…Komuniści, jeszcze z doświadczenia wojny domowej wiedzą, że niczym tak się nie przyciąga i nie wiąże ze sobą nacjonalizmu, jak popieraniem jego nienawiści do innego narodu. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

WILNIANIE POZA LITWĄ
Niestrudzony Wilnianin

Przypominając sześćdziesiątą rocznicę zakończenia II wojny światowej, należy wspomnieć czyn weteranów wojennych pochodzących z terenów Wileńszczyzny, którzy wnieśli ogromny wkład w dzieło zwycięstwa nad III Rzeszą. Jednym z nich jest pan Czesław Sawicz, były akowiec i więzień sowieckich łagrów na "nieludzkiej ziemi".

-Pan przeżył bardzo ciekawe i niebezpieczne życie, czy mógłby pan krótko opowiedzieć o sobie?

-Urodziłem się 10 sierpnia 1926 roku w Wapienicy, powiat Święciany województwo wileńskie. Zostałem ochrzczony w kościele w Powiewiórce, w tym samym co i Józef Piłsudski. Po przyjeździe w roku 1928 do Wilna, zamieszkaliśmy przy ul. Kalwaryjskiej, numeru domu nie pamiętam. Było to naprzeciw rynku Kalwaryjskiego

Kiedy miałem pięć lat urodziła się moja siostra Danuta. Ojciec był krawcem przy koszarach 4 Pułku Ułanów, mama zajmowała się maleńką, a ja dzielnie pomagałem mamie przy robieniu zakupów. Dostawałem koszyk z kartką co mam kupić i pieniądze.

Kiedy rodzicom zaczęło się trochę lepiej powodzić, zmieniliśmy mieszkanie. W roku 1932 przeprowadziliśmy się na Starówkę. Zamieszkaliśmy przy ul. Bakszta nr domu 2, budynek rogowy ul. Bakszty i zaułka Łotoczek. Zajmowaliśmy dwa pokoje i kuchnię.

Byłem dzieckiem żywym, nie mogłem usiedzieć na jednym miejscu. Ciągle przychodziły mi do głowy jakieś psikusy i psoty. Było mnie wszędzie pełno, na wieżach kościelnych, cerkwiach, na dachach. Wraz z kilku kolegami z mego podwórka byliśmy zgraną paczką i razem robiliśmy wiele wypraw. W 1933 roku poszedłem do szkoły. Uczyć się leniłem, ale byłem dosyć zdolnym, toteż jakoś wykręcałem się z ciężkich zadań. Po szkole początkowej uczyłem się w zawodowej szkole technicznej.

Rozpoczęła się wojna, zmieniając całkowicie nasze życie i niszcząc nasze plany. Brałem udział w obronie Wilna na ul. Rossa. Za wiaduktem kolejowym wykopaliśmy rów w poprzek ulicy, za rowem ulicę zaminowaliśmy. Jeden czołg sowiecki, po rozstrzelaniu wartowników, pełniących wartę przy grobie serca Marszałka Józefa Piłsudskiego, ruszył w kierunku ul. Piwnej. Wykopany rów pokonał lekko i wjechał na wiadukt, tu mina rozerwała mu gąsienicę. Czołg zawisł nad torami. Rozpoczęliśmy walkę z załogą czołgu, w tym momencie zostaliśmy zaatakowani od tyłu, przez uzbrojonych, mających na rękawach czerwone opaski ludzi. Załodze nadeszła pomoc. Zaatakowani byliśmy z dwóch stron, musieliśmy więc uciekać. Następnie uczestniczyłem w zatapianiu broni z koszar saperów znajdujących się nad Wilenką. Potem, gdy już było zimno, pod pozorem, że łowimy rybę, wyciągaliśmy tę broń i konserwowaliśmy. Tak faktycznie od pierwszych dni wojny znajdowałem się w konspiracji.

Pewnego dnia dowiedziałem się, że moje dokumenty są podane do Arbaitsamtu i mogę być wysłany na roboty do Niemiec. Przez członków konspiracji moje dokumenty zostały stamtąd wydobyte, a ja po ukończeniu kursu języka niemieckiego, otrzymałem dokumenty Volksdeustcha na nazwisko Johan Horski syn Pawła i Izabeli z domu Gutman. ur. 10 sierpnia 1925r. w Poznaniu. Takie same lipowe dokumenty miało także kilku moich przyjaciół. Otrzymaliśmy skierowanie przez Arbaitsamt do "Bahnzugu". Niemieckie mundury kolejowe ułatwiały swobodne poruszanie się po terenie kolejowym. Miałem trasę: Wilno- Podbrodzie- Podstawy- Królewszczyzna. Czasem ładowałem do odprawianych pociągów butelki z benzyną z zapalnikiem zegarowym. To znów sypałem piasek do łożysk (panewek) wagonowych, co powodowało zapalenie się wagonu.

Nadal też, na własną rękę, bez wiedzy przełożonych, z grupą utworzoną w 1939 r. prowadziliśmy akcje w celu zdobywania broni. Po prostu okradaliśmy jadące na front pociągi niemieckie. Ja, mój przyjaciel Majewski, znaliśmy niemiecki więc w mundurach kolejarzy niemieckich, podchodziliśmy do konwojentów transportów wojskowych, prowadziliśmy rozmowy w celu odwrócenia uwagi. W tym czasie inni z naszej grupy- Kowalski, Turwid i Szczęsny oczyszczali wagony z broni, amunicji i sprzętu wojskowego. W kwietniu 1944 r. pierwszego dnia Wielkanocy, podczas takiej akcji nakryto nas. Po krótkiej wymianie strzałów Czesław Karwacki ps. "Kowalski" został zabity.

Widząc, że po ostatniej nieudanej próbie zdobycia broni na kolej już nie wrócę, znalazłem się w szeregach IV Brygady "Narocz". W składzie brygady brałem udział w wielu akcjach bojowych. W lipcu 1944 roku walczyłem pod Mejszagołą, a 13 lipca 1944 roku nasza brygada walczyła pod Girulami. Był to ciężki bój z silnym i bardzo dobrze uzbrojonym przeciwnikiem. Uratowało nas to, że nasz dowódca "Ronin" bardzo dobrze znał te tereny i w czas zdążył wycofać brygadę na linię starych okopów z I wojny światowej. Stamtąd, nawet po wielu próbach, Niemcom nie udało się odrzucić naszej brygady.

Po kilku dniach zostaliśmy rozbrojeni przez wojska sowieckie. Najpierw znajdowaliśmy się w obozie w Miednikach. Następnie zostaliśmy skierowani do Kaługi, gdzie był obóz dla żołnierzy Armii Krajowej. Przedstawiono mi oskarżenie o zdradę ojczyzny i dostałem 8 lat łagrów. Kierowano mnie z łagru do łagru, na całej przestrzeni Związku Sowieckiego. Na koniec, po 8 latach, wróciłem do rodziny, która w tym czasie już mieszkała w Olsztynie. W Polsce też nie powitano mnie zbyt ciepłe-w komendzie uzupełnień zostałem obezwany bandytą, ponieważ walczyłem w AK. Życie ułożyło się jednak nie najgorzej-ożeniłem się, mam dzieci.

-Pan teraz mieszka w Olsztynie, ale czasami pan przyjeżdża do Wilna. Czy Wilno mocno się zmieniło, w porównaniu z przedwojennym?

-Miasto rozbudowało się bardzo, aż trudno poznać, w szczególności byłe przedmieścia. Myślę, że to dlatego, iż Wilno jest stolicą. Gdy należało do Polski, tak się nie rozbudowywało; było to miasto wojewódzkie, ważne, ale nie mające takiego znaczenia jak stolica. Gdy po wojnie przyjechałem do Olsztyna, także było to miasto o wiele mniejsze niż teraz. Kżde miasto się rozbudowuje.

-Wiem, że pan jest autorem bardzo obszernej pracy pt. Los Polaków- Kresowiaków. Co pana pobudziło do napisania tej pracy?

-Pewnego razu gdy jechałem pociągiem, pasażer siedzący obok mnie spytał, czy nie pochodzę z Wilna i dlaczego w Wilnie jest ulica Sawicza (słyszał, że mam nazwisko Sawicz). Odpowiedziałem, że nie wiem. Po jakimś czasie otrzymałem paczkę od Czesława Sawicza- dziwne jest otrzymać paczkę od samego siebie. Jak się okazało mój pasażer, z którym rozmawiałem miał takie same imię i nazwisko jak ja. Przysłał mi drzewo genealogiczne rodu Sawiczów. Właśnie od tamtego czasu rozpocząłem pisać moją książkę o losach mojej rodziny, rodziny Piłsudskich, a także o moich przeżyciach wojennych, o działalności wileńskiego AK i gehennie łagrów sowieckich, przez które przeszedłem. Materiały do mojej pracy zbierałem około 40 lat-teraz moja praca liczy ponad tysiąc stron, zawiera wiele zdjęć. Na razie wydałem tę książkę w bardzo małym nakładzie-tylko dla najbliższych.

-Czy na terenie Polski jest dużo kombatantów pochodzących z Wileńszczyzny?

- Jestem prezesem Zarządu Wojewódzkiego Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Olsztynie i muszę powiedzieć, że większość członków SPKK w Olsztynie pochodzi z terenów Wileńszczyzny. Często się spotykamy, czasami jedziemy odwiedzać miejsca byłych walk. Prawie każdego roku przyjeżdżamy na uroczyste obchody bitwy pod Krawczunami- Nowosiołkami.

-Dziękuję za interesujący opis swych przeżyć wojennych i życzę powodzenia, a także jak najwięcej zdrowia.

Rozmowę prowadził Andrzej Tomaszewicz

Nasz Czas 11/2005 (661)

Nasz Czas
 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com