…Całkowitej prawdy nie zna żaden człowiek na tym świecie. To co my, ludzie, nazywamy „prawdą” jest zaledwie jej szukaniem. Szukanie prawdy jest tylko możliwe w wolnej dyskusji. Dlatego ustrój komunistyczny, który tego zakazuje, musi być siłą rzeczy – wielką nieprawdą. Znalazłszy się tedy w świecie uznającym wolność jednostki i wolność myśli, winniśmy czynić wszystko, aby nie zacieśniać horyzontów myślowych, ale rozszerzać; nie zacieśniać dyskusji, a ją poszerzać. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Władysław Studnicki PDF Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Sobota, 25 września 2010

Józef Mackiewicz

 

Utkwiło mi dlaczegoś w pamięci jak jechaliśmy windą na piętro zajmowane przez biura 2 Korpusu Polskiego w Rzymie. Włoski boy, który obsługiwał windę, miał chyba lat trzynaście i był tego samego wzrostu co prof. Studnicki. Gdy otworzył drzwi, przez które wydreptał najpierw profesor, a za nim ja nie wytrzymał: "Come vecchio!" - szepnął ni to z podziwem, ni to ze wzruszeniem ramion.

Przy jednakowym wzroście, jakaż różnica! Było to lato 1945 roku. Władysław Studnicki urodził się w 1865 r., czyli miał wtedy lat 80. A dziś miałby 100. Dziś boy ten ma 33, pewno żonę i dzieci. A zresztą może mieć już drugą, i z pierwszej na przykład trzynastoletniego syna... Gdy się mówi, że "czas leci" na nikim nie robi to wrażenia, gdyż jest powiedzeniem równie oklepanym jak "człowiek oddycha" albo "człowiek je". Wrażenie robi dopiero, gdy nie ma czym oddychać, nie ma co jeść, gdy czas przeleciał.

- W którym roku urodził się Pański ojciec? - zapytałem raz Studnickiego, gdy się na taki temat złożyło.

- W osiemnastym - odpowiedział Studnicki z tą naturalną oczywistością w skrócie, z jaką każdy z nas rozumiałby pod tym rok 1918; rok już dla wielu z mglistej historii. A przecież chodziło, naturalnie, o rok 1818. Miał więc jego ojciec w powstanie listopadowe lat trzynaście, tyle co boy z windy, w powstanie styczniowe lat 45; a lat 47, gdy urodził mu się syn ochrzczony imieniem Władysław.

Profesor Władysław Gizbert-Studnicki (przydomka tego ostatnio nie używał) pochodził z Inflant i był człowiekiem na wskroś co się nazywa dziewiętnastowiecznym. "Profesorem" nazywano go później z trzech względów: po pierwsze, że wykładał jakiś czas w wileńskim Instytucie Badań Europy Wschodniej, po drugie, że tytuł ten pasował do jego wieku, po trzecie, że był niezwykle roztargniony. O roztargnieniu krążyło wiele opowiadań.

Miał on brata, Wacława, archiwariusza wileńskiego. Równie nie niskiego wzrostu, zresztą bliźniaczo podobnego i takoż roztargnionego. Raz, po zebraniu T-wa Przyjaciół Nauk w Wilnie, Studniccy pomylili się wzajemnie w paltach. Zresztą równie krótkich nie było w szatni. Zauważyli dopiero po wyjściu i razem poszli do komisariatu policji zameldować o kradzieży palt. Może to i anegdota, bo kto by tam chodził o to do policji. Ale autentyczne, gdy Studnicki jechał dorożką, raptem sobie coś przypomniał, zatrzymał, wysiadł i poszedł z powrotem. Dorożkarz zawrócił konia i posłusznie sunął obok chodnika myśląc, że taka jest profesorska fantazja. Dopiero na trzeciej ulicy odezwał się: "Panoczek, a do kiedyż tego będzie?" Wynikła wielka awantura, bo Studnicki był pewien, że wcale dorożką nie jechał. W redakcji, bywało, zjawiał się zawsze w sztywnym kołnierzyku, ale bez przypinanego krawata. (Wiązać nie nauczył się do śmierci.)

- Panie profesorze...

- Co? A, zapomniałem - odpowiadał, dotykając świecącej spinki ruchem roztargnionym, gdyż poza polityką, nie interesowały go drobiazgi. W ten sam sposób inne części garderoby nie zawsze były dopięte.

Mówiąc "człowiek dziewiętnastowieczny" nie należy rozumieć człowieka pewnego typu. Raczej odwrotnie. Ludzie tamtej epoki odznaczali się właśnie nieskończoną indywidualnością i tym może głównie różnili się od kolektywnych typów epoki dzisiejszej. Studnicki był indywidualistą wśród indywidualnych; z krewkości charakteru, z temperamentu politycznego, z małego wzrostu przy wielkości ducha, bynajmniej nie w przenośnym znaczeniu tego słowa. A w takim znaczeniu: Gdyby zaproponować było Studnickiemu miliard dolarów za to, aby wypowiedział jedno słowo wbrew swemu przekonaniu, Studnicki nie powiedziałby nawet pół słówka wbrew swemu przekonaniu. Czytelnik myśli naturalnie, że to metafora. Nie, to dosłownie: za żadne dobra ziemskie. Sam mógł zmieniać przekonania; z socjalisty za młodu przedzierzgnąć się w konserwatystę; dochodził rozumowo do zmiennych poglądów na zmienne rzeczy, choć niezbyt często. Był w tym na tyle uczciwy, że można go było przekonać, co na ogół nie udaje się prawie nigdy. Raz w Londynie powiedział:

- Stroński napisał o mnie straszne głupstwo i muszę natychmiast sprostować.

- Czy warto, panie profesorze? O ten błahy fragment. Całość artykułu była bardzo ładna.

- Przekonał mnie pan. Nie będę prostował. (...)

Studnicki przeważnie nie rozumiał, jak można nie powiedzieć zaraz tego, co się myśli. Naturalnie był politykiem i właściwie tylko politykiem. Choć zapewne żadnym taktykiem. Atakował, wymyślał przeciwnikom od ostatnich; przesadzał nieraz niemożebnie; przekręcał rzeczy tendencyjnie; dreptał po pokoju tam i z powrotem i wymachiwał krótkimi rękami w podnieceniu. Ale nie potrafił znaleźć się w kłamstwie XX wieku, gdy ilość łgarstwa przeistaczać się poczęła już w jakość. Toczył wzrokiem po obecnych i stawał się nieporadny w tej specyfice XX wieku. Dlatego zaliczyć go wypada do ludzi XIX wieku.(...)

Zmieniłem temat i zacząłem go rozpytywać o jego zesłanie na Syberię.

Było to w roku 1890, jeszcze za nieboszczyka cara Aleksandra III.

- A jak karmiono wtedy - zapytałem - w etapowym więzieniu na Butyrkach?

- Nie wiem.

- Jak to?..

- My za drobną dopłatę kazaliśmy przynosić sobie z restauracji. Jakaś zupa, kotlety, słodkie. - Kuchnią Studnicki nigdy się nie interesował. Jadł co na talerzu i myślał o polityce. I tylko raz słyszałem, że pochwalił jedzenie:..

Ale było to już, gdy dowieziono go na zesłanie syberyjskie, do wielkiej wsi gdzieś pod Minusińskiem. Socjalista, zesłaniec Studnicki wszedł do przeznaczonej mu na mieszkanie izby, obwieszonej ikonami i tanimi litografiami carskich portretów, obrzucił wzrokiem i zarządził gospodyni: "Bogi mogą zostać, ale carów wszystkich won stąd!"

- No i co na to ta baba?

- Poczciwa była. Zdejmowała ze ścian portrety carów, wynosiła z izby i biadoliła: "Już jak oni jemu, biednemu, musieli nadokuczać, że on ich tak nienawidzi..." Ale gotowała obiady, pierogi, wszystko pyszszsznie! - Pochwalił po raz pierwszy Studnicki.

- A był nadzór?

- A jakże. Codziennie rano. Ale ja pisałem do późna w nocy i rano spałem. Czasem tylko przez sen słyszałem, jak nadzorca cicho puka do drzwi gospodyni i pyta: "Jewo błagorodie, spiat jeszczo?"

- I co pan profesor robił całymi dniami?

- A więc było tak. Rząd płacił za moje utrzymanie 8 rubli miesięcznie. Izba z pełnym utrzymaniem kosztuje 7 rubli. Zostawał mnie rubel. Z domu przysyłali mi 10 rubli miesięcznie. Można było chodzić, robić wycieczki, polować. Powietrze bardzo zdrowe. Ale ja nie polowałem. Nafta do lampy kosztowała kilka kopiejek na cały miesiąc. W Minusińsku była olbrzymia biblioteka. Raz na miesiąc najmowałem trojkę, jechałem, nabierałem masę książek, czytałem i pisałem. Napisałem tam swoją książkę o Syberii. Pisałem artykuły do gazet.

- Ależ to miał pan urocze życie! Z miejsca wymieniłbym na tamto obecne nasze we Włoszech...

- No więc tak... - Co oznaczało u Studnickiego nie tylko zagajenie, ale również uchylenie się od bezpośredniej odpowiedzi.

Bo Studnicki tendencyjny w innych wypadkach, w politycznym tasowaniu źródeł i zwłaszcza statystyk, do których miał pociąg - w relacji, w opowiadaniu, nie umiał kłamać. Jeżeli opowiadał, to zawsze prawdę. (...)

Podczas drugiej wojny zetknąłem się z nim dopiero w 1943, przypadkowo. Przyszedłem na piechotę jak zawsze dwanaście kilometrów z Czarnego Boru do Wilna, w kożuszku długich butach, obłocony, głodny i tu dowiedziałem się, że z Warszawy przyjechał do Wilna Studnicki. W Wilnie wtedy panowała autentyczna nędza. Bolszewicy wszystko "upaństwowili", a Niemcy niczego nie oddali. Studnicki zatrzymał się w jedynym czynnym hotelu "Europejskim". Tymczasem zapadał zmrok, zbliżała się fatalna godzina policyjna. Myślałem, że nie będzie już czasu na zobaczenie się ze Studnickim i wypadnie wlec się z powrotem te 12 kilometrów za miasto. Szczęściem portierem w hotelu był wówczas profesor Witold Świda, obecny rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. Należąc chyba do jakiejś organizacji podziemnej, umiał to robić wspaniale. Z kamiennym spokojem sięgał po klucze, notował w księdze, odpowiadał gościom zwięźle, jakby praktyka w loży portierskiej należała od zawsze do jego zawodu. W jego wszechmocy było dać pokój za darmo i z tej wszechmocy skorzystałem. Nie opalany, beznadziejny jakoś przez skojarzenie z dawnym życiem. Poszliśmy później do numeru Studnickiego. Mimo zimna mył się akurat przed spaniem, obnażony do pasa. Trudno było sobie wyobrazić, że w tym kawałku starczego ciała może się mieścić tyle jeszcze niespożytej energii ducha, przekonań, decyzji walki politycznej, koncepcji własnych i wciąż optymizmu... Tyle planów, które przed nami roztoczył, czynów, które według tych planów należałoby wykonać... (...)

Przyznam szczerze, iż mało ludzi na świecie, a może nikt nawet nie wzbudzał we mnie tyle respektu i podziwu, tyle szacunku i entuzjazmu co Władysław Studnicki. Za jego absolutną nieugiętość, odwagę, siłę przekonań, niewzruszoność wobec szczekaniny i oszczerstw ze strony sfory, często na łańcuszkach obcych agentur; za jego ideowość, samozaparcie, prawdomówność, prostolinijność, bezwzględną uczciwość osobistą, dziewiętnastowieczność. - I przyznam jednocześnie, że najbardziej ze wszystkich możliwych, nie zgadzałem się z jego poglądami, jego koncepcjami, jego wizją polityczną. Studnicki, który całe życie walczył o "polskie Ziemie Wschodnie", nie znosił zarazem, nie przetrawiał po prostu tzw. "wschodu europejskiego". I wszystkiego, co było z niepolskim elementem na tych ziemiach związane. Raz na walne zgromadzenie Syndykatu Dziennikarzy Wileńskich, do którego należał, nie bywając prawie nigdy, przybył umyślnie, gdy do zarządu wybrany został Ludwik Abramowicz. Jedyny autentyczny w Wilnie patriota W. Księstwa Litewskiego; jedyny prawdziwy "krajowiec", niezależny od dyspozycji Belwederu... Studnicki wstał raptem z ostatnich krzeseł i oświadczył gromkim głosem:

- Występuję z Syndykatu, dopóki zasiada w nim ta kanalia Abramowicz!

Odczuwał odrazę do wszelkiej "Rusi", a nienawidził Rosji, i nade wszystko na świecie cokolwiek "Rusju pachniet..." Kochał wyłącznie Polskę i wszystko co polskie. Był więc pod tym względem zbliżony najbardziej do endeków. I byłby może wyrósł ponad Dmowskiego, gdyby ta jego bezwzględna "zachodniackość", ta jego "antywschodniość", nie zaprowadziła go aż do germanofilstwa. To wcale nie jest paradoks. Był węgrofilem, austrofilem, italiofilem; ale dopiero w sojuszu z najpotężniejszym z sąsiadów, Niemcami, widział możliwość skutecznego przeciwstawienia "wschodniej inwazji", "ruskiemu zalewowi".

Studnicki wychodził więc z emocjonalnych pobudek, które były akurat i wprost przeciwstawne moim własnym, że wybaczy mi czytelnik, iż absorbuję go jakże skromną, w zestawieniu, moją osobą. Ale czynię to wyłącznie w celu porównawczego wypunktowania politycznej osobowości Studnickiego. - Osobiście jako z krwi i kości wschodnio-Europejczyk, uważam marksistowsko-bolszewicką zarazę za plagę tym większą, że spada na wszystkich jednako mi bliskich Litwinów, Białorusinów, na Ukraińców, Łotyszów, i... na wszystkie ziemie ruskie, pierwszą tej plagi ofiarę. - Studnickiego nic nie obchodził los Ukraińców, a już zupełnie nic los Rosjan. - Podstawowym założeniem mojej argumentacji jest rozróżnienie. Rosji od Bolszewii. Studnicki, w myśl ortodoksyjnej polskiej doktryny, identyfikował Rosję z Bolszewią. - Ja widziałem wroga wyłącznie w międzynarodowym komunizmie. Studnicki kwestionował realne istnienie tego pojęcia. - Ja, wbrew narodowej polskiej tezie dostrzegam w narodzie rosyjskim potencjalnego sojusznika w walce z komunizmem. Studnicki w zgodzie z polską narodową tezą, dostrzegał na równi w czerwonych, jak białych Rosjanach, tylko wroga.

Mnie proniemieckie koncepcje Studnickiego nie obchodziły wcale. Uważałem po prostu wszelkie poputniczestwo, wszelki rodzaj pomocy i kolaboracji z międzynarodowym bolszewizmem - bez względu na formę i koniunkturalne uzasadnienie, bez względu na interpretację interesów ściśle narodowych - za w perspektywie dziejowej... zbrodnię. Nie tylko w stosunku do przyszłości Polski, nie tylko w stosunku do Europy Wschodniej, ale w rezultacie Europy całej, i - całej ludzkości.

Studnickiego niekonkretna nadrzędność interesów ludzkich, a tym mniej Wschodniej Europy, nie obchodziła wcale. Jego obchodziły konkretne interesy polskie. W tragicznym splocie, wobec zbrodniczej i zresztą szaleńczo-samobójczej polityki systemu hitlerowskiego, szukał jakowegoś modus przyszłości w oparciu na swe zasadnicze koncepcje, które w politycznym sensie uważał jeszcze za realne.

Osobiście, wychodząc z założenia ideologicznej nadrzędności, "wsienarodną" nagonkę na moją osobę mam - ostrożnie mówiąc - w nosie.

Dla Studnickiego wyrzucenie go poza nawias polskiej racji stanu nie mogło nie być ciosem i cierpieniem ostatnich dni jego wielkiego życia.

***

Nie ma chyba rzeczy drożej kosztującej niż zachowanie niezależności stanowiska. Spacer między frontami należy poza tym do najmniej przyjemnych przechadzek. Stąd spotykaliśmy się ze Studnickim podczas i po wojnie, przeważnie w dużej biedzie osobistej. W Wilnie, w Warszawie przed powstaniem, w Krakowie po powstaniu. On pojechał na Węgry. W Rzymie, w Londynie. Studnicki biedę podpierał myślami politycznymi. Chciał walczyć do końca, a walczyć politycznie można tylko przy pewnym zasobie optymizmu. Choć zaczęły i w nim występować objawy rezygnacji. (...)

I Studnicki wreszcie skłamał. Zdarzyło się to, gdy odwiedziłem go w jego mieszkaniu na Bayswater w Londynie. Studnicki leżał w łóżku. Przy nim, na stole stos drogich książek, ostatnie nowości polityczne.

- Skąd tyle pięknych książek?

- A, to profesor Stroński. Wie, że ja jestem niedysponowany i nie mogę wychodzić z domu w taką pogodę do księgarni, więc...

Oczywiście nie dlatego! .Gdyby Studnicki sto razy był zdrów i sto razy mógł wyjść, nie miał przecie pieniędzy, żeby sobie kupować książki. I Stanisław Stroński o tym doskonale wiedział. Kupował więc za własne pieniądze i posyłał staremu wrogowi politycznemu, który przecie bez książek nie mógł żyć. W tym geście notorycznego adwersarza, jednego z największych germanofobów, posyłającego książki największemu germanofilowi w biedzie, było coś bardziej niż wzruszającego, coś bardziej czystego niż łza w oku na wspomnienie starych czasów. Było jak ostatni odblask rycerskiego pancerza zapadającego w czarną chmurę wyjców. - Ale Studnicki jeszcze nie chciał przyznać się do własnej niemocy.

Aż przyszedł czas, gdy i przed Studnickim wypadło kłamać.

Bo rycerskość, jak nas uczono, mówiąc patetycznie: "od kolebki" - polega na szlachetności okazanej słabym. Ale metalowy wydźwięk tego wyrazu pochodzi w pierwszej kolejności od wspaniałomyślności okazanej powalonemu w polu wrogowi. Im wróg był większy, tym rycerskość jest większa, tak się zdawało kiedyś. - Dziś wyszmelcowane to słowo poniewiera się w polskim druku szczególnie często. Studnicki chciał je wprowadzić w czyn. Rozpychając krzyczący tłum, roztrącając załamane ręce bodaj nawet najbliższych, zgłosił się na świadka obrony w procesie feldmarszałka Ericha von Mansteina.

Do mnie wtedy przyszedł pewien, to co się nazywa: nieskazitelny politycznie Polak, dziś powszechnie szanowany, doskonały autor, wszelako prosił o ścisłą dyskrecję, którą zachowuję. Za jego pośrednictwem dostarczyłem członkowi Izby Gmin, Mr Pagetowi, obrońcy Mansteina, sporo materiału o mordzie katyńskim, fotokopie dokumentów z archiwum litewskiego, o masowych deportacjach i innych zbrodniach sowieckich na Litwie i Łotwie.

Ale Studnicki poszedł z otwartą przyłbicą.

Zdaje się, że do wezwania jego na salę rozpraw nawet nie doszło. To zresztą nie miało znaczenia. Natomiast w jednym z polskim czasopism emigracyjnych w Londynie ukazała się karykatura Studnickiego w postaci - wielkiej świni...

Ukryto przed nim tę karykaturę. Był już wtedy w połowie dziesiątka do lat dziewięćdziesięciu. Nie dlatego skłamano, żeby w ciągu długiego żywota walk politycznych nie był otrzaskany, przyzwyczajony do ataków na swoją osobę, insynuacji, oszczerstw i karykatur. Ale tak jakoś... Może niektórym, którzy go znali, może niesłusznie, karykatura ta wydała się nagle już nazbyt świńsko-nierycerska.

***

Chowano go w pochmurny dzień, jakich bywa większość w Londynie. Choć deszcz nie padał. Zgromadziła się nad grobem nawet spora garstka ludzi. Żyć już dłużej nie mógł, bo i tak był bardzo stary. A zresztą, po co by mu to było. Lata zagłębiały się coraz dalej w wiek XX.

 

Kultura 1965 nr 12 (218)

NG 6 (545)

Poprawiony: Piątek, 01 października 2010