…Społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty szeroko wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodałbym od siebie, że im więcej ponad 180 stopni rozwarcia tego wachlarza, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, a więc i bogactwie myśli społeczeństwa. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki.  Józef Mackiewicz. Kompleks niemiecki. Kultura, 1956

Z listów do Mieczysława Grydzewskiego 1946-1966 Drukuj
Autor: Rafał Habielski - wybór i opracowanie   
Poniedziałek, 18 marca 2013

Z listów do Mieczysława Grydzewskiego 1946-1966

Wybór, wstęp i opracowanie Rafał Habielski

Copyright © The Lanckoroński Foundation and Stefania Kossowska Fist published in Polish
in November 1990 Pierwsze wydanie polskie
ISBN O 902352 89 X

Wstęp

Po przekroczeniu progu archiwum «Wiadomości» w Londynie zwraca uwagę pokaźna ilość, pochylonych pod ciężarem zawartości i przysypanych przysłowiowym pyłem starości, teczek z korespondencją do redaktorów pisma. Pierwsze z listów datowane są w roku 1945, kiedy Mieczysław Grydzewski, niezrażony faktem zamknięcia przez rząd Jego Królewskiej Mości «Wiadomości Polskich» (1940-1944), przygotowywał się do uruchomienia trzeciego wcielenia tygodnika. Miało to miejsce w kwietniu 1946 roku i od tego czasu ilość napływającej korespondencji szybko rosła. Przyczyną tego nie była bynajmniej epistolograficzna predylekcja redaktora. Otoczony dziesiątkami respondentów Grydzewski reagował na ogół zwięźle, ograniczając się zazwyczaj do odpowiedzi na stawiane mu pytania, zarzuty i prośby.

Specyfikę napływających każdego dnia listów stanowiła ich urzędowość. Pisano przecież do redaktora, pisano więc (może wyjąwszy przyjaciół, choć to też nie było regułą obowiązującą) w sprawach dotyczących «Wiadomości». W tym też właśnie upatrywałbym wartość tej korespondencji. Dzieje pism, także tych redagowanych przez Grydzewskiego, znane są przeważnie poprzez antologie publicystyki, wspomnienia współpracowników, anegdoty, rzadziej już przez analizę drukowanych w nich tekstów. Korespondencja współtworzących tygodnik autorów nabiera zatem szczególnego znaczenia, przynosząc nieznany bliżej zasób informacji tak o współpracownikach, jak o koncepcji redaktorskiej prowadzącego pismo. To bowiem, co czytelnicy «Wiadomości» mieli możność przeczytać w ukazującym się co czwartek numerze, było zwykle efektem długotrwałych zmagań nie tylko o sprawy najistotniejsze, lecz także o ortografię, interpunkcję, nawet pisownię nazw, imion i nazwisk.


Grydzewski mawiał o sobie, że jest liberałem. Od razu trzeba jednak zaznaczyć, iż był to liberalizm szczególnej próby. Szacunek dla odmienności przekonań, mający nie zawsze wyraźnie zaznaczone granice, przeplatał się z niezłomnością polityczną i głębokim, czasami chyba nazbyt głębokim przywiązaniem do własnych gustów i przekonań. Wszystko to razem wzięte powodowało, że jakkolwiek «Wiadomości» otwarte były dla wszystkich, którzy poszczycić się mogli otwartą głową i sprawnym piórem, droga do druku bywała długa i niełatwa. Dotyczyło to także tych największych, nadających tygodnikowi styl i urok, tych, których teksty zaświadczały o charakterze i znaczeniu «Wiadomości».

Ta niezłomność zasad Grydzewskiego przysparzała mu nie tylko więcej pracy nad płachtami korekt i rewizji, przysparzała także korespondencji, a korespondencję tę czyniła z kolei zasobną w wyznania, argumenty i perswazje mające uzasadnić racje autorów. Tym samym więc listy owe zawierają swoiste credo ich autorów, będąc szczególnym świadectwem tak poglądów politycznych, jak gustów literackich. Są zatem źródłem nie tylko do dziejów pisma, lecz także źródłem do zbiorowej biografii jego współpracowników.
O «Wiadomościach Literackich» (1924-1939) można powiedzieć, że były pismem zarówno pokolenia wchodzącego w życie wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości, jak i swego rodzaju formacji intelektualnej. W «Wiadomościach Polskich» (1940-1944) zabrakło tych wszystkich dawnych współpracowników, którzy zostali w kraju, i z których wielu zginęło (Tadeusz Boy Żeleński, Emil Breiter i in.).

Gdy «Wiadomości» bezprzymiotnikowe zaczęły ukazywać się w 1946 r., nie było już w nich również tych, którzy w 1945 r. opowiedzieli się za powrotem do kraju (Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Ksawery Pruszyński). Grydzewski posiadł jednak wszystkie tajemnice doboru autorów, potrafiąc nie tylko przyciągać do współpracy, ale i stwarzać nowych krytyków, publicystów, pamiętnikarzy. W ten właśnie sposób powstał nowy zespół piór, autorów nierzadko całkiem odmiennych orientacji estetycznych bądź politycznych, złączonych niemniej przekonaniem, iż owa wielość i różność tworzy instytucjonalny wymiar «Wiadomości».

Grydzewskiemu nie zawsze udawało się osiągnąć harmonię we współpracy z autorami, którzy doprowadzeni do rozpaczy ingerencjami redaktora na dłuższy bądź krótszy okres czasu - nigdy na stałe - zrywali kontakt z pismem. Bez ryzyka uchybienia prawdzie można jednak powiedzieć, że czytelników miał zawsze po swojej stronie. Jego ulubione książki oraz cenieni przezeń pisarze, poeci i publicyści byli także pupilami czytającej publiczności i wydaje się, że jedną z tajemnic powodzenia «Wiadomości» było właśnie to sprzężenie zwrotne zachodzące pomiędzy rym czego oczekiwano, a rym co przynosił kolejny numer pisma. Grydzewski mógł mieć zatem powód do satysfakcji, czytając kartki z kandydaturami nadsyłanymi na rozpisany przez siebie konkurs na najpopularniejszych wedle czytelników «Wiadomości» pisarzy przebywających na emigracji. W większości wypadków głosowano na tych, których sam uważał za najlepszych, ponadto zaś na nazwiska, które automatycznie łączono z pismem. Wynik konkursu opublikowały «Wiadomości» w październiku 1955 r., a pierwsza dziesiątka przedstawiała się następująco: Stanisław Mackiewicz, Józef Mackiewicz, Zygmunt Nowakowski, Stefan Badeni, Jan Fryling, Janusz Kowalewski, Tadeusz Nowakow-ski, Juliusz Sakowski, Ferdynand Goetel i Jan Lechoń.

Swego rodzaju powtórzeniem tego plebiscytu popularności był pomysł reaktywowania Akademii Literatury powstałej z wyboru czytelników «Wiadomości Literackich» w 1935 r. Pierwsza wybrana w 1958 r. piętnastka tworzyła jury przyznawanej corocznie nagrody tygodnika dla najlepszej opublikowanej na emigracji książki polskiego pisarza. Jesienią 1959 r. w skład owego gremium weszli: Kazimierz Wierzyński, Mieczysław Grydzewski, Ferdynand Goetel, Józef Wittlin, Zygmunt Nowakowski, Marian Kukieł, Józef Mackiewicz, Oskar Halecki, Wacław Grubiński, Czesław Miłosz, Tadeusz Nowakowski, Stanisław Baliński, Tymon Terlecki, Jan Rostworowski i Józef Łobodowski.

Preferencje czytelników «Wiadomości», podobnie do preferencji samego Grydzewskiego, tylko pozornie zdają się być pozbawione związku z kierowaną do redaktora korespondencją. Kiedy bowiem zrodził się zamysł opublikowania drobnego fragmentu listów, składających się na archiwum pisma, owe klasyfikacje popularności i uznania okazały się instrumentem nader pomocnym w konstruowaniu kryterium doboru autorów. Decydując się na prezentację listów z lat 1946-1966, a więc dwudziestolecia kierowania «Wiadomościami» przez Grydzewskiego, który od listopada 1966 r. przebywał w londyńskiej klinice, gdzie zmarł w styczniu 1970 r., sprawą nadrzędną było właśnie owo kryterium doboru respondentów. Jego istota sprowadziła się zaś do wyłonienia tych współpracowników pisma, których listy warte są druku nie tylko ze względu na wagę twórczości ich autorów, lecz także odgrywane w piśmie znaczenie, czytelniczą popularność, w mniejszym może stopniu zażyłość z redaktorem.

Wybrana jedenastka spełniła chyba wszystkie powyższe wymogi, choć tylko połowa z nich, z większą lub mniejszą regularnością, pisywała bądź była obecna na łamach «Wiadomości» między rokiem 1946 a 1966. Mam tu na myśli Mariana Hemara, Kazimierza Wierzyńskiego, Józefa Mackiewicza, Józefa Wittlina i Mariana Kukiela. Z pozostałych Stanisław Cat-Mackiewicz wyjechał do Polski w czerwcu 1956 r., a Stefan Badeni, Ferdynand Goetel i Zygmunt Nowakowski zmarli przed 1966 r.

Okres wzmożonej współpracy z «Wiadomościami» Wacława A. Zbyszewskiego związanego z tygodnikiem od czasów wojny i pisującego ówcześnie pod pseudonimem Krzysztof Nienaski przypadł na lata 50-te i 60-te. Zdzisław Czermański został zaś wybrany nie tyle ze względu na swe związki z «Wiadomościami Literackimi», ile na fakt reprezentowania dwóch dyscyplin - plastyki i literatury. Trzeba przy tym przyznać, że jakkolwiek rysunki jego cieszyły się dużym uznaniem czytelników, nie należał ze względu na fakt dość rzadkiego pojawiania się w «Wiadomościach» do autorów najpopularniejszych i w głosowaniu „akademickim" zajął odległą pozycję.

Jak nietrudno zauważyć, wybór powyższy obejmuje autorów już nieżyjących i nie jest to decyzja przypadkowa. Stąd brak listów Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, bliskiego współpracownika «Wiadomości» na przełomie lat 40-tych i 50-tych, listów Tadeusza Nowakowskiego, związanego z tygodnikiem niemal od momentu powstania do chwili jego zamknięcia w 1981 r. czy też Czesława Miłosza, cenionego przez czytelników, nie drukującego jednak w «Wiadomościach» i nie będącego w korespondencyjnym związku z Grydzewskim — pisarza, który mimo znalezienia się w akademickiej piętnastce odmówił wejścia w skład jury nagrody pisma. Skoro już mowa o nieobecnych, nie sposób pominąć osoby Jana Lechonia, którego wpływ na wszystkie trzy odmiany tygodnika Grydzewskiego nie ulega wątpliwości. Listy jego zostały wykradzione z archiwum «Wiadomości» i sprzedane bibliotece jednego z amerykańskich uniwersytetów.

Nie mniejszych problemów niż wybór autorów przysparzała selekcja listów. Chodziło, rzecz jasna, o najciekawsze, zdaję sobie jednak sprawę, że jest to kryterium cokolwiek za ogólne. A zatem wybierałem listy odznaczające się największą wartością informacyjną, ujawniające zarazem relacje łączące ich autora z pismem i jego redaktorem. Nie było to zadanie łatwe, zważywszy nie tylko na ilość listów, ale i objętość książki. Mam jednak nadzieję, że niniejszy wybór nie narusza klimatu całości adresowanej do Grydzewskiego korespondencji poszczególnych autorów zachowując to, co stanowiło w każdym przypadku jej nastrój i jej istotę.

Książka ta swój kształt i swe powstanie zawdzięcza Pani Stefanii Kossowskiej, ostatniej redaktorce «Wiadomości» oraz Panu Janowi Badeniemu, Prezesowi Fundacji z Brzezia Lanckorońskich, którym za umożliwienie mi pracy i okazaną pomoc serdecznie dziękuję.
Rafał Habielski
***
Mieczysław Grydzewski
(1894-1970) studiował prawo na Uniwersytecie Moskiewskim, od 1917 r. prawo i nauki polityczne na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie uzyskał tytuł doktora na podstawie pracy o stosunkach polsko-francuskich w czasie panowania Stanisława Augusta. Założyciel Skamandra, twórca, redaktor i współwydawca tygodnika «Wiadomości Literackie» (1924-1939).

Po wybuchu wojny przedostał się do Paryża, gdzie wraz z Zygmuntem Nowakowskim doprowadził do powstania tygodnika «Wiadomości Polskie», po klęsce Francji ukazującego się w Londynie do 1944 r. i zamkniętego przez rząd brytyjski wskutek sprzeciwu pisma wobec rozpoczynającego się podporządkowania Polski Rosji Sowieckiej. W latach 1945-1946 redagował Bibliotekę „ Wczoraj i Dziś" i różne almanachy pomyślane jako swego rodzaju kontynuacja pisma.

W kwietniu 1946 r. wznowił tygodnik, tym razem pod tytułem «Wiadomości»; kierował nim do czasu swej choroby w końcu 1966 r., prowadząc zarazem swój autorski dział,, Silva rerum ". Opublikował: Na 150-lecie rzezi Pragi (4 listopada 1794) (1945), Wiersze polskie wybrane (red.) (1946), Warszawa w pieśni (red.) (1946). Przygotował do druku nigdy nie opublikowane antologie polskiej nowelistyki, eseistyki politycznej oraz tom poświęcony pamięci Fryderyka Chopina.


***

Listy Stanisława Mackiewicza (Cata)

Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) studiował prawo na uniwersytetach Warszawskim i Jagiellońskim. Od 1922 do 1939 r. wydawał i redagował wileński dziennik o orientacji konserwatywnej «Słowo», poseł na sejm w latach 1928-1935.
W marcu 1939 roku osadzony na krótko w obozie izolacyjnym w Berezie Kartuskiej za krytykę polityki zagranicznej i obronnej rządu gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego.
Po wybuchu wojny, do lata 1940 r. wydawał w Paryżu tygodnik «Słowo». W latach 1940-1956 mieszkał w Londynie, gdzie redagował tygodnik „Lwów i Wilno” (1946-1950). Ponad rok (1954-1955) pełnił funkcję premiera rządu na emigracji; wrócił do Polski w czerwcu 1956 r. Bliski współpracownik «Wiadomości». W ankiecie czytelników (1955) wybrany najpopularniejszym pisarzem na emigracji. Po 1939 r. opublikował ponad 40 broszur politycznych m.in. Historię Polski. Od 11 listopada 1918 do 17września 1939 (1941), Lata nadziei. 17 wrzesień 1939-5 lipca 1945 (1946), Dostojewski (w jęz. ang. 1947), Stanisław August (1953), Londyniszcze (1957).


***

20 marca 1946
Szanowny Panie
Ucieszyłem się bardzo z listu, który dzisiaj od Pana otrzymałem, że «Wiadomości» znowu wychodzą. W swojej książce o emigracji, o której Pan wie, poświęcam «Wiadomościom» rozdział duży i solidny.

Pańska uprzejma propozycja, którą sobie nader cenię, jak zawsze, przypomina mi anegdotę dla dobrych Niemców: „Proszę Pana o rękę Pańskiej córki" - mówi elegancki jegomość — Da kommt uberhaupt nich in Frage, oderganze Madel, odernichts"* - odpowiada ten.

Jeśli Pan obieca, że nie będzie usiłował mi poprawiać stylu, języka, gramatyki, składni, rusycyzmów i prowincjonalizmów - służę. Jeśli Pan nie obiecuje - szkoda gadać.

W wypadku przewidzianym pod Nr 1. wysłałbym Panu rozdział z Dostojewskiego zawierający charakterystyki pisarzy rosyjskich z 1846 r. (literatura rosyjska przed stu laty) zawierający m.in. charakterystykę Niekrasowa i Turgieniewa oraz łączący się z tym opis wykonywania wyroku na Dostojewskim na placu Siemionowskim.

Trzeba było oczywiście zaznaczyć, że to są rozdziały z książki, która wyjdzie po angielsku, nakładem firmy „Orbis".

Rząd Jedności Narodowej wydał dekret, że wszyscy, którzy brali udział w opracowaniu konstytucji faszystowskiej 1935 podlegają karze śmierci. Dotyczy to z Pańskich znajomych mnie, ponieważ byłem sekretarzem tej komisji oraz p. Mękarskiego1. Czy nie ma Pan fotografii p. Mękarskiego, bo chciałbym ją umieścić w swoich Latach Nadziei, ewentualnie w czarnych ramkach.

W wypadku, gdyby Pan nie uważał za możliwe zamieszczenia mego artykułu bez poprawek językowych, proszę mi na ten list nie odpowiadać, gdyż i tak za jakieś dwa tygodnie spotkamy się w British Museum, ponieważ kończę swą książkę. Natomiast chciałem Pana prosić o łaskawe ogłoszenie zapowiedzi o moich Latach nadziei.

Serdecznie dłoń Pańską ściskam Stanisław Mackiewicz reakcjonista
P.S. Do tego artykułu dodałbym fotografie Dostojewskiego-dwie, Turgieniewa - dwie, Niekrasowa jedną lub dwie i Panajewowej - t.j. „dziwka" - jakby powiedział Karol [Zbyszewski], w której wszyscy oni się kochali.

* To w ogóle nie wchodzi w rachubę; albo cała dziewczyna, albo nic. 1.Stefan Mekarski (1895-1985) działacz polityczny, publicysta, poseł na sejm wiatach 1930-1935.

***

25 października [1948]

Panie Mieczysławie
Pańska tyrania wywołuje we mnie odruchy rozpaczy. Na miłość Boską, jedyne co mi pozostało to to, że pisać mogę powodując się własnym, a nie cudzym gustem. I tego sobie odebrać nie pozwolę.

Panu się nie podoba wyraz „lata dziewięćdziesiąte", a dla mnie jest prześliczny, przypomina mi „Kajecienięta" — majątek w powiecie oszmańskim.

Panu podoba się wyraz „równie", a dla mnie brzmi on jak „gównie" i protestuję, aby takie wyrazy były mi podsuwane.

Pan zastępuje mi „widzieć" przez „oglądam", a dla mnie „oglądam" brzmi jak „wyglądaj, wyglądaj, ładnie będziesz wyglądał".

Pan mi skreśla Ryszard i Fryderyk w zdaniu, a ja uważam, że te zdania dla swej muzykalności wymagają tych wyrazów.

Pan mi pisze „często jest", kiedy ja napisałem: „jest często".

Najgoręcej protestuję przeciwko zmienianiu mi tego, co piszę: „Uginają się półki" przez zmianę mi całego zdania.

Wreszcie, oczywiście Pan ma rację, trzeba pisać „Dehmlem", a nie „Dehmelem", ależ przecież na miłość Boską to cytat z Przybyszewskiego. Ja uważam nie tylko za niemożliwe, ale za niekulturalne zmieniać byłym pisarzom ich sposób pisania. W takim razie będziemy zmieniali także Kitowicza.

Panie Mieczysławie, Pan wie jaką radością napełnia mnie praca w «Wiadomościach», ale wiele razy Pan mi obiecał, że nie będzie mi Pan rękopisów poprawiał, bo ja się na to nie zgadzam.

„Anachroniczny" co innego, a „anachronistyczny" co innego. Są tu różnice subtelne. Można ich nie widzieć lub nie uznawać, ale nie może mi Pan zabraniać, abym ja ich nie widział. „Monarchiczny" jest także co innego, a „monarchistyczny" co innego. Monarchiczny jest ustrój, a monarchistyczny jest kierunek młodzieżowy dążący do monarchii w państwie, w którym tej monarchii nie ma.

Srebnoskrzydła i srebrzystoskrzydła to także pojęcia podobne, ale [nie] identyczne.

Wybaczy Pan, ale poprawianie rękopisu Terleckiemu czy Bronclowi1, a Stanisławowi Mackiewiczowi to także co innego.

Z najbliższego honorarium ofiaruję połowę na św. Judę Tadeusza, patrona od życzeń niezwykłych, aby list tej treści adresowany do Pana był listem ostatnim.

Serdeczne pozdrowienia przesyłam Stanisław Mackiewicz

1 Zdzisław Broncel (1909) poeta, krytyk literacki, na emigracji w Wlk. Brytanii od 1947 r.


***

Ministerstwo Spraw Zagranicznych[1949]

Drogi Panie Mieczysławie
Żałuję, że nie czyta Pan «Wiadomości», a przynajmniej że nie czyta Pan niezbitych moich argumentów w sprawach językowych, które był Pan łaskaw w «Wiadomościach» drukować.
Jest Pan tytanem pracy kulturalnej. Znowu 20 stronicowy numer «Wiadomości» jest największym wyczynem emigracji. Pokolenia będą sławiły Pańską pamięć.

Ale jak Bonaparte rozstrzelaniem księcia d'Enghien, a Piłsudski Brześciem, plami Pan swoją historię tymi „Dostojewskij" lub „Charles" Maurras.

Język nie polega na unikaniu t.zw. „słów obcych". Wie Pan zarówno dobrze, jak ja, że „słowo obce" jest pojęciem ludzi niewykształconych. Wszystkie słowa są obce, bo między językami jest stały obrót. Natomiast słowo powinno być zasymilowane z językiem. Stąd przenoszenie żywcem słów z jednego języka do drugiego jest potwornością, żargonem, bastardyzmem, jest naruszeniem językowej harmonii, jedną z najobrzydliwszych rzeczy na świecie, czemś w rodzaju takiej ohydy, jak pomnik Alberta w Londynie, także złożony z różnych stylów.

Co do koegzystencji to, oczywiście, słowo to ma swój aspekt historyczny i uczuciowy. Koegzystencja kojarzy się ze swoistą polityką wobec Rosji. Nigdy bym nie napisał o „koegzystencji" Rzymu z Helladą, a kto wie, czy wtedy nie użyłbym wyrazu współistnienie. Natomiast polityka koegzystencji jest dla nas polityką nienawistną i obrzydliwą, toteż trzeba aby wyraz, którym tę politykę nazywamy brzmiał również brzydko.

Jestem bardzo dobrym pisarzem - Panie Mieczysławie - pomimo że nie otrzymałem na emigracji żadnej nagrody literackiej.

Swoimi najniepotrzebniejszemi poprawkami wyrządza Pan mi szaloną krzywdę. Moje niechlujstwo języka jest świadome i celowe. Język mój nie jest niechlujny, gdy trzeba powiedzieć coś precyzyjnego, a jest niechlujny, gdy chce powiedzieć coś niedbale. Pańskie sprzątanie mej prozy jest zatruwaniem mi tej wielkiej przyjemności, którą mam mając zaszczyt pisać w pańskich wspaniałych «Wiadomościach». Ostatni raz nie napisałem artykułu przez kalkę. Zgodnie z wielokrotnemi Pańskimi zapowiedziami mam prawo pisać tak, jak chcę. Toteż z góry zapowiadam, że nie mogę się godzić na żadne poprawki.

Tem bardziej, że czasami ujawnia Pan, że jest Pan po prostu Hitlerem bezzasadnie rozstrzeliwującym miłych Cyganów. Co to znaczy te „postaci"!! Gramatycy są od tego, aby mówili nonsensy, zresztą przeważnie w ogóle nie umieli mówić po polsku, jak ci którzy wymyślili, że jest „ten kometa" i „ten planeta''. Może więc gramatycy w rodzaju Szobera1 i jeszcze kogoś mniej mądrego uważają „postaci" zamiast postacie za dopuszczalne, ale Pan sam nigdy nie powie „postaci". Toteż zdanie Pańskie, że w «Wiadomościach» obowiązuje „postaci" brzmi tak, jakby Pan napisał, że obowiązuje „ogo" zamiast „ogon" lub „kuta" zamiast „kutas".
Przesyłając mnóstwo najserdeczniejszych wyrazów, sługą najniższym się piszę

Stanisław Mackiewicz

1 Stanisław Szober (1879-1938) językoznawca.


***

21 grudzień 1950

Drogi Panie - Dostałem dziś list Pański - ultraniesłuszny. Nie proszę Pana o drukowanie całości D.[ostojewskiego] w jednym numerze i wiem, że Pan tego nie obiecywał mi nigdy. Natomiast apeluję do Pana jako do znawcy literatury. Przez umieszczenie słow[ianofilów] i zapadników w jednym numerze osiągamy kontrast o wielkim moim zdaniem znaczeniu artystycznym i naukowem.1 Kontrast ten bowiem daje właściwą syntezę ówczesnej Rosji. Przez umieszczenie tych dwóch specjalnie rozdziałów osobno Pan ten kontrast, tę syntezę marnuje. To tak, jakby Pan kobietę położył do łóżka w Wimbledonie, a mężczyznę na Bloomsbury. Wtedy aktu płciowego nie będzie. Tak samo i tutaj w głowie czytelnika nie zapali się to WRAŻENIE kontrastu, o którego wywołanie mi chodzi.

Jest to zresztą OSTATNIA moja prośba co do połączenia dwóch rozdziałów w jednym numerze. Potem nawet króciutkie rozdziałki, nawet 1863 r. może iść osobno, jeśli Pan tak chce koniecznie. Natomiast obiecał mi Pan, że rozdziały nie będą dzielone.

Proszę przyjąć serdeczne wyrazy pozdrowienia
Stanisław Mackiewicz

1 Tekst ów został jednak przez Grydzewskiego podzielony - „Słowianofile", «Wiadomości» nr 250, 1951 r., „Szkoła zachodnia" nr 252, 1951 r.

***

25 maja 1951 r.
Drogi Panie Mieczysławie,
Pacta sunt servanda. Obiecał mi Pan łaskawie, że moje rękopisy przerabiane nie będą. Proszę bardzo o łaskawe uwzględnienie przywrócenia tekstu pierwotnego, względnie o zaniechanie drukowania artykułu. Pan wie, jak wysoko cenię «Wiadomości», to pismo na najwyższym poziomie i jedyne dziś niezależne i jedyne, w którem pisać mogę, ale spółką pisarską nie jestem i w żaden sposób nie zgodzę się na zmienianie mego stylu, choćby dlatego, że jestem dobrym stylistą.

Jestem zgodny i zgadzam się nawet na tak niesłuszne poprawki, jak zmiana Napoleondorów na Napoleony (właśnie czytałem Krasińskiego, który pisze Napoleondory), ale w żadnym wypadku nie mogę uznać zmian robionych nawet bez porozumienia ze mną. Nie przywracam zmian w podziałach „od wiersza", bo nie chcę narażać poczciwego Mowszy na przeskładywanie, ale muszę się przyznać, że także na tego rodzaju zmiany w przyszłości, o ile Pan łaskawie zechce moje rzeczy drukować, zgodzić się nie mogę.

Serdeczne, najserdeczniejsze pozdrowienia załączam
Stanisław Mackiewicz
***
5 Heath Drive N.W3 Ham 77-18, 3 czerwca 1951

Szanowny i Drogi Panie.
Mój przyjaciel p. Jacques de Cerizay1 napisał jednoaktówkę, a moja znajoma panna Inna (Seweryna) Chreptowiczówna przetłumaczyła ją doskonale najpoprawniejszą polszczyzną. Wobec tego, zapytuję Pana, czy zechciałby pan ją drukować, bo gdyby nie, to będę ją musiał posłać do parrrszywej «Kultury».

Panna Chreptowiczówna ma dyplom hrabiowski z 1569 r. i dyplom ten jest polski, co jest wielkim rarytasem w świecie. Jak Pan wie, Chreptowiczowie na równie z Chodkiewiczami i Tyszkiewiczami otrzymali hrabiostwo na Sejmie Lubelskim. Są herbu Odrowąż.

Natomiast - szeptem i tylko Panu - muszę powiedzieć, że nazwisko de Cerizay tylko fonetycznie tak markizosko wygląda. De facto liczyć się należy z tragi-komiczną sytuacją, iż jest to rodzina nobilitowana dopiero w 1728 r. W herbie posiada jakieś kule i jakieś głupie trójkąty.

Teraz o tem, co najważniejsze. Dotychczas mój stosunek do Pana w sprawach pieniężnych ma charakter synowski. Skarżę się Panu na konieczność potrzeby, która mi dokucza, Pan daje mi jakąś kwotkę i ja z wdzięcznością biegnę i załatwiam tę potrzebę. Rachunku moich wierzytelności doprosić się nie mogę. Wobec tego, raz jeszcze tę prośbę ponawiam. Z mej strony wystawiam Panu następujący rachunek ramowy.
Honorarium p. Jacques de Cerizay...............25 funtów
(wypłacone już przeze mnie)
Honorarium hr. Chreptowiczówny h. Odrowąż......10 -//-
(wypłacone już przeze mnie)
Przegrane przeze mnie Marysi Wołowskiej
w obronie Pańskiego honoru.....................10 -//-
Należność za Dostojewskiego....................?? -//-
razem................................................??? funtów
Bardzo, bardzo byłbym Panu wdzięczny, gdyby Pan a conto tego wszystkiego wypłacił mi jutro w poniedziałek chociażby sto funtów. Serdeczne pozdrowienia załączam i jutro będę Pana szukał.

Stanisław Mackiewicz

1 Pseudonim używany przez Mackiewicza.

***

5 Heath Drive N.W.3 London Ham 77-18, 12 czerwca 1951


Szanowny i Drogi Panie
Przed chwilą otrzymałem od Pana list, na który odpisuję w sposób bardzo serio.

l)Co do listu ogłoszonego w listach do redakcji. W tej formie, w jakiej on został wydrukowany stanowi on głupie grubiaństwo, za które można wytoczyć sprawę o „libel" i z łatwością ją wygrać. Oczywiście, nie zamierzam robić nic podobnego. Byłoby zupełnie co innego, gdyby zawierał on te szczegóły, które Pan ujawnił w liście prywatnym do mnie, mianowicie, że pochodzi on od kobiety i od takiej kobiety, która ofiarowała mi buteleczkę rumu. Nie przeczę, że z dodatkiem tych szczegółów miałby on zupełnie inny charakter, nie byłby wtedy pospolitem głupiem grubiaństwem, jakim jest w obecnej formie.

2) Co do spraw pieniężnych to jednak pamięć Pańska zawodzi Pana co do wielu szczegółów. Prawdą jest, że proponowałem Panu rok temu wydrukowanie całego Dostojewskiego za kwotę 20 funtów wypłaconą mi z góry, ale prawdą jest także, że Pan wtedy powiedział, że nie jest Pan lichwiarzem wyzyskującym sytuację. Natomiast nieprawdą jest, abym kiedykolwiek się zgodził na 10 szylingów od szpalty, cenę, której się nikomu nie płaci. Prawdą jest, że od bardzo dawna prosiłem o rachunek w sprawie Dostojewskiego i Pan go odkładał z dnia na dzień.

W żadnym razie nie mogę uznać, żeby mój Dostojewski był czemś, co zasługuje na jakąś minusową ocenę.

Nie mam zamiaru o to się procesować ani też nie uznawać tej sytuacji, że «Wiadomości» zasługują ze wszech miar na poparcie pod każdym względem. Gotów jestem też oddać Panu resztę Dostojewskiego darmo, o ile się dowiem, że Nowakowski i Zbyszewski także darmo dla «Wiadomości» pracować będą. Póki jednak tak nie jest, to poprosiłbym o wyrównanie mi zaległego rachunku za Dostojewskiego, jeśli nie w wysokości 3 funtów za odcinek, ponieważ tak wysokie honorarium przeznacza pan dla uprzywilejowanych, to w każdym razie po 2 funty za odcinek, co zresztą będzie stanowiło bardzo małą różnicę z wypłaconem mi już honorarium i o dalsze płacenie po dwa funty po ukazaniu się każdego numeru.

Nikt chyba nie uzna, że moje żądania są wygórowane.

Zechce Pan przyjąć wyrazy szacunku i pozdrowienia

Stan Mackiewicz

***

12.12.51
Drogi Panie Mieczysławie
Otrzymałem funta z wielkim podziękowaniem, ale wypłacając mi honorarium za artykuł o „Astrologii"1 już mi Pan funta potrącił, a od czasu artykułu o astrologii nie otrzymywałem od Pana żadnych pieniędzy. Wtedy wyraźnie mi Pan powiedział, że Pan mi funta potrąca, więc uważał Pan, że płaci mi za ten artykuł nie 2 lecz 3 funty, wobec tego albo się teraz Pan pomylił, albo ex post zredukował mi moje honorarium za astrologię o jednego funta. Tertium non datur -jak się pisze w artykułach.

Od kilku tygodni nie zamieszcza Pan moich artykułów, widać słusznie Pan uważa, że są do d. Z tem mogę się zgodzić, natomiast uważam, że mój Dostojewski jest niewątpliwie najlepszą książką na emigracji w ogóle i kto wie, czy nie najlepszą książką o Dostojewskim. Wobec tego, czuję się poważnie skrzywdzony tem, że nie weszła ona do gwiazdkowego numeru. Nawet Anna Karenina byłaby zupełnie zdeprecjonowana, gdyby się ukazywała w odcinkach jednorozdziałowych co dwa miesiące. Zostały Panu tylko dwa rozdziały i nie drukuje Pan ich od dwóch miesięcy i nawet nie w numerze gwiazdkowym.

Wiem, że Pan nie lubi tego rodzaju skarg, ale w danym wypadku występuję w obronie mego Dostojewskiego, książki niewątpliwie doskonałej, której drukowanie jest Pańską zasługą, niewątpliwie zresztą jedną z wielu, ale tem niemniej zasługą i którą to książkę Pan w ten sposób niszczy.

Mam nadzieję, że Pan mi pozwoli się wyrazić o Pragierze w podobnie nieprzyjemny sposób, jak on napisał o mojej „figlarnej" publicystyce2. Lepiej by Pragier uważał, abym mu figla nie spłatał, co przecież zrobić jest bardzo łatwo. Wie Pan już przecie, że wybór Pragiera na wiceprezesa Rady wywołał konieczność powołania na jej prezesa Sergiusza Piaseckiego3 w myśl zasady hierarchicznej.

Serdeczne pozdrowienia załączam Stanisław Mackiewicz

1  „Gramatyka i astrologia", «Wiadomości» nr 301, 1952 r.
2 Adam Pragier (1886-1976) polityk, publicysta, na emigracji od 1939 r., w latach 1944-47 minister informacji i propagandy, bliski współpracownik «Wiadomości», autor cyklu felietonów „Puszka Pandory", które pisywał od 1950 r. Członek jury nagrody «Wiadomości» od 1970 r. Opublikował m.in. Czas przeszły dokonany (1966), Puszka Pandory (1969). O Mackiewiczu pisał w nr. 298, 1951 r.
3 Sergiusz  Piasecki   (1899-1964)  pisarz,   na  emigracji w  Wlk. Brytanii od 1946 r.


***

20 grudzień 1951

Drogi Panie Mieczysławie
Wobec świąt i całkowitego mego ubóstwa ośmielam się zapytać Pana z największą nieśmiałością, czy nie mógłby mi Pan udzielić zaliczki 3 funtów przed świętami.
Ewentualny artykuł mógłbym Panu wręczyć w poniedziałek, ale 3 funty musiałbym mieć w sobotę.

Panie Mieczysławie. Niech mi Pan nie powtarza, że «Wiadomości» są doskonałym tygodnikiem, ale nie kasą dla zbankrutowanych pisarzy, wykolejeńców, degeneratów, bywszich ludzi i innego rodzaju monarchistów. Rozumiem to aż tak dobrze, że w razie negatywnej odpowiedzi (negatywnego załatwienia odnośnego pisma) proszę mnie w ogóle o tem nie zawiadamiać - będę rozumiał, że Pan nie mógł mi pomóc.

Sam Pan jednak rozumie, że zostać bez grosza na święta jest bardzo przykro, a mnie jednak nie stać na to, abym się podjął pracy fizycznej.

Czy o tych cudownych pamiętnikach Rzewuskiej1 pisał ktoś w « Wiadomościach »?

Stanisław Mackiewicz

1 Memnircs de la Comtese Rosalie Rzewiiska (1788-] 865), T I-III, Rzym 1939-1950, pamiętniki omawiał Stefan Badeni w nr. 301 « Wiadomości”, 1952 r.


***

15 luty 1952

Szanowny i Drogi Panie Mieczysławie

Śmierć czyha na nas ze swą kosą, jak mówią finezyjni poeci, a ja chciałbym ulżyć Panu w robocie redakcyjnej i prócz tego mieć godziwy zarobek. Stąd proponuję Panu, że zawczasu napiszę Panu żałosne i tkliwe nekrologi o wybitnych postaciach na emigracji w ten sposób oszczędzając Panu nerwów, telefonów i poszukiwań wtedy, gdy takie smutne wydarzenie niespodziewanie na nas spadnie. Pan po prostu będzie te nekrologi przechowywał w biurku, w teczce z czarną obwódką i w chwili odpowiedniej śmierci z uśmiechem wyższości nad innemi redaktorami, którzy się wtedy będą miotać, będzie je posyłał Mowszy do składania.

W pierwszym miocie wchodziłyby w grę następujące osoby:
ś.p. Zofja Arciszewska (od Simu)
ś.p. Tomasz Arciszewski1
ś.p. Tadeusz Bielecki2
ś.p. Jego Ekscelencja x.dr Biskup Józef z Gawna Gawlina3
ś.p. Mieczysław Grydzewski
ś.p. Stanisław Mackiewicz
ś.p. Zygmunt Nowakowski
ś.p. Krystyna Sierzowa
ś.p. August Zaleski4
ś.p. Jerzy Zdziechowski5
ś.p. Karol Zbyszewski
ś.p. dr W A. Zbyszewski

Jako honorarium proponuję skromną kwotę 30 funtów od tuzina. Przy obstalunkach detalicznych musiałaby nastąpić dyferencjacja: od p. Nowakowskiego, Pana, biskupa Gawliny i Arciszewskiego po 5 funtów od sztuki, od innych umarlaków ceny według umowy
pomniejsze. Za panią Arciszewską tyle, ile za życia była warta, za mnie 10 szylingów, czyli t.zw. cenę Hyde Parkową, za panią Krystynę 6 pensów, bo myśl, że wreszcie umarła będzie mi osłodą.

Radzę Panu zastanowić się nad tą propozycją. Wszystkie nekrologi będą łzawe.
Stanisław Mackiewicz

1  Tomasz Arciszewski (1877-1955) polityk, działacz PPS, w Wlk. Brytanii od 1944 r., w latach 1944-1947 premier rządu na emigracji.
2 Tadeusz Bielecki (1901-1982) polityk, w Wlk. Brytanii od 1940 r., przywódca Stronnictwa Narodowego na emigracji.
3  Józef Gawlina (1892-1964) biskup polowy Wojska Polskiego, od 1949 r. zwierzchnik duszpasterstwa na emigracji, arcybiskup od 1952 r.
* August Zaleski (1883-1970) polityk, 1926-1932 minister spraw zagranicznych, prezydent RP od 1947 do 1972 r.
5 Jerzy Zdziechowski (1880-1975) działacz polityczny i gospodarczy.

***

23 stycznia 1953

Drogi Panie Mieczysławie
Posyłam artykuł: „Nike, Nike, Nike"1. Ponieważ jest bardzo długi, proszę o 4 funty z tem, aby jeden funt był mi potrącony na prenumeratę «Wiadomości» dla hr. Ostrowskiej.

Poza tem uważam za konieczne i pilne wydanie przez Pana kolacji w ,,Ox on the roof" dla stałych współpracowników. Mogę Drogiemu Panu o tyle pomóc, że zajmę się wyborem menu i kupieniem wina oraz uregulowaniem rachunku, pod warunkiem uzyskania uprzednio od Pana na ten cel pieniędzy. Jako stałych współpracowników mam na względzie panią Danilewiczową, siebie i ewentualnie dr. Ludwika Rubla, bo wiem, że on zabiega u Kuncewicza o wywiad dla «Wiadomości» z nim i z jego żoną powieściopisarką.

Serdeczne pozdrowienia załączam. Jeśli Pan zaakceptuje artykuł, to w poniedziałek zgłoszę się po honorarium. Czy Pan uważa za możliwe, abym napisał artykuł-biografię zawierającą trzynaście migawek z mego długiego życia. Rozmowy z Wielkim Księciem, z moją córką, z Urke Nahalnikiem, z Papieżem, z Ordonówną, Kauzikiem i innemi osobistościami, wrażenia z dwóch więzień, Cytadeli i Berezy, z pierwszej bitwy i ze znajomości z Czerwińskim. (…)

Z mego „Pies na gradusach leżący” („Wiadomości” nr 355, 1953 r.) wyrzucił Pan nie wiem umyślnie czy przypadkiem ustęp najlepszy: treść listu do X. Michała. Jeżeli to się stało ze względu na złamanie numeru, to przecież tam było raczej wszystko do wyrzucenia, ale nie to. (…)
Serdeczne pozdrowienia załączam
Stanisław Mackiewicz
***
16 września 1953 r.
Panie Mieczysławie
Posyłam Panu głęboki artykuł o Marchlewskim i książkę, ponieważ Pan tego wymaga1.

Nie przynoszę sam, bo nie mam pieniędzy na metro do British Museum.

Artykuł ten przesyłam na pokrycie zaliczki, którą wziąłem, ale jednocześnie przystępuję do pisania artykułu o książce Weyganda, która się teraz ukazała, za który bym poprosił o honorarium, gdyby oczywiście Pan go chciał drukować.

Wiem, jak Pan mnie nie docenia i nie uznaje, mimo że na emigracji jestem jedynym publicystą myślącym, ale odmowa zaliczek będzie miała ten skutek, że Pan będzie siedział w czyśćcu. Nie wtrącam się do Pańskich spraw prywatnych, ale nie wiem, czy opłaci się siedzieć jakieś 600 czy 750 dni i nocy w czyśćcowej rozpalonej smole niż teraz, kiedy literalnie zdycham z głodu, dać mi zaliczkę, która mi pozwoli przetrwać do 25 września.

Przecież sam Pan wie, że nie będę pisał gdzie indziej, jak do «Wiadomości» - nie będę przecież pisał do Kapłona na szaro2 ani do Urynału Kisielewskiego3.

Musze kończyć ten list, bo osłabłem z głodu na skutek Pańskiej bezwzględności
Stanisław Mackiewicz.

1 Recenzja Mackiewicza z książki Julian Marchlewski. Listy do Stefana Żeromskiego i Władysława Orkana (Kraków, 1953) ukazała się w nr. 394, 1953 r.
2 Chodzi o «Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza».
3 Mowa o katolickim tygodniku «Życie» ukazującym się w latach 1947-1959, redagowanym w owym czasie nie przez pisarza i publicystę Józefa Kisielewskiego (1905-1966), lecz przez Jana Bielatowicza.

***

List intymny, nie do druku [1953]

Drogi Panie Mieczysławie. Jak Pan widzi, na Pańskie żądanie skreśliłem ustęp, który się Panu nie podobał, o noweli Maupassanta, i zawsze staram się uzgodnić współpracę, którą mnie Pan zaszczyca i cenię sobie wysoką łaskawość, z któremi Pan mnie i moje artykuły traktuje. Natomiast nie mogę ustąpić w sprawie języka, który jest moją własnością.

Co do gramatyki to również nie ma Pan racji. Polska gramatyka, jak to dowiódł prof. Zieliński1, w samem założeniu jest nonsensem, ponieważ zastosowano gramatykę łacińską do zupełnie obcego materiału językowego, poza tem wśród naszych gramatyków przeważali ludzie albo nie umiejący w ogóle mówić po polsku, albo fantaści, cymbały i epileptycy.

Nigdy się nie poniżę do pisania „na naszym planecie", bo każde dziecko to odczuwa jako gwałt zadany językowi. Co do „chłopowi", to nie wiem o co Panu chodzi, „chłop chłopowi nie dorówna", czy to także niegramatyczne? „Złudzenie" pochodzi od tego samego słowa co „iluzja" i tak samo dobrze iluzja, jak złudzenie są słowami polskiemi czy niepolskiemi w równej mierze. Moim skromnym zdaniem „iluzja", „złudzenie" i „ułuda" są to określenia, które znaczą co innego. „Złudzenie" oznacza branie jednej rzeczywistości za inną rzeczywistość, na przykład patrzę na stół i wydaje mi się, że to jest kanapa, natomiast „iluzja" oznacza płód wyobraźni przyjemny, podczas kiedy „ułuda", płód wyobraźni nie tylko przyjemny, ale i rozkoszny. Nikt nie może powiedzieć „miałem ułudę, że miałem tyfus" albo „iluzję, że miałem tyfus", natomiast można powiedzieć miałem złudzenie, „że byłem pokryty wysypką". W razie przykrego płodu wyobraźni mówi się wadliwie: „koszmar na jawie", bo innego słowa po polsku nie ma.

Czasy, w których uważano, że trzeba zamiast zegarek mówić czasomierz minęły bezpowrotnie, przyczyniła się do nich lingwistyka, która wykazała, że słów „polskich" w ogóle nie ma. Natomiast decydującą jest adaptacja brzmienia wyrazu do języka. Wagon będzie bardziej po polsku niż „wóz" w pojęciu wagonu kolejowego.

Oczywiście rzeczą najstraszniejszą jest wprowadzenie wyrazów nieprzetrawionych, a już zbrodnią nad zbrodniami jest pisanie Charles Maurras zamiast Karol Maurras, Paris zamiast Paryż, London zamiast Londyn, Karl Marx zamiast Karol Marx, Nikołaj Nikołajewicz zamiast Mikołaj Mikołajewicz. Wiem, że jest Pan uparcie i bezzasadnie innego zdania, ale to jest rzeczywiście straszne. Nie znaczy to, aby jakichś imion oryginalnych nie należało zostawiać w ich cudzoziemskim brzmieniu, ale trzeba pamiętać, że język składa się także z właściwej sobie fonetyki, że używając obcych słów nieprzetrawionych stawiamy czytelnika, czytającego na głos przed trudnością wymawiania, nie wie on czy ma zmieniać tempo swego czytania i wymawiać to jedno słowo w fonetyce cudzoziemskiej, czy też wymyślać jakąś nową fonetykę d)a wyrazów obcych. Język jest harmonią i rytmem - wkładanie w język wyrazów obcych jest rzeczą bardzo naganną.

Kiedy będę umierać, ostatnim moim żalem będzie żal, że nie umiałem Pana do tej arcyprawdy przekonać, że w sporze ze mną powołuje się Pan na zdania różnych snobiszczów i hrabiów z
Kołomyi, którzy przede wszystkiem chcą światu przypomnieć, że umieją po francusku.

Stanisław Mackiewicz

1 Tadeusz Zieliński (1859-1954) filolog klasyczny.

***

Rada Narodowa Rzeczypospolitej Polskiej                                          
42, Emperor's Gate, London, S.W.7
Telephone: FREmantle 8948

28 luty 1954 r.

Panie Mieczysławie

Zarzucił mi Pan złą pisownię nazwiska baronów Weyssenhoff. Opowiem Panu, jak ci studenci w Lalce Prusa: Pani baronowa skarży się, że chodzimy goli po pokoju. To nieprawda. Jeden z nas chodzi zawsze w marynarce, a inny zawsze w spodniach. Pani baronowa widzi więc zawsze cały garnitur.

W tekście mojej książki na str. 128 wydrukowane jest nazwisko Weyssenhoff przez dwa „ss", a więc przez jedno „f, natomiast w indeksie nazwisko to podane jest istotnie przez jedno „s", ale za to ma prawidłowo dwa „ff".

Cóż Pan chce, żebym zawsze i wszędzie umieszczał dwa „s" i dwa „f”. Byłoby to rozrzutnością niewłaściwą na emigracji. W ten sposób znać, że doskonale znam pisownię tej rodziny, a tylko przez skróty oszczędzam raz „s", raz „f”.

W każdym razie, mówiąc poważnie, wskazuje to, że nie chodzi tu o nic więcej, jak o błąd korektorski. A niestety, nie mogąc dostać nagrody literackiej na innej drodze, ponieważ udzielane są one tym, którzy streszczają dzieła innych pisarzy i nikt przeciwko temu nie protestuje, chcę przynajmniej dostać nagrodę za rekordową ilość błędów korektorskich, którą mój Stan[isław] August istotnie pochwalić się może.

Czy to prawda, że Pan ustanowił nagrodę za najlepsze i najsprawiedliwsze opracowanie umowy paryskiej1, i że prezesem jury ustanowił Pan Jerzego Kuncewicza.

Co zaś do „dostojewskologów", to najwybitniejszym dostojewskologiem jestem właśnie ja. Tak przynajmniej napisała «Cambridge Review».

Serdeczne pozdrowienie zasyła
St. M.

Umowa, nigdy nie opublikowana, która dotyczyła podziału kompetencji urzędów prezydenta i premiera, zawarta została w Paryżu jesienią 1939 r.
***


27 marca 1954 r.

Drogi Panie Mieczysławie
Raz jeszcze najserdeczniej i najgoręcej dziękuje Panu za pożyczenie mi funta. Jednocześnie posyłam Panu nowy tekst listu w sprawie kurew, który pomija kurwy z Free Europe. Nie mogę się jednak oprzeć chęci napisania jednocześnie, że podporządkowując się Pańskiemu zakazowi lekkiego wspomnienia o Tymonie Terleckim i Tadeuszu Nowakowskim (ten ostatni przy każdej okazji łży mnie od brudasów i innych określeń) nie mogę zrozumieć, dlaczego tak często jestem wspominany na szpaltach «Wiadomości» w możliwie lekceważący sposób. Tego samego dnia, w którym Pan mi powiedział, że listu mego z powodu żarciku o Terleckim i Nowakowskim nie umieści, znalazłem w «Wiadomościach» określenie swojej osoby jako „wariatuńcia".

- Nie rozumiem, dlaczego nie chciał Pan swego czasu umieścić mego listu o Bregmanie1, gdzie go nie nazywałem bezpośrednio osłem (jak na to oczywiście zasługuje), lecz kojarzyłem tylko jego umysłowa sylwetkę z tym zwierzęciem, a zamieszczenie artykułu, w którym nazwany zostałem „wariatuńciem" uważa Pan za rzecz naturalną i niewinną. „Wariatuńcio'" formalnie nie należy do zniewag, ale jest pojęciem jak najbardziej lekceważącym jak „poczciwina", tylko o wiele bardziej. Poza tem, ponieważ sam w sobie upatruję pewnej choroby umysłowej, więc wyraz „wariatuńcio" może być uznany za rozpowszechnianie wiadomości dotyczących życia prywatnego, co jest karane więzieniem obostrzonym twardem łożem.

Nie wiem, czemu nie należę do ludzi, o których nie można ujemnie wspomnieć, jak Kukieł, Bregman, Terlecki, Nowakowski itd. - bo chyba nie stoi Pan na stanowisku, że tylko i jedynie mnie może każdy wymyślać, jak mu się podoba.

Specialnie mnie tonęło porównanie z Limanowskim. Był on moim sprawozdawcą teatralnym. Raz metrampaż się upił i cały jego felieton teatralny poprzestawiał. Ani jeden akapit nie był na miejscu, i ani jeden czytelnik tego nie spostrzegł, do tego stopnia jego recenzje były idiotyczne. W literaturze Limanowski jest odpowiednikiem tego, czym Kuncewicz w polityce, to jest skończonym błaznem.

Doprawdy – nie zdaję sobie zupełnie sprawy, czem sobie zasłużyłem na powód nazywania mnie błaznem.

Poza tem Kira („Moscellanea”) oczywiście nigdy nie była „księżną” rosyjską, bo po polsku księżna to kobieta zamężna, ale księżniczką albo wielką księżniczką. Na mocy prawa wydanego przez Aleksandra III miała ona prawo tylko do tytułu Jej Wielkości Księżniczki, bo tylko dzieci i wnuki cesarza na mocy tego prawa miały uprawnienie do tytułu Jego, względnie jej Cesarska Wysokość Wielki Książę. Wielka Książna lub Wielka Księżniczka ( Wielikaja Kniażna – „cesarstwo wyjechali z małemi wielkiemi księżniczkami” – czytałem kiedyś i  przez chwilę zastanawiałem się, czy te księżniczki były w końcu male czy wielkie) […].

Raz jeszcze za funta dziękuję, piszę artykuł jutro: „Macartyzm czy Pantocorvizm” na poczet tego pożyczonego funta, i mam nadzieję, że najbliższy numer „Wiadomości” będzie wyjątkowo wolny od nazywania mnie wariatuńcem, błaznem czy też zarzucania mi, że nie wiem, że Karyntia to nie Kroacja, a Turcja to nie indyk.

(…) Swoją drogą, czyż rzeczywiście można porównać moją biografię o Dostojewskim czy o Stanisławie Auguście, nawet z tą miernotą, którą napisał Wierzyński  o Szopenie. Są istotne granice w niesprawiedliwości.

Wyrazy szacunku załączam
Stanisław Mackiewicz

***

Listy Mariana Hemara


Marian Hemar (1901-1972) studiował filozofię i medycynę na Uni¬wersytecie Jana Kazimierza we Lwowie; w okresie międzywojennym współtwórca programów i kierownik literacki kabaretów Qui Pro Quo, Cyganeria Warszawska i Cyrulik Warszawski, autor tekstów wielu popularnych piosenek śpiewanych przez gwiazdy teatrów rewiowych. We wrześniu 1939 przedostał się do Rumunii, następnie na Bliski Wschód, gdzie służył w Brygadzie Strzelców Karpackich prowadząc Czołówkę Teatralną. Od 1942 r. mieszkał w Wlk. Brytanii. Prowadził Teatr Mariana Hemara, a począwszy od lat pięćdziesiątych cotygod¬niowy kabaret literacki nadawany przez Radio Wolna Europa. Na emigracji opublikował m.in. Lata londyńskie (1946), Satyry patetycz¬ne (1947), Siedem lat chudych (1955), Chlib Kulikowski. Wiersze, satyry, piosenki (1971), Sonety Szekspira (tłum. 1968), Ody Horacego.
***
13.10.1946
Drogi Mięciu,
Rozumiem, że proponując mi królewskie wynagrodzenie miałeś na myśli króla Piotra jugosławiańskiego.

Przyznam, że mnie zatkało, gdy przeczytałem, że stuwierszowy utwór jest tylko komentarzem, za który nic się nie należy. Był to rzeczywiście argument handlowy, chociaż z dziedziny handlu starzyzną.

No, ale że w handlu nie ma gniewu, niech Kupiec nie bierze, jak Kupca nie stać. Wiem, że Kupiec ma wspólników, Kupca pilnują, Kupiec przecież nie jest sam w interesie, jakby Kupiec był sam, to kto wie, może Kupiec by zwariował i dał, bo Kupiec ma miękkie serce, Kupiec czasem lubi stracić, ale wspólnicy by Kupca zabili, Kupiec i tak jest chyba chory, że tyle daje. Kupiec się nie chce cofać, chociaż Kupiec by dał zaraz funta, żeby tylko Kupca wypuścić z tego interesu, ale niech już będzie Kupca strata, niech się wszyscy kupcy z Kupca śmieją, Kupiec powinien być, ja wiem? może nauczyciel, może sportowiec, może idealista, żeby tyle dawać za co, za ulotkę, z czem, z komentarzem, po co komu komentarz, żeby to jeszcze było nowe, ale używane, w ogóle już nieaktualne, tydzień temu może by Kupiec dał, ale też nie tyle, skąd, za takie pieniądze Kupiec może mieć dziesięć stron o księdzu Jakubisiaku1, filozoficzne, całkiem nowe, wszystko jedno, Kupiec mówi ostatnie słowo, Kupiec mówi dziesięć funtów i trzy szylingi, Kupiec bierze towar i idzie prosto do doktora Rozenberga, żeby mu coś dał, żeby coś zapisał, żeby go ratował z tej hojności, co Kupca musi zabić. Bo przecież serce nie wytrzyma.

Żałuję kochany Mięciu, że nie mogę zgodzić się z Twem rozumowaniem ani na Twoją propozycję. Będę wdzięczny za odesłanie mi utworów i przepraszam za kłopot.

Pozdrawiam serdecznie Marjan

1 ks.Augustyn Jakuhisiak (1884-1945) teolog.

***

[1949]
Drogi Mieszko, posyłam Ci dwa wiersze. Gdyby je napisał Terlecki, to byś od razu po przeczytaniu zatelefonował do niego i powiedział, że niezłe. Ponieważ to tylko ja, więc Ci to nawet na myśl nie wpadnie. W każdym razie nie wyrzucaj ich na ulicę przez okno, odeślij, jeśli Ci się aż tak nie podobają.

Bardzo Cię proszę, ba, nawet żądam, abyś je przeczytał uważnie, zwłaszcza „Order" przeczytaj sobie na głos albo choć półgłosem. Koniecznie.

Myślałem, żeby te dwa wiersze z „Naradą Satyryków" i „Pisarzem w Raju" (którego szkic czytałem Ci przez telefon) wydrukować razem. Albo osobno. Albo wcale nie.

Jak Ci się podoba fraszka: „Poeta-żołnierz, Antoś Bogusławski1, Poeta z zaciągu, Żołnierz z bożej łaski". Albo „Przysłowie o Janie Lechoniu": „Im mniej kto pisze, tem więcej dysze". Albo „Przysłowie o Józefie Wittlinie": „Im więcej dysze, tem mniej napisze".

Mówiłem Ci już Twój nagrobek: „Tu leży Grydzewski, Nie martw się o niego. Już jest redaktorem Pisma Św."

Ściskam Cię serdecznie Twój Tempka2.

1 Antoni Bogusławski (1889-1956) oficer, poeta, w roku 1949 prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.
2 Aluzja do rodowego nazwiska Zygmunta Nowakowskiego.

***

12, Pałace Gardens Terrace,
W. 8.
28 stycznia 1951
Do Redaktora «Wiadomości»,
Jestem zdumiony ogłoszeniem w «Wiadomościach» wierszyka „Znad Sekwany". Czy to przekład z rosyjskiego? Czy satyra na chamstwo? Czemu bez komentarza redakcyjnego? Jeśli to oryginalny utwór pana Winczakiewicza1 - czy nie wypadałoby, aby Redaktor «Wiadomości» czasem użył swego autorytetu i wyjaśnił takim niewątpliwie młodym i niewątpliwie bardzo uzdolnionym pisarzom, jak pan Winczakiewicz, że odwaga koprolalii jest odwagą niedorostków z wiecznym kompleksem koszarowo-gimnazjalnym - (tak interpretuje ją psychoanaliza) - i że światoburcze wykropkowywanie tak niewinnych i w gruncie rzeczy pospolitych słów, jak dupa, jest już dawno niemodne i niewstrząsające. Niestety, ta skatologia, od której Pan Winczakiewicz bez zająknienia przeskakuje do apostrofy do Pana Boga, sprawia nieopisanie gorszące i obraźliwe wrażenie.

Zakończenie cyklu wspomnień Gustawa Herlinga Grudzińskiego, scena w latrynie sowieckiej, po okresie głodówki, było arcydziełem literackiem najwyższej miary. Wierszyk pana Winczakiewicza jest niestety literackim ekskrementem, tem gorzej, że gładkim i nieźle zrobionym.

Przy tej okazji, miło mi też pomyśleć, że «Wiadomości» są już chyba jedynem na świecie, ostatniem pismem, w którem mogą dochodzić do głosu zdania takie, jak w feljetonie p. W.A. Zbyszewskiego „Skirmuntt... miał w całej twarzy, ruchach, postawie jakąś bajeczną arystokratyczną nudę"... oraz „Ludzie tacy, jak on, jak inni z jego sfery, dali Polsce rzecz ważną, cenną: bilet wizytowy dla świata. Bilet, który przyjęto" ... i wiele innych.

Cóż to za kwiaty uchodźczej myśli, emigracyjnego stylu, dojrza¬łości, powagi...

Czy nie sądzisz, kochany, że jakaś „camera obscura" w kraju mogłaby rechotać przez cały tydzień z tego - równie złośliwie i z równem prawem, jak my, którzy rechotamy z ich bzdur, na tym samym poziomie?

Ściskam serdecznie, Marjan Hemar

1 Jan Winczakiewicz (1921) poeta, publicysta,  zamieszkały we Francji  od 1945 r., inkryminowany wiersz ukazał się w nr. 253 «Wiadomości», 1951 r.

***

[1952]
Kochany Mięciu, myślę od paru tygodni, wciąż o tem zapominając, żeby Ci zwrócić uwagę na to, że „fublish and be damned!" nie znaczy „wydawaj i niech cię diabli wezmą", tylko „ogłoś", a jeszcze lepiej: „wydrukuj i niech cię diabli wezmą". PUBLISH odnosi się do pracy redaktora, nie wydawcy. Chodzi o to, żeby nie chował pod korcem maku i nie liczył się z żadnymi względami, prawda? Poza tem ważne, żeby to właśnie przełożyć „Wydrukuj!" albo „Ogłoś!", a nie „drukuj" lub „ogłaszaj", bo chodzi o decyzję w jakiejś sprawie szczególnie drażliwej, a nie o stałość pracy redaktorskiej.

Wracając do artykułu, przykro mi, że ANI JEDNEJ TWOJEJ POPRAWKI nie mogę przyjąć i nie uważam za korzystną. ZGA¬DZAM SIĘ ze skrótami, jeśli chodzi o Słonimskiego i o ponowne wymienienie nazwisk dra Łabędzia1 i Rentgena2.

Przyznam się, że w ogóle nie rozumiem, po co i dlaczego podziobałeś mi tekst poprawkami?
Gdy na przestrzeni sześciu wierszy cztery razy pojawia się słowo „natchnienie", uważam za stosowne raz zastąpić je słowem „inspiracja". Czy myślisz, że ja się conajmniej z pięć minut nie zastanawiałem czy napisać „hibernacja", czy „zimowanie"?

Po jakiego licha zmieniasz mi poszczególne słowa? Nie podoba Ci się, że w człowieku „SIEDZI" coś nie z tego świata? A mnie się bardzo nie podoba, że w nim coś JEST nie z tego świata, bo to zwrot jałowy, nudny, odbarwiony i zwisający. Licho w kimś siedzi, diabeł w człowieku siedzi, czort w nim siedzi, rogata dusza siedzi - mnie się to tak podoba.

Mnie się nie podoba „wręczanie" książki, jeśli piszę sam o sobie, aż dziw, że ucho Cię zawiodło. Tuwim mnie mógł książkę wręczyć, ja jemu dałem.

Uważasz Słonimskiego za prawdziwego pacyfistę? Napisz tak o nim. Ja go uważam za biednego „pacyfistę", który z pacyfizmu tyle rozumiał, co z wszystkiego innego.

Dlaczego mi zmieniasz „zwyczajny" na „zwykły"? Błagam, wytłumacz mi po co? Ja pewnie zupełnie głupi, bo nie mogę się nawet domyśleć, co powodowało Twojem piórem, w chwili, kiedyś wykreślił „zwyczajny", a napisał „zwykły"!!

Jeśli zmieniasz „Co stało się przyczyną" na „Co się stało przyczyną", to robisz zmianę na gorsze i na brzydsze. Zdanie zaczyna się od „Co się stało?", od paskudnego zwrotu.

„Po przyjeździe do kraju nie napisał ani jednego wiersza dobrego". Tak ma być, a nie „ani jednego dobrego wiersza".
Dlaczego upierasz się, żeby „Bierutowy" pisać od wielkiej litery? Przecież pisze się „tuwimowski, mickiewiczowski, hemarowy, reymontowy?" A może się mylę?

Wiem, że w tej chwili jesteś cały czerwony i piana Ci leci z ust dlatego, że ja się odważyłem poruszyć te kwestie. DLATEGO JE PORUSZAM. Ja się uważam za bardzo lichego pisarza, właściwie za pisarza gówniarza i jestem bardzo pokorny, ale na jednym punkcie jestem bardzo czuły: lubię, żeby moje rękopisy były czyściutkie.

W tej chwili nagle zauważyłem, żeś zmienił „dadzą mu... wieniec laurowy" na „ozdobią go wieńcem laurowym". Poczerwieniałem. Piana leci mi z pyska.

Marjan

P.S. Wczoraj w nocy przeczytałem od deski do deski Kwiaty Polskie i w związku z tem muszę dodać parę zdań. Odeślę Ci artykuł w niedzielę.
Marjan

P.S.2 Beethoven tak pisał sonaty, że zaczynał je - przeważnie - od jakiegoś pięknego motywu w kilku taktach. Ogłaszał niejako słucha¬czom swój temat, swoje założenie. Mówił im: Ta ram, ta ram bam bam bam tim tam. A teraz uważajcie, co się z tego zrobi.

Potem przychodziła modulacja, kontr-temat, dialektyka tematów i kończyło się tematem pierwszym, rozwiniętym i uzasadnionym.

Słuchacz, na końcu, nie myślał „przecież to już było...", tylko myślał „aha... to dlatego., to tak... AHA...".
Twój Ludwig

1 hr. Łabędź, znany weterynarz warszawski. 2 Marian Rentgen, piosenkarz rewiowy.

***

[1955]
Kochany Mięciu,
błagam Cię zażyj Johimbiny i opierdol zuchwalca, który przepisy¬wał mój artykuł.

Wyobraź Ty sobie, mój kochany, że ów zuchwalec pozmieniał mi różne rzeczy. „Relatywną skalę" na „stosunkową"! Nie do wiary.

Szczęściem, to zdanie w ogóle wyrzucam, ale sam powiedz, co to za osioł. Żeby choć napisał „względną"! Ciekaw jestem, co on sądzi o „Teorii Stosunkowości" profesora Jednego Kamienia?

Wyobraź sobie, że on mi wsadził do tekstu zaraz w pierwszem zdaniu „Stanisława Mackiewicza (Cata)" - nie rozumiejąc, że taki nawias, w stylu informatora adresowo-handlowego, jest czemś potwornem, gdy mowa o przyjacielu!

Że zmienił mi „szok" na wstrząs! Dobrze jeszcze, że osieł w następnych słowach nie zmienił „wolty tysiąca wolt" na „skok tysiąca wolt". Najgorzej, gdy osieł nie jest konsekwentny.

Jeszcze różne drobne rzeczy pozmieniał. Niestety, nie mam kropli mego oryginału, i straciłem niepotrzebnie dużo czasu na wyłapywa¬nie tych szykan! Bardzo Cię proszę, przy korekcie, odeślij mi mój maszynopis!

Mam nadzieję, że będziesz mi wdzięczny za zwrócenie Ci uwagi na niewłaściwości, które dzieją się za Twymi, kochany, plecami.

Ściskam Cię kordialnie, Twój Herman

***

[1959]
Moje kochane Moniu żebyś mi zdrów był nie wiedziałem całkiem że Ty masz takie wielkie znajomoście z hrabinkami coś takiego?
Słowo Ci daje że naprawdę się ucieszyłem jak czytałem o tem w «Dzienniku Polskim». Coś takiego?

Czy widziałeś te karykaturę co kursuje po Londynie o Tobie? Coś wspaniałego mówię Ci coś czego jeszcze nie widziałeś nigdy. Widziałem ją w redakcji «Dziennika». Myślałem że umrę ze śmiechu tak pękaliśmy wszyscy jak nam pokazywał jeden z redaktorów.

Jest to fotografia rysunku zrobionego przez kogoś w Paryżu i tu kursuje w Londynie w wielu egzemplarzach. Coś naprawdę niebywałego. Ty stoisz całkiem nago z gazetą Wiadomościami w ręku i z papierem i chcesz ukroić z tego maszynopisu kawałek i tymczasem uciełeś Twój własny zgadnij co? śmiekiel i cały leży na ziemi a Ty wołasz oj mamele tatele co ja zrobiłem chciałem uciąć artykuł przecie...

Twoja podobizna jest taka wspaniała z laurowym wieńcem na łysinie a obok Tobie stoi Borman też z podpisem i Groholski1 z herbem. Wszystko w pokoju Wiadomości a na ścianie wisi stary numer Wiadomości z Warszawy z tym samym znakiem i drukiem „Jadą Mośki Literackie"2.
Naprawdę myślałem że pęknę. Jestem przekonany, że widziałeś ten wspaniały rysunek i podobny jesteś jak wykapany. Mówili o Tobie przez pół godziny. Nic się nie znam na tym bo nie całkiem rozumiałem Ty podobno wszystkie artykuły ucinasz i dlatego tak Cię nie lubią i mówią ten gudłaj ten żyd ten Moniu Grunstein ten laureat od akademii co kazał na siebie głosować swoim czytelników no jasne że wszyscy musieli bo by im nieprzyjęłeś artykułów potem tak mówili w Redakcji. Jak chcesz zobaczyć taką fotografie to zatelefonuj do redakcji albo kilka fotografii ma nie pamiętam jak się nazywa ten redaktor co drukuje co kto jest.

Jak Boga kocham Moniek ty się zrobiłeś tak sławny, że Ciebie każdy teraz zna w Londynie i na prowincji nie wiedziałem że Ty masz takie wysokie znajomości jak Boga Kocham to jest niebywałe. Skąd Ty masz tyle różne znajomości.

Ściskam Cię bardzo i szkoda tylko Twojego śmiekiele.

Twój Heniek

1  Kazimierz Grocholski, wieloletni sekretarz redakcji «Wiadomości».
2 Tytuł satyrycznej jednodniówki, wydanej przed wojną przez Słonimskiego i Tuwima.


Listy Józefa Mackiewicza


Józef Mackiewicz (1902-1985) studiował biologię na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. W okresie międzywojennym współpracow¬nik wileńskiego «Słowa», przez pewien czas sekretarz redakcji dzienni¬ka. Wilno opuścił w 1944 r., przedostał się do Warszawy, następnie do Krakowa i Wiednia. Z końcem 1944 r. dotarł do Włoch. Po zakończeniu wojny mieszkał w Londynie, następnie przeniósł się do Monachium. Jeden z najpopularniejszych autorów «Wiadomości»; w plebiscycie czytelników z 1955 r. zajął drugie miejsce po swym bracie Stanisławie; członek Akademii pisma i juror jego nagrody. Po 1945 r. opublikował m.in. Droga do nikąd (1955), Kontra (1957), Lewa wolna (1965), Nie trzeba głośno mówić (1969). Jego książka o zbrodni katyńskiej, która nie ukazała się w języku polskim, miała siedem wydań w czterech językach.

***

16.XI.47
Szanowny Panie Redaktorze,
Zawsze z dużym uznaniem odnosiłem się do proponowanych przez Pana zmian i poprawek w moich artykułach, co, jak Pan sam musi przyznać, nigdy nie było cnotą zbyt rozpowszechnioną wśród autorów. Co do szeregu zmian zapowiedzianych przez Pana w moim artykule, nie mógłbym powiedzieć ostatniego słowa przed ich zobaczeniem. Przypuszczam jednak, że się z nimi w zupełności zgodzę.

Jeżeli ośmielę się dorzucić swe subiektywne wrażenie, uważałem, że artykuł jest dobry i oryginalny1. Chciałem w nim przede wszystkim wyrazić, że jakkolwiek Mikołajczyk jest szubrawcem, nie należy mu przeszkadzać w obświnianiu bolszewików, jeżeli to będzie czynił skutecznie w opinii światowej, gdyż nasze sprawy wewnętrzne są podrzędne w stosunku do nadrzędnej, jaką jest zwalczanie Sowietów.

Zdawało mi się też, że przypomnienie postaci Wielkiego Muftiego czy Krawczenki z tej okazji, jest ujęciem oryginalnym. Jeżeli ma postąpić ostateczne zerwanie pomiędzy Ameryką a Sowietami, to jakie znaczenie ma Jałta? Jeszcze mniejsze to, czy Mikołajczyk zajmował takie czy inne stanowisko. Absolutnie też się nie zgadzam ani z moim bratem, ani ze Zbyszewskim, że „bezpieka" ułatwiła mu ucieczkę. Bolszewicy raz tylko zrobili ten błąd, to było z Trockim, i nigdy od tego czasu nikogo nie wypuszczali. - Sądzę, że ustęp o wyborach można zupełnie wyrzucić. - Nie wiem, czy nazwisko Nowakowskiego, w przytoczonym przeze mnie przykładzie, uważa Pan Redaktor za dostatecznie fortunne?

Łączę wyrazy głębokiego szacunku
J. Mackiewicz

1 J. Mackiewicz, „Gdzie jest prezydent Ulmanis?", «Wiadomości» nr 100, 1948 r.

***

23.11.49
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Korektę otrzymałem dopiero dziś rano i odsyłam ją z nową wersją tego zdania, o które mi chodziło.
Chciałbym jednocześnie skorzystać ze sposobności, czego nie zdążyłem zrobić podczas naszej rozmowy telefonicznej, i zapewnić, że zachowuję zawsze największy podziw i respekt nie tylko dla sposobu prowadzenia przez Pana Jego pisma, ale równie osobiście dla Pana Redaktora, który moim zdaniem, jedyny spośród Polaków potrafi ratować resztki niezależnej myśli i szanować zdanie przeciw¬ne, często, jak to zresztą Manstein dowodzi, nawet wbrew własnym przekonaniom.1

Poza tem rozumiem doskonale, z jakimi trudnościami musi Pan walczyć i nie potrzebuję chyba dodawać, że nie zmienię wypowiedzianego tu zdania, nawet gdyby pewnego dnia miał Pan oświadczyć, że nie będzie np. nic mego drukował. W żadnym tedy wypadku nie chciałbym utrudniać Panu i bez tego ciężkiej pracy. Gdyby więc list mój w ogóle obciążał w czemkolwiek «Wiadomości», nie będę miał żadnej pretensji za jego niedrukowanie. Prosiłbym tylko w takim razie, gdyby to było możliwe, o wydrukowanie jednego zdania w dopisku do innych listów, że mój nie został umieszczony z takich, a takich względów. Ewentualnie pozostawienie jakiegoś śladu jego w „odpowiedziach redakcji".

Zależy mi na tem, ponieważ nie chcę się upodobnić do reszty towarzystwa, które zawsze gotowe jest do potępienia, a prawie nigdy do obrony.

Znam z własnego doświadczenia: kilku moich przyja¬ciół, spośród osób nawet bardzo poważnych, które wiedzą, że ataki na moją osobę tej zgrai akowców pozbawione są podstaw, ale nie tylko nie wystąpią publicznie, ale bronią mnie „o tyle o ile" albo półgębkiem, żeby się samym nie narazić.

Wszystko to razem jest dla mnie szczerze obrzydliwe, dlatego nigdy się nie pogodzę z tym stanem rzeczy, gdy to cały naród, bo co tu ukrywać prawdę, dosłownie cały naród leży na brzuchu i liże but, który go przyciska do ziemi, a ci co są na wolności wyżywają się w kopaniu innych powalonych i odmawiają czci jednostce, która ośmiela się ich bronić, jak to ma rzecz ze Studnickim.

Niechby nawet Manstein był „opryszkiem", jak go Pan nazywa, choć dla mnie pozostanie zawsze tylko wrogim generałem, dotychczas jednak składanie zeznań odciążających przestępców kryminalnych nie pociągało za sobą odsądzania świadka od czci i wiary. To zaś, co się u nas robi, jest zwykłym naśladownictwem wzorów bolszewickich, gdzie kryminalna „szpana" cieszy się większymi honorami niż przestępcy polityczni.

Zechce Pan Redaktor wybaczyć mi te przydługie wywody i przyjąć wyrazy głębokiego szacunku i poważania
J. Mackiewicz                                

P.S. Liczbę przyjaciół polsko-radzieckich zmieniłem z półtora na dwa miliony, ponieważ onegdaj radio Warszawa zakomunikowało z okazji nowego adresu dla Stalina, że liczba ta dosięgła właśnie dwóch milionów.
1 Przebywający na emigracji publicysta i działacz polityczny Władysław Studnicki (1867-1953) zgłosił się w charakterze świadka obrony w trwającym ówcześnie procesie niemieckiego feldmarszałka Ericha von Mansteina (1887-1973). O sprawie tej Mackiewicz pisał w nr. 193 «Wiadomości*, 1949 r.

***

Józef Mackiewicz
44, Marlborough Place
London, N.W.8
25.10.50

Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Odmowa wydrukowania mego listu była dla mnie dużym ciosem. Półtora roku temu opuściłem «Lwów i Wilno», które moim zdaniem uprawia „poputniczestwo" czystej wody (z Bierutem, przeciwko któremu nie wolno tam napisać złego słowa). Zgadzam się, że na te rzeczy można mieć też inny pogląd, jak też zdaję sobie doskonale sprawę, że poglądy Pana Redaktora nie pokrywają się z moimi, ale też z wielu innymi współpracownikami «Wiadomości». Redaktorska indywidualność Pana przebijała zawsze bardzo silnie w «Wiadomościach” (mówię o stronie polityczno-ideowej), a mimo tego stały się one pismem niejako nadrzędnym, skupiającym wszystkich.

W jaki sposób umiał Pan pogodzić najbardziej przeciwstawne nieraz poglądy swoich pisarzy, z wyraźną indywidualnością i konsekwentną linią pisma, nie da się zapewne wytłumaczyć jednym zdaniem. Sądzę, iż należy to do dziedziny talentów, graniczących nieomal z genialnością. Osobiście uosabiał Pan dla mnie jedyną i ostatnią w Polsce ostoję najszlachetniejszego liberalizmu. Jeżeli zatem nawet Pan odmawia umieszczenia mego listu (listu, nie artykułu!), to znaczy że nie tylko nie wolno namawiać do walki z bolszewikami, ale nawet - dyskutować na ten temat! Jak na moje poglądy jest to fakt ponury. Ponieważ w tej specjalnie dziedzinie nie jestem zdolny do jakiegokolwiek kompromisu więc zastrzegam lojalnie, że chciałbym do tej rzeczy powrócić w przyszłości, bo w tej chwili praca zarobkowa, w połączeniu z wykańczaniem powieści, nie daje mi chwili wolnej.

Przesyłam Panu właśnie jej urywek, a raczej adaptację tego urywku. Nie wiem, czy to Pana będzie interesować, zwłaszcza ze względu na objętość!1 Dotyczy jednego z najbardziej egzotycznych i dotychczas nieznanych zdarzeń z okresu okupacji sowieckiej. Wszystko to jest autentyczne, do nazwisk, nazw miejscowości, dat itd. włącznie. Ja tam byłem, na tym cudzie. W wypadku, gdyby coś z tego mogło zainteresować Pana Redaktora i projektował Pan jakieś skróty lub zmiany, byłbym wdzięczny o porozumienie się ze mną jeszcze przed oddaniem do druku. W razie odrzucenia - o zwrot rękopisu, lub zatelefonowanie, a przyjadę go zabrać.

Zechce Pan przyjąć wyrazy głębokiego szacunku
J. Mackiewicz

1 Anonsowanego fragmentu Grydzewski nie opublikował.

***

Józef Mackiewicz 44, Marlborough Place London, N.W.8 Tel. MAI 9244
8.9.51
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Nigdy bym nie pozwolił sobie zwracać się do Pana w podobnej sprawie, gdybym nie musiał wyznać szczerze, że ze wszystkich polskich recenzji z mojej angielskiej książki o Katyniu, jak to zresztą nietrudno się domyśleć, naprawdę szczerze zależało mi jedynie na «Wiadomościach».

Tymczasem zauważyłem, że zapowiedź tej re¬cenzji znikła ze szpalt. Czy zaszło coś dla mnie niepomyślnego?

Pewne gorzkie refleksje wzbudziła we mnie notatka w «Czasopismach obcych» o recenzji z książki Czapskiego. O mojej książce ukazało się dotychczas (bo ciągle nowe napływają) przeszło 60 recenzji w Szwajcarii, Anglii, Ameryce, Niemczech, Austrii, w sześciu językach (w tym tylko w pięciu gazetach polskich). Przy tem, wyznam, większość recenzji zajmuje się nie tyle walorami książki, ile samą sprawą. Nie tyle więc ja się muszę z tego cieszyć, ile ci z nas, którzy tych spraw pilnują i, jak wiadomo, szafują na nią dużo publicznych pieniędzy, ale tylko wtedy, gdy przy okazji pieką prywatną pieczeń.

Ponieważ organy apaiserskie całego świata usiłują moją książkę przemilczeć, a piszą o niej, jak dotychczas prawie wyłącznie pisma antysowieckie, więc na 60 recenzji pochlebnych, ukazało się dotychczas tylko dwie niepochlebne: w «Dzienniku Polskim» w Krakowie i... «Orle Białym» w Londynie! Jest to mały, ale charakterystyczny przykład polityki personalnej, która dla pewnych kół stanowi suprema lex.

Przeszło 30 recenzji ukazało się dotychczas w pismach angielskich. Aż cztery z nich, w tym organ Edena «Yorkshire Post», zestawiają moje nazwisko z Winstonem Churchillem, co mnie napawa zabaw¬ną dumą, ale żart na stronę, rozszerzając i korygując w ten sposób pamiętniki Churchilla, przecież dolewają kropelkę do prawdy, od której głoszenia w ogóle po to jest emigracja polska. Darmo by jednak szukać o tym choć najmniejszej wzmianki w różnych „dziennikach", „życiach", „gazetach", w której aż roi się od Stypułkowskich1, Czapskich, Andersach2, Borach3 czy innych silnych mira siewo.

Przy okazji załączam odpis, oczywiście czysto reklamowy, ulotki spreparowanej na prośbę Orbisu jeszcze trzy tygodnie temu, a jednocześnie odsłonię Panu poufnie stronę księgarsko-handlową: Bito 6.500. Na dzień l września rozprzedano 5.000. O pozostałe 1.500 ubiega się British Book Centre in New York City. Jeżeli transakcja dojdzie do skutku, nakład zostanie wyczerpany. Nakładzik, jak Pan widzi mały, ale sukces, jak na niecałe trzy miesiące, kompletny! Tymczasem wydawca na wspomnienie drugiego nakładu drapie się w głowę i mówi coś o braku papieru, a niejaki pan Stahl4, który ukradł mi i nie zapłacił w ten sposób polskiego wydania, z ramienia gen. Andersa, czy jak inni chcą bez tego ramienia, staje ze swej strony na głowie, by przeszkodzić zarówno drugiemu wydaniu, jak amerykańskiemu.

Byłbym naprawdę niepocieszony, gdyby Pan Redaktor, ten mój spontaniczny wylew żółci, poczytał za objaw jakowyś moich i w stosunku do Pana pretensji. Przeciwnie, mam do Niego tylko szczerą wdzięczność za dotychczasowy przychylny do mnie stosunek. Chodzi mi tylko o honor dla mojej książki, aby była omówiona w «Wiadomościach», bo jak Pan widzi, materialna strona reklamy, prawie że już nie jest aktualną5. O żadne inne recenzje w żadnym z polskich pism się nie ubiegałem i nie ubiegam.

Zechce Pan, Panie Redaktorze, przyjąć wyrazy głębokiego szacunku i uznania
Józef Mackiewicz

1  Zbigniew Stypułkowski (1904-1979) adwokat, polityk, uczestnik procesu 16 przywódców Polski Podziemnej w Moskwie w 1945 r.
2  Władysław Anders (1892-1970) generał, dowódca II Korpusu Polskiego, jeden z czołowych przywódców politycznych emigracji.
3 Tadeusz Bór-Komorowski( 1895-1966) generał, dowódca AK w latach 1943-1944, po 1945 r. premier rządu na emigracji (1947-1949).
4 Zdzisław Stahl (1902-1987) działacz polityczny, publicysta.
5  Recenzję z The Katyn  Wood Murders napisał Wacław A. Zbyszewski, «Wiadomości» nr 289, 1951 r.

***

5.11.51

Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Bardzo dziękuję za uprzejmy list Pana w sprawie mojej ostatniej opowieści. Niestety, żadna z propozycji Pana Redaktora nie wydaje mi się możliwa. Opowiadanie jest zbyt statyczne i pozbawione akcji, aby je można dzielić. Poza tem nie uważam go za dość doskonałe, aby wypełniać mogło aż dwa numery. Natomiast, ze względu na jego charakter, skrócenie o jedną trzecią, przydać by mogło opowiadaniu jakowąś lakoniczną ostrość, co nie leżało w moich zamiarach.

Niejako w „zastępstwie" przesyłam Panu co innego.1 Uważam tę rzecz za rewelacyjną, ale może się mylę, gdyż każdemu specjaliście [z] jakiejś dziedziny, każdy szczegół wydaje się bardzo ważny, gdy dokonywuje nowego odkrycia. Naprawdę jestem przekonany, że sprawa Winnicy rzuca zupełnie inne światło na sprawę Katynia. Katyń był tylko zwyczajnym dalszym ciągiem metody, niczem więcej. Zebranie tych materiałów kosztowało mnie dobre dwa tygodnie czasu. Gdyby się artykuł wydał Panu Redaktorowi za długi, albo przewidywał Pan konieczność skrótów dla jego dobra, zgadzam się z góry. Niestety z wyjątkiem pierwszej półtorej stronicy. Pisuję tak rzadko do «Wiadomości» i tak oszczędnie narzucam się ze swoimi poglądami, a nie mam zupełnie możności wypowiedzieć się gdzie indziej.

Zechce Pan Redaktor przyjąć wyrazy szczerego szacunku i serdeczne pozdrowienia
Józef Mackiewicz

1 J. Mackiewicz,   „Klucz  do 'Parku Kultury i Odpoczynku' ", «Wiadomości» nr 296, 1951 r.

***

15.1.52
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Pozwalam sobie przesłać Panu opowiadanie o piekle1, ale być może nie znam się na tej rzeczy.
Przy okazji chciałbym zapewnić, iż będę bardzo wdzięczny za przekazanie mi honorarium za uprzednie opowiadanie.

Jednocześnie bardzo dziękuję za Wierzyńskiego. Naturalnie, napisałem do niego zaraz i otrzymałem serdeczną odpowiedź. Wydaje mi się, iż szczerze chce mi pomóc na terenie Ameryki. Wczoraj otrzymałem od niego drugi list z adresem agencji, którą poleca. Jednocześnie zetknął mnie z W. Bestermanem, przekazując mi jego list i opinię. Niestety, Besterman ocenia rzecz bardzo pesymistycznie i pisze do Wierzyńskiego:
„Wiadomo mi, że Komitet Katyński Kongresu lwią część swych dociekań i wniosków oprze na książce Mackiewicza. Raport tego Komitetu będzie miał na pewno wielki rozgłos, ale Mackiewiczowi ani centa z tego nie przybędzie".

Jak Pan widzi, strasznie trudno zarobić na antysowieckości, choć mój brat wciąż przestrzega przed obcymi agenturami, które tylko czyhają, aby gdzieś sypnąć dolarami.

Proszę przyjąć wyrazy głębokiego szacunku i poważania
Józef Mackiewicz

1 „Przygoda małego diabełka", «Wiadomości» nr 308, 1952 r.

***

Józef Mackiewicz Munchen 19 Nibelungenstrasse 16/1 (bei Frau Genal)
4.6.1955
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Wczoraj wysłałem Panu książkę Karowa o partyzantce sowieckiej. Będę wdzięczny za rychły jej zwrot.
Mam do Pana wielką prośbę. Wyszła nareszcie moja powieść DROGA DONIKĄD.

Domyśla się Pan zapewne, jak mi zależy na omówieniu w «Wiadomościach». Nie mam oczywiście ani prawa, ani nawet zamiaru wpływania na wybór recenzenta. O jedno tylko chciałbym pana prosić, że jeżeli zdecyduje się Pan łaskawie udzielić tej książce trochę miejsca, to żeby to zrobił ktoś, możliwie, z pierwszego garnituru zespołu... Przede wszystkiem chciał to już robić Wacio Zbyszewski, któremu książka bardzo się podoba. Nie wypadało mi odpowiedzieć, że go o to wcale nie proszę, ale ponieważ w «Dzienniku» ma pisać Karol, więc uważam, że dwóch Zbyszewskich, w i tak już ciasnym świecie emigracyjnym, to może za dużo...

Jeżeli chodzi o moje prywatne zdanie, to właściwie najwięcej zależałoby mi na Bregmanie. Jakkolwiek nie zna on ani tamtych stron, ani nie jest specjalistą od literatury, to jednak jego zdanie należy zawsze do najwyższej klasy1.

Pisał do mnie przedostatni redaktor «Wozrożdienija» paryskiego, Jakonowski: „«Wiadomości» to jest naprawdę doskonała gazeta! Uważam, że stoi na wyższym poziomie niż wszystkie czasopisma przedwojennej Polski".

Zechce Pan przyjąć wyrazy szacunku i poważania
Józef Mackiewicz
1 Autorem recenzji Drogi donikąd («Wiadomości» nr 488, ] 955 r.) był Michał K. Pawlikowski (1893-1972), zamieszkały w Stanach Zjednoczonych, współpracownik «Wiadomości» (autor działu „Okno na Rosję"), opublikował m.in. Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego (1959) oraz Wojnę i sezon (1965).

***

Miinchen 19 Nibelungenstrasse 16/1
Dn. 26 lipca 1955
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Dn. l czerwca upłynęło dziesięć lat od, moim zdaniem, jednej z najstraszliwszych zbrodni ubiegłej wojny, wydania w ręce bolszewików przez władze angielskie wszystkich konnych i pieszych pułków kozackich, dońskich, kubańskich, terskich, stawropolskich oraz Kałmuków wraz z przeszło 30 tysiącami ich rodzin. Rzecz odbyła się w Dolinie rzeki Drawy; jeżeli zaś chodzi o XV korpus kozacki operujący przeciwko bandom Tity, to wydanie nastąpiło w Judenburgu w Austrii. Rocznica ta dziwnym trafem zbiega się z nowym „kochajmy się" w Genewie...

Straszliwe szczegóły i sceny tego wydania, zwłaszcza jeżeli chodzi o kobiety i dzieci, i wszystkie towarzyszące temu fakty historyczne, dziś, po dziesięciu latach są już dokładnie zbadane, zgromadzone, sprawdzone i skonfrontowane. Jest to materiał wstrząsający. Ponieważ ponadto osobiście znam te strony i przedzierałem się właśnie doliną Drawy do Włoch (o kilka miesięcy wcześniej od tych wypadków), które mnie pasjonują, zamierzam je wyzyskać do większej pracy, a może nawet do powieści, jeszcze nie wiem.

Niezależnie jednak od tego, na podstawie już zgromadzonego przeze mnie materiału mógłbym napisać obszerny reportaż. Pewien szkopuł może tu stanowić okrutna rola, jaką odegrali Anglicy. A też do jakiego stopnia można by ujawniać numery pułków angielskich i nazwiska oficerów?

Nie wiem, czy taka rzecz w ogóle i w zasadzie mogłaby Pana interesować? Sprawa przedstawia się, w jej obiektywnej ocenie, mniej więcej tak: o ile w okrucieństwie ustępuje może hitlerowskim i sowieckim, o tyle w perfidii na pewno je przewyższa.

W wypadku, gdyby taka rzecz Pana interesowała, musiałbym się zastrzec, że mnie ona interesuje wyłącznie od strony opisowo-literackiej, a nie krótkiego artykułu. Musiałbym więc mieć na to co najmniej pełną stronę.1

W oczekiwaniu łaskawej odpowiedzi Pana Redaktora łączę wy¬razy głębokiego szacunku i poważania
Józef Mackiewicz

1 J. Mackiewicz, „Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy", «Wiadomości» nr 499, 1955 r.

***

Józef Mackiewicz Munchen 19 Nibelungenstrasse 16/1
l sierpnia 1955 r.
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Dopiero dziś wróciłem z Walchensee, gdzie siedziałem tydzień i zastałem Pana uprzejmy list w sprawie Somossierry i San Domingo. Ponieważ prosił Pan o depeszowanie, a minęło już sporo dni, więc sądzę, że depesza nie będzie miała już znaczenia i odpisuję.

Naturalnie, jeżeli Panu zależy naprawdę na skreśleniu czegoś zgodziłbym się natychmiast, po prostu przez zwykłą życzliwość i głęboki szacunek dla Pana. Z drugiej strony jednak nie bardzo rozumiem, dlaczego stotalizowanie myśli i słowa mamy doprowadzać do tego stopnia, żeby pisarz nie miał prawa mieć innych poglądów nawet na wypadki historyczne?

W tej chwili nie mam pod ręką źródeł, o których pamiętam, że całą tę szarżę w wąwozie stawiały pod duży znak zapytania. Karol Zbyszewski stwierdził, że żadnego wąwozu nie ma. Wyjaśnienie Kukiela, którego również nie mam pod ręką, ale pamiętam, że wydało mi się nie tylko niejasne, ale mętne. Przy tem miałem wrażenie wówczas, czytając go, że cytowane przezeń źródła odbijają przeważnie wersję polską i stanowią pochodne ze źródeł polskich. Po ostatniej wojnie, którą przebyłem w kraju pod okupacją i widziałem wszystko własnymi oczyma, a teraz mogę przed własnym sumieniem i Bogiem stwierdzić, że 85% wydrukowanych relacji stanowi jakieś hypnotyczne, masowe łgarstwo, z którym walczyć jest fizycznym niepodobieństwem, gdyż 1.000 świadków przysięgnie w każdej chwili, że było tak, jak - nie było... - nie wierzę w żadne źródła polskie!

Co do San Domingo, to myślałem, że Pan o tym wie. Wyprawa była rozgłoszona jako nie przedstawiająca żadnego niebezpieczeństwa, natomiast na której można się obłowić raz na całe życie! Prawo wzięcia w niej udziału było rozdawane nieomal jak koncesja dla tych, którzy na poprzednich kampaniach nic nie zrobili. Natłok był tak wielki, że z protekcji zrobiono prawdziwy handel. Doszło do tego, że procent oficerów przewyższał w niektórych formacjach procent szeregowych... Naturalnie protoplasci naszych kasztaniarzy1 z II korpusu znaleźli jakieś chody, żeby się na tę wyprawę wścibić, i żeby się solidnie obłowić. Dopiero, gdy cała rzecz zakończyła się klęską, przekręcono wszystko do góry nogami i przez sto pięćdziesiąt lat prawie uczymy swoje dzieci, że „Polaków rzucają zawsze na stracone pozycje!". Jest to oczywiście najbezczelniejszy bluff, jaki kiedykolwiek ktoś wymyślił.

Bieda jest oczywiście nie w tym, że my „przelewamy krew za kogoś", tylko że nie chcemy przelewać jej nawet za własną ojczyznę i dlatego bili nas wszyscy po kolei i rozbierali Polskę od dwustu lat, jak kto chce. Podczas ostatniej wojny na prosowieckich kolaborantów, czyli AK, spadał taki deszcz dolarów i złota, że każdy zabity przez nich Niemiec ważył na pewno mniej i to o wiele. A teraz krzyczymy, że „nas sprzedali" bolszewikom!

Łączę wyrazy głębokiego szacunku i poważania
Józef Mackiewicz

1 kasztaniarze - handlarze złotą walutą.

***

Józef Mackiewicz Miinchen 19 Nibelungenstr. 16/1 c/o Genal
16 marca 1956
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Przesyłam korespondencję o Kozakach znad Drawy1, skąd przed chwilą wróciłem. Być może nada się ze względu na zainteresowanie, jakie wzbudził poprzedni artykuł na ten sam temat.

Zechce mi jednak Pan wybaczyć szczerość, że z bardzo wieloma poprawkami w poprzednim artykule się nie zgadzam. Mówię o stronie stylistyczno-literackiej. Różne drobne szczególiki uwypuklają oddanie prawdy. Przykładowo: skreślone przez Pana nazwy hotelu „Złota Rybka" uważam za wielki błąd czysto literacki. Czy ataman Domanow zaprosił na ostatnią kolację kogoś, kto miał zawisnąć w Moskwie tylko „do hotelu"... czy też do hotelu „pod złotą rybką" - to jest moim zdaniem duża różnica w oddaniu prawdy życia na naszym globie. Umyślnie wybieram przykład tak nikły pozornie. Ja piszę artykuły do różnych amerykańskich pisemek w ciągu godziny. Do «Wiadomości» piszę czasem tydzień albo dłużej. Wciąż nie mogę się pozbyć maniery opracowania każdego zdania i wydobycia efektów literackich, jakie ja osobiście uważam za słuszne. Poczucie, że zostanie przerobione, odbiera chęć pisania albo też wpływa na lekceważący stosunek do własnej twórczości. A ostatecznie honorarium nie pokrywa tego rodzaju pracy. Niektóre poprawki Pana, w niektórych artykułach, są lepsze niż w moim oryginale, ale nawet i w takim wypadku wolę pozostać sobą.

Przy okazji załączam fotografie do ewentualnego wykorzystania, o zwrot których proszę uprzejmie.

Zechce Pan przyjąć wyrazy głębokiego szacunku i poważania
Józef Mackiewicz

1 „Po latach na miejscu zbrodni nad Drawą", «Wiadomości" nr 526, 1956 r.

***

Monachium, 25 marzec 1957

Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Jest mi bardzo przykro, ale, niestety, nie zgadzam się na żadne zmiany. Cyfry swoje oparłem na pracy Margret Boveri – „Der Verrat im XX Jahrhundert" - która cytuje obszerną literaturę francuską, amerykańską, angielską itd. Jest to dzieło raczej filozoficzne, a cyfrowe dane przytaczane są na marginesie jako przyczynki. Głęboki antyhitleryzm autorki i jej wielki obiektywizm w innych dziedzinach nie pozwala mi przypuszczać, żeby mogła operować fałszywymi cyframi.

Podaje: we Francji - pół miliona aresztowanych, z tego 160 tysięcy procesów; padło ofiarą czystek podczas Liberation - 100 tysięcy, a więc więcej niż na polu bitwy. - W Belgii - 600 tys. dochodzeń policyjnych i procesów, w Holandii 130 tysięcy.

Każdy wie, że we Francji „czystki" po roku 1945 przybrały charakter masowego szaleństwa, z kolei więc wydają mi się Pana cyfry nieprawdopodobnie niskie. W Belgii było nie lepiej, ale gorzej. Cała afera z królem i przepołowienie narodu w późniejszych latach są tego najlepszym dowodem. Stopień zacietrzewienia ilustruje wypadek znany sprzed roku: Facet z Fupen, przyłączonym w roku 1940 formalnie do Niemiec, walczył wyłącznie na froncie wschodnim przeciw bolszewikom. W roku 1945 po likwidacji „kotła" kurlandzkiego ucieka do partyzantki litewskiej. Aresztowany przez NKWD ucieka powtórnie. W rok później po rozbiciu oddziału litewskiego, aresztowany w Wilnie, skazany zostaje na 15 lat łagru.
Po 10 latach wraca z Kołymy zdaje się, a żandarmeria belgijska czeka na granicy z kajdanami... Było o tym głośno w prasie.

Czy lepiej było jeździć do Moskwy i kłaniać się Stalinowi, czy do Berlina kłaniać się Hitlerowi, to moim zdaniem rzecz co najmniej sporna. De Gauile wybrał jedno, Laval drugie. W każdym razie upieram się, że mam prawo postawić tu znak równania i jedną, i drugą stronę traktować jako przeciwników politycznych.

Gomułka był zwyczajnym łapsem i agentem sowieckim, wymienionym przez Sowiety z więzienia polskiego w roku 1936 - a dzisiaj, ze względów „politycznych", nawet cała emigracja leży przed nim plackiem. - W moim artykule nie chodzi mi o to, kto ma rację, tylko o stwierdzenie faktu, że masowe „czystki" nie są wyłącznością Wschodu. Dlatego nie mogę podzielać Pana zdania, że podobne zestawienie jest „paradoksalne". Raczej uważam go za obiektywnie słuszne.

Co do ścisłości cyfr - nigdy nie wiadomo po tej wojnie. «Wiadomości» niejednokrotnie cytowały cyfry strat w Polsce, które obiektywnie są fantastyczne. To też wszystkie są mniej lub więcej względne. Mógłbym co najwyżej sprawdzić źródła M.Boveri albo do niej napisać. Zajmie to jednak dużo czasu. W każdym razie nie zgadzam się na umiany, ale też z drugiej strony ani narzucać, ani upierać się nie chcę i doprawdy nie będę miał ani cienia żalu do Pana Redaktora, jeżeli uzna mój artykuł1 w tej formie za nie nadający się do druku. Pozostaję zawsze z szacunkiem do głębokich przekonań innych.

Zechce Pan przyjąć wyrazy szacunku i poważania
Józef Mackiewicz

J.Mackiewicz,   „Tak zwany   Wschód   europejski",   «Wiadomości» nr 581, 1957 r.

***

Józef Mackiewicz Munchen 19 Nibelungenstrasse 16/1
25 lipca 1957 r.

Szanowny Panie,
Dziś otrzymałem list Pana z dn. 23 bm., który mnie bardzo zdziwił zarówno swoim tonem, jak treścią. Już pierwszych zdań nie rozumiem:..”natomiast Francuz powinien pisać Varsovie etc."

Przecież ja właśnie napisałem, że Francuz powinien tak pisać. A wygląda tak,
jakby Pan mnie imputował, że chcę narzucić Francuzom pisownię niemiecką...

Pisze Pan dalej: „myli się Pan całkowicie, że ja poprawiam komukolwiek styl". Nie tylko się nie mylę, ale stwierdzam, że nie tylko poprawia Pan styl, ale czasem go zupełnie zniekształca. I nie tylko styl, ale przez odpowiednio stosowane skróty, zniekształca Pan często moją myśl przewodnią, akcenty i siłę argumentacji w poglądach, z którymi się Pan nie zgadza. Jeżeli ja piszę np.: „panowie z AK", a Pan mnie przerabia na: „żołnierze z AK" (jak to miało miejsce), to oczywiście nie chodzi tu o żaden błąd językowy, tylko odwrócenie akcentu, a tym samym intencji autora. Podobnych przykładów mógłbym przytoczyć setkę, co najmniej, ale czasu nie mam. Choć może kiedyś to zrobię.

Nie jest Pan nauczycielem języka polskiego, tylko nauczycielem języka, który narzuca Pan «Wiadomościom», drogą samowolnego dekretu, korzystając z monopolu, jakim te «Wiadomości» się cieszą. Na globie ziemskim po wojnie istniały dotychczas tylko dwa pisma polskie o takim poziomie i na tę nazwę zasługujące: «Wiadomości» i «Kultura».

Odkąd «Kultura» stała się pismem jednostronnie politycznym, o wyraźnym kierunku popierającym polskich komunistów w ich „własnej drodze do socjalizmu", pozostały tylko «Wiadomości». Wydaje mi się, że niezupełnie zdaje Pan sobie sprawę z ogromu odpowiedzialności, jaki spadł na Pana, aby ratować resztki polskiego liberalizmu.

Pod tym względem «Kultura», mimo całego skrętu politycznego, jest o wiele bardziej liberalna. Nieporównanie bardziej liberalna od «Wiadomości», jakkolwiek powinno być odwrotnie. - Pisze Pan: „Nie narzucam nikomu tematu.." No wie Pan, w stosunku do wolnych pisarzy, a nie stałych współpracowników, takie rzeczy zapoczątkował Lenin, a kontynuował dr. Goebbels. Mnie się zdaje, że na razie wystarczy, iż tematy w «Wiadomościach» są niesłychanie ograniczone. Jak na jedno pismo spośród setek innych, na pewno nie. Ale jak na jedyne pismo polskie udostępnione dziś wolnym pisarzom jest stotalizowane.

Nie będę wyliczał wszystkich tabu. Pan sam zna je najlepiej. Wystarczy stosunek do kraju. W stosunku do tego, co się w Polsce dzieje, nie powinno być dziś ani jednego Polaka, a na łamach «Wiadomości» ani jednego pisarza polskiego, któremu można by zabronić wypowiedzieć absolutnie wszystko cokolwiek chce i cokolwiek o tym myśli. To za poważna rzecz, ażeby ją poddawać cenzurze Mieczysława Grydzewskiego albo Jego osobistym poglądom. To jest własność wszystkich. Tymczasem w «Wiadomościach» wypowiada się na ten temat tylko kilka uprzywilejowanych osób, a sądząc z pewnej monotonii tych wypowiedzi, są one uzgodnione z redakcją. O tym właśnie chciałem mówić, mówiąc o braku liberalizmu. Naturalnie, jeżeli pan uważa «Wiadomości» za swój organ prywatny, mówić w ogóle nie ma o czym.

Pisząc o honorariach pisze Pan z wyraźnym rozdrażnieniem, na które ja w stosunku do Pana sobie dotychczas nigdy nie pozwalałem. I zapytuje: „w stosunku do czego nie są wysokie?" — W stosunku, proszę Pana, do pracy. Tylko w stosunku do włożonej pracy. Są zupełnie i śmiesznie niskie! Nigdy nie zarzucałem Panu, że może Pan płacić więcej. Wiem, że Pan nie może. Ale nie zmienia to sytuacji, że to, co Pan może płacić, jest śmiesznie mało. Zwłaszcza, jeżeli się weźmie pod uwagę autora, jak mnie, nie mającego dostępu do żadnych dolarodawczych instytucji, obsiadłych przez b. sowieckich kolaborantów.

Mnie, piszącego prawie za darmo artykuł, aby go później zobaczyć zniekształconym na łamach «Wiadomości», i z tego opłacającego paczki do Polski.

Oczywiście więcej nigdy artykułów do «Wiadomości» pisać nie będę. Nie będę się wdawał w kwalifikację, ale nie uważam, żeby Pan pisał lepiej ode mnie. Siedzieć zaś i poprawiać rzekomo mój artykuł, napisany przez Pana, zawierający często takie pierwotne błędy, jak np. „który" nie wiadomo do jakiej osoby się odnoszący itp. uważam za równie przygnębiające jak śmieszne. Wolno Panu polegać na wyczuciu językowym swego sekretarza, ale ja na jego wyczuciu polegać nie będę. Sam umiem pisać. A jeżeli nie będę mógł drukować, wolę pisać „pod siebie" niż pod Pańskiego sekretarza.

Łączę wyrazy szacunku Józef Mackiewicz

***

Józef Mackiewicz Munchen 55 Windeckstrasse 21 Tel.: 746907
28 kwietnia, 1964
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Dziękuję serdecznie za list. Niestety, absolutnie nie mogę zgodzić się z argumentacją Pana. Wybory odbyły się na pytanie: „Kogo wybralibyśmy do akademii"? Ale nie: „kogo wybralibyśmy do jury"? To jedno. Po drugie, jeżeli«Wiadomości» „zawsze zażarcie zwalczały pojęcie akademii", to dlaczego nadały temu gremium zarówno wewnętrzny, jak zewnętrzny statut wzorowany właśnie na - „akademii"... Z dożywotnim miejscem etc.? Po trzecie, ja wcale nie twierdzę, że to jest Akademia ani nie mam pretensji do miana „akademika", bo to śmieszne.

Twierdzę natomiast, że jest to „Akademia" w cudzysłowie i tak też napisałem. I twierdzę, że dla wielu względów, m.in. kulturalno-politycznych, należałoby powołać, czy przystąpić do nowego głosowania, dla stworzenia Akademii bez cudzysłowów. „Jury" jest tylko „funkcją" - napisałem - tego gre¬mium, wybranego, jak słusznie Pan pisze, na podstawie rodzaju Gallupa. Cofnięcie i podkreślanie późniejsze, że to tylko ,jury", może słusznie wywołać wrażenie pewnego reweransu w stosunku do „literatury polskiej w Kraju" (przez duże K naturalnie), która jest w istocie planowa, inspirowana, kierowana tak samo, jak od roku 1918 literatura sowiecka. Ludzie, którzy patrzą na te rzeczy i znają je na wylot od pół prawie wieku, a teraz nagle udają, że tego nie widzą, popadają - moim zdaniem - w zakłamanie. W istocie, zwalczając rzekomo koegzystencję, jesteśmy tej koegzystencji (na swoim odcinku) pierwszymi rzecznikami i „wzorcem" dla wszystkich poputczików wolnego świata.

Jeżeli chodzi o moją podejrzliwość, że się lojalność w stosunku do „Kraju" posuwa za daleko, to nie przybiera ona rozmiarów „manii", jak Pan pisze, ale raczej szczerego przygnębienia. Wystąpienie «Wiadomości» w sprawie petycji 34' zakrawa na przejście na pozycje już titoizmu.

Są to bowiem wewnętrzne postulaty grupy ludzi, podtrzymujących notorycznie ustrój komunistyczny w kraju. Wielu z nich, jak taki Kisielewski2 na przykład, spełnia rolę dywersantów, emisariuszów, agentów w wolnym świecie i w emigracji etc.etc. Biadolenie, że tym ludziom nie daje się pisać w komunistycznej prasie czy pracować w komunistycznym radio, którego przeznaczenie jest zatruwanie wolnego świata, nie inne niż z Moskwy, Leningradu etc. - jest dla mnie nie do przyjęcia.

Czy Pan wie, co to jest PAX? Jest to agentura stworzona według recepty „Żywej Cerkwi" i dla spełniania analogicznej roboty dywersyjnej. W jaki więc sposób można rozczulać się nad losem i oburzać, że kogoś z tej agentury wyrzucili i nie dają mu nadal w niej pracować?... W taki sposób możemy dojść do tego, że będziemy się oburzać, że kogoś wyrzucili z Bezpieki...

Tenże Kisielewski napisał kiedyś w «Tygodniku Powszechnym» nader słusznie: Nie można jednocześnie - chcieć czegoś obalać i poprawiać. - Jest to więc przejście ze stanowiska „obalania" komunizmu na stanowisko „poprawiania" komunizmu. To, że całą emigrację ogarnął owczy pęd, nie dowodzi, że ten pęd jest słuszny.

Mnie się zdaje, że Pańskie wspaniałe «Wiadomości Literackie» słynęły właśnie z przeciwstawiania się owczym pędom, a nie w ich przodowaniu.

Zasiadłem nawet do napisania spokojnego, rzeczowego artykułu votum separatum w sprawie „34". Ale dałem spokój. Wychodząc nawet z założenia, że nie mam stuprocentowej racji, czy nawet żadnej racji, niepodobna zaprzeczyć, że w wolnym świecie rzecz taka podlegać może wolnej dyskusji. A kto mnie taką wolną dyskusję wydrukuje? Pan nie, «Kultura» nie, «Dziennik» nie, żadne pismo emigracyjne. Na czyje ręce ja mam składać petycję o przywrócenie wolności słowa? Skoro za takie zaczyna się na emigracji uważać to, które udzielić może towarzysz Cyrankiewicz.

To wszystko jest bardzo przygnębiające.

Przechodząc z tej gorzkiej polemiki do rzeczy bardziej przyjemnych, bardzo się cieszę z uzyskania owych 40 gwinei. Przykro mi tylko, że muszę narazić Pana na kłopot i, jeżeli to możliwe, prosić o przekazanie do Monachium, gdyż na miejscu w Londynie, nie mam dla nich przeznaczenia.

Zechce Pan przyjąć wyrazy głębokiego szacunku i poważania
Józef Mackiewicz

PS. Dziś właśnie sprzedałem Sprawę Pułkownika Miasojedowa na Amerykę. Wydaje ta sama firma co Road To Nowhere.
1  Tekst listu 34 intelektualistów Grydzewski ogłosił w nr. 943 «Wiadomości», 1964 r. wraz z informacją o represjach wobec jego sygnatariuszy.
2 Stefan Kisielewski (1911) pisarz, ówczesny publicysta «Tygodnika Powszechnego".

***

Józef Mackiewicz 8 Miinchen 55 Windeckstrasse 21 Tel.: 749907
15.XI.1965
Wielce Szanowny Panie Redaktorze,
Zarówno Sakowski, jak autor chcieliby, żebym  napisał coś o Z wysokości siodła*. Pisał mi jednak Sapieha, że w «Wiadomościach» ma napisać o tym Hemar. Pióro, naturalnie, bezkonkurencyjne. Więc, czy reflektowałby Pan w tej konfiguracji na jakieś moje a propos, raczej uwagi na marginesie etc.? Bo mam duże wątpliwości. To jest jedno.

Drugie, to rzecz taka: ja w tej chwili znalazłem się w zupełnie wyjątkowej złej sytuacji, chyba najgorszej od czasów emigracji, ze względu na jakiś - jak w złym śnie - fatalny zbieg okoliczności. Gdyby Sakowski nie podesłał mi był reszty honorarium, to już bym umierał z głodu. Słowem w takiej sytuacji, nie przez wrodzoną chciwość, ale po prostu - nie mogę sobie pozwolić kilka dni pisać (a piszę teraz b. wolno, ja nie Wacio Zbyszewski!) za darmo.

Naturalnie jesteśmy Panu niezmiernie wdzięczni za przysyłanie «Wiadomości», bez których szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie egzystencji. W ten sposób, my z żoną, pozostaniemy wiecznymi dłużnikami. To jasne. Ale z drugiej strony, czy nie dałoby się tak przewekslować, że skoro dostąpiłem największego zaszczytu zasiadania wśród „Jurorów" «Wiadomości», to może z tego tytułu należałby się mi numer «Wiadomości» gratis"? Natomiast za rzeczy ewentualnie przesłane, otrzymywałbym choć drobne honorarium?

Ja to piszę nie - z przekonania. Tylko - z własnej sytuacji.

Serdeczne pozdrowienia od nas obojga załączam

Józef Mackiewicz

1 Grydzewski zamieścił recenzję Mackiewicza z książki Lwa Sapiehy (Londyn, 1965) w nr. 1034 «Wiadomości», 1966 r.


Listy Wacława Alfreda Zbyszewskiego


Wacław Alfred Zbyszewski (1903-1985) dr praw Uniwersytetu Jagiellońskiego. Komentator polityczny i publicysta konserwatywnego dziennika «Czas», pracownik MSZ na placówkach w Nowym Jorku, Tokio i Paryżu. Przed wybuchem wojny korespondent wileńskiego «Słowa» w Londynie. Po 1939 r. pracownik sekcji polskiej BBC oraz Ministerstwa Informacji i Dokumentacji rządu polskiego. Po zakończeniu wojny pracownik Voice of America w Monachium, następnie stały korespondent paryski Radia Wolna Europa. Autor wielu drukowanych w «Wiadomościach» artykułów, współpracownik «Kultury» i «Dziennika Polskiego».

***

poniedziałek, 7 lipca 52
Drogi Panie, mam w Panu najzawziętszego wroga, pragnącego mojej zguby. Rzeczywiście, co to za potworny pomysł z tym K[...]. Już widzieć co dzień mordę tego chamidła może doprowadzić każdego do szału, a ponadto przecie to jest prawdą, że był on w Kompartii łapsem Kaweckiego1, rzeczywiście, tego by tylko brakowało, by mieć u siebie tego zawodowego łapsa, który rozpoczął życie jako prowokator. Za nic. Co do Pragierów: bezczelniej łgać od Zahorskiej2 nie można.

W r. 1933 będąc w przejeździe w Moskwie, zwiedziłem Kreml - bo tak się złożyło, że gdy byłem w Moskwie ambasada po 2 latach starań otrzymała pozwolenie na zwiedzenie Kremla, czekali na to pozwolenie 2 lata, byliśmy stale eskortowani przez NKWDzistów, żywej duszy w Kremlu nie widzieliśmy, marszruta była ściśle obliczona, do żadnych mieszkań czy biur nas nie dopuścili, tylko cerkwie i muzea - i był to rok 1933, rok rzeczywiście „przyjaźni", rok 1934 to już po pakcie z Niemcami, kiedy już byliśmy znienawidzeni.

Sam Miedziński3, który wiecznie chwali się swoją wizytą w Moskwie właśnie w 1933 przyznaje, że nikogo poza Radkiem i Litwinowym nie widział, a tutaj ta dura powiada, że i z Tuchaczewskim, z Kalininem i Bóg wie z kim. Ależ to delirium tremens i ten Pragier ma czelność jej takie łgarstwa podsuwać.

Teraz artykuł samego Pragiera. Trzeba oszaleć, by polemizować z takim durniem i kretynem jak Mieroszewski, to tylko wzmacnia tego bęcwała4. W «Kulturze» ostatniej jest wprost genialny artykuł Honingwilla i błazeński Bączkowskiego, chciałbym z tym Bączkowskim polemizować, czy Pan się zgadza? Co prawda nie mam pojęcia, kiedy zdążę, bo jestem zaorany jak nigdy. Collector dużo lepszy od lectora5. Dłoń ściskam serdecznie.

Zbyszewski

1  Henryk Kawecki, przed 1939 r. wiceminister spraw wewnętrznych.
2 Mowa o tekście Zahorskiej „Moskwa 1934", «Wiadomości» nr 327, 1952 r.
3  Bogusław Miedziński (1891-1977) polityk, przed 1939 r. m.in. redaktor «Gazety Polskiej” i marszałek senatu, publikował swe wspomnienia na łamach «Wiadomości».
4 Mowa o artykule Pragiera „Federaści", nr 327, 1952 r.
Juliusz Mieroszewski (1906-1976) czołowy publicysta «Kultury».
5 Aluzja do stałych rubryk «Wiadomości» - Collector podpisywał rubrykę „W oczach Zachodu". Lector- „Czasopisma obce".

***

Monachium, 31 X 52
Drogi Panie, dziękuję za list tak zajmujący od nowego Niesieckiego1. Co do Puszki, to rzecz jasna, wszystko co pisze jest straszne, Duveen2 był wyjątkowo mniej potworny.

Chrząszczewskiemu3 odczytałem Pana pytania. Pogardliwie odpowiedział, że zajmuje się rodami panującymi, a hołota go nie interesuje. Ogólnie biorąc, uważa jednak, że wszystkie pogłoski semigothy opierają się na słuchach, nie na sprawdzonych faktach.

O Małachowskich słyszał, nie wie, ile jest prawdy w tym, że są srule. Grocholscy są b. podłą rodziną (choć lepszą od Sobańskich), ale raczej pochodzenia tatarskiego czy kozackiego niż żydowskiego. Michałowskich uważa za gojów.

Legendę o żydowskim pochodzeniu Zbyszewskich zna, uważa ją za idiotyzm. Znam ją również, na pewno Bobrowski coś naknocił. Może mamy krew żydowską - kto jej nie ma - ale na pewno nie w formie podanej przez Bobrowskiego.

Natomiast Chrząszczewski uważa, że Leon XIII mógł istotnie mieć coś z Żydów. Na pewno bowiem nie pochodził ze znakomitego rodu Hr. Pecci, znanych od średniowiecza, tylko z jakiejś rodziny z tym wielkim rodem nie mającym nic wspólnego, pod który się podszywali. Pochodzenie protoplastów Leona XIII jest zupełnie nieznane, może to więc byli jacyś imigranci Żydzi.

Powiedział mi nadto, że Alfred Tyszkiewicz, ordynat birżański, syn Klementyny z Potockich (siostry Romana i Józefa) miał być synem arcyksięcia Rudolfa. Warto by tę legendę sprawdzić.

Co do Hauków Chrząszczewski nie wierzy w ich żydowskie pochodzenie. Powiada też, że Hohenzollernówna, która wyszła za namiestnika Antoniego Radziwiłła nie była wcale Hohenzollern, lecz jakoś zgoła inaczej, i to b. minder, i dlatego dwór pruski nie zgodził się na ślub Wilhelma (później cesarza) z Elizą Radziwiłłówną.

Natomiast uważa żydowskie pochodzenie Poniatowskich za zupełnie możliwe. Czyim synem był dziadek króla nikt nie wie. Pochodzenie od Tosellich uważa za zupełną fikcję, wymyśloną ex post dla zatarcia śladów. Tłumaczył mi jakiś straszny wpadunek „Silvy", ale na razie nie pamiętam, o co to chodziło.

W ostatnim numerze4 dobry Schoenfeld i o Wiszniewskim ciekawe, ale ten Lipski, Chmieliński, Orchoniowa - jakież to wszystko straszne.

Wariat Mackiewicz podpisuje teraz listy do mnie Stanisław z Jańczy Mackiewicz. Zupełnie facet kuku na muniu.

Od Badeniego miałem uroczy list. Raczyńskiego warto by namówić na pamiętniki, opowiadał o Becku, Sikorskim etc. b. zajmująco.

Dłoń Pana ściskam  b. serdecznie
Zbyszewski

1  Kacper Niesiecki (1682-1744) heraldyk, autor herbarza.
2 «Wiadomości” nr 342, 1952 r.
3 Antoni Chrząszczewski (1900-1954) dziennikarz, współpracownik Voice of America.
4 «Wiadomości» nr 344, 1952 r.

***

Monachium, 16 stycznia 54
Drogi Panie, dziękuję za obydwa listy, szkoda że ten Hitler tyle nakosztował znaczków pocztowych, rzuciłem go do kosza. Przesyłam Panu kawałek do miscellaneów.

Co do Kasprowicza, to źródłem moich informacji był Tadzio Nowakowski, odczytałem mu Pana list, bardzo się zaperzył i powiedział, że cały artykuł Panu na temat tych „Kasprowiciana" napisze. Osobiście też uważam Kasprowicza za grafomana.

Mam nadzieję, że poświęci Pan piękne wspomnienie wielkiemu Tuwimowi.

A czy napisze Pan też o Gałczyńskim? Świetnie wybrał jego wiersze Jeleński1, ale oczywiście bredzi, pisząc o jego osobistym uroku i wallenrodyzmie: jako człowiek była to pijacka szuja, ale rzeczywiście miał pewien talent, w każdym razie grzechem jest porównywanie go z nicością w rodzaju Miłosza czy Gombrowicza.

Bezczelny list Hemara w sprawie Łobodowskiego! Ten ohydny groszorób i dusigrosz, bezwzględny kamienicznik zgrywający się na Jałmużnika! A daj sam łobuzie te 100 funtów, przecież to bogacz na skalę Pomidora2. Poza tem z Łobodowskim wcale nie jest tak źle, tak pisał mi Wagner.

Krukowski3 dostaje wyraźnie bzika, trzeba będzie go odesłać do domu wariatów, w związku z tym tak mnie męczy i nudzi, że znowu marzę o porzuceniu Voice'u. Tylko kiedy «Wiadomości» będą w stanie mnie utrzymać?

Świetne były kasydy Łobodowskiego, zwłaszcza kasyda satyryczna4, a i „secesja" Mackiewicza5 lepsza od tego, co teraz pisze: powinien się ograniczyć do literatury z pominięciem historii, bo na historyka nie ma ani powagi, ani obiektywności, i polityki, w której spada do poziomu swego przyjaciela Okulicza.

Kiedy Pan zlikwiduje Broncla - przecież to piła jakiej świat nie widział, godny bliźniak Terleckiego. Dlaczego tak mało Badeniego, Józefa Mackiewicza i Stempowskiego6?

Dłoń Pana ściskam najserdeczniej, cieszę się dla Paryża, że Pan go odwiedził.
Zbyszewski

1 Konstanty Jeleński (1922-1987) eseista, bliski współpracownik «Kultury».
2 Pomidor - przezwisko Tadeusza Zabłockiego, adwokata, właściciela firmy Tazab.
3 Zbigniew Krukowski, dziennikarz, pracownik Voice of America, przełożony Zbyszewskiego.
4 «Wiadomości» nr 407, 1954 r.
5 Tamże.
6 Jerzy Stempowski (1894-1969) eseista, krytyk literacki, z «Wiadomościami» współpracował sporadycznie.

***

Monachium, 9 lutego 54
Drogi Panie, dziękuję serdecznie za dwa listy. W pierwszym powinien Pan był wspomnieć, obok Tadzia Nowakowskiego i zacnego X. Kantaka1, również poczciwego Mołotowa, który też przestrzega przed odrodzeniem się hitleryzmu, twierdzi, że Bonn jest pepinierą militaryzmu, że Adenauer jest co najmniej Papenem, torującym drogi przyszłemu Fuehrerowi, i że tylko on, Mołotow, z szlachetnym Bierutem, potrafi Niemcy reedukować.

Nie mam zamiaru propagować porozumienia polsko-niemieckiego, bo nikt w Niemczech się do tego nie kwapi, przecie to porozumienie leży w naszym interesie, a nie Niemiec, które mogą na emigrację gwizdać. Chciałbym tylko o Niemczech pisać prawdę, bo Polakom zdawało się przed wojną, że Żydzi też nie są żadną siłą i można bezkarnie się bawić w antysemityzm, co się okazało kryminałem, tak samo i teraz taka kanalijka jak Kirkien wyobraża sobie, że może pleść trzy po trzy na temat Niemiec, i że to uchodzi na sucho.

Trzeba Polakom tłumaczyć, że Niemcy są już wielkim mocarstwem, że ich zdolność tworzenia bogactwa wielokrotnie przekracza zdolność Anglików i Francuzów w tej dziedzinie, że gdyby w Niemczech Zachodnich panował taki burdel, jak we Francji czy Włoszech, to by w ogóle nie było konferencji berlińskiej, bo Sowiety już siedziałyby na Renie, że zupełnym idiotyzmem jest nawoływanie Amerykanów, by oparli się na małych narodach, a stali się antyniemieccy, że nikt na świecie nie traktuje za normalnych ludzi, którzy jednocześnie występują z pyskiem na Niemców i Moskali, że uwierzę, iż Ameryka chce nas nie tylko bujać, ale zajmuje się nami na serio, dopiero gdy wrzaśnie: dość tego szczucia na Niemców itd., itd.

O sprawie granicy nic nie zamierzam pisać, bo przecie każdy człowiek przy zdrowych zmysłach wie, że się ta granica nigdy nie utrzyma. Podziwiam Pana erudycję demograficzną, oczywiście zgadzam się na poprawki w sprawie Boya, chociaż moim zdaniem jego kampania w sprawie świadomego macierzyństwa wiązała się z Dziewicami Konsystorskimi, Piekłem Kobiet itd., a to miało taki posmaczek erotyczny. W Irlandii istotą rzeczy jest późne zawieranie małżeństw: ostatecznie, jeżeli Pan czy ja się jeszcze ożenimy, to płodzenie przez nas obydwu jest wątpliwe.

Czy dostał Pan mój drugi artykuł demograficzny2? Czy rzeczywiście chce pan mnie jeszcze uraczyć ponownie K[...]? Już i tak marzę ciągle o opuszczeniu Voice'u, taki mam wstręt do Krukowskiego i Erdmanna3 (zastępca, zięć Wańkowicza) dwóch ponurych [...]. Jest tutaj Straszewicz4, osobiście bardzo nudny, mieszczański, ale jego powieść dobra, to lepszy Mostowicz5. Będzie w Londynie, niech Pan go zaangażuje na współpracownika. Radzę mu, by pracował tutaj we Free, coś oszczędził, a potem wyjechał do Hiszpanii i tam pisał, bo w tych radiach — to jest niepodobieństwem.

Łubieński mi mówił, że rozmawiał z „Panią Heleną" o artykułach „Silvy" w sprawie Katii6, ona po matce odziedziczyła fracuską verdeur i palnęła: „Bardzo dobrze, że Grydzewski się przejechał po tym starym puliszonie". Niech Pan więc uspokoi Badeniego, ma Pan świętą rację, że jest zanadto konformistyczny i ulukrowany.

Sakowski rzeczywiście zaiwania floresami o Mackiewiczu, dobry tylko ustęp o tych kretyńskich herbach, reszta mdła7. Voigt8 doskonały, tylko ten nacjonalizm angielski chwilami męczący. Biedny Stroński - nie do drukowania dzisiaj. Marynia Czapska milutka. Krasiński o Towiańskim doskonały. Ależ się rzuciła ta hołota w obronie Kasprowicza. A wiersz cytowany przez bałwana Tarnowskiego straszny. Puszka zawsze okropna9.

Dłoń ściskam. Nie pisze Pan nic o honorarium, a to sprawa ważna. A rivederci.
Zbyszewski

1  Ks. Kamil Kantak (1881-1976) pisarz, kapelan wojska polskiego w ZSSR, autor antyniemieckich artykułów w «Wiadomościach».
2 Mowa o tekście  „Przyrost ludności w Polsce" opublikowanym w nr. 427 «Wiadomości», 1954 r.
3 Jan Erdman, dziennikarz, pracownik Voice of America.
4 Czesław Straszewicz (1903-1963) pisarz, po 1939 r. na emigracji, opubliko-wał m.in. Turyści z bocianich gniazd (1953).
5 Tadeusz Dołęga-Mostowicz (1898-1939) pisarz.
6 Prawdopodobnie mowa o Katarzynie Rzewuskiej, bohaterce listu S. Badeniego z 8 I 1952 r.
7Mowa o recenzji J. Sakowskiego ze „Stanisława Augusta", «Wiadomości» nr 411, 1954 r.
8 F.A.Yoigt (1892-1957) ang. pisarz polityczny, przyjaciel Polski, pisywał w «Wiadomościach».
9Powyższa, zbiorcza ocena dotyczy nr. 411 «Wiadomości», 1954 r.

***

Monachium, 15 marca 54

Drogi Panie, ależ ostatni numer jest nudny. To ględzenie Koestlera1! Chodzi mi jednak o błąd tego nadętego [...] Terleckiego. Co to za wioska Greenwich? Przecie Greenwich Village jest nazwą dzielnicy, takiej jak Notting Hill Gate czy St. Germain des Pres i nie można połowy tej nazwy spolszczać. Co za złośliwy kabotyn, ten Terlecki.

Karol mi pisze, że Straszewicz co dzień u Pana przesiaduje, jaka szkoda, że nudna Puszka pisze o nim, na pewno ta recenzja będzie spaskudzona. Tak jak Pragier spaskudził recenzję o Stempowskim2. Trudno o coś gorszego od jego pamiętników. Nie znałem starego Stempowskiego, ale myślałem zawsze, że to był człowiek wybitny: z pamiętników jego wynika, że to był człowiek czysto negatywny, zawadiaka sejmikowy pozbawiony jakiejkolwiek myśli twórczej, przy czem słaby pisarz i stylista. I nudne to wszystko.

Bardzo mi Stempowski zmniejszył Hostowca3. I jak zabawnie wygląda Hostowiec pisząc do «Kultury» listy z oburzeniem na ataki personalne starego Sokolnickiego, kiedy własny jego papo nie umie pisać inaczej, jak tylko per idiota, bałwan, kanalia etc.

Mackiewicz naknocił o konferencji berlińskiej: drobiazgowe sprawozdania po-lityczne drukowały wszystkie pisma niemieckie, «Neue Zuericher Zeitung», «Monde», prasa wiedeńska, prasa amerykańska, angielskiej nie czytam, ale naturalnie brukowce wszędzie piszą o kawiorze, dziwkach etc.

Badeni mi natychmiast napisał, dziękując za wzmiankę w „korespondencji". Zbeształem Jeleńskiego za artykuł o Tuwimie, ale Wittlin też nie lepszy. Podobno Nowakowski napisał tak piękny wiersz o Tuwimie, że Pan się aż rozpłakał, tak przynajmniej twierdzi Tadzio. Dlaczego „Silva" całego numeru Tuwimowi nie poświęci? Chyba warto.

Niezła ta satyra pośmiertna Gałczyńskiego4 (jako człowiek to była dopiero kanalia, tak twierdzi Miś Tyszkiewicz, od Ordonki5, u którego w Ornianach Gałczyński darmo dwa lata mieszkał i jeszcze dziwkom dzieci robił, tak że potem Miś miał rachunki za skrobanki).

Odczytałem z powrotem Chartreuse de Parme, cóż za cudowna powieść, chyba najlepsza na świecie, jak może Mackiewicz powtarzać bez końca bzdurę, że ten Dostojewski to coś lepszego od Stendhala i Balzaka. I w ogóle że ta rosyjska literatura na pierwszym miejscu...

Ale i „Silva" staje się procarski: jak można się nazywać „Jewdokija" jak ta baba Rastopczyn. Tutaj nudy. Zacząłem notatkę dla „Miscelaneów".

Dłoń ściskam serdecznie.
Zbyszewski

1 „Przewodnik po neurozach politycznych". Tłum. T.Terlecki, «Wiadomości» nr 416, 1954 r.
2 Stanisław Stempowski( 1870-1952) działacz społeczny, publicysta, recenzję jego Pamiętników (Wrocław, 1953) ogłosił Pragier w nr. 415 «Wiadomości», 1954 r.
3 Paweł Hostowiec, pseud. Jerzego Stempowskiego, syna Stanisława.
4 Józef Łobodowski.   „Na śmierć  Gałczyńskiego",   «Wiadomości» nr 410, 1954 r.
5  Michał Tyszkiewicz (1903-1974) ziemianin, po 1945 r. pracownik Radia Wolna Europa, mąż Hanki Ordonówny (1904-1950) piosenkarki i aktorki.

***

Monachium, 19 X 55
Drogi Panie, przecież ta „święta ziemia niemiecka" jest właśnie ilustracją „Generalsdeutsch"', na tym polega cała polnte'a, bez tej świętej ziemi cała notatka nie ma cienia sensu. Przyda się to polskim bucom, którzy sądzą, że gdy bredzą o „świętej ziemi polskiej", to to brzmi podniośle, a jak o tym mówią Niemcy, to to Hakata. Pewno, że Pana gestapowiec Kantak będzie niezadowolony, ale to tylko tym lepiej.

Co za bzdury wypisuje ten nieszczęsny Józio [Mackiewicz] o tych kozakach1. Każdy Moskwicina, kozak czy kacap, który zjeżdża na Zachód, a już zwłaszcza do świętej ziemi włoskiej, powinien być niezwłocznie zamordowany, wszystko jedno czy zjawia się jako zdobywca, obrońca, aliant, wojażer, turysta czy uciekinier. Szkoda tylko, że tego paskudstwa wymordowano tak mało. Pojechał on (Józio) z wredną żoną do Szwajcarii, pożyczyłem mu na ten cel 150 dolarów, ciekawym czy kiedyś te pieniądze zobaczę.

Staś [Mackiewicz] mi nie odpowiada na listy, pewno obrażony. Jego ostatni artykuł o Czechowie2 niezły, oczywiście prócz tytułu absurdalnego i wzmianki o Prouście: to rzeczywiście skandal, by człowiek, który Prousta nigdy nie czytał i nie ma o nim pojęcia, śmiał bredzić na ten temat.

Przyjemna Stefa Kossowska o Paryżu3, niech Pan tylko zwróci jej uwagę na dwa karygodne błędy. Pisze, że rola Polaków zagranicą jest dzisiaj zupełnie niezrozumiała. Przeciwnie, doskonale zrozumiała, Polacy są znienawidzeni na całym świecie, przedmiotem pogardy i nienawiści.

Jak mi mówił w Paryżu mój przyjaciel Gauąuie, opowiadając, jak się broni przeciw wysłaniu go na ambasadora do Warszawy: „Car ąuel message puis-je apporter aux Polonais? Mais seulement un message de desespoir. Qu 'ils detestent les Russes? Mals on s'en fiche. Qu'ils ont lutte' avec les Allemands? Mais on s'en font. Qu 'ils desirent l 'independance ? Mais on s 'en moąue. Le seul sentiment ąue la France ait gardę vis-a-vis de la Pologne est un sentiment de rancune poitr l'avoir entrainer dans une guerre desastreuse."*

Nie zawracać głowy: Polska Biełeckich, Mikołajczyków, chłopów, urzędasów i szpiclów sanacyjnych, hakatystów, Kantaków, antysemitów i (...) Piłsudskiego jest najbardziej znienawidzonym narodem na świecie. Niech też przestaną Bieleccy i Mikołajczyki łudzić się, że ich pyski jakikolwiek Francuz może oglądać z przyjemnością, patrzą na nie tylko ze zrozumiałą odrazą.

Mogą zagranicą tylko się pokazać na zebraniu Schweinmetzger'ów w Norymberdze, a i to nie jestem pewny. Podobnie ta cała kryminalna banda Piłsudczyków, wszystkie te Wragi, Odzierzyńscy4, Ruble i reszta tych łotrów mogą czuć się w domu tylko w biurach NKWD.

Drugi fatalny błąd nieszczęsnej Stefy: nie było żadnego podobieństwa między Ludwikiem XIV a Władysławem IV. Władysław był piesko otyły, nosił się z szwedzka, podobny był raczej do swego kuzyna Karola Gustawa, tak jak Kazimierz był podobny do Krystyny Szwedzkiej. Ludwik XIV był przede wszystkim mały, stąd wymyślił le talon rouge, by dodać sobie wzrostu, ale poza tem był foremny, szczupły, nawet chudy, i raczej przystojny, trzymał się świetnie, natomiast Władysław był bardzo ociężały.

Cieszę się, że recenzji o Mackiewiczu Panu nie przysłałem, wyobrażam sobie jakby z tego madejowego łoża wyszła. Chcę Panu coś przysłać na temat koniunktury, ale raz jeszcze z góry zaznaczam: żadnych poprawek.

W plebiscycie ucieszyło mnie, że ta (...) Kuncewiczowa stanęła na szarym końcu5.

Moje biuro coraz bardziej nie do zniesienia: gdyby Pan był moim przyjacielem walczyłby Pan stale o jakąś dobrą synekurę dla mnie, tak bym mógł z tutejszego kryminału wyjść.

[Gustaw Herling] Grudziński jedzie na garnuszek do żony: zasłużony koniec dla „lewicowca" i „radykała".

Dłoń Pana ściskam serdecznie.
Zbyszewski

1  Mowa o tekście „Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy", «Wiadomości» nr 499, 1955 r.
2  W nr. 499 oraz 501 «Wiadomości» z 1955 r. Mackiewicz opublikował dwuczęściowy artykuł „Sam na sam z Czechowem".
3  Mowa o nr. 499 «Wiadomości», 1955 r., w którym Big-Ben opisywał swe wrażenia z podróży.
* Co mogę powiedzieć Polakom? Żadnych słów nadziei. Że nienawidzą Rosjan? Nikt sobie z tego nic nie robi. Ze walczyli z Niemcami? Nikogo to nie obchodzi. Że chcą niepodległości? Kpi się z tego. Jedyne uczucie, jakie Francja zachowała wobec Polski, to pretensja o wciągnięcie jej do tragicznej wojny.
4 Jerzy Wraga (właść. Niezbrzycki) (1902-1968) przed 1939 r. oficer wywiadu, po wojnie na emigracji, publicysta. Roman Odzierzyński (1892-1975) generał, w latach 1950-1953 premier rządu na emigracji.
5 Mowa o plebiscycie na najpopularniejszego pisarza czytelników «Wiadomości», w którym Maria Kuncewiczowa uplasowała się na miejscu 85.

***

Monachium, l XI 55

Drogi Panie, na ręce Pana przesyłam wyrazy najgłębszego żalu i współczucia z powodu zgonu śp. St. Strońskiego, bardzo serdecznie go lubiłem i ceniłem jego prawość i serce. Nie mogę o nim napisać wspomnienia, bo musiałbym napisać, że w roli przywódcy hecy antyniemieckiej oddał Polsce najgorsze przysługi - a przecież Pan tego nigdy nie umieści, jak w ogóle niczego.

Serdecznie Panu gratuluję artykułu Backvisa1, chociaż jest rozwlekły i niezdarnie napisany, ale jednak zdobył się na parę słów prawdy o tym nędznym głuptaku Mickiewiczu. Oczywiście Dziady są bzdurą i wykuwanie tych kretynizmów w szkole ogłupiło już trzy pokolenia Polusów. Pisać warto tylko po to, by odbronzawiać - jest to jedyny nakaz chwili. Backvis ma rację, że Polakom wolno do Mickiewicza podchodzić tylko z biciem pokłonów.

Mickiewicz, Piłsudski, Ziemie Zagrabione, polityka Becka, majaczenia mocarstwowe, Polacy w roli sędziów świata, uprzemysłowienie Bieruta i tysiące takich tabu, wrednych i głupich, wszystko to trzeba obnażać bez litości, inaczej od tego samodurstwa Polska ostatecznie skona.

Byłem teraz 3 dni w Wenecji u Reny Jeleńskiej, zawsze odetchnąłem trochę po mym strasznym biurze. Tadzio Nowakowski ma być lada chwila operowany (...), okropnie cierpi: wszystko rezultaty nieleczenia się w czas.

Wracając do Mickiewicza, jakiż ten Backvis odświeżający po bredniach Terleckiego i niestety Sakowskiego: jak można pisać tak barokowo, „urzekający" etc. Podobno te brednie Józia Mackiewicza o tych kozakach się Polusom londyńskim podobają: proszę, proszę, co za gust.

Drugi artykuł Stasia [Mackiewicza] o Czechowie lepszy od pierwszego, tylko chyba pies ma pysk, a nie gębę.

Za to Voigt nudny nie do zniesienia. Danilewiczowa powinna się zdecydować, czy siada na pegaza, czy pisze baedekerowskie kawałki o kuchni (słabo się na niej zna). Stefy Kossowskiej jeszcze nie przeczytałem2.

Dodaję dla Pana informacji dowcipy Reny: Lordówna wychodzi za mąż za Lorda, mąż ją defloruje, ona pyta: „My dear, is that what we have been doing, is it what vulgar people cali fucking? Lord: This is it, my dear. Ona: Much too good for them. * Drugi jej dowcip: żona lorda jedzie w podróż poślubną do Kalabrii, tam porywają ją bandyci, okropna emocja, ale okup nadchodzi w porę, szczęśliwie wraca. Po 30 latach znowu jedzie do Kalabrii, znowu porywają ją bandyci, znowu okup, znowu wraca. Pytają się, jak tam było. Ona: „Ah, ce que les brigands ont changć..."** Biedny Stroński by ten dowcip ocenił, a teraz nie ma Pan nawet komu go opowiedzieć, bo nawet Staś tego nie oceni.

Dłoń Pana ściskam serdecznie.
Zbyszewski

1  Claude Backvis,  „De la pan d'un ami belge",  «Wiadomości»  nr 507/508, 1955 r.
2 Mowa o nr. 501 «Wiadomości». 1955 r.
* Mój drogi, czy to co robiliśmy prości ludzie nazywają pieprzeniem? - Tak,
moja droga. - To za dobre dla nich.
** Ach, jak ci bandyci się zmienili.

***

Monachium, 8 maja 57
Drogi Panie, jak zawsze porobił Pan tyle zmian, że zupełnie już nie wiem, co wyszło spod Pana, a co spod mego pióra. Gdyby Pan chciał zrozumieć, jak takie metody zniechęcają ludzi do pisania. Trudno się dziwić, że w końcu na polu zostają u Pana sami Terleccy i Brońcie, a u Giedroycia1 Kawałkowski etc.

Chciałbym napisać dla Pana serię artykułów o polityce gospodarczej Polski, ale oczywiście musiałbym mieć pewność, że ani jednego słowa Pan nie zmieni, drugi problem, który mnie interesuje - to przeludnienie oraz haniebna polityka finansowa i inna Anglii. Ten kraj zejdzie na poziom Polski, będzie w całkowitej nędzy.

Nie może się Pan dziwić, że na Sycylii spotykał Pan samych Niemców: jest to słuszna nagroda może nie za idealną, ale na pewno najmniej złą politykę gospodarczą: bogactwo jest dzisiaj dostępne dla wszystkich, nędza Anglii, a niestety także i Francji, jest wyłącznie ich winą. Dwa są tylko dzisiaj kraje rozumne i porządnie i uczciwie rządzone w Europie, to Szwajcaria i Niemcy Zachodnie.

Dlaczego nie drukuje Pan listu poczciwego Kruchty o Kantaku, przecie to idzie po Pana myśli, chce Pan koniecznie rasistowskich kapłanów i kościołów, właściwie powinien Pan występować w obronie Strijdoma i pozostałych rasistów burskich.

Dłoń Pana ściskam serdecznie. Gdyby Pan zobaczył Stasia Mackiewicza w Londynie, proszę go uściskać. Natomiast durny Józio Mackiewicz nie do zniesienia, jego książka o tych kozakach Kontra jest skandalem, dzieło szowinisty rosyjskiego.

Tutejsi moi „koledzy" grafomani Sambor2, Jabłoński3, Wedow4 etc. napisali wszyscy jakieś nowele na Pana konkurs5, który naturalnie, jak i wszystkie inne zbojkotowałem. Chcę jechać na urlop też do Włoch, ale nikczemny Krukowski robi mi ciągłe przeszkody. Erdman jest jeszcze większą od Krukowskiego (...). Że też nie może mi Pan zafundować synekury, tak bym mógł opuścić to wstrętne biuro.

Raz jeszcze Pana uroczyście zapewniam, że Polska nie ma i mieć nie może najmniejszego oparcia w Stanach, które zawsze ją sprzedadzą za pierwszą z brzegu Jordanię czy to Niemcom, czy jeszcze chętniej „dobrym Rosjanom": Polska choćby Andersa i Grydzewskiego otrzyma zawsze tylko ultimatum od Stanów, by zwracać zagrabione Niemcom lub Moskalom ziemie, najchętniej obu razem.

Co sądzi Pan o książce Tadzia Nowakowskiego. Zaprosiłem tutaj na kolację Zygmunta Nowakowskiego, zasłużony człowiek, który ciężko pracuje na chleb.

Dłoń Pana ściskam raz jeszcze.
Zbyszewski

1 Jerzy Giedroyc (1906) redaktor «Kultury».
2 Michał Sambor, pseud. Michała Chmielowca.
3 Zygmunt Jabłoński (1920-1985) dziennikarz RWE.
4 Janusz Wedow (zm. 1982) dziennikarz RWE.
5 Mowa o konkursie na szkic biograficzny, «Wiadomości» nr 567, 1957 r.

***

WAZ, Paryż, 28 XI 65
Drogi Panie, przesyłam w załączeniu odpis „wyroku" Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Warszawie na Stanisława Mackiewicza. Tekst tego wyroku otrzymałem dzisiaj rano od samego Mackiewicza, który dodaje, że jest poza tem oskarżony z art. 23 „małego kodeksu karnego", na podstawie którego to paragrafu grozi mu od 3 do 15 lat więzienia.

Fakt podpisania tego haniebnego „wyroku" na największego publicystę polskiego naszej generacji przez pana Zbigniewa Izaaka i Bernarda Kizera (o których zresztą nic nie wiem) wygląda mi na prowokację Moczara, w każdym razie na pewno podnieci nastroje antysemickie w Polsce, specjalnie wśród dziennikarzy.

Myślę, że byłoby bardzo pożądane, by Pan skłonił np. Słonimskiego, by publicznie wystąpił na łamach «Wiadomości» przeciw tej hańbie. Oczywiście, gdyby Silva w tej sprawie zabierał głos, prosiłbym o NIEwspominanie, że tekst wyroku otrzymał ode mnie.

Poza Panem tekst tego wyroku przesłałem Julkowi [Sakowskiemu], Giedroyciowi, Nowakowi, Tazabowi i Ed. Raczyńskiemu. W liście do mnie Mackiewicz kategorycznie wyprasza sobie wszelką obronę przez Bregmana, którego uważa za prowokatora reżymu.

Postaram się wysłać Panu dziś-jutro artykuł. Niech Pan pogratuluje Samborowi jego recenzji o Zawodzińskim1. Wyrasta na poważnego krytyka: c'est pcu dire*, bo poza Stempowskim nie ma żadnej konkurencji na emigracji, także poza Silvą, który jednak woli być przyczynkarzem niż historykiem literatury. Dziękuję za Badeniego, o którym napiszę.

Dłoń ściskam. Współczuję Grocholskiemu w jego niedoli i cieszę się, że jestem starym kawalerem, jak i Pan. Piękne ukłony dla Tali Potockiej. A propos uważam, że pisząc o osobach znanych powinno się nie używać skrótu „p." kropka, lecz w pełni „panna" czy „pani". Co prawda w tym wypadku zachodzi wielka trudność: jako panna, Tala jest oczywiście Panną Potocką (tytuł „hrabianki" w języku polskim, podobnie jak francuskim nie istnieje, nawet córki Regenta Orleańskiego nazywały się Mile de Valois, Mile de Charolais itd.), ale jak rozwódka, która powróciła do panieńskiego nazwiska można się wahać czy ma tytuł, czy nie. Optuję, że nie ma. Tak więc powinno być Pani Potocką, ale Pani w całości.

Raz jeszcze uścisk dłoni.
Zbyszewski

1 M. Chmielowiec,   „Wskrzeszony   krytyk poezji", « Wiadomości^ nr 1026, 1965 r., rec. z książki Karola Zawodzińskiego, Wśród poetów, Kraków 1964 r.
* to nie dość powiedzieć.



Poprawiony: Niedziela, 31 marca 2013