…Najcharakterystyczniejszą cechą systemu komunistycznego jest natomiast totalna niewola ludzkiego ducha, zniewolenie ludzkiej myśli, ludzkiego intelektu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Ostatnie dni Wielkiego Księstwa PDF Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Sobota, 25 września 2010

Józef Mackiewicz

 

Książkę Michała K. Pawlikowskiego pt. "Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego /pierwotny tytuł: "Bajka"/, uważam za najlepszą książkę napisaną i wydaną na emigracji. Mówię to bez obawy posądzenia o przesadę; z głębokiego przeświadczenia. Książka dotyczy końcowej fazy pewnej epoki dziejowej. Zarazem ostatnich lat mojej ojczyzny, która przestała istnieć w wyniku pierwszej wojny światowej.

Wielkie Księstwo Litewskie, formalnie zlikwidowane uchwałą Konstytucji 3-go Maja 1791, w całości włączone do imperium rosyjskiego w r. 1795 pod nazwą "Siewiero-Zapadnowo Kraja", faktycznie zakończyło swą egzystencję geograficzną dopiero w roku 1914. /Ściślej, z chwilą przecięcia go okopami "linii Hindenburga", jesienią r. 1915 . Od tego czasu nie wróciło do dawnej całości, na którą składały się w podziale administracyjnym gubernie: wileńska, kowieńska, grodzieńska, mińska, witebska i mohylowska. Zostało rozdarte na litewską, polską i białoruską części, później bolszewicką. To wielonarodowe Księstwo nie pozostawiło tek historiografii własnej. Powstały po nim i o nim, historie: narodowo-polska, narodowo-litewska, narodowo-białoruska, narodowo-rosyjska. Albowiem W. Ks. Litewskie nie pozostawiło sukcesorów, a wyłącznie skłóconych ze sobą pretendentów do sukcesji. I to przeważnie nie do całości, a poszczególnych jego części.

Autor książki, Michał K. Pawlikowski, należał do jednej z grup pretendujących, formalnie posiadającej autentyczny tytuł do całości, faktycznie legitymującej się tylko patentem polskim. Nie ze względu na język i kulturę, które szlachta litewska przejęła, co w danym wypadku nie jest rozstrzygające, lecz wskutek: nie dośrodkowego, a odśrodkowego nastawienia emocjonalnego. Nastawienie, które wykluczało całość samoistną, a widziało ją tylko jako część całości - Polski. Myli się więc autor sądząc, że zabarwiwszy swą opowieść posmakiem regionalnym, wyzwala się przez to z grupy historycznej narodowo-polskiej. Jest z nią całkowicie związany, stanowiąc jedynie pewne, drobne odchylenie w jej granicach. Słusznie Janusz Kowalewski, oczarowany książką Pawlikowskiego, wskazuje w recenzji zamieszczonej w "Ostatnich wiadomościach" na jej powiązania tradycyjne. Słusznie dostrzega w niej jakby dalszy ciąg /raczej zakończenie/ "Pana Tadeusza". Nie uwzględnia jednak, że Mickiewicz pisząc swego "Tadeusza", był w zgodzie z ówczesnym poglądem całego kraju; natomiast Pawlikowski pisząc "Tadeusza Irteńskiego" jest w zgodzie już zaledwie z nikłym odsetkiem ludności własnego kraju. Ten stan faktyczny wypada stwierdzić obiektywnie, mimo szczerej abominacji jaką można odczuwać do rozdrapujących kraj - nacjonalizmów.

Tyle, jeżeli chodzi o kąt ściśle narodowy, który reprezentuje książka Pawlikowskiego. Stanowi on jednak zarazem odbicie historycznej prawdy, gdy pod tym kątem właśnie, a nie innym, patrzyła na rzecz szlachta litewska w końcu XIX wieku. Naginanie tej prawdy do późniejszych koncepcji politycznych, odebrałoby książce wartość autentycznego dokumentu, jaki obok innych wartości posiada,

"Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego", która ma być powieścią nie jest nią, a będąc wspomnieniem jest czymś o wiele więcej, zakwalifikować trudno. Prototypy w rodzaju Tołstoja: "Dietstwo, otroczestwo i junost", czy, powiedzmy: "Wieś" - "Miasto mojej matki" Bandrowskiego, czy "Pamiętniki" Stempowskiego, czy Fedora Stepuna: "Bywszeje i niesbywszejesia", czy Pasternaka: "Awtobiograficzeskij oczerk", czy inne tytuły niezliczonej literatury pamiętnikarskiej, mogą niewątpliwie nasuwać pewne analogie. Obawiam się, że w dzisiejszej tendencji do ścisłej klasyfikacji, część czytelników zechce książkę Pawlikowskiego do tej kategorii zaliczyć. Moim zdaniem niesłusznie. Gdyż przedmiotem jej nie jest historia, stanowiąca zaledwie tło; nie są przeżycia jednej osoby, a dzieje wielu osób; nie chodzi w niej tylko o przyczynkowe poznanie pewnych znakomitości. Chodzi raczej o przyczynek do odtworzenia pewnej prawdy zarówno w geografii, psychologii i czasie, czyli o to, czego w gruncie rzeczy szukamy w każdej dobrej książce. Jest to swojego rodzaju epos. Zresztą, czy to nie wszystko jedno! Niechby nawet książka ta nie podpadała pod żadną ze znanych klasyfikacji, czy przez to umniejsza swą wartość? Kto wie, czy jej raczej nie zwiększa, w ten sposób.

Akcja książki Pawlikowskiego zaczyna się u schyłku ubiegłego stulecia, odbywa głównie w Mińszczyźnie i samym Mińsku, z odskokami do Warszawy, Petersburga; zahacza o Wilno. Kończy się wraz z istotnym końcem XIX wieku, to znaczy z rokiem 1914.

Nie istnieje zawód literata. Nikt nie może być lekarzem, mechanikiem, lotnikiem bez uprzedniego opanowania fachu. Literatem może być każdy. Istnieje natomiast pewna kasta uprawiająca literaturę, która jest innego zdania. Ażeby uchodzić w jej oczach za literata "poważnego", trzeba posiąść "Sztukę". Polega ona na swoistej mieszance stylu z erudycją. Taka przeplatanka nie jest w gruncie trudna do opanowania, ale wymaga pewnej wprawy stylistycznej. Pod szlifem stylu ukryć można następnie najbardziej banalne myśli; ale za to nie wypadną one ani banalnie ani naiwnie. Natomiast to co Pawlikowski pisze np. o futuryzmie, wypada "naiwnie", Nie będę się chwalił, ale za odpowiednim wynagrodzeniem za czas stracony podjąłbym się, nie zmieniając ani na jotę jednej myśli Pawlikowskiego, spreparować odnośny ustęp na patentowy "poziom". Dlaczego panuje taka moda, diabli wiedzą. Ale panuje. Nie wymieniając niektórych naszych pisarzy po nazwisku, często zadaję sobie pytanie: Czemu człowiek nie pisze jak człowiek, tylko jak Gombrowicz!

Pawlikowski do tej klasy nie należy. On pisze zupełnie prosto. Np. o wieczorze zapadającym na wsi:

"... podziwiano zachód słońca. Gdy zachód był szczególnie purpurowy, zawsze znalazł się ktoś, kto zauważył: "Jakie cudne kolory! A gdyby ktoś namalował, to by powiedziano, że kolory są nienaturalne, Uwaga spotykała się z ogólną aprobatą, po czym towarzystwo wracało do domu na kolację, która w niektórych dworach nazywała się jeszcze wieczerzą",

Albo o powrocie końmi do domu:

"... Nie ceniono uroków ani rytmicznego truchtu koni po aksamitnej nawierzchni, ani popasów z twardą kanapą i kurczętami na zimno rozwijanymi z zatłuszczonego papieru, ani zapachu potu końskiego na krótkich postojach w lesie, ani powiewu z obnażonych ugorów niosącego woń nawozu. I nie ceniono - ze zbrodniczą pogardą dla ostatnich darów odchodzącej epoki - błogosławieństwa podróży nieśpiesznej...

Znów lasy, trakt wysadzany brzozami, nieliczne wioski pachnące chlebem razowym i błotem. Ale przede wszystkim lasy, lasy, lasy " . Słońce chyli się ku zachodowi... Dyskretny turkot bryczki usypia..."

Minęło. Osobiście zahaczyłem życiem tylko o drobny ułamek minionej epoki. Ale jeszcze zdążyłem ssać mamkę noszącą kokosznik na głowie w Petersburgu, i otrzymać metrykę "syna potomstwiennych dworjan wilenskoj guberni". Ba, nawet dotrzeć do trzeciej gimnazjalnej. Prawda! - jeszcze obtłukiwać się na siodle w konnicy, złożonej do połowy z kubańskich kozaków, w walce z bolszewikami. Chcieliśmy, mówiąc stylem "krótkiego kursu KP": cofnąć koło historii wstecz. Mimo tak młodego wieku, Bóg mi świadkiem, chciałem szczerze. Znałem też wiele osób, które Pawlikowski cytuje z imienia i nazwiska. Albowiem promienie zachodzącej epoki, choć już z ukosa i kładąc długie cienie, przecież padały jeszcze, ostatnie, to na rżysko jakieś przywioskowe, to wzdłuż kolein nieszosowanej drogi; na zatłuszczony frak starego kelnera; barwiły jeszcze wrzosowiska po horyzont i korę niezrąbanych sosen, gdy już umiałem dobrze trzymać lejce, a kabłąk duhy kołysał się na tle wieczornego pożaru, zwiastującego koniec tamtej ziemi.

Minęło. Gdyby mnie dziś zapytano, czy pragnąłbym wrócić do owej epoki? - odpowiedziałbym bez zająknięcia: z całego serca i duszy! - Oczywiście, nie trzeba być psychologiem, żeby się znać na źródłach nostalgii do terenu dzieciństwa, albo do "starych dobrych czasów’’, u wszystkich ludzi wszystkich epok. Normalnie rzecz biorąc, nie można żadnej z nich idealizować, bo wiadomo, że idealnej nie było i nie będzie. Nigdy. Można tylko zestawiać post factum. Najbardziej trafnym zestawieniem tego rodzaju wydaje mi się przytoczone przez Fedora Stepuna: "Wiek XIX był wiekiem nieudanego dobra, a XX wyjątkowo udanego zła. Pawlikowski u swej książce wyraźnie usiłuje otrząsnąć się z idealizacji. Posuwa obiektywizm do granic możliwie dostępnych z dzisiejszej perspektywy. Ponieważ, w gruncie rzeczy, na świecie tylko prawda jest ciekawa, więc tworzy ze swej książki rzecz poza wszystkim, niezmiernie ciekawą. Nawet tam, gdzie sądy autora budzą niejakie zastrzeżenia, prawdę ich ratuje najczęściej "Tadeusz Irteński", boć jego to dzieciństwo i młodość opowiada książka. A jako recenzent, mogę być zarazem świadkiem koronnym, że właśnie takie były sądy Tadeuszów Irteńskich tamtych czasów.

Prawda życia, zaklęta w książce Pawlikowskiego należy z gatunku do najwyższej klasy, tzn. takiej, która pozwala czytelnikowi na wysnuwanie własnych wniosków, niezależnie od wniosków i nawet wbrew intencji autora, Chciałbym właśnie z tego pozwolenia skorzystać.

Psychologicznie książka Pawlikowskiego jest głęboko ludzka.

Postacie są prawdziwe, nie tylko jak się rzekło, z imienia-nazwiska, ale z działania. Autor słusznie na ten autentyzm zdaje się kłaść nacisk, i na przestrzeni 550 stronnic nie przedstawia, dosłownie, ani jednej osoby wyciętej z papieru. A osób jest masa. Czym się one odznaczają en bloc? Pawlikowski, cytując zabawne, a niekiedy anegdotyczne odchylenia, twierdzi, że indywidualizmem a nawet oryginalnością. Mnie natomiast rzuca się w oczy wielka ich jednakowość. Naturalnie abstrahując od wyjątków,

Wyłazi na wierzch odwieczna konstatacja, że ludzie w gruncie zmieniają się minimalnie. Prawdopodobnie - w skali biologicznej - tacy sami byli w Egipcie Faraonów, a cóż dopiero przed i po roku 14-tym. Zmieniają się tylko tworzone przez nich samych umowne "czasy" tzn. obyczaje, ustanowione pod mniej lub więcej przypadkowym wpływem, poglądy; przeistaczają w usankcjonowane systemy i epoki. Większość ludzi zapomina o innej i żyje w - danej. Jest ona jak moda, kiedy to niepodobieństwem wydaje się nie włożyć raz żabotu i krynoliny, a kiedy indziej długich spodni i obcisłej spódnicy. Do głowy nie przyjdzie. Tak jak w głowie większości nie mieściły się wtedy niektóre prawa życia, które zaczęły obowiązywać po pierwszej wojnie światowej.

Ale ludzie?:... Byli ci sami, co dziś. Czyż w końcu nie oni zrobili bolszewizm, faszyzm, hitleryzm?

Jeżeli zaś chodzi o szlachtę polską, czy w danym wypadku litewską, spolonizowaną, wyrosłą z tradycyjnej oligarchii /nie z żadnej tam "demokracji", jak to staramy się wmówić Europie!, to trafnie zauważa w swej "Polnische Tragedie" Harald Laeuen, że wpłynęła na wytworzenie nie typu indywidualnego, a typu masowego. Bardziej niż w absolutystycznej Europie. Do skolektywizowanego XX wieku weszliśmy krzepciej skolektywizowani niż inne narody. A nasze narzekania na "indywidualność", "niezgodę" i "warcholstwo", uważam za czysty bluff! Pretekst do ukrycia pod nim innych niedomagań i innych wad, z którymi mniej jest do twarzy.

I oto, czytając Pawlikowskiego i zestawiając z własną pamięcią, trudno się powstrzymać od wykrzykniku: Boże, jakże byliśmy wszyscy podobni! - Od Dniepru po Połągę padały te same słowa, używano tych samych sloganów, wisiały w stołowym te same reprodukcje, ustawiano tak samo meble w salonie, wkuwano te same prawdy i nieprawdy, reagowano identycznie na wypadki dziejowe: nad Berezyną i nad Niewiażą przezywano psa: "Dunaj" albo "Zagraj", i nawet na Rivierę jeżdżono utartym polskim szlakiem z obowiązkowym, dlaczegoś koniecznie w powrotnej tylko drodze, zatrzymaniem w Mediolanie, Padwie, Wenecji.

Ludzie byli ci sami. Moja ciotka przyjeżdża /bywało/ na święta z Petersburga i pyta: "Ach, czytałeś już, kochanieńki, "Ogniem i mieczem"? No i co; nie płakałeś nad biednym Podbipiętą, jak zginął pod Zbarażem? Bo ja płakałam całą noc". Dziś myślę, że gdyby wtedy- zażartować /było/: a czy nie żal cioci trzech dziesiątków Tatarów, których Longinus usiekł swym Zerwikapturem przed śmiercią? Nie bierze ciocia pod uwagę, że Podbipięta był bądź co bądź kawalerem i mało tam komu po wojnie, było za nim płakać; a wieleż dzieci osierocili Tatarzy i wiele żon ich opłakiwało, tym bardziej, że mieli ich zapewne po kilka! - to ani jako żart, ani refleksja, ani inny rodzaj zastanowienia do serca ciotki by nie trafiły. Po prostu nie zrozumiałaby z tego ani jednego słowa. I mogli sobie Turcy wyrzynać Ormian, zawsze bywali wonczas "dobrzy", jako polityczny adwersarz Rosji; tak samo ,jak dziś każdy Niemiec jest "zły", bo nie protestował przeciw wyrzynaniu przez Hitlera Polaków. I "cieszyli się Polacy, gdy zamordowano Stołypina, bo był polakożercą", jak zgodnie z prawdą notuje Pawlikowski, chociaż Stołypin swą mądrą reformą rolną, gdyby dane mu było doprowadzić ją do końca, kto wie, zbawiłby może i Rosję i świat cały przed widmem bolszewizmu... Ten wypięty patriotyzm, w swoistej symbiozie z tzw. wówczas «pozytywizmem , ulepiał tych samych ludzi, choć z jakże odmiennej gliny czasu.

Czyż nie ten sam Wańkowicz, o którego rodzinnym klanie tak dużo jest w książce Pawlikowskiego, zbija dziś pieniądze po komunistycznych redakcjach Czyż nie z tych samych synów szlacheckich, rekrutuje się dziś co najmniej połowa komunistycznej agentury PAXu? Z tych samych. Ale gdyby wonczas przewidzieć można było oskarżenie równe z ciężaru gatunkowego i rzec: "Wiesz pan, kim syn pański będzie w przyszłości?!"... To by i starzy Wańkowicze i ojcowie dzisiejszych "papistów", w 24 godziny przysłali sekundantów.

Ech, bo epoka była inna.

Osobiście, w tym niedostatecznie podkreślonym rozgraniczeniu pomiędzy "duchem czasu", a "ciałem" ludzi tego czasu, dostrzegam pewne psychologiczne niedociągnięcie w książce Pawlikowskiego.

Nie można polemizować z chrześcijaninem, ale też i z komunistami, gdyż ich argumenty opierają się nie na oczywistości, a na wierze. Tak samo nie można polemizować z twórcami abstrakcyjnego malarstwa, o ile szczerze wierzą, że kobieta o czterech piersiach z dziesiątkiem sutek jest autentyczną sztuką, a z dwoma piersiami jest kiczem. Zresztą z każdym innym rodzajem abstrakcji polemika jest utrudniona. Tak na przykład ze smakiem i gustem redaktora Grydzewskiego, który przerabia cudzy artykuł nie tylko z formy, ale i z treści, wierząc że go poprawia. Nawiasem, to było przyczyną, dla której wyjątki z książki Pawlikowskiego, drukowane w "Wiadomościach", przerzucałem tylko przelotnie, nie będąc pewien ile znajdę w nich autora, a ile redaktora; podobnie jak nie czytam literatury tzw. "krajowej", w której twórczość autorska wydaje się nazbyt pomieszana z dyrektorstwem partii. Dopiero po przeczytaniu "Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego" w doskonałym wydaniu książkowym, ,jednym tchem, od deski do deski, odczuwam nieprzepartą chęć polemiki, jak to bywa w zetknięciu z człowiekiem głęboko inteligentnym, z którym się rozmawia o rzeczach realnych i prawdziwych.

Powiedziałbym tedy: Drogi Michale, wszystko to prawda, co piszesz i wszystko to tak było. Ale czy dziś dużo ludzi, poza nami, o tym wie? Tymczasem wyrastają pokolenia, które roku 1919 nie oglądały nawet w niemowlęctwie. Dlatego trzeba im pewne rzeczy od podstaw wyjaśnić. Bo jakże to: znachodziły się w każdym domu pocztówki patriotyczne, przedstawiające Polskę w postaci dziewicy skutej kajdanami? Znachodziły się. A czy chciałeś jednocześnie nazwać opowieść o tamtych czasach "bajką’? Chciałeś. Jak tu więc, pozorny paradoks tego skojarzenia uprzystępnić większości czytelników polskich? - Że nie było tak strasznie pod względem ilościowym jak dziś, tego się prawie każdy domyśla. Ale w twojej książce za skąpo uwypuklona jest, a bywa nawet trochę na bakier zinterpretowana: istotna, jakościowa inność tej epoki.

Za wstęp do ilustracji tej "inności", pozwolę sobie ponownie zacytować Fedora Stepuna z 276 stronicy jego "Bywszeje i niesbywszejesia":

"Jakaż ogromna różnica pomiędzy caryzmem i bolszewizmem... Despotyzm państwowy straszny jest nie tyle w jego politycznych zakazach, ile w jego kulturalno-politycznych nakazach, w jego pomysłach stworzenia nowego człowieka i nowego człowieczeństwa. Przy• całym swoim despotyzmie, Rosja carska nikogo duchowo nie zamierzała wychowywać, i w dziedzinie duchowo-kulturalnej nic nikomu nie przykazywała. Byłaby to zresztą rola wykraczająca poza jej możliwości. Poszczególne anegdoty w niczym nie zmieniają zasadniczego faktu".

Niewątpliwie różnica pomiędzy: tylko-zakazem, a "powszechnym" nakazem, stanowi różnicę najbardziej istotną pomiędzy wówczas i dziś. Zakaz dotyczył wyraźnie publicznej działalności politycznej. A poza tym: rób co chcesz!

A teraz dalej: Rosja carska była państwem stanowym. Nie tyle państwem niesprawiedliwości społecznej - /bo w przeliczeniu na dzisiejsze czasy, łatwiej w niej było nieraz o sprawiedliwość, niż w późniejszych demokracjach - ile wielkiej nierówności społecznej. Dzieliła się wewnątrz nie na narody, a na warstwy społeczne. W ten sposób Polak, ale szlachcic, miał w niej większe prawa od Rosjanina, ale chłopa, mieszczanina, czy kupca. To jako reguła, pomijając wyjątki. Niedopowiedziane przez autora źródło "bajkowości" bycia Tadeuszów Irteńskich, mógł też stanowić fakt, że właściwie oni to byli panami całą gębą u siebie w kraju, a nie urzędnik rosyjski. Oni rozjeżdżali poszóstnym powozem, gdy urzędnik trząsł się urzędową furmanką. Oni wchodzili wychodzili z gabinetu gubernatora, gdy urzędniczyna czekał w przedpokoju. Oni popijali starki we własnym domu, gdy nasłanemu z Rosji gorodowemu, co najwyżej przez pokojówkę raczono wysłać kieliszek monopolki do kuchni; bo do "paradnych drzwi’ nawet i z powinszowaniem świątecznym nie ośmielił się dzwonić. Wystarczy przejrzeć rocznik nominacji oficerskich przed rokiem 1914, ażeby się przekonać, że roi się od szlacheckich nazwisk polskich, począwszy od Korpusu Paziów, w pułkach kawalergardów, kirasjerów gwardii, huzarów i innej gwardyjskiej konnicy /za wyjątkiem, oczywiście, "grodzieńskich huzarów", gdzie dopuszczani byli synowie rosyjskich kupców/, a odsetek ich gwałtownie maleje w piechocie zwykłej armii, gdzie miejsca zarezerwowano dla Popowych, Pietrowych, Iwanowych...

To jest naturalnie tylko lapidarny skrót stanu faktycznego. Ale brak podkreślenia u Pawlikowskiego tego stanu, tam wszędzie, gdzie wspomina o dyskryminacji, czy prześladowaniach Polaków przez Rosjan, może czytelnika dzisiejszego, per analogiam do prześladowań XX wieku, wprowadzić w błąd. Gdyż pojęcie "prześladowania" łączy się automatycznie niejako, z obrazem - losu. Tymczasem był to los klasy uprzywilejowanej, jeżeli się zważy, że zakazaną akcję uprawiała wyłącznie inteligencja polska, a w XIX wieku rekrutowała się ona jeszcze w 80% ze szlachty. W rzeczywistości zatem obraz był taki, że trzy-czwarte narodu rosyjskiego, de facto pozbawione praw "dworjanskich", raczej by się chętnie zamieniło swym losem na los _ "prześladowanych".

Rozumiem, że w dzisiejszych, demokratycznych czasach, jest trochę nieporęcznie wykładać na stół te karty przeszłości. Tym niemniej, dla jej pełnego zrozumienia, konieczne. Gdyż w przeciwnym wypadku, jak się rzekło, nasuwają się fałszywe analogie. Służba w cesarskich kawalergardach nie była tym samym co służba w dzisiejszych "Kierunkach’, czy "Słowie Powszechnym", i nie kolidowała z pocztówką dziewicy w kajdanach, przechowywanej w domu. A to z tej prostej przyczyny, że nikogo, ani duchowo, ani politycznie w niczym nie angażowała. Działo się bowiem w epoce nie tylko wielkiej własności prywatnej /ziemskiej!/, ale i wielkiej wolności prywatnej, osobistej, indywidualnej.

Naturalnie, ludzie... Ci zawsze i wszędzie, pod płaszczykiem "pozytywizmu", robili wielkie kariery i małe karierki, wielkie świństwa i małe świństewka, zbijali większe lub mniejsze ilości rubli; ale dopiero naciąganie ówczesnego "pozytywizmu" do norm dzisiejszego kolaboranctwa, stwarza te generalne zakłamanie, którego jesteśmy świadkami, a którego wonczas nie było.

Nie należy zapominać, że "demokracja" to jeszcze nie wolność, Demokracja to tylko - równość. Liberalizm jest dopiero wolnością. Połączenie równości z wolnością ma wreszcie stwarzać ów ideał, do którego wszyscy chcą dążyć. Rosja carska nie była państwem demokratycznym , ale w czasie dzieciństwa i młodości Tadeusza Irteńskiego była państwem liberalnym. - /Poza wieloma przykładami, które cytuje Pawlikowski. Właśnie wpadła mi do ręki mowa adwokata M. G. Kazarina wygłoszona w sądzie w obronie Szmula Sikorskiego, Żyda z Knyszyna, który brał udział w zamachu na W. Plewe, carskiego ministra spraw wewnętrznych, sekretarza stanu, szefa żandarmów. Za taką mowę nie tylko dziś, ale, obawiam się, i w Polsce Piłsudskiego, mógłby adwokat gładko trafić do Berezy! - Temu liberalizmowi hołdowało wówczas 90%r inteligencji zarówno rosyjskiej jak polskiej. Politycznie mogliśmy walczyć o granice państwowe z roku 1772 czy inne; różnić się w tysiącu i jednym szczególe; ze względów patriotycznych nie przyjmować Rosjan w salonie; albo pozwalać sobie na, przyznajmy, trochę chamski gest spluwania za popem prawosławnym na ulicy, ale - w poprzek "ducha czasów" nie przebiegała żadna zasadnicza granica dzieląca obydwie grupy inteligencji.

Pawlikowski nie wszędzie w swej świetnej książce, potrafił rozpoznać owe tło z lotu ptaka. Czasem ten lot obniża, i nawet, jakby schlebiając gustom na dzień dzisiejszy, trochę plącze. Tak np. na str. 362, pisząc o "oddziałach potiesznych", coś w rodzaju urzędowego skautingu rosyjskiego, porównuje je do "Hitlerjugend’’. Otóż takie porównanie wymaga sprostowania historycznego: organizacja ta nie tylko nie była podobna do "Hitlerjugend", ale ponadto: być podobną nie mogła!

Bo działo się to przed rokiem 1914.

"Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego" płynie, ot sobie, od rozwijania liści na wiosnę, do opadania liści jesienią; tchnieniem lipcowego dnia lub śniegiem zimy. Miękkie, wygodne; czasem porywiste, czasem nudne; zawsze prawie łagodne. Z nim razem płyną i narastają wypadki dziejowe. Do najpiękniejszych ustępów książki zaliczyłbym te, opowiadające o lasach nadberezyńskich, o promach, o karczmach żydowskich, polowaniach, o Petersburgu. Do najciekawszych może, odtwarzające środowiska oraz z wielkim talentem narysowane postacie.

Umrę w głębokim przeświadczeniu, że Prousta czytają ludzie tylko przez snobizm. Jestem go pozbawiony; więc mnie bezbrzeżnie Proust nudzi. Od tego jest talent pisarski, ażeby w symbiozie z inwencją czytelnika, potrafił wykrzesać żywą postać, ale nie na stu stronach nużącej analizy! Pawlikowski, ze skomplikowanej np. sylwetki Saszy Zenowicza, potrafił najprostszymi środkami odmalować mistrzowski psychologicznie obraz dorastającego człowieka. Pewien inteligentny Francuz powiedział o "Panu Tadeuszu" Mickiewicza, że jest to dzieło przede wszystkim "płaskie". Jego prawo wolnego krytyka. Ja stawiam M. K. Pawlikowskiego wyżej od Prousta. Moje prawo. Przed rokiem 1914, jak wspomina Pawlikowski, pewien malarz wystawił w Petersburgu, autentyczną, zdechłą mysz, przybitą do deski autentycznym gwoździem. Wszyscy uważali go za wariata. Przeszło czterdzieści lat później, widziałem, wystawił Picasso autentyczny kawałek brudnego worka, przybity takimże, zardzewiałym gwoździem. Wszyscy uważają go za geniusza. Ich prawo. Pasternak notuje w swej autobiografii, że w roku 1906 przejęty był Andrejem Biełym, Hamsunem i Przybyszewskim. Biełyj, znany jest dziś praktycznie tylko wśród Rosjan; Hamsunem, którego osobiście uważam za największego pisarza wszystkich czasów) zaczytuje się w dalszym ciągu cały świat; o Przybyszewskim, nawet Polacy odzywają się z niejakim zawstydzeniem. Nie ma rzeczy bardziej względnej od krytyki i oceny artystycznej.

Czy książka M. K. Pawlikowskiego, którą uważam za świetną, będzie miała powodzenie poza językiem polskim? Któż to może odgadnąć.

Nie wszyscy intelektualiści lubią opisy przyrody. Wielu ona nudzi. Już Puszkin pisał:

No, możet byt; takowo roda
Kartiny was nie priwliekut:
Wsio eto nizkaja priroda;

Iziaszcznowo /wytwornego/ nie mnogo tut.

Pawlikowski jest myśliwym. Zdawałoby się więc, iż ma zadatki na pierwszego w powiecie literatury polskiej pejzażystę. Niektóre jego obrazy są istotnie piękne. Na ogół jednak nie stworzył własnej szkoły w oddaniu swoistego oddechu tych strasznie szerokich przestrzeni, którym od Prus Wschodnich po ostatnie krańce tajgi, żyje nasza palearktyczna strefa. Nieograniczoną niczym mnogość, ogranicza pewnym schematem. Jakby w autorze działał jakowyś wewnętrzny hamulec, nie pozwalający mu przekroczyć, najlepszych wprawdzie wzorów, ale konwencjonalnych. Kto wie, czy roli tego hamulca nie odgrywa predyspozycja autora do - dobrego humoru... Ze swego szacunku dla tzw. "poczucia humoru" spowiada się na str. 542:

"... nawet na stypę pogrzebową potrafił wnieść skarb najcenniejszy /nawiasem mówiąc jedyny skarb, świadczący o nieśmiertelności wartości ludzkich/ - humor,"

Otóż, moim zdaniem, humor, jeżeli nawet miałby być skarbem międzyludzkim, w przyrodzie nie istnieje. Humor zostawmy w domu, czy w kawiarni, wchodząc do lasu. Bo w lesie nie ma nic co by było śmieszne; ani jeden liść, ani jeden ptak, nie jest zabawny. Tu nawet wesołość jest poważną rzeczą. Przyroda nie zna grymasu, maski, karykatury. Jest zimna, albo ciepła, ale zawsze surowa. Minie się też zdaje, niech autor uwagi tej nie poczyta za złośliwość, że z humorem nie można polować, zabijać zwierząt i ptaków; można tylko post factum opowiadać anegdoty myśliwskie.

Zresztą temat opisu przyrody jest dla mnie tematem szczególnie drażliwym. Bo i ja próbuję nieraz... Nie wychodzi! Był tylko jeden mistrz, Iwan Bunin, któremu nikt nie dorównał i zapewne nie dorówna nigdy, w podpatrzeniu, rejestrowaniu i opisie tych nieskończonych zmian jakie zachodzą w przyrodzie, nie cztery razy do roku, a w każdej porze roku co dzień, co noc. Zwłaszcza w tej przyrodzie, którą znamy, pokrytej najczęściej chmurnym niebem. Ale też był to pisarz raczej chmurny.

Naturalnie łatwo jest krytykować i udzielać rad, których samemu nie potrafi się wcielać w życie. Z formy, to rzecz najłatwiejsza w świecie. W danym jednak wypadku, ta wielka ilość krytycznych uwag pod adresem książki, którą jestem tak szczerze zachwycony, ma swoje podłoże specjalne, choć może się wydać paradoksalne: gdy się człowiek raz dorwie do prawdy, z którą zwłaszcza w piśmiennictwie polskim nie styka się tak często, ma się ochotę rozcinać jej włos na więcej niż dwie części.

"Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego" wydana została przez Dom Wydawniczy Bolesława Świderskiego, jako tom VI Londyńskiej Biblioteki Literackiej, bardzo starannie pod względem graficznym. Druk jasny, przyjemny. Jedynie tytuły rozdziałów umieszczone zostały zbyt blisko, bez należytego odstępu od tekstu. Obwoluta, gdy się ją rozwinie, przedstawia klasyczny widok bułhakowskiej fotografii traktu, jednego z tych, które przecinały Wielkie Księstwo Litewskie jeszcze za mojej pamięci; wysadzane podwójnym szpalerem, ostatnio wiekowych już, brzóz. Jest on szeroki na rozwinięcie szwadronu kawalerii, miękki, zryty koleinami furmanek; pylny latem, błotnisty jesienią; dający cień podróżnikowi pieszemu, a w zimowe zawieje chroniący sanki przed zbłądzeniem z drogi. Jest niewątpliwie piękny. Jeżeliby kto chciał, mógłby ponadto dopatrzeć się w tej obwolucie symboliki, zarówno treści książki jak historii kraju, złej czy dobrej, ale takiej jaką była. Szlaki są wielkoksiążęce, a brzozy przy nich sadziła Katarzyna II.

 

"Kultura" /Paryż/ nr 4/ 150 z 1960 r.


Józef Mackiewicz
Gdybym był chanem
"Gryf"
Warszawska oficyna wydawnicza, Warszawa 1989

Nasz Czas 13-14/2006 (688)

Poprawiony: Piątek, 01 października 2010