…My, Wilnianie…(…) Tuśmy wrośli od wieków, w tę Ziemię Wileńską i nikt jej obrazu z serca nam wyrwać nie jest w stanie. I po największej nawet burzy, ci z nas, co się ostali, zdrowi czy ranni, z okopów, lasu czy piwnic, z zagranicy, czy tylko z domu, wrócimy do swej ziemi i będziemy ją orać. Józef Mackiewicz. Gazeta Codzienna, 1939

WILNIANIE WSPÓŁCZEŚNI
Warto było

Wracając do wydarzeń sprzed dziesięciu laty

Wiosna i początek lata 1993 roku dla mieszkańców podwileńskich Gudel były szczególnie niespokojne. Korzystając z administracyjnego zarządzania w rejonie wileńskim "gubernator" A. Merkys w roku 1992 zaproponował rządowi, a ten z kolei uchwalił, że najpiękniejsza i żyzna część wioskowej ziemi o powierzchni 60 ha ma być zajęta pod budowę domów dla wileńskiego "naczalstwa", pracowników prokuratury, policji i wojska.

Mimo że bezprawie tych poczynań było jak najbardziej oczywiste, i że nie było wymaganej decyzji Mejszagolskiej Rady Gminnej - nie wiele pomagały niekończące się pisanie zbiorowych petycji i chodzenie po instytucjach. Zresztą, kto by tam zechciał zwracać uwagę na grupę wieśniaków, jak twierdzili nieżyczliwi, "podjudzanych" przez niżej podpisanego. Jedynym, jak na razie, sukcesem było powołanie komisji przy Ministerstwie Rolnictwa, która miała zbadać prawne aspekty problemu.

 
Państwo Romanowscy z córką Edytą
 
Nie doceniono jednak uporu i samozaparcia mieszkańców wsi, którym przewodziła od pokoleń mieszkająca tu rodzina Romanowskich - głowa rodziny Walerian Romanowski wraz z sąsiadem śp. Józefem Korsakiem nie dawali spokoju urzędnikom rządu, Sejmu i Ministerstwa Rolnictwa, domagając się zbadania sytuacji i odpowiedzi na petycje, zaś żona Eulalia Romanowska pilnowała sprawy na zapoczątkowanym placu budowy, podnosząc ludzi wioski do oporu, gdy tylko ruszała technika, kalecząca ich ojcowiznę.

Apogeum walk i przesilenie przyniósł dzień 27 kwietnia 1993 roku.

Zrzeszonym w kooperatyw budowlany strażnikom porządku i kierownictwu budowlanej firmy "Savy", z powodu przeciągającego się oporu mieszkańców wsi, widocznie puściły nerwy. Do rozprawy z obrońcami swojej placówki wezwali więc oni grupę policjantów i oddział wojska, który rzekomo prowadząc ćwiczenia, co i raz tyralierką ruszał w stronę grupy mieszkańców blokujących samochody i traktory, strzelając w powietrze i paląc dymne zasłony, próbując zastraszyć obrońców placówki. Walerianowi Romanowskiemu, jako przywódcy, policjanci zaczęli załamywać ręce, grożąc jak najsurowszymi karami. Jak wyjaśniła wtedy "Nasza Gazeta" w publikacji pt. "Gudelskie "manewry" z dnia 4 maja 1993 roku oddziałem Ochotniczej Służby Ochrony Kraju ( SKAT ) dowodził A. Žiauberis, a "manewry" odbywały się na wskazanie pułkownika J. Gečesa.

I tego już nie dało się ukryć - zbyt oczywiste i zbyt groźne było łamanie prawa. Tym bardziej, że na sygnał z Gudel w najbardziej napięte chwile na "pole walki" przybyło dwóch posłów na Sejm RL, którzy następnie złożyli oświadczenie w Sejmie, a informacja o użyciu wojska przeciwko bezbronnym mieszkańcom szeroko została naświetlona przez środki masowego przekazu. Przybyły na miejsce rejonowy komisarz policji Mieczysław Popławski również w kategorycznym tonie domagał się wycofania z terenu przywiezionych z miasta policjantów i wojska.

Był to więc pewien zwycięski etap, który doprowadził do zelżenia czynionych nacisków wobec mieszkańców wsi, aby się zrzekli ojcowizny na korzyść wileńskich działaczy, mających "dojścia". Mimo to pojawiający się co i raz na planowanym placu budowy zast. Merkysa Sawicki nadal przekonywał opornych gudelan, że 1,5 ha ziemi, które im jeszcze zostaną zupełnie wystarczy na wiejską rodzinę...

Budząca nadzieję przerwa w atakach została wykorzystana na akt dziękczynny wobec Opatrzności poprzez ustawienie na wjeździe do wioski w dniu 23 maja krzyża, którego wyświęcenia dokonał ks. A. Dilys. Przed zebranymi, ze słowami poparcia i otuchy, wystąpił również przewodniczący rejonowej rady samorządowej J. Silko, starosta mejszagolskiej gminy Z. Gajdamowicz, uczniowie, powszechnie lubiany zespół "Rudomianka" z Janem Drutelem na czele.

Kolejne miesiące zeszły państwu Romanowskim na udziale w posiedzeniach sądu, gdzie inicjatorzy bezprawia chcieli pociągnąć ich do odpowiedzialności za utrudnianie prac budowlanych i przysądzić z nich bajońskie odszkodowania. Niestety, wnioski komisji powołanej przez ministra rolnictwa, w składzie której pracował również prezes sejmowej frakcji Związku Polaków na Litwie były jednoznaczne - postanowienie rządu o przyznaniu gudelskiej ziemi pod zabudowę dla nowej nomeklatury jest niezgodne z prawem i musi być odwołane.

Kierując się powyższym wnioskiem sąd umorzył sprawę, budowlani i niedoszli właściciele zaczęli na jesieni, nie założywszy gniazd, powoli ciągnąć tam, skąd przed rokiem przybyli...Wypisz, wymaluj współczesny obraz z "Placówki" Bolesława Prusa - pisarza i nauczyciela narodu.

Ten przykład mężnego oporu dodał też odwagi innym, aby upomnieć się o swoje, ale też w pewnym stopniu utemperował apetyty kolejnych grup, chętnych bezprawnego przejęcia ziemi u wileńskich Polaków.

***

Minęło całe dziesięć lat. Objeżdżamy z Walerianem Romanowskim "pola walk", które już mają swoich właścicieli, aby następnie w wyjątkowo przytulnym obejściu i domowym zaciszu z udziałem małżonki Eulalii i córki Edyty, studentki Uniwersytetu Pedagogicznego, kontynuować wspomnienia tamtych i innych wydarzeń.

Synowie, o czym zresztą pisaliśmy na łamach "NG", w trakcie wydarzeń, z inicjatywy Fundacji Rozwoju Gospodarki i Kultury udali się na szkolenia do Polski, gdzie trafili pod opiekę miejscowego księdza i dziś, mieszkając w Busku - Zdroju, kierują już sporym zespołem, są cenionymi i znanymi w Polsce stolarzami stolarki artystycznej i każdej innej. Walerian i Mirosław już założyli rodziny, Leszek ma to jeszcze przed sobą. A ponieważ Walerian ma już córeczkę - są więc Państwo Eulalia i Walerian, mimo młodego wieku, dziadkami.

Panie Walerianie - pytanie podstawowe - czy warto było?

Na pewno warto. Ziemi by było znacznie mniej, a wybudowana dzielnica podzieliłaby pozostały obszar, utrudniając czy wręcz uniemożliwiając korzystanie z pastwisk i ziemi ornej.

A czy ktoś pamięta o tym i czy doczekaliście się jakichkolwiek wyrazów wdzięczności?

Nie o to chodziło. Zresztą o przyznanie mnie ziemi, w tym najlepszym miejscu, nie ubiegałem się i mnie nie przyznano, a znacznie dalej. Na odwrót, po tym, jak udało się ziemię obronić, doczekaliśmy się niemiłych słów, pomówień, iż jakoby obronę organizowałem z myślą tylko o swoim interesie.

Pani Eulalio, czy łatwo było zorganizować wieś do oporu wobec oczywistego bezprawia?

Wcale niełatwo. Ludzie nie wierzyli w sukces, lękali się. Ale kiedy była grupa - wszystkim było raźniej. Trzeba było przypominać, prosić. Głównie, że się jednak udało przezwyciężyć ludzkie słabości.

Skąd te doświadczenia organizowania ludzi?

Doświadczeń jako takich nie było. Mąż był kierowcą w kołchozie, ja byłam agronomem - ogrodnikiem. Po prostu życie zmusiło.

Czym dziś jesteście zajęci?

Robimy to, co umiemy - hodujemy własne bydło i realizujemy produkty mleczne.

Czy da się z tego wyżyć i utrzymać dom?

Tak, ale trzeba dużo pracować.

Dziękuję za rozmowę, ale też przede wszystkim za tamte trudy w obronie ziemi, ludzkiej godności, za postawę godną wileńskich Polaków.

Rozmawiał R. Maciejkianiec

Nasz Czas 29/2003 (618)

Nasz Czas
 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com