…Całkowitej prawdy nie zna żaden człowiek na tym świecie. To co my, ludzie, nazywamy „prawdą” jest zaledwie jej szukaniem. Szukanie prawdy jest tylko możliwe w wolnej dyskusji. Dlatego ustrój komunistyczny, który tego zakazuje, musi być siłą rzeczy – wielką nieprawdą. Znalazłszy się tedy w świecie uznającym wolność jednostki i wolność myśli, winniśmy czynić wszystko, aby nie zacieśniać horyzontów myślowych, ale rozszerzać; nie zacieśniać dyskusji, a ją poszerzać. Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji, 1962

Niemiecki kompleks [1956] PDF Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Sobota, 25 września 2010

 Józef Mackiewicz

 

 (..) Podczas okupacji niemieckiej działy się straszne rzeczy. Mieliśmy do czynienia z olbrzymią, zorganizowaną machiną terroru i okrucieństwa, która, jeżeli chodzi o Żydów, nie miała precedensu może nawet w historii. O tym każdy z nas wie na pamięć. Natomiast co wiemy o odwecie we wschodnich Niemczech? Zamiast odpowiedzi na to pytanie, stwierdzę po prostu: to co wymienię poniżej będzie pierwszą polską publikacją na ten temat. A działy się rzeczy dokonane nie przez zorganizowaną, bezduszną machinę, a, niestety, rękami indywidualnego ludzkiego rozbestwienia. Można się spierać, który z tych objawów był gorszy. Ale, jak na mój gust, decyzja w sporze nie wydaje się łatwa:

„W pewnej wsi – opisuje Thorwald – zamordowano chłopa niemieckiego i obcięto mu dla żartu głowę, gdy bronił swej żony, którą gwałciło szesnastu żołnierzy sowieckich po kolei, i to należało do porządku rzeczy. Dlaczego jednak przy okazji, na ścianie stodoły przybito gwoździami głową w dół czternastoletniego chłopca, tego nikt nie wiedział…” Kapelan amerykański, Francis Sampson, opowiada, że w Neubrandenburgu zgwałcone dziewczęta niemieckie wieszano za nogi do rozstawionych gałęzi drzew i rozcinano w pachwinach… W Pradze Czeskiej Niemki rozbierano do naga i kazano im w tym stanie uprzątać gruz; jednocześnie otwierać szeroko usta, żeby każdy przechodzień mógł w nie splunąć; matki krępowano drutami kolczastymi i wrzucano do rzeki, zaś dzieci topiono w miejskich rezerwuarach wodnych, odpychając za pomocą długich żerdzi od krawędzi. Proboszcz Karol Seifert opowiada, że dnia 20 maja 1945 roku, stojąc na brzegu Elby widział: rzeką płynęła drewniana tratwa, do której długimi gwoździami przybita była za nogi i ręce cała niemiecka rodzina z kilkorgiem dzieci… Były major sowiecki Klimow opisuje (Berlinskij Kreml), jak w rowach przydrożnych leżały kobiety niemieckie, którym powbijano kolbami między nogi butelki od piwa.

Dosyć cytat. Nie chodzi o ich ilość. Profesor Uniwersytetu Fryburskiego, ks. Bocheński, przekonywuje nas od dłuższego czasu, że ilość nie zmienia się w jakość. Przytoczyłem te przykłady dla trzech względów: po pierwsze dla zilustrowania pewnej kategorii informacji, których szersza opinia polska bądź nie posiada wcale, bądź tylko pobieżnie. Po drugie, że „wśród nas” znalazł się kapłan katolicki, ks. Kantak, który na łamach londyńskich „Wiadomości” oceniał „odwet sowiecki” pozytywnie… Po trzecie, dla postawienia następującego pytania: czy po tym co przeszli ci ludzie, względnie ich najbliżsi, powiedzmy matka, której syna przybito gwoździami do stodoły, lub córkę rozcięto pomiędzy gałęziami drzewa, jest w stanie, czy nie jest uznać to za ”słuszną karę Bożą” tylko dlatego, że jej rodacy dokonali zbrodni w innych krajach? Moim zdaniem, nie jest w stanie. Ani Niemka, ani żadna inna matka na świecie. Ze stanowiska politycznego łatwo jest, naturalnie, sprowadzić sprawę do ”kto pierwszy zaczął”… W buchalterii wojennej wpisać do zysków i strat… Tak samo jak z dialektyki typu bolszewickiego czerpać garściami argumenty. Ale odwołując się do wyobraźni piszących o życiu: jest – li możliwe, aby człowiek nad trupem bestialsko zamordowanej osoby sobie najbliższej zdobywał się na rachunek polityczny i – opłakiwał obcych ludzi, zamordowanych w obcym kraju? Gdyby taki się znalazł, musiałby chyba być ze stali i należeć do rasy „Ubermenschów”. A ja osobiście w rasę Ubermenschów szczerze nie wierzę.

 

* * *

 

Nigdy nie byłem tym co się nazywa „filoniemcem”. Wprawdzie uważałem i uważam, że polityczne zagrożenie niemieckie jest dla Polski znacznie mniej niebezpieczne niż zagrożenie bolszewickie, ale te polityczne przekonania nie odgrywają żadnej roli w niniejszych rozważaniach. Przyznam, że podjąłbym je może z większą namiętnością i większą ilością argumentów, gdyby np. cały naród rosyjski był pomawiany o winę i czyniony odpowiedzialnym za bolszewizm w takim stopniu, jak to czyni się cały naród niemiecki odpowiedzialnym za hitleryzm. Od dziecka miałem wśród Rosjan przyjaciół. Z nimi chodziłem do szkoły, z nimi bawiłem się i czytałem indiańskie historie. Walcząc z bolszewikami woziłem w kaburze siodła klasyków literatury rosyjskiej i – raptem, na rozkaz z góry, miałbym we wszystkich rzucać kamieniem? Dlatego, że ex cathedra narodowego areopagu zapadła uchwała, że to są wszystko potencjalni bolszewicy? Nonsens! Nie chcę i koniec. Ale tego buntu przeciwko postulatom rodzimego kolektywu nie traktowałbym i w tym wypadku za objaw jakichś odmiennych sympatii. A raczej jako protest w obronie zdrowego rozsądku, do którego dążyć każdy człowiek, moim zdaniem, ma nie tylko prawo, ale i obowiązek.

Jestem z wykształcenia przyrodnikiem i rozumuję w ten sposób: na co by zeszły moje lata nauki i studiów, za co miałbym sobie filozofię Arystotelesa, książki Aleksandra Humboldta, dzieła Darwina i wszystkich wielkich biologów, genetyków i psychologów ostatnich czasów, gdybym na starość lat miał zostać wyznawcą politycznego rasizmu? Czy zgoła cofnąć się do światopoglądowego poziomu wstępnie gimnazjalnej, gdy ludzi i narody z taką łatwością dawało się dzielić na: czarne – białe?!

Nie „bronię” ani Niemców, ani Rosjan. Bronię samego siebie przed infantylizmem narzucanych mi poglądów. (…)

 

* * *

 

Generalnym zarzutem wysuniętym przeciwko wszystkim Niemcom, który podczas toczącej się wojny obowiązywał pół świata, a obecnie podtrzymywany jest jeszcze przez pewną część opinii, jest zarzut, że nie obalili Hitlera, a przeciwnie dali się mu prowadzić i wykonywali posłusznie jego rozkazy. – Jest to zatem identyczny zarzut, który można wysunąć przeciwko Rosjanom, że pozwolili się opanować Leninowi, że słuchali Stalina i wykonywali służbę w GPU i NKWD. Podczas wojny zarzutu tego jednak nie wysunięto, gdyż pół świata wspierało bolszewików i pozostawało z nimi w sojuszu, a w tej liczbie i – Polska… Wskazuje to więc wyraźnie na koniunkturalność tego rodzaju oskarżeń i ich nie tyle moralną, co raczej propagandowo – polityczną genezę.

Tymczasem sprawa przedstawia się tak: „reżym” hitlerowski trwał w Niemczech zaledwie lat 12, podczas gdy bolszewicki w Rosji trwa już 38 i – trwa w dalszym ciągu. Który z nich był krwawszy i pociągnął za sobą więcej ofiar, można wykazać dopiero cytując cyfry statystyczne. Natomiast żadnej statystyki nie wymaga stwierdzenie faktu, że bardziej totalitarnym był i jest ustrój komunistyczny.

Ale rozciąganie odpowiedzialności zbiorowej na całe narody jest nie tylko propagandową grą koniunktury politycznej, jest zarazem rzeczą co najmniej śliską… Z całą świadomością wstępuję na tę śliską drogę, aby rozpatrzyć pytanie: dlaczego analogicznego zarzutu nie można wysunąć np. przeciwko narodowi polskiemu za tolerowanie ”reżymu” Bieruta już od lat dziesięciu? (…) Dalej: na Hitlera Niemcy dokonali kilku zamachów, na Bieruta Polacy ani jednego. Mało tego: nie jakiś tam jeden tylko odłam Polaków, ale w tej chwili wszyscy Polacy na świecie, zarówno w kraju, jak i na emigracji, uważają namawianie do zamachu na Bieruta bądź strzelanie do reprezentantów „reżymu”, słowem, każdą próbę obalenia tego ustroju politycznego siłą, za – prowokację, za którą płacić będzie naród, czyli za zbrodnię (nieobalenie Hitlera) to, co sobie samym za cnotę. I odwrotnie: za obowiązek dla każdego Niemca to, co sobie za zbrodnię. (…)

Ale w takim razie wypadłoby stwierdzić, że naród niemiecki przez okres o wiele dłuższy uchodził za „naród poetów i myślicieli”, niźli za gestapowców i SS – manów. Podobnych łamigłówek należałoby rozwiązać bardzo dużo na całym świecie. Chociażby nawracając do krótkiego dwudziestolecia Polski niepodległej: czy typem odpowiadającym mentalności narodu były bardziej rządy „Centrolewu” i sejmowładztwa, czy dyktatury, Brześcia i Berezy? Wyciągając aktualne konsekwencje z różnicy czynionej pomiędzy „własnym” i „obcym” ustrojem, musielibyśmy dojść także do wniosku, że w równym stopniu zbrodnią było ze strony Niemców, że nie strzelali ongiś do Hitlera, jak zbrodnią byłoby dziś, gdyby odwrotnie – strzelali do panów Nuschkego, Ulbrichta czy Grotewohla. Byłaby to co najmniej wygodna interpretacja dla wszystkich ustrojów komunistycznych na globie, których kolebką jest zawsze obca im Moskwa. W rezultacie należało by przyjąć zasadę, że z całego globu tylko jednemu Rosjaninowi dozwolona jest próba zamachu na krwawego satrapę Kremla i tytuł do ewentualnego bohaterstwa za czyn, który dokonany np. rękami Polaka, Litwina, Rumuna czy Bułgara przeistaczałby się automatycznie w – zbrodniczą prowokację. (…)

 

* * *

 

Niezależnie od powyższych uwag, formuła przyjmująca drastyczne rozróżnienie władzy „własnej” od „obcej” wydaje się posiadać jeszcze jedną wadę.

Mianowicie operując wyłącznie terminem „naród”, pomija istnienie czynnika w życiu bardziej konkretnego, jakim jest jednostka ludzka. Zaś właśnie w życiu mamy najczęściej do czynienia z wzajemnym stosunkiem: jednostka – władza, bez względu na to, czy jest ona „własna” czy „obca”. (…) Dlaczego np. ci literaci niemieccy, którzy piali hymny na cześć ”własnego” hitleryzmu, mają być piętnowani jako zbrodniarze, natomiast literaci piejący hymny na cześć ”obcego” im bolszewizmu rozgrzeszani jako „biedne ofiary” Że niby: muszą, że żona, dzieci?.. Że chcą żyć? A tamci nie chcieli żyć? Nie mieli żon i dzieci?

Naturalnie tak prosto to się wszystko nie tłumaczy. Komunizm używa odmiennej instrumentacji, której efekty w działaniu na społeczeństwo próbowałem odmalować w powieści „Droga donikąd”, a której technikę miejscami po prostu genialnie wyinterpretował Miłosz w swej książce „Zniewolony umysł” (największa pochwała: warszawska Nowa Kultura w numerze z dnia 13 listopada 1955 roku pisze ”Książka Miłosza to majstersztyk wrogiej propagandy…”). Z drugiej jednak strony narzuca się pytanie, choć w formie raczej wykrzyknika: Czy przy rozbudzonych współczesnych nacjonalizmach (pisze się: patriotyzmach), wśród wielu narodów Europy zabrakłoby piewców swego władcy, chociażby najgorszego z najgorszych, lecz którego jeden but stanąłby nad Atlantykiem, a drugi nad Wołgą, którego władza sięgnęłaby od piasków Egiptu po Ocean Lodowaty?! Wolne żarty! Nie darmo, choć niechętnie, porównuje się Hitlera do Napoleona.

W rezultacie odpowiedź na pytanie: co jest ”gorsze”, opiewać ”własny” hitleryzm, czy ”obcy” bolszewizm, wydaje mi się co najmniej sporna. Bezsporna może być chyba tylko dla tych, którzy w tym momencie wykrzykną:

„Jak pan śmie porównywać bolszewizm z hitleryzmem?!”

A, na takie dictum, uchylam kapelusza i uchylam się od dalszej dyskusji. Gdyż bez względu na to, z której strony ten okrzyk padnie, będzie on pokrewny tym obu totalizmom naraz. Bo tylko tępa, polityczna myśl totalitarna kwestionować może nadrzędne prawa obiektywizmu. A obiektywizm możliwy jest tylko przy zachowaniu zupełnie wolnej ręki w dziedzinie porównań. Ograniczając prawo porównań, ograniczamy prawo krytyki, prawo dyskusji, prawo apolitycznej nauki, ograniczamy myśl ludzką, słowem, zakreślamy krąg, w którym nie chciałbym się obracać, dając zresztą temu wyraz w dobrowolnym przyjęciu statusu emigranta politycznego.*

 

* * *

 

Celem niniejszego artykułu nie jest próba rewizji, czy obalania czyichś przekonań politycznych. Jest on raczej próbą dokonania wyłomu w nieco skostniałych kryteriach narodowego kolektywu. Skostnienie to oddziałuje w pierwszym rzędzie ujemnie na polską literaturę powojenną. Wydaje mi się, że aby rozszerzyć jej horyzonty, odjednostronnić, odpolrealistycznić, a przydać jej więcej prawdziwego realizmu, należałoby zastosować receptę: Mniej patriotyzmu, a więcej prawdy życia.

Byłoby oczywiście tendencyjną złośliwością, gdyby ktoś chciał wyciągnąć z moich uwag taki wniosek, że namawiam do zaprzestania opisów zbrodni hitlerowskich. Wręcz przeciwnie: zbrodni niemieckich nie wolno ukrywać, a należy je piętnować, a nawet im złorzeczyć i przeklinać. Łapanki warszawskie, podziemia Gestapo muszą znaleźć swoje odbicie w literaturze i źle by było, gdyby ktoś próbował zamazać prawdziwe oblicze powstania getta warszawskiego, źle przede wszystkim dlatego, iżby zubożył przez to naszą wiedzę nie tylko o niezwykłych faktach historycznych, ale pozbawił materiałów, mogących służyć w przyszłości do wymiaru rozpiętości, do jakich sięgać potrafi zbiorowa ludzka zbrodnia z jednej strony, a bohaterstwo z drugiej. Ale ta część została już wykonana. Nikt nie może powiedzieć, że dymy Oświęcimia przeszachrowano na mgiełkę zapomnienia. Oddają one strasznym, trupim swędem, jakim oddawały w rzeczywistości. To wszystko zrobiono. Zapomniano tylko o jednym, o najważniejszym: o człowieku. O tym, że obiektywne pojęcie zbrodni nie ogranicza się do popełnienia jej w stosunku do jakiegoś jednego narodu, ale w stosunku do każdego człowieka.

I tu muszę zauważyć, że powojenna literatura niemiecka znacznie nas wyprzedziła w obiektywnym naświetleniu jednego z największych kryzysów ludzkości, jakim była druga wojna światowa. W obecnej jej tendencji „szukania człowieka” jest bardziej, po prostu, ciekawa. Bo wiadomo, że w literaturze nie polityka, nie naród, a najciekawszy jest zawsze człowiek.

Literatura niemiecka potępiła hitleryzm i zbrodnie przez niego dokonane w doprawdy niezliczonych publikacjach, filmach i sztukach. Nie potrafiłbym nawet zacytować w przybliżeniu tych wszystkich druków, które bezpośrednio, pośrednio, czy tylko w wyniku akcji powieściowej, piętnują głupotę, barbarzyństwo i zbrodnie „własnego” hitlerowskiego rządu i systemu, popełnione w stosunku do obcych narodów, a w tej liczbie i Polaków. Po stronie polskiej, jak już wspomniałem wyżej, nie ma ani jednej książki, a bodaj żadnego artykułu, czy wystąpienia, które by piętnowało zbrodnie obcego, bolszewickiego okupanta w stosunku do Niemców…

W odróżnieniu od przepisu socrealizmu, szczerość każdego pisarza mierzy się nie tylko tym, o czym pisze, ale i tym co przemilcza. Z drugiej strony każdemu winno być wolno pisać co chce i co mu najbardziej leży na sercu. Jeżeli chodzi o mnie, nie wykreśliłbym nigdy ani jednego słowa nawet z tego, co wypisuje ksiądz Kantak, jeżeli poczuwa się za nie do odpowiedzialności zarówno wobec czytelników, jak i wobec własnej sukni kapłańskiej. Nie to jest ujemną stroną pewnego zespołu ludzkiego, że ktoś jeden pisze w nim – tak. Ale to, gdy nikt inny nie odważy się napisać – nie; zgłosić swojego indywidualnego veto, czy chociażby odmiennego zdania, nawet wówczas, gdy przebywa w wolnym świecie i ani Gestapo, ani NKWD nie grozi mu za to Oświęcimiem czy Kołymą.

Trudno określić w tej chwili, jaki procent Niemców potępia nie tylko Hitlera, ale wszystko cokolwiek ubocznie związane było z jego „reżymem”. Prawdopodobnie ponad 90 proc. Zdarzają się jednak wyjątki, a kto wie, może z 10 proc., może mniej, które byłyby skłonne nie całą przeszłość hitlerowską widzieć w równie czarnych barwach. Te wyjątki notowane są ze szczególnym nieraz podkreśleniem: „Spójrzcie no na tych! Co oni wypisują!” A ja bym powiedział: chwała Bogu! Chwała Bogu oczywiście dla samych Niemców przede wszystkim. Bo naród, który wykazuje zbyt daleko posuniętą jednolitość opinii, zbyt wielką dyscyplinę, solidarność, przesadną monomyślność, postulatowość, w którym nie ma nikogo, kto by mówił inaczej, nie budzi zaufania w swoją szczerość. Tego rodzaju społeczeństwo wydaje się nieco sztuczne „podciągane” do jednego mianownika. Słusznie kiedyś napisał W. A. Zbyszewski w pięknym artykule, broniąc Władysława Studnickiego przed masowym potępieniem za zgłoszenie się na świadka obrony w procesie von Mansteina, że społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty szeroko wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodałbym od siebie, że im więcej ponad 180 stopni rozwarcia tego wachlarza, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, a więc i bogactwie myśli społeczeństwa. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki.*

 

* * *

 

Powiada się u nas, że emigracja jest po to, żeby „służyła krajowi” i to przez duże K. Przyjmując to założenie za słuszne: na odcinku literackim na czym ta wierna służba ma polegać?

Swojego czasu wojewoda Bociański konfiskował moje artykuły o pewnym powiecie, w którym chłopi nie mieli czym karmić bydła i zrywali strzechy z chałup na słomę do sieczki. Motywował te konfiskaty państwowym interesem wyższej miary: artykuły są żerem dla propagandy sowieckiej. Otóż wydaje mi się, że dziś na emigracji funkcję wojewody wypełnia zastępczo źle pojęta służba krajowi: „Co kraj na to powie? Jakie to zrobi wrażenie w kraju?” Ta wieczna licytacja hasłami „Kraju” (przez duże K), ta ciągła obawa, żeby nie wyjść ze „służby”, czy, co gorsza, nie zostać z niej wyrzuconym, doprowadza w końcu do tego, że zamiast korzystać z szerokich horyzontów wolności i nowych myśli, literatura emigracyjna dobrowolnie odkłada siebie cenzurą tzw. dyscypliny narodowej. Służba, jak każda służba, ma tylko ograniczone środki działania. Kto służy, ten nie rządzi. W rezultacie emigracyjny polrealizm nie jest żadnym przeciwstawieniem obowiązującego w kraju socrealizmu, tylko jego konkurentem, równie, a czasem (niestety!) bardziej ciasnym od tamtego. Przy tym chronicznie chorym na brak konsekwencji. Tak na przykład z jednej strony ubolewa się nad ubezwłasnowolnieniem literatów w kraju pod obcą przemocą, z drugiej wdaje się z nimi w poważne polemiki, stwierdzając tym samym, że są właśnie – własnowolni. Takoż drobne flirty poprzez Żelazną Kurtynę, per: Zbyszku, Kochany Pawełku czy Dziubdziusiu, mało wnoszą, jeszcze mniej sprzyjają rodzeniu się niezależnej myśli, czy chociażby rozprostowaniu ramion przy codziennym wschodzie słońca. A tymczasem, jak wiemy, kula ziemska się obraca i wraz z nią kroczy tzw. współczynnik czasu i postępu, pozostawiając zajętych drobnymi polemiczkami przy Żelaznej Kracie, na starym miejscu.

Zapytać by można: co mają wspólnego z tymi uwagami Niemcy? Jako Niemcy, zgoła nic. Natomiast jako „kompleks niemiecki” stanowią dosyć charakterystyczny przykład dreptania na miejscu.

Niedawno poznałem młodzieńca urodzonego w Stryju, dzieckiem deportowanego do Kazachstanu, szkolonego w Indiach, dorastającego w Afryce, zmężniałego w Londynie, który – ponad wszystko – nienawidzi Niemców. Nie był w Niemczech i nie zna ich. Nie zetknął się. Z całego szerokiego świata tę rzecz wyniósł z emigracyjnego piśmiennictwa polskiego. Nad własnym poglądem się nawet nie zastanawia i nie chciałby go w sobie wyrobić. Tamto mu wystarcza. Jest przekonany, że inaczej być nie powinno. On, w swoim mniemaniu, służy w ten sposób krajowi.

Niemcy stanowią dziś dla całego świata jeden z najważniejszych problemów, wokół którego toczą się bądź rozbijają konferencje najpotężniejszych mocarstw. Natomiast dla wielu Polaków są zamkniętym kręgiem i skamieniałym w tym ujęciu kompleksem psychicznym. Jeżeli stosunek do jednego tylko państwa czy jednego narodu hamuje wszelką żywotną elastyczność i stanowi kamień do potknięcia na drodze samodzielności myślenia, to cóż dopiero mówić o możliwościach polskiego „wkładu” czy „udziału” w postępie wszechświata. 

Prawdziwa służba krajowi wydaje mi się polegać na czymś zupełnie odwrotnym. Na stworzeniu takiego słowa, takiej myśli twórczej, takiej literatury na emigracji, która by oderwała się od hamulców na kraj nałożonych, maksymalnie pozbyła wszelkich kompleksów i możliwie zerwała z wszelką koniunkturalną służalczością.*

 

Kultura 1956 nr 1 (99)

Poprawiony: Piątek, 01 października 2010