuka się gdzie indziej - wśród Litwinów.

Ostatnio odnotowaliśmy też publiczną wypowiedź „dyskutanta w klubie” – dyrektora szkoły z imieniem św. Jana Pawła II w tytule, zawsze znajdującego się we właściwym miejscu i na właściwej pozycji, który oświadczył, iż jego szkoła jeszcze należycie się nie przygotowała do nauczania języka litewskiego w pełnym zakresie, rzucając cień na siebie, zespół pedagogów, stawiając pod wątpliwość zdolności umysłowe uczniów. Uważamy bowiem, iż okres ćwierćwiecza był wystarczający, aby skończyć z dyskryminacją niedouczania Litewskich Polaków, utrudniając im tym samym konkurencje na rynku pracy, dostęp do źródeł informacji i kultury. Ciekawe, że przed paroma laty ten sam aktywista twierdził akurat odwrotnie.

Wśród „dyskutantów klubu” dostrzegamy również marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, który od lat wspierał Akcję Wyborcza z Tomaševskim na czele, a w listopadzie 2005 prywatnie przybył do Niemenczyna, aby zademonstrować swoje poparcie bezpośrednio u źródeł i się spotkać M. Borusevičem, wieloletnim pracownikiem stacji zagłuszania zachodnich radiostacji i ostoją Akcji Wyborczej w tej części rejonu, zawdzięczając któremu ludność rejonu wileńskiego była w roku 1991 wmontowana w antypaństwowe referendum o zachowanie Związku Sowieckiego. Fakt pobytu B. Borusewicza i poparcia dla Akcji w tym czasie, gdy zaistniała dla niej konkurencja, „Kurier Wilenski” zaznaczył obszerną publikacją z nadtytułem – „Fakt pokrewieństwa Mieczyslawa z Bogdanem skonstatował major KGB”. Nic dodać, nic ująć.
Później cały świat widział B. Borusewicza w aureoli przyjmującego samobitny order Akcji Wyborczej za zasługi wobec tej zorganizowane grupy, skromie twierdzącego, iż tak wysokiej nagrody wystarczy również dla całego parlamentu i narodu. A dziś (…)marszałek Senatu Bogdan Borusewicz wywołał na Litwie wściekłą reakcję części polskiej mniejszości, bo jako pierwszy polityk z Warszawy wreszcie ośmielił się zademonstrować, że Polska nie akceptuje bezkrytycznie wszystkiego, co robią polscy działacze na Litwie (…).
Rzeczywiście śmiałek, tylko jakim prawem ma on oceniać zachowanie obywateli Litwy, nawet „tomaševskich”?  I najważniejsze – jak politykowi przystało nie wyjaśnił ani pół-słowem, dlaczego przez tyle lat bezwzględnie i bezkrytycznie tych samych działaczy wspierał.
Ciekawe też, czy B. Borusewicz będzie konsekwentny do końca i zabierze Tomaševskiemu i jego otoczeniu Karty Polaka oraz przerwie bezprawny proceder wręczania kolejnych.
Niestety, nasze osobiste obserwacje wskazują raczej jednoznacznie, iż niskorośli działacze, mają znacznie ograniczoną wizję, a braki widzenia i wiedzy nadrabiają głośnym tupetem.

Odezwał się nawet, będący zawsze po prawidłowej stronie, historyk A. Pukšto, który wobec nie popierających „tomaševskich“ wcześniej publicznie demonstrował skrajną pogardę, uważając ich za niepiśmiennych półgłówków. 

Zaskoczył też nas uczestnik pkd A. Kubilis, który wraz z R. Šimašiusem  niedawno gorąco witał grupkę rzekomo Litewskich Polaków, którzy na czele z ww. A. Radčenko uczestniczyli w prorządowej demonstracji pod sztandarem sąsiedniej Polski, uważając taką postawę za niezwykle patriotyczną i obywatelską. Zastanawia więc - jeżeli tzw. mniejszości narodowe będą przychodziły na uroczystości państwowe ze sztandarami obcych państw, a Kubilius, Šimašius i im podobni tradycyjnie z niebieskim kwiatkiem w klapie – to kto ma używać konstytucyjnych symboli państwowych, w tym znaku Pogoni?
O nowych niedoświadczonych politykach, a szczególnie wywodzących się ze wsi, mówi się żartem, iż są „prosto od pługa”. Ale żeby byłym premierowi i ministrowi sprawiedliwości aż tak mocno słoma sterczała z butów?!

Za najbardziej jednak zabawną, w ramach rozgrywającej się tragikomedii, uznaliśmy publikację pt. Kto się boi Tomaszewskiego, autorstwa niejakiego B. Rogalskiego, który twierdzi, że (…)na polityków litewskich padł blady strach przed wyborami samorządowymi. Ich lęk związany jest z nazwiskiem przewodniczącego Akcji Wyborczej Polaków na Litwie(…).
Na szczęście nie znamy tego autora, który jest najwyraźniej niezwykle strachliwy i po sobie sądzi o Litwinach, którzy, podobnie jak i my, widzą i oceniają przewodniczącego Akcji jako głównego bohatera w filmie rysunkowym pt. „Тараканище”, mogącego  przez pewien okres mącić wodę jedynie dzięki układowi z takimi jak powyżej.

Ale dziś jego dni są już policzone. Bo każdy spektakl ma swój początek i koniec.

Karykatura: Michał Bieniasz