…Do Mackiewicza nikt nie chciał się przyznać i dlatego, że taki literacko zacofany, i dlatego, że okropny reakcjonista, ale czytali, aż im się uszy trzęsły. Pośród znanych mi polskich literatów nikt tak nie pisał. Szlachcic szaraczkowy, jak go nazwałem, z tych upartych, wzgardliwych, zaciekłych milczków, pisał na złość. Na złość całemu światu, który czarne nazywa białym i nie ma nikogo, kto by założył veto. I właśnie w tej pasji jest sekret jego stylu. Czesław Miłosz. Kultura,  1989

Zaprogramowane zagrożenia PDF Drukuj Email
Autor: Ryszard Maceikianec   
Piątek, 10 grudnia 2010

Prowokacja polityczna- to użycie najświętszych
symboli narodowych i najgłębszych
jego uczuć przeciwko narodowi.
Stanisław Mackiewicz (Cat).

22 listopada b.r., z udziałem marszałek Sejmu RL Ireny Degutienė, odbyło się spotkanie z przedstawicielami mniejszości narodowych oraz dyskusja o sposobach doskonalenia nauczania języka litewskiego. Problem ten zresztą dotyczy w zasadzie tylko szkół z polskim językiem nauczania, bowiem uczestniczący w spotkaniu Białorusini, Rosjanie i Żydzi od dłuższego czasu nauczają swoje dzieci języka litewskiego według  programu, który obowiązuje w szkołach z litewskim językiem nauczania.

Niestety, przedstawiciel Macierzy Szkolnej”, pomocnik prezesa ZPL oraz inni zabierający głos, najwyraźniej do spotkania  nie byli przygotowani, swoich propozycji nie przedstawili, nie mieli też zdania co do trzech wariantów doskonalenia nauczania języka litewskiego ( wariant łotewski, wariant polski oraz wariant wzmocnionego nauczania języka litewskiego wraz z dwoma przedmiotami, nauczanymi w języku litewskim), przedstawionych przez przewodniczącego Komitetu do Spraw Oświaty, Nauki i Kultury Valentinasa Stundysa. Twierdzenie w kółko i od lat, żeby wszystko zostawić tak, jak było ( czyt. za czasów sowieckich) – trudno uznać za propozycję.

Jeżeli jednak władze przyjmą te „aby było tak, jak było” i w drodze wyjątku szkoły z polskim językiem nauczania będą nadal korzystać z okrojonego programu  języka litewskiego i literatury – będzie to programowy początek końca tego rodzaju szkół, które już dziś przegrywają w konkurencji ze szkołami z litewskim językiem nauczania.

Gdyby osobom zabierającym głos chodziło nie o tanie politykierstwo oraz granie na uczuciach narodowych najbardziej nieświadomej części polskiego społeczeństwa na Litwie, a o dobro i przyszłość polskiej młodzieży – to by sami musieli wystąpić z propozycją wzmocnionego nauczania języka litewskiego na identycznym poziomie jak w szkołach litewskich.

Nie jest przecież tajemnicą, że zmniejsza  się liczba absolwentów ze szkół z polskim językiem nauczania, wstępujących na wyższe studia. A każdy, kto wstąpi – co najmniej rok musi usilnie nadrabiać wiedzę i praktyczne umiejętności posługiwania się językiem litewskim, zaniedbując przedmioty, służące kształceniu zawodowemu. A słabsza wiedza z języka litewskiego, literatury, kultury i historii – to utrudniona, czy wręcz zamknięta droga do tej coraz bardziej poszerzającej się części rynku pracy, która w szerokim pojęciu nosi miano kultury. I nie ze złej czyjejś woli, a z braku przygotowania. Zresztą na znajomości języka, literatury i kultury nikt nigdy nie stracił. Szczególnie dobrze o tym wiedzą ci, komu wypadło pracować na zachodzie Europy, gdzie postęp w opanowywaniu języka idzie w parze z możliwością robienia kariery i znalezienia lepszej pracy.

Przed kilkunastu dniami w Tygodniku „Solidarność” (Nr 46 (1153) z dnia 12 listopada 2010 r.) ukazała się publikacja znanego pisarza, publicysty, filmowca – dokumentalisty Grzegorza Eberhardta „Wybrakowana lista polskich lektur na Litwie”, w której autor zauważa, iż środki masowego przekazu w Polsce bezpodstawnie robią dużo szumu wobec chęci władz Litwy doskonalenia nauczania języka litewskiego w szkołach z polskim językiem nauczania i traktuje się ten fakt „…jako główny przejaw szowinizmu litewskiego. I uznaje się za ogromne zagrożenie dla polskiej młodzieży. Mało się jednak zwraca uwagę na praktyczną przydatność języka litewskiego dla mieszkańca Wilna czy Kowna. Trochę to tak, jakby w programie polskich szkół w Stanach Zjednoczonych lekcje związane z miejscowym językiem, tj. angielskim, byłyby ograniczone do minimum. Nie będzie doprawdy przesadą stwierdzenie, iż w interesie zarówno Litwy jak i Polski jest dysponowanie młodymi ludźmi w pełni sprawnymi intelektualnie w swym miejscu zamieszkania…” Trudno byłoby coś dodać do trafnych spostrzeżeń autora publikacji.

Innym, nie mniej niebezpiecznym zagrożeniem, sprzyjającym wyobcowaniu i  samoizolacji młodzieży polskiej na Litwie, jest program z języka ojczystego dla szkół średnich, przede wszystkim dotyczy to literatury. Nasze starania skierowane na zmianę sytuacji, zapoczątkowane jeszcze przed opublikowaniem projektu programu spotykają przede wszystkim opór ze strony polonistek z Uniwersytetu Pedagogicznego, które niezmiennie od lat są autorami, a jednocześnie i recenzentami projektu programu. Rzuca się w oczy ta sama chora logika autorek projektu programu, która dotyczy oporu wobec doskonalenia nauczania języka litewskiego – jak najmniej informacji o Litwie, jak najmniej o kulturowej więzi litewskich Polaków ze swoją Ojczyzną i jak najwięcej przeładowanej bylejakości z Polski, aby szkolna młodzież w żadnym wypadku nie utożsamiała siebie z Litwą.

Na ten temat w dniu 29 września b.r. w Ministerstwie Oświaty i Nauki RL odbyła się dyskusja, gdzie omawiano projekty programów dla szkół średnich na rok szkolny 2011/12 i następne lata. Na naszą propozycję, aby w programie z języka ojczystego w dziale literatury, po bezpodstawnie długich latach nieobecności, nareszcie zaistniały nazwiska Józefa Mackiewicza, Michała Kryspina Pawlikowskiego, Stanisława Mackiewicza, Karola Wędziagolskiego, Wiktora Trościanki, Melchiora Wańkowicza, Sergiusza Piaseckiego, Józefa Weyssenhoffa , Zofii Bohdanowicz, Władysława Syrokomli, Czesława Jankowskiego i innych wybitnych i znanych światu pisarzy i poetów z Litwy, piszących o Litwie po polsku, kierowniczka katedry polonistyki UP skwitowała stwierdzeniem, iż nie są godni włączenia do programu szkolnego, bo ich utwory nie zawierają wartości (moralnych? poznawczych? patriotycznych?), na domiar nie publicznie dodała, iż Józef Mackiewicz jest bardzo kontrowersyjny (ponieważ pisał w myśl zasady, iż jedynie prawda jest ciekawa?, że pierwszy napisał prawdę o Katyniu, że uważał sowiecki system za przestępczy?). Oniemieliśmy ze zdziwienia – jak to - osoba zajmująca takie stanowisko i mająca decydujący wpływ na kształtowanie wychowawców szkół z polskim językiem nauczania nadal tkwi w stereotypowych pomówieniach sowieckiej propagandy i nie zna dorobku pisarzy polskich z Litwy, którzy wyemigrowali na Zachód z powodu sowieckiego „wyzwolenia”, a także licznych pozytywnych ocen ich twórczości w opinii wybitnych znawców literatury polskiej?! „Obraz po bitwie” uzupełnił zamiast dyskusji kolektywny list polonistów z Uniwersytetu Wileńskiego, potępiający wszelką dyskusję z tymi, którzy nie studiowali na polonistyce, apelujący o pozostawienie projektu programu bez zmian, a polskich pisarzy z Litwy odnosząc do kategorii drugo i trzeciorzędnych pismaków. Przypadek dosłownie tragiczny, stosunek dotąd nie spotykany wśród innych narodów i narodowości wobec dorobku własnych twórców, który zawsze i wszędzie jest hołubiony i promowany.

Ciekawie, że polonistów z UP i UW nie niepokoi dotychczas obecność w aktualnych podręcznikach i projektowanych na następne lata programach piewców proletariatu i partii, socjalistycznych i postsocjalistycznych pisarzy, łączących pisarstwo z niejawną działalnością w polskiej filii sowieckiego KGB i będących nosicielami odpowiednich „wartości”.

Wymieniony na wstępie Grzegorz Eberhardt, nawiązując do opublikowanego projektu programu z języka ojczystego w części literatury zauważa: …”Oczywiście nie dziwi zaistnienie na liście (lista obowiązująca) Mickiewicza czy Miłosza. Jednak za kuriozum należy uznać wpisanie do owego kanonu Olgi Tokarczuk, pisarki ewidentnie w swym charakterze skrajnej, jednoznacznie postmodernistycznej, a w dodatku  z tamtymi, wileńskimi okolicami nie mającej nic wspólnego. Na liście próżno szukać Syrokomli, Orzeszkowej czy jakże ważnego w polskiej literaturze, ale i dla historii Kresów, Józefa Mackiewicza. Nazwisk tych nie znajdzie się także w wykazach list pobocznych (Orzeszkowa jest wymieniona w rozdziale „Człowiek i tradycja”),  np. tej zatytułowanej „Człowiek w wirze historii”. Znajdujemy tu nazwiska Bułhakowa, Haska, Kapuścińskiego, Orwella, ale autora „Nie trzeba głośno mówić” nie wyczytamy. Nie znajdziemy Karola Wędziagolskiego, Michała Pawlikowskiego. Na inne listy lektur uzupełniających potrafiono wpisać Szczypiorskiego, Tyrakowską, Huelle,go, Barańczaka…”

Inny znany pisarz i aktor, przewodniczący Kapituły Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, Marek Nowakowski, w trakcie tegorocznej edycji Nagrody …”wyraził ubolewanie, że w projekcie listy lektur, przygotowanym dla szkół polskich na Litwie przez tamtejszy resort edukacji, zabrakło książek pisarza tak ważnego i związanego z Wileńszczyzną, jak Mackiewicz, choć znalazło się miejsce dla m.in. Miłosza, Konwickiego, Białoszewskiego, Różewicza czy nawet Stasiuka. – Musimy na to barbarzyństwo zareagować – powiedział Nowakowski.” (Tygodnik „Solidarność” z 26 listopada 2010r. nr 48 ((1155).
W wydanym w roku 2009 dziele „Józef Mackiewicz i krytycy” redaktor wydania prof. Uniwersytetu Wrocławskiego dr hab. Marek Zybura uważa, iż …” Józef Mackiewicz, jeden z „wielkich  latarników” polskiej literatury emigracyjnej XX wieku, jest jednym z najwybitniejszych twórców literatury polskiej w ogóle.” Dodajmy od siebie – Wilnianin z krwi i kości, obywatel Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Profesor Uniwersytetu w Berkeley (USA) Jadwiga Maure, już w latach 80. ubiegłego wieku pisała o Mackiewiczu, iż „przybył nam klasyk”.

Noblista Czesław Miłosz w „Roku myśliwego” zaznacza: „Powieści Mackiewicza skłaniają do sceptycyzmu wobec literatury, bez ustanku przyrządzanej w coraz to innym sosie, w sosie obowiązującej w danym momencie mody, ideologii, polityki i tak dalej. Mają żywą narrację, zaciekawiają tak, że „nie można się oderwać”, czyli spełniają wszelkie warunki niezbędne wtedy, kiedy powieść zajmowała miejsce zajęte później przez film i telewizję. Zawsze chyba istniała literatura zawodowa i niezawodowa. Do Mackiewicza nikt nie chciał się przyznać i dlatego, że taki literacko zacofany, i dlatego, że okropny reakcjonista, ale czytali, aż im się uszy trzęsły. I moim zdaniem pobił swoich współzawodników piszących bardziej wyszukaną prozą. Pobił artystycznie. Można zastosować do nich powiedzenie sowieckiego żołnierzyka: Francuzy w szełkach, no wojnu proigrali (Francuzi w jedwabiach, ale wojnę przegrali). Jego proza jest zwarta, oszczędna, funkcjonalna, widzi się, co opisuje, a już specjalnie krajobraz jego okolic. Pośród znanych mi polskich literatów nikt tak nie pisał. Ale i Prus, i Żeromski byli w porównaniu z nim literatami zawodowymi. Szlachcic szaraczkowy, jak go nazwałem, z tych upartych, wzgardliwych, zaciekłych milczków, pisał na złość. Na złość całemu światu, który czarne nazywa białym i nie ma nikogo, kto by założył veto. I właśnie w tej pasji jest sekret jego stylu.”

Niestety, jak widać nasi poloniści albo nie znają powyższych i wielu innych publikacji, albo uważają je za nieprzekonywujące, aby skreślić Józefa Mackiewicza i wielu innych z własnej myślowej listy jako drugo i trzeciorzędnych  kontrowersyjnych pisarzy i umieścić na liście obowiązujących lektur dla szkół z polskim językiem nauczania.

I chodzi tutaj nie tylko o Józefa Mackiewicza i powyżej wymienionych, ale też o zasadę, aby podstawę programu dla szkół z polskim językiem nauczania,w części języka ojczystego i literatury stanowiłby dorobek rodzimych twórców, którzy w całej literaturze polskiej mają swój nieproporcjonalnie duży udział. W taki sposób skonstruowany program wychowywałby wśród młodzieży obywatelskie i patriotyczne postawy, zainteresowanie historią i dorobkiem swoich małych ojczyzn, otwierając nauczycielom i ich wychowankom szerokie pole do poszukiwań i promowania ojczystych miejscowości oraz Litwy – państwa i Ojczyzny. Byłby to właściwy krok w formowaniu warstwy własnej  inteligencji,  wyróżniającej się wiedzą stricte litewskiej kultury oraz  polskojęzycznej jej części,oparty na dorobku pokoleń. Otwierałoby to też zupełnie inne perspektywy dla polonistyk na obu uniwersytetach, obejmujące zbieranie, badanie, publikowanie i promocję licznych ojczystych twórców – bardziej i mniej znanych, uznawanych za klasyków czy pisarzy regionalnych,  których dorobek, ze stratą dla nas wszystkich, ulega zapomnieniu, zamiast ubogacać. I taka zmiana myślenia i nauczania jest potrzebna właśnie dziś, kiedy Unia Europejska ceni i wspiera badania kulturalnego dorobku regionów, kiedy litewska inteligencja dyskutuje o potrzebie uznania dorobku przedstawicieli innych narodowości, zamieszkałych na Litwie, za część składową ogólnonarodowej kultury.

Zresztą już w roku 1996 litewska inteligencja – Związek Pisarzy Litwy i grupa profesorów Uniwersytetu Wileńskiego, wydając książkę – antologię literatury o Litwie „Litwo, nasza matko miła…” jednoznacznie określiła swój stosunek do dorobku pisarzy z Litwy, piszących po polsku, dosłownie przypominając i podpowiadając polskiemu społeczeństwu o wielkim, w zasięgu ręki, literackim bogactwie, do którego ono powinno by było nawiązywać. Niestety w tym samym czasie i przez następne lata polonistka z UP dosłownie „upychała” programy szkolne Kruczkowskimi, Broniewskimi, Barańczakami, Białoszewskimi i im podobnymi oraz „rodzimą poezją” współpracowników sowieckiego „Czerwonego Sztandaru”. A nowo opublikowany projekt, przygotowany przez polonistki z UP – to ciąg dalszy w tym samym dosłownie kierunku - na „drogę donikąd”.

Zresztą, jeżeli nawet dorobek części wyżej wymienionych i nie wymienionych twórców rzeczywiście nie został włączony do kanonu klasyków, to są oni częścią naszej literatury, kultury i historii. I nikt z nas nie ma prawa uniemożliwiać dla młodzieży poznawania własnej kultury. A już tym bardziej ci, co z obowiązku pracy mają za zadanie promowanie dorobku polskiej części kultury Litwy.

***

Mówiąc o szkodliwych zagrożeniach świadomie zaprogramowanych  dla przyszłości polskiej młodzieży na Litwie i szkolnictwa, nie sposób pominąć nie pisanego zagrożenia – atmosfery wokół szkół i w szkołach. Najwyższy czas zaprzestać oczerniać Litwę o rzekome prześladowanie polskojęzycznego szkolnictwa, zaprzestać robić ze szkół jednopartyjne sztaby wyborcze na okres kolejnych wyborów, zaprzestać uczniom rozdawać i nalepiać na tornistrach ulotki wyborcze oraz nauczyć się raz nareszcie na pamięć i wziąć głęboko do serca co najmniej cztery pierwsze strofy z „Pana Tadeusza”. I zacząć Litwę w ojczystej mowie, po polsku promować i bronić wobec wypadów ze strony wschodniego i zachodniego sąsiadów.

***

Przed kilku tygodniami grupa działaczy tzw. Związku wręczyła ministrowi spraw zagranicznych RP Radosławowi Sikorskiemu, Odznakę ZPL za "krzewienie polskości na Litwie". Niestety, nikt nie zna przypadku, aby R. Sikorski kiedykolwiek zasiał na Litwie jakieś ziarnko dobra, a tym bardziej je krzewił. Wzajemne uprzedzenia i niechęć wobec Litwy rzeczywiście krzewi z premedytacją, rzeczywiście z jego bezpośrednim udziałem została wzmocniona polskojęzyczna postkomunistyczna prasa na Litwie i przybrała wybitnie jednostronny antylitewski charakter. Za takie złowrogie działania raczej nie podaje się ręki, a nie wręcza się medali  „za krzewienie”. Jest to więc ewidentny przykład kolejnej wyrafinowanej prowokacji i potwarz Litwie, co również rzutuje na atmosferę wokół szkół z polskim językiem nauczania. I czy nie lepiej by było,  zamiast medalu Sikorskiemu, wręczyć list wdzięczności ministrowi oświaty i nauki Litwy za to, że każdy Polak litewski może kształcić swoje dzieci w języku ojczystym od przedszkola do gimnazjum, które są na całkowitym utrzymaniu państwa, i że nawet obecnie w czasie kryzysu gospodarczego koszyk ucznia  szkoły z polskim językiem nauczania jest o 15 proc. bogatszy?

Powyższy fakt świadczy też o tym, iż całkowicie wyczerpała siebie i szkodzi interesom ludności polskiej i szkolnictwu, założona jeszcze w czasach sowieckich organizacja, pod nazwą Związku Polaków i jej podobne. I że jest potrzeba powołania nowych obywatelskich organizacji społecznych.

***

W dalekim roku 1920, kiedy ścierały się poglądy o kształt Litwy i Polski, o granice i obywatelską przynależność, ziemianin ze Żmudzi Eugeniusz Romer w znanym „Dzienniku” zapisał swoisty testament dla swoich synów:

…”Dziś obszerne te uwagi moje wpisuję w pamiętniku z myślą o synach moich, na wychowanie społeczne których i poglądy zapewne już wpływać nie będę mógł osobiście, ze względu na lata moje i ich wiek młodociany i niemowlęcy.

Niech więc przynajmniej z pamiętnika Ojca wiedzą, jakie za moich czasów panowały poglądy na te sprawy, jakie było pojęcie „obywatela kraju” i jakie nakładało to na nas obowiązki.

Jako Polacy, chociaż na Litwie zamieszkali, musimy wierni pozostać naszej narodowości(…)Ale to wszystko nie pozbawia nas charakteru obywateli tego kraju, w którym od wieków jesteśmy zamieszkali, w którym i dla którego pokolenia naszych dziadów pracowały na każdym polu; musimy wszystko spełniać, co nakłada na nas pojęcie "obywa¬telstwa krajowego", musimy dla kraju tego pracować, (…)nie możemy dać się zepchnąć do roli jakichś obcych kolonistów, swój tylko interes mających na oku, bo gdybyśmy charakter ten przyjęli, stracilibyśmy rację bytu i grunt pod nogami, i polityka, dążąca do wyparcia nas z tego kraju byłaby usprawiedliwioną…”

(Eugeniusz Romer „Dziennik 1919 -1923. W-wa 1995).

Mimo upływu stu lat prawie te spostrzeżenia właściciela dóbr i dworów w Cytowianach (Tytuvėnai) i Pogryżowie (Pagryžuvys) brzmią jak najbardziej aktualnie i dziś, uprzedzając nas współczesnych, aby polskie społeczeństwo, dzięki tym, co sprzeciwiają się nauczaniu języka litewskiego, tym, co świadomie programowo modelują wychowanie młodzieży z brakiem szacunku i jak najsłabszymi więziami ze swoją Ojczyzną, tym, co Litwę szkalują i tym, co nagradzają krzewiących z premedytacją niechęć wobec Litwy, nie straciło czasem grunt pod nogami. Oby.

Ryszard Maceikianec

Poprawiony: Niedziela, 12 grudnia 2010