…Symbolem ciemnoty politycznej, głupoty mas, symbolem krótkowzroczności, jakiegoś specyficznego chamstwa, ciasnoty nieprawdopodobnej, obłędu nieomal - niech służy fakt następujący: oto nad Wilnem, nad lotniskiem Porubanku, błyszczy czerwona gwiazda bazy sowieckiej. Straszliwy cień czerwonego terroru pada na życie, mienie i sumienie chrześcijańskiej ludności. Tymczasem ludność ta nie ma nic lepszego do roboty, jak tłuc się wzajemnie po własnych świątyniach, tłuc do krwi podczas modłów, spierając się o to - czy w kościołach katolickich śpiewane być mają pieśni w języku polskim, czy litewskim!!! Józef Mackiewicz. Prawda w oczy nie kole, 2002

Śnieg w Wilnie padał gęsty PDF Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Sobota, 25 września 2010

Józef Mackiewicz

 

Wyszedłem z błędnego założenia, wynikającego z nieznajomości pracy fizycznej. Począwszy od drwala, zakosztowałem kolejno karczowania, kopania rowów, darniowania skarp... Wszystkie te prace były dostatecznie ciężkie. Nie było w istocie lżejszej, bo ją w Sowietach wyrównuje akord. Z nieprzyzwyczajenia wracałem zmachany i wtedy zaczął mi się śnić koń. Zdawało się, że gdy kupię konia z wozem, on będzie na mnie pracował, a ja sobie tylko jechał górą na furze. Laicy tak przynajmniej twierdzili. Ludzie obeznani kiwali natomiast głowami, przycmokując: "Oj, furmana robota też nielekka"... - Posłuchałem laików. Nie mieli, huncwoty, pojęcia! Ładunek i wyładunek wozu, wyjazd z lasu na równą drogę, z glinianki, z kamieniołomów, starczał ze ośmiodniowy dzień pracy, a dopiero na dodatek tyrało się obok wozu, w spieczonych kurzem czy oblepionych błotem butach, długie, długie godziny.

Tak idąc, ścinałem w zamyśleniu przydrożne chwasty batem, spędzałem bąki z końskiego zadu, w innych miesiącach wycinałem nim pręgi na śniegu. Czasu do myślenia istotnie mi nie brakło wówczas, w Litewskiej Socjalistycznej Sowieckiej Republice. Nie z jednego wodopoju pijał mój koń, nie z jednego mostu spluwałem w rzekę, nie przy jednym młynie, cegielni, tartaku, fabryce, słuchało się przekleństw, rozważań i wynurzeń.

Zimą z roku 40 na 41 śnieg w Wilnie sypał gęsty. Pod wiosnę nadarzał się zarobek dobry: zwożenie śniegu z ulic nad brzeg Wilenki - rzeki. Koń wtedy pracował mało, a ja machałem drewnianą łopatą od świtu do zmroku. Raz wziąłem odcinek trotuaru wzdłuż pałacu biskupiego i gmachu dawnego województwa, na Placu Katedralnym, jak raz pomiędzy dawną redakcją "Kuriera Wileńskiego", gdzie teraz była 'Prawda Wileńska", a dawną redakcją "Słowa", gdzie aktualnie 'Krasnoje Znamia'. - Przejeżdżam tam i z powrotem cały ranek, a później w południe koniowi przyczepiłem worek z owsem, a później znowu przejeżdżam, aż pod wczesny wieczór zapalono lampy w redakcjach.

I nagle pojąłem: ludzie zbyt pochopnie wyrzucają z siebie frazesy w rodzaju: "Lepiej całe życie zamiatać ulice w Europie, niźli w Sowietach być..." Po stokroć nieprawda! Jeżeli mam już całe życie zwozić ten mokry śnieg z ulic, całe życie człapać oto w strumykach topniejącego brudu i nawozu, jeżeli całe życie tęsknić mam tylko do zmierzchu, a nigdy do ranka, to oczywiście, że wolałbym zawsze w - Sowietach!

Nim zapalono lampy uliczne, z okna "Krasnogo Znamieni" pada zielonkawe światło od abażuru w poprzek rynsztoku, w którym, porwane wirem, kręci się samotne pudełko zapałek. Podbiłem je biczem. W tym miejscu jezdnia specjalnie jest rozmyta, cały dzień przejeżdżać mi wypada przez głęboką dziurę i koń się zawsze napręża, choć wóz nieciężki. Zatrzymam go; niech on odpocznie, niech ja zbiorę swoje myśli. Wcale nie mam zamiaru obrażać moich kolegów furmanów, ale jednocześnie nie chciałbym ani im kłamać, ani sobie. Bo co by było, gdyby tak dwa lata, rok temu jeszcze, siedzieli za tymi oknami moi koledzy dziennikarze, pisali artykuły, żartowali sobie, czytali, być może o tej porze szli gdzieś do knajpy, a ja, tylko ja jeden, obarczony byłbym wyrokiem dożywotniego zwożenia śniegu pod tymi oknami" No, co by było" Czy nie byłoby to czasem poczucie krzywdy, które w zestawieniu ich i mego losu na "całe życie" kierowałoby myśl moją do samobójstwa włącznie? Dlaczego, na miłość Boga, ja jeden tylko!

A dziś, co: ostatni oto wóz, stajnia, wytrę konia słomą pod podsiedziałkiem, założę siana, napoje za godzinę, w perspektywie zarobek, zjem coś, pójdę spać. Prawie bez krzywdy. Przecie wszyscy tak samo.

- Dobrze, dobrze! - przerwie mi ktoś może - ale sam pan piszesz, że tam za oknami siedzą dziennikarze, piszą, czytają, nie wszyscy przecie zwożą śnieg, gnój i rąbią drzewo po lasach...

Oczywiście, iż zestawienie moje poprzednie dotyczyło tylko fotograficznej migawki momentu. Rzecz naturalnie nie w pisaniu, nie w wyskoczeniu "na jednego" do knajpy, nie w wysokości pensji nawet i warunkach mieszkalnych. Rzecz w monotonii całego życia, w braku perspektyw, w nieoczekiwaniu jutra, w zamknięciu horyzontów, w ograniczeniu tego życia i jego nudzie. Dlatego los furmana nie odbiega w Sowietach tak dalece od losu dziennikarza, to znaczy, że jest równie kiepski.

* * *

Zazdrościć można komuś szczęścia, wolności, ale nie żarcia na łańcuchu. Rozmawiałem z setkami bolszewików w Polsce, w państwach bałtyckich, w Niemczech. Ich reakcje w zetknięciu z nowym światem są przeróżne. Ale kto to powiedział, że każdy z tych nędzarzy na widok bogactwa i dobrobytu moralnego winien się zaraz rozczarować do Związku Radzieckiego? Raczej częściej splunie przez zęby z zazdrości: "Ech, burżuje, żyją oto! Nu, niczewo, niedługo już. Nasi tu zrobią porządek".

Moim zdaniem, atrakcyjna siła bolszewizmu czerpie swe soki z arcyludzkiej, nazwijmy ją, przywary, której miano, trudne do przetłumaczenia ścisłego, brzmi po niemiecku: Schadenfreude. - Mówi się powszechnie: "Chciałbym, aby się mnie wiodło tak dobrze jak innym". W praktyce powiedzenie to równa się ukrytej głęboko myśli: "Oby się i innym tak źle działo jak mnie?. Tylko że ludzie rzadko albo nigdy do tej myśli się nie przyznają.

 

Lwów i Wilno 1947 nr 28

NG 14 (450)

Poprawiony: Piątek, 01 października 2010