…Społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty szeroko wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodałbym od siebie, że im więcej ponad 180 stopni rozwarcia tego wachlarza, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, a więc i bogactwie myśli społeczeństwa. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki.  Józef Mackiewicz. Kompleks niemiecki. Kultura, 1956

Replika. Rzeczywiście – należymy do różnych światów Drukuj
Autor: (rm)   
Piątek, 15 czerwca 2012

10 czerwca br. Anton Radczenko na DELFI.PL zamieścił publikację pt. Czy jesteśmy z Litwinami członkami tej samej cywilizacji, sugerując wraz z właścicielem „Czerwonego Sztandaru” – „Kuriera Wileńskiego” Z. Klonowskim, iż my, obywatele Litwy, należymy do innej niższej cywilizacji, niż oni i im podobni, zebrani na konferencji w gimnazjum w Solecznikach, gdzie, jak wynika z informacji, omawiali genezę „nacjonalizmu” litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego.

Sama sugestia jest nie tylko obraźliwa, ale wręcz niesie w sobie element szowinistycznego myślenia. A pouczanie jest tym bardziej dziwne, iż wychodzi spod pióra wnuka Nikołaja Radczenki i Jekateriny Aleksandrownej Radczenko, którzy przybyli na Litwę z Pskowa w czasie pierwszej sowieckiej okupacji i reprezentowali antycywilizację - antyludzki system sowiecki, próbujący cofnąć świat w wstecz, zapędzając myślących do obozów i lagrów. ( http://www.pogon.lt/historia-najnowsza-/637-wnuczek-nowa-twarz-i-nowe-praktyki-w-polskim-dziennikarstwie.html )

Do grupy osób, uczestniczących w konferencji, a należących, jak należy rozumieć, do właściwej cywilizacji, autor zalicza  również Jarosława Wołkonowskiego, o którym akowcy jeszcze niedawno upowszechniali kopie pewnych kłopotliwych dokumentów,  Zdzisław Palewicz, o którym po prostu szkoda gadać, oraz niejaki profesor Zdzisław Winnicki, który od lat zbiera  dane o litewskich i białoruskich Polakach, próbując zasiać ziarna niezgody w krajach ich zamieszkania. Doprawdy, doborowe towarzystwo!

 Dlatego w ślad za A. Radczenko mamy podstawę stwierdzić, iż my, obywatele Litwy – Litwini, rzeczywiście obecnie już należymy do innego świata i innej cywilizacji w odróżnieniu od uczestników konferencji, którzy jeszcze dziś w wieku XXI nie mogą  dostrzec zmian i tendencji w Europie oraz przestać się trzymać sowieckiej ideologii, kierowanej na tworzenie podziałów wśród ludzi i poniżanie ich godności.

Natomiast odnośnie genezy „nacjonalizmów” narodów, zamieszkujących terytorium historycznego Wielkiego Księstwa Litewskiego – zachęcamy Z. Winnickiego i  jego otoczenie do przeczytania chociażby kilku urywków (poniżej) z ogromnej ilości publikacji świadczących, iż „nacjonalizmy” narodów WKL są zaledwie słabą reakcją obronną na wybujały nacjonalizm polski i że dyskusje o nacjonalizmach w tej części Europy czas najwyższy przenieść z Wilna i Solecznik do Warszawy, aby u źródeł poznać przyczyny ich powstawania, i zacząć odkłamywać historię tego kraju, która, zdaniem Jerzego Giegroycia, „jest jedną z najbardziej zakłamanych historii jakie znam".  ( http://www.pogon.lt/historia/332-jan-pomorski-historiografia-i-pamiec-mysl-historyczna-jerzego-giedrojcia-urywek.html )

  I się zastanowić przy okazji nad pytaniem  - czy czasem zajęcie siłą historycznych stolic Litwy - Wilna i Trok, podzielenie się z bolszewikami Białorusią i Ukrainą oraz niedopuszczenie do powstania państw narodowych, przeprowadzenie dwóch pacyfikacji w okresie międzywojennym  na Ukrainie i zniszczenie ponad stu historycznych cerkwi, w których się Ukraińcy modlili, nie mówiąc o bardziej odległych wydarzeniach historycznych – nie mogły być  powodem do obronnych reakcji sąsiadujących z Polską narodów? ( http://www.pogon.lt/powiadomienia-z-ukrainy/92-polska-kontra-wielkie-ksiestwo-litewskie.html )

I z wielką pokorą i poczuciem historycznej winy zacząć wymawiać imię Litwinów, Białorusinów i Ukraińców.

***

 (…) Oto bowiem rodzące się nacjonalizmy dawnych wspólników Rzeczypospolitej, ukraiński, litewski, białoruski, wzór do swego „odrodzenia” narodowego zapożyczyły ślepo zarówno z programu, jak metod i haseł polskiego nacjonalizmu drugiej połowy XIX wieku. Józef Mackiewicz. O pewnej, ostatniej próbie i o zastrzelonym Bujnickim.

***

(…)Po drugie, „[h]istoria Polski jest jedną z najbardziej zakłamanych historii jakie znam". Zakłamanie oznacza dla niego uleganie stereotypom i mitom narodowym, rozmyślne pomijanie w historiografii tematów dla nas nieprzyjemnych, polonocentryzm: „słoń i sprawa polska".
Po trzecie, „wielkim brakiem naszej historii, specjalnie jeśli idzie o studia uniwersyteckie, to uwzględnianie w małym stopniu historii powszechnej. Zanadto się koncentrujemy na sprawach polskich, jakby to była jakaś osobna wyspa. Nie pokazuje się ich na tle historii powszechnej i procesów, jakie zachodzą na świecie". Jan Pomorski. Historiografia i pamięć. Myśl historyczna Jerzego Giedrojcia.

***

(…)Toteż gdy w porywach „imperializmu sentymentalnego” wybiegamy z Tadeuszem Irteńskim myślą i wspomnieniem nie tylko nad Wilię, Niemen, Szczarę i Słucz, lecz i nad Ptycz, Dźwinę, Berezynę, Druć i Dniepr, rozmyślamy nad traktatem ryskim, jako nad jednym ze źródeł wszelkiego zła, które nas dotknęło i dotyka.
(…) Dobrowolnie zrzekliśmy się spuścizny jagiellońskiej. Dobrowolnie oddaliśmy wrogowi wschodniemu ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilka milionów mieszkańców.
(…) Drugi argument apologetyków hańby ryskiej wygląda na pierwszy rzut oka solidniej. Argument ten głosi, że postąpiliśmy mądrze oddając bolszewikom ziemie między Słuczą a Dnieprem, gdyż nasz młody organizm nie zdołałby „przetrawić” tego obszaru. Ale czy naród polski, sam przez sto kilkadziesiąt lat walcząc z niewolą, nie był tym narodem, który rzucił hasło „za waszą i naszą”? Czy nie było innego sposobu współżycia z Białorusinami prócz inkorporacji i polonizacji?...(…)I tak - w nawiasie - czy pomyśleliśmy o tych, (…)i tylu, tylu innych, którzy w pierwszej kolejce poszli pod nóż, lub na tułaczkę do tundr Karelii lub kopalń Uralu? Bez echa i rozgłosu, bez rozdzierania szat przez obłudną prasę, bez łezek współczucia ze strony różnych obrońców praw człowieka, bez opieki UNRRy czy UNO powędrowały setki tysięcy tych pierwszych w dziejach współczesnego świata „displaced persons” na śmierć i poniewierkę. Opustoszały zagrody, zaścianki i „okolice” - zrównane z ziemią lub zmienione w kołchozy.
(…)Traktat ryski nie był nawet katastrofą, bo katastrofy w dziejach narodu nie można przywiązywać do jakiejś chwili. Był tylko objawem, zapewne najjaskrawszym, choroby toczącej myśl polską. Był objawem atrofii racji stanu. Racji opartej na pewnym minimum moralności politycznej. Był objawem raka dojutrkostwa zbudowanego na fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Michał Kryspin Pawlikowski. Wojna i sezon.