…Wobec zazębienia interesów międzynarodowych, nie ma już dziś miejsca na suwerenności państwowe starego typu. Jeżeli jakiś naród chce pozostać suwerennym, winien rozumieć, że taka możliwość istnieje jedynie przez integralne włączenie się do wolnego świata. …Musimy zdać sobie sprawę, że zachodzi wielki proces przejścia od dotychczasowego „adwokatowania” interesom narodowym, do „adwokatowania” interesom ludzkim. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Będziemy mówili prawdę [1939] PDF Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Sobota, 25 września 2010

Józef Mackiewicz

 

Nie zawsze na tym miejscu ukazywać się będzie tzw. szablonowo ,,artykuł wstępny”. Życie obecne wywraca szablony. Czynniki, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne, kształtujące dzisiejszą rzeczywistość, uległy dalekiej modyfikacji.

Cóż o nich powiedzieć możemy w obecnej chwili? Redakcja, w której pracowałem do dnia 18 września, pracowałem do chwili, gdy przez otwarty lufcik z jesiennym wiatrem wdarły się echa karabinu maszynowego – leży w gruzach. Przez pogięte sztaby i połamane okiennice światło dnia pada na stosy poszarpanych papierów, podartych ksiąg, zniszczonych mebli; warstwa papieru, druków, odbitek, klisz, spluwaczek, szkła, kartonu i śmieci pokrywa podłogę. Po tej warstwie widziałem jak chodził wielki, bezczelny, taki ryży szczur i niechętnie wycofał się do dziury. Wyłamano maszyny i pozostały tylko zranione jak kikuty przewody drutów przy ścianach. Na tych gruzach leżą wielkie białe kawały gipsu, które stanowiły ongiś posąg marszałka Piłsudskiego w hallu.

Ze ściany zdarto Cudowny Obraz Matki Boskiej Trockiej. Prosiłem policję litewską, by zechciała lokal zabezpieczyć.

W tym nowym lokalu, w którym rozpoczynamy nową pracę, jest jeszcze zimno. Okna trzeba odmywać z kraty pogotowia przeciwlotniczego i trzeba wietrzyć. Zalatuje kiepską machorką. A za oknami, na dziedzińcu, leżą wielkie oka oliwy i smarów, tłuste, brudne wśród kamieni podwórza, pozostawione tu przez obce ciężarówki.

Tak się zaczyna nową pracę.

„Tylko nie skomleć!” – pisałem kiedyś, gdy zawisło nad nami widmo Berezy, rewizyj, konfiskat. Nie dać się złamać, pozostać sobą. – Widzieć rzeczywistość. – Dziś, w nowym składzie, w nowej redakcji, wśród nowej sytuacji, która oplątała wschodnią Europę – będziemy tę rzeczywistość traktować bez szablonów, uprzedzeń, bez zakłamania, bez fikcyj. – My, Wilnianie…

Nasuwa mi się najbardziej banalna obietnica, jaka kiedykolwiek zerwała się z dziennikarskiego pióra: będziemy pisać prawdę.

Ale dodam, proszę państwa: będziemy pisać prawdę w oczy!

Tylko siła wyższa może nas od tego powstrzymać. Żadne inne względy, żadne koterie, machinacje, wpływy, plany, partie, kulisy, żadne pogróżki. Tam, gdzie wypadnie ją mówić, mówić będziemy. I o tym, co było… i o tym, co jest, i o tym co, zdaniem naszym, być powinno.

Tuśmy wrośli od wieków, w tę Ziemię Wileńską i nikt jej obrazu z serca nam wyrwać nie jest w stanie. I po największej nawet burzy, ci z nas, co się ostali, zdrowi czy ranni, z okopów, lasu czy piwnic, z zagranicy, czy tylko z domu, wrócimy do swej ziemi i będziemy ją orać.

Nie dla nas jest hasło: wyczekać, przemilczać, przeczekać. Niech ono zostanie słusznym hasłem dla tych, dla których Wilno jest miejscem chwilowego postoju, czy schronienia na rozdrożu. My czekać nie mamy czasu. My przemilczać nie mamy czego. My jesteśmy u siebie w domu i musimy pracować i mieć prawo do głośnego mówienia.

W czasach, które obaliły zda się logiczne rachuby międzynarodowych polityków, które zaskoczyły nas burzą najbardziej nieoczekiwanych wypadków, trudno jest stawiać na stabilizację. Słusznie – raczej na ewolucję. Tylko wyników tej ewolucji tak dalece przewidzieć niepodobna, iż trzeba rzeczywistość brać za prawdę dnia dzisiejszego.

W dniu 28 października wkroczyły do Wilna wojska litewskie i wycofały się zeń wojska sowieckie. Ani dziś miejsca, ani zamiaru nie mamy poruszać głębi problemu wileńskiego. Jest on pełen ran, złej krwi, miłości i nerwów, ten stary kochany kłębek, strzelający z doliny wieżycami świątyń ku niebu. Ale chyba dzieci tylko zrozumieć tego nie mogą, iż w chwili obecnej dawna „sprawa Wilna” przeistoczyła się z problematu w dylemat. Prosty i surowy: albo SSRR, albo Litwa.

Do tych wszystkich, którzy odetchnęli z ulgą w dn. 28 października, zaliczamy się również. A nie sądzę, abym odbiegał daleko od prawdy, twierdząc, że zaliczają się do nich przede wszystkim wszyscy chrześcijanie zamieszkujący Wilno, bez różnicy swych aspiracji narodowych czy politycznych, a może i nie-chrześcijanie w większości.

W tej chwili zatem nie chcemy wypowiadać się ani w imieniu Polaków, ani Litwinów, ani Białorusinów czy Rosjan, ani z prawa, lewa czy centrum – po prostu: czujemy z całym Wilnem.

 

Gazeta Codzienna 1939 nr 1 (25 listopada)

Poprawiony: Piątek, 01 października 2010