…Jestem za ścisłością, gdyż wydaje mi się, że jedynie prawda jest ciekawa. Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej bogata i wielostronna, i barwna, niż wykoncypowane jej przeróbki. Józef Mackiewicz

Życie na wulkanie. Drukuj
Autor: Marian Święcicki   
Niedziela, 10 lipca 2011

Marian Święcicki. Życie na wulkanie. New York, 1984. Stron 179.

(urywek)

OD A UTORA
Drogi Czytelniku, oddając Ci treść moich wspomnień pod zbyt szumnym - być może - tytulem "Życie na wulkanie”, pragnę Cię zapewnić, że znajdziesz tu szereg opowiadań o prawdziwych zdarzeniach, z jakimi osobiście musiałem się spotkać, by skutecznie, w miarę możliwości, przeciwstawić się narzucanej nam sile okupantów. Okupantów, którzy przez cały okres wojny, tak jakby w zmowie wiernych przyjaciół - czy to w zgodzie, czy to w wojnie między sobą - wytężali sity, by zniszczyć nie tylko kraj "bękarta Traktatu Wersalskiego”, ale przede wszystkim zdziesiątkować naród polski stojący im na drodze do imperialistycznych dążeń.
Stalinizm i hitleryzm. Ten drugi to tylko nędzny naśladowca pierwszego. To stalinizm właśnie - w ciągu powojennego, porewolucyjnego dwudziestolecia - sprecyzował i urzeczywistnił straszliwy system wyniszczania ludzi, zagłady swoich własnych obywateli przez masowe rozstrzeliwania, głodzenie i nędzę w lagrach syberyjskich.
Moje opowiadania nie pretendują do miana powieści, na kanwie której umieszcza się zwykle bohatera, bohaterkę i ich atrakcyjny romans. Opowiadania te pisane są zwięźle, językiem codziennym, bez żadnych upiększeń i fantazji. Wydarzenia w nich zawarte nie dotyczą ani wielkich polityków, ani wodzów, czy ich bohaterskich wyczynów; przedstawiam w nich ludzi zwykłych - a jednak swym postępowaniem charakterystycznych.
Być może, w tych opowiadaniach ktoś dopatrzy się jakichś tendencji, czy uprzedzeń do poszczególnych narodowości; lub tez odniesie wrażenie, że organizując różne przedsiębiorstwa i prowadząc interesy - robiłem to w celu osiągnięcia osobistych zysków. Całą swoją działalność opierałem jednak na przeświadczeniu, że niezależność materialna łatwiej pozwoli mi pracować dla naszego Podziemia, a zwłaszcza jego sil zbrojnych oraz umożliwi mi ratowanie młodzieży i inteligencji polskiej, które to grupy byty pod największym obstrzałem naszych wrogów. Prace te wykonywałem jako Polak - dla Polski; wszystkie związane z tą działalnością wydatki pokrywałem wyłącznie ze swoich własnych funduszy, co niejednokrotnie pozwalało mi na podejmowanie decyzji, wymagających  znacznych wydatków.
Kierowała mną jeszcze jedna główna zasada - poszukiwanie wśród ludzi człowieka. Ludzi jest dużo - a człowieka na ogól znaleźć bardzo trudno. Muszę stwierdzić, że tego człowieka spotykałem często i nawiązywałem z nim kontakt do współdziałania w dążeniu do wspólnego celu, jakim była dla nas Wolna Polska. W najbliższym moim otoczeniu takim człowiekiem była moja żona Hanka, przed którą nie miotem żadnych tajemnic; jej spokój, opanowanie i rozum dodawały mi sił, tak że będąc pod obstrzałem w każdej chwili, każdego dnia i nocy oraz spodziewając się zemsty wroga za swoja działalność - miałem na ustach uśmiech i twarda odpowiedź na podchwytliwe pytanie, co na przeciwniku robiło silne wrażenie i co pozwoliło mi wychodzić z opresji zwycięsko.
Wspomnienia te piszę trochę za późno, gdyż przekroczyłem już "ósmy krzyżyk" i opieram je wyłącznie na własnej pamięci, która - dzięki Bogu - jakaś mi jeszcze dopisuje. Ponieważ mam bardzo osłabiony wzrok i sam nie mogę pisać, pomaga mi mój przyjaciel z młodych lat, W. N. za co składam mu serdeczne podziękowanie.

Blaski i cienie mojej pracy oświatowej, społecznej i politycznej w powiecie Święciańskim
W grudniu 1922 objąłem stanowisko kierownika wyżej zorganizowanej szkoły publicznej w miasteczku Kołtyniany, położonym w odległości 3 km od . granicy litewskiej. Zagadnienia litewskie były dla mnie wtedy całkowicie obce. Inspektor szkolny inż. Miłoszyński uprzedził mnie, że teren jest dosyć niebezpieczny, gdyż z zagranicy przechodzą Szaulisi i sporadycznie urządzają napady na Polaków. Jako przeciwdziałanie istniała na terenie Wileńszczyzny polska grupa partyzancka "Związek Bezpieczeństwa Kraju - ZBK". Grupa ta powstała po wypędzeniu bolszewików w 1920 roku, jako przeciwdziałanie i ochrona mieszkających tam Polaków. Założycielem jej był Zyndram Kościałkowski, późniejszy minister i premier RP. Do tego ZBK zostałem zaproszony i wciągnięty przez powiatowy oddział w Święcianach, który mianował mnie komendantem na terenie gminy Lyngmiany. Urząd gminy Lyngmiany znajdował się w Kołtynianach. Lyngmiany leżały tuż przy granicy i ich mieszkańcy mający grunta po drugiej stronie granicy, żeby ją przekroczyć, musieli starać się o tak zwane "przepustki rolne" . Szkoły polskiej w Lyngmianach nie było. Sprawa napadów przygranicznych prawie nie istniała. Ja z grupą swoich nauczycieli i z kilkoma zaprzyjaźnionymi z sąsiednich miejscowości rozpoczęliśmy starania o zbliżenie do polskiej rzeczywistości mieszkańców tej gminy - w 90% Litwinów. Zacząłem od zorganizowania zespołu teatralnego. W ciągu paru lat, co pewien czas wystawialiśmy sztuki, przeważnie fredrowskie komedyjki jak: "Stryj przyjechał", "Chrapanie na rozkaz" i inne. "Żyda w beczce" nie wystawialiśmy. Zwykle po przedstawieniu odbywała się zabawa w Domu Parafialnym. Przedstawienia udawały się, sala zawsze była przepełniona i ze zdziwieniem przekonałem się, że większość autochtonów rozumie język polski, co można było widzieć po reakcji na występy amatorskich aktorów. Kwestia Szaulisów prawie nie istniała. W naszej działalności w ZBK - mimo że czasami urządzaliśmy patrole, nigdy nie natknęliśmy się na zagranicznych bohaterów, starających się zaakcentować swoje niezadowolenie z utraty Wilna i Wileńszczyzny. Polska ludność rekrutowała się z kilkunastu folwarczków nie przekraczających 60-70 hektarów. W Kołtynianach był większy majątek, którego właścicielem był Rosjanin, były pułkownik carski - Mordwinow. Majątek ten przeszedł w ręce rosyjskie po powstaniu 1863 r., nadany jakiemuś rosyjskiemu generałowi po wywłaszczeniu rodziny Łopacińskich. Większych majątków w okolicy nie było. Szkoła byto dwujęzyczna, z językiem wykładowym litewskim (w której, poczynając- od klasy trzeciej wzwyż, obowiązywała nauka języka polskiego) i z językiem wykładowym polskim. Oddziały polskie miały około 50 dzieci, rekrutujących się w niewielkiej ilości z tak zwanej szlachty zaściankowej i w większości z dzieci żydowskiego pochodzenia. W  oddziałach litewskich było przeszło 200 dzieci - wyłącznie litewskich. W roku 1924-25 władze szkolne postanowiły uruchomić szkolę w Lyngmianach. Organizację tej szkoły powierzono mnie i w tej miejscowości pracowałem - z przerwami - do roku 1934. Ludność przychylnie ustosunkowała się do nowej szkoły, która podobnie jak w Kołtynianach była dwujęzyczna. Klasy z językiem wykładowym litewskim prowadziła moja żona, a ja uczyłem w nich polskiego, natomiast klasy z językiem wykładowym polskim prowadziłem ja. Do klas litewskich uczęszczały tylko dzieci litewskie, natomiast do klas polskich dzieci żydowskie i znikomy procent dzieci polskich. W Lyngmianach za polską uznawała się rodzina Bruksztusów. Pan Bruksztus był przez szereg lat mechanikiem kolejowym w Nowych Święcianach. Drugim Polakiem był ożeniony z Litwinką pan Kopeć, były plutonowy Wojska Polskiego, specjalista od wyrobów masarskich. Najbliższym polskim sąsiadem był Aleksander Runowicz, właściciel folwarku Lidakinie. Mieszkając w Lyngmianach, kilka razy do roku jeździłem do Koltynian, gdzie prowadziłem zespól teatralny, urządzałem zawody sportowe i inne imprezy. Miejscowy proboszcz, znany działacz litewski ksiądz Breiwo, z różnych powodów przeniósł się do Litwy. Trudności wielkich nie miał, gdyż z jego plebanii do granicy nie byto więcej jak 30 metrów. Nowym proboszczem został ksiądz Aleksander Micas, który jednocześnie był profesorem łaciny w gimnazjum litewskim w Święcianach. Pochodził z rodziny, która była litewska, a później spolonizowała się. Ksiądz uważał się za Litwina, choć jego rodzina słabo radziła sobie z litewskim. Przez parę lat dojeżdżał do Święcian, potem przeniósł się tam na stałe i został dyrektorem tamtejszego gimnazjum.
Na terenie Lyngmian warunki były sprzyjające, służbę graniczną początkowo pełniła mundurowa policja, którą bodajże w roku 1925 zastąpił Korpus Ochrony Pogranicza. Żadnych organizacji polskich w tym miasteczku i okolicy nie byto. Prace społeczne ze starszą młodzieżą postanowiłem prowadzić na terenie straży ogniowej, którą zorganizowałem, gdyż brakowało jej w promieniu 10 kilometrów. W porze zimowej działała świetlica. Młodzież chętnie się do niej garnęła, zarówno litewska jak i żydowska, no i oczywiście nieliczna polska. Szkoła stała się ośrodkiem - można śmiało powiedzieć - opiekuńczym. Dla dzieci wprowadzono dokarmianie, zaś ich rodzice nawet z terenów dosyć odległych od pasa granicznego zwracali się do nas z różnymi sprawami: czy to z prośbą o interwencję u władz w związku z odebraną za niewielkie przewinienie graniczną przepustką rolną, czy to w kwestiach podatkowych, zawodowych, a nawet rodzinnych. Moja kancelaria była więc oblegana, a żona miała sporo pracy. W sprawach prawniczych - jako syn prawnika - byłem trochę obznajmiony, natomiast w przypadkach trudniejszych korzystałem z pomocy ojca, który w Wilnie prowadził biuro porad prawnych.
Miałem satysfakcję, widząc, iż jestem ludziom użyteczny, tym bardziej, że nigdy nie pobierałem żadnych wynagrodzeń. Władze powiatowe - czy to skarbowe, czy administracyjne, czy też Korpus Ochrony Pogranicza - zawsze odnosiły się przychylnie do spraw, jakie tym ludziom załatwiałem. Nigdy nie spotkałem się z jakimś odruchem nieprzychylnym, bądź też antypolskim wystąpieniem, zarówno ze strony młodzieży jak i starszej generacji społeczeństwa litewskiego.
W roku 1928 przy finansowej pomocy Wydziału Powiatowego zorganizowałem dość liczną, bo ponad stuosobową wycieczkę młodzieży na Powszechną Wystawę Krajową w Poznaniu. Przy okazji wyprawy na PWK młodzież zwiedziła Warszawę, a w Poznaniu - po obejrzeniu wystawy ¬przez kilka dni poznawaliśmy gospodarstwa rolne w Kościanie i powiecie. Tutaj dopiero, na widok wielkopolskich gospodarstw, nasza grupa wpadała w zdumienie, niemal graniczące z niedowierzaniem. Gdy zwiedzaliśmy 25-hektarowe gospodarstwo (co w Poznańskiem nazywało się już majątkiem), a w nim kancelarię, zabudowania gospodarskie z kilkunastoma krowami; parą koni; wozem; bryczką, a nawet zamkniętą karetą, którą właściciel jeździł do kościoła z własnym furmanem, a obaj w cylindrach(!) - niektórzy wycieczkowicze, mający w naszych stronach po 30-40 hektarów, nie mogli uwierzyć, że dochody na to wszystko czerpać można z samej tylko ziemi: Pytali więc właściciela jaką - oprócz prowadzenia gospodarstwa - zajmuje jeszcze posadę, skoro może sobie żyć
jak urzędnik. Nie mieściło im się w głowie, że córka tego rolnika zasiadła sobie w salonie do fortepianu i zagrała walca Chopina, a następnie prosto od tego fortepianu poszła z innymi dziewczynami do dojenia krów. A tymczasem ów rolnik prowadził wyłącznie plantację buraka cukrowego. Przy zwiedzaniu innego, tylko 10-hektarowego gospodarstwa, zdumienie byto jeszcze większe - nasi utrzymywali, że jego właściciel po prostu sobie żartuje, kiedy zapytywany czy zarabia aż 500 złotych, odpowiadał: "Za tylko tyle nigdy nie mógłbym żyć tak jak żyję". Dopiero na widok przeróżnych narzędzi rolniczych i urządzeń gospodarskich zaczynano mu dawać wiarę.
Przy zwiedzaniu wystawy w Poznaniu niemałe kolejki tworzyły się przed stoiskami firm alkoholowych, które bezpłatnie dawały niewielkie, chyba 100-gramowe próbki swych przednich napojów. Było też sporo humoru w lunaparku, zwłaszcza za sprawą wodospadu Niagara. Oglądać wodospad mogły tylko dwie osoby, a kiedy już było po wszystkim, nie wolno im byto mówić co tam takiego widziały. Wchodziło się po schodach wysoko, oj wysoko, siadało się na wygodnej ławeczce, a przed sobą miało się obraz Niagary w całej okazałości, gdy nagle ławeczka przechylała się do tyłu i siedzący spadali na wcale stromą pochylnię utworzoną z miękkich, kręcących się wałków, po których w szybkim tempie zjeżdżali w dół. Krzywdy sobie zrobić nie mogli, ale garderoby, zwłaszcza pań, pokazywały nierzadko to, co zwykle ukrywają. Niektórzy przyjmowali tę przygodę ze śmiechem, inni z przekleństwami, lecz jedni i drudzy porządkowali ubrania, zbierali drobiazgi pogubione z kieszeni i torebek, a nade wszystko zachęcali innych, do obejrzenia tego cudu.
Wśród wycieczkowiczów była jedna para małżeńska, w której żona na krok nie odstępowała męża. Mieszkaliśmy w schronisku z oddzielnymi pokojami dla kobiet i dla mężczyzn. Nieodstępna żona zauważyła, które łóżko mąż otrzymał, więc w nocy zakradła się do męskiego pokoju i położyła się obok niego. Rano okazało się, że ten, z którym spędziła noc tak blisko, nie był jej mężem, bo pan małżonek akurat zamienia lóżko z kimś innym. Było trochę wesołości i trochę nieprzystojnych żartów.
Nasz pierwszy obiad zupełnie zaskoczył poznaniaków, bo gdy na pierwsze dania podano zupę, wycieczkowicze długo ociągali się z jedzeniem. Zapytano dlaczego nie jedzą - opowiedzieli: "przecie chleba nie ma!" W kuchni też chleba nie byto i trzeba go było przywozić z piekarni.
Wyprawa na całej naszej grupie uczyniła wielkie wrażenie i długo jeszcze była komentowana w miejscowościach, z których pochodzili wycieczkowicze.

Prezydent Mościcki w Lyngmianach
W okresie letnim 1930 - dokładnej daty nie pamiętam - ¬zostałem powiadomiony przez władze administracyjne i szkolne, że planowana jest na tych terenach wizyta prezydenta Ignacego Mościckiego. W programie tej wizyty przewidziano zwiedzanie kilku miejscowości, między innymi leżących tuż przy granicy Lyngmian. Władze administracyjne zapytały mnie czy mogę zagwarantować, że nie spotka prezydenta jakiś despekt na terenie szkoły lub kościoła, leżącego bezpośrednio przy granicy litewskiej. Kościół ten stoi na wyniosłym wzgórzu, z którego roztacza się rozległy widok na tereny litewskie. Odpowiedziałem, że prezydenta nie tylko nie spotka żaden despekt, ale że będzie z aplauzem witany zarówno przez młodzież jak i społeczeństwo starsze.
Prezydent przyjechał z całą swoją świtą i zatrzymał się w szkole, gdzie w pierwszym rzędzie witała go młodzież śpiewem i deklamacjami ułożonymi specjalnie na jego cześć. Prezydent uściskał małą litewską dziewczynkę, która pięknie deklamowała i wręczyła mu kwiaty. Sala szkolna była udekorowana pięknymi makatami i wzorzystymi wyrobami z lnu, wykonanymi przez starsze dziewczęta. Zarówno prezydent jak i jego otoczenie oglądali dekoracje z zaciekawieniem. Chór pod przewodnictwem mojej żony wykonał kilka piosenek w językach litewskim i polskim. Następnie cała ekipa udała się na punkt graniczny przed kościołem. Miejscowy proboszcz był nieobecny, więc plebanii nie wizytowano. Spod kościoła goście wrócili do szkoły na przygotowane przyjęcie, na którym głównym daniem były kołduny litewskie. Prezydent i towarzyszący mu dygnitarze zadowoleni z przebiegu odwiedzin odjechali do Wilna, gdyż tego wieczoru w pałacu województwa miał się odbyć bankiet na cześć prezydenta.
Na bankiet byłem zaproszony wraz z żoną. Nim rozpoczął się bankiet, przed pałacem odbyła się dekoracja kilkunastu działaczy krzyżami zasługi: złotymi, srebrnymi i brązowymi. Ja osobiście zostałem wyróżniony i odznaczony srebrnym krzyżem. Dekoracji dokonywał wojewoda Władysław Raczkiewicz. Po dekoracji goście ustawili się w rzędzie - od holu aż do wejścia na salę balową na piętrze - i wojewoda przedstawiał każdego prezydentowi. Po bankiecie odbył się raut, który trwał do godziny drugiej w nocy. Prym wodzili dość licznie reprezentowani oficerowie garnizonu wileńskiego. W tym miejscu pragnę wspomnieć, że niespodzianką dla dam uczestniczących w raucie była toaleta mojej żony, która wystąpiła w stroju ludowym litewskim, co podobno wywołało niezadowolenie pań. Jeden z reporterów napisał dowcipnie w miejscowej prasie, że niektóre z nich były oburzone, a najbardziej te, które ubrane były tak; że z przodu guzik a z tyłu nic.

Wybory do Sejmu i Senatu
W roku 1930 zostałem powołany na stanowisko instruktora oświaty pozaszkolnej na powiat Święciański. W tym właśnie roku przypadały wybory do Sejmu i Senatu. Jeszcze nie zdążyłem rozplanować pracy oświatowej, gdy zostałem zaproszony na zebranie polityczne do Wilna, po którym mianowano mnie kierownikiem akcji wyborczej Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem na okręg 64, który obejmował powiaty: Święciański, Bracławski i Dziśnieński. Musiałem powołać komitet okręgu wyborczego oraz komitety powiatowe i gminne. Była to praca skomplikowana i zabierała dużo czasu. Naszym opozycjonistą był tzw. Centrolew. Nasz okręg wybierał do Sejmu sześciu posłów, a lista kandydatów składała się z następujących osób: pierwsze dwa miejsca były zajęte przez Warszawę i polecono mi wpisać na nie Tadeusza Hołówkę oraz Stanisława Mackiewicza, redaktora "Słowa” wileńskiego; dalej - na trzecim miejscu znalazł się Borys Pimonow, Rosjanin staroobrzędowiec, syn milionera wileńskiego, na czwartym Krasicki, kierownik Sejmiku powiatu Święciańskiego. Dalsze miejsca uzgodniłem z terenowymi komitetami powiatowymi: na piąte wpisany został Kwinto, właściciel folwarku z powiatu Bracławskiego, na szóste Polkowski, właściciel paruset hektarów ze Święciańskiego, siódmy był Stankiewicz, szewc z powiatu Dziśnieńskiego, ósmy wójt gminy Dukszty i dalej jeszcze czterech innych.
Opozycja na czele swojej listy wystawia rolnika Szapiela, znanego radykalnego działacza białoruskiego, który miał szanse przejść z innym jeszcze kandydatem.
Polecono mi, abym nakłonił Szapiela do wycofania jego listy. Usiłowałem to zrobić i w zamian za wycofanie się z wyborów mogłem mu gwarantować, że obejmie stanowisko wójta w swojej gminie Lyntupy oraz otrzyma dość znaczną kwotę pieniężną. Szapiel ofertę odrzucił i powiedział, że będzie kandydował. Przed wyborami zostałem wezwany do Wilna do pana Świderskiego, kierownika Komitetu Wyborczego Województwa Wileńskiego. Byłem także zaproszony na rozmowę przez wojewodę Raczkiewicza, który był bardzo ceniony i lubiany przez mieszkańców województwa za jego taktowne i umiejętne kierowanie administracją województwa. Wojewoda zapytał mnie jakie wyniki przewiduję po wyborach, ilu kandydatów będę mógł przeprowadzić. Powiedziałem, że jeżeli Centrolew przystąpi do wyborów, to gwarantuję cztery miejsca, jeżeli Centrolew wycofa swoją listę, to wszystkie sześć. Poprosił o listę kandydatów i powiedział: "Nie widzę pańskiego nazwiska. Przecież mógłby pan wpisać siebie chociaż na szóstym miejscu." Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że na razie nie widzę szansy, może przy następnych wyborach. Stało się jednak inaczej, gdyż komisja wyborcza badała złożone przez nas i opozycję listy kandydatów, na których powinno być co najmniej 220 podpisów wyborców. Na liście Centrolewu niektóre podpisy byty nieczytelne i robiły wrażenie, że byty sfingowane. Wobec tego powołano komisję powiatową z sędzią na czele i sprawdzono podejrzane podpisy. Wynik okazał się rewelacyjny, gdyż kilkadziesiąt osób złożyło oświadczenie, że tych list w ogóle nie widziało. Nie wiadomo, czy się przestraszyły, czy istotnie podpisy byty sfingowane. Lista została unieważniona. Na placu został BBWR z nr 1. Miąłem jeszcze jedną trudność, którą szczęśliwie udało się usunąć.
W niektórych gminach, wśród Litwinów, swoją kandydaturę miał wysunąć byty poseł do carskiej Dumy - Ciunelis, właściciel folwarku, popularnie zwany Dumą. Odbytem z nim kilka konferencji, namawiając go, żeby zrezygnował ze względu na wiek i inne okoliczności. Wydało mi się, że jest w trudnych warunkach materialnych, wobec tego załatwiłem mu w leśnictwie przydział działki na wyrąb lasu budulcowego, po niższej cenie za hektar. Ciunelis swojej kandydatury nie zgłosił.
Kandydatom zamiejscowym zorganizowałem spotkanie z członkami komitetów wyborczych okręgu. Byli to: Tadeusz Hołówko, Cat Mackiewicz i Borys Pimonow. Wszyscy dalsi na liście pochodzili z okręgu i dali się poznać wyborcom. Zwycięstwo BBWR było całkowite. Hołówko zrzekł się swojego mandatu, ponieważ byt wybrany także w innym okręgu, wobec czego siódmy kandydat na liście zdobył miejsce.
Po wyborach rozpoczęty się różne zmiany w administracji, a w niektórych wypadkach i w szkolnictwie. Ja ze swoją ekipą wyborczą nie byłem odwołany, gdyż zbliżały się wybory do zarządów gmin, zarządów miejskich i sejmików powiatowych.

Wycieczka do Spały na dożynki
Następna wielka wycieczka młodzieży białoruskiej i litewskiej, licząca ponad 180 osób, przypadła na rok 1932 i wiodła na dożynki do Spały. Przygotowania odbywały się u mnie w Lyngmianach, wyprawa była finansowana przez Wydział powiatowy i województwo. Wycieczkowicze występowali w strojach regionalnych; dziewczęta białoruskie i litewskie w bogato haftowanych bluzach i kolorowych sukienkach, chłopcy w białych lnianych koszulach opuszczonych na lniane spodnie i w łapciach z łyka. Mężczyźni nieśli przeszło dwumetrowej wysokości palmę oplecioną kwiatami i tatarakiem. Byty także zespoły tańca i chóry. Po drodze wycieczka zwiedzała Warszawę, oglądała Stare Miasto, Zamek, Łazienki, Katedrę, budynek Sejmu. Obejrzeliśmy także przedstawienie w cyrku braci Staniewskich.
W Spale nasza grupa wywołała sensację, ponieważ korzystnie wyróżniała się pośród wszystkich grup, jakie się tutaj zjechały z całej Polski. Prezydent Mościcki przyjmował defiladę z balkonu swego pałacyku. Jakież było nasze zdziwienie, gdy prezydent zaprosił grupę litewską do siebie, do sali, z której przez radio nadano na całą Polskę występ wokalny chóru prowadzonego przez moją żonę. Młodzież pięknie śpiewała na głosy, przeważnie po litewsku. Prezydentowi tak się to podobało, że w programie radiowym nastąpiło małe zamieszanie, ponieważ młodzież - na jego życzenie - śpiewała pół godziny dużej niż to program przewidywał.
Nawiasem mówiąc, gdy maszerowaliśmy wśród innych grup z całej Polski, nasz kolorowy pochód oglądały całe masy ludzi. W pewnym momencie usłyszałem jak ktoś zapytał w tłumie:
- Kto to są ci ludzie? Odpowiedź brzmiała:
- A, to dzikusy zza Wilna.

Wybory do władz samorządowych
Na przełomie lat 1931-32 zrezygnowałem ze stanowiska instruktora oświaty pozaszkolnej w Święcianach i zająłem się organizowaniem pracy oświatowej i społecznowychowawczej na najbliższym terenie. Nastąpiły zmiany w administracji. Nowym starostą został kapitan rezerwy Dworak z Poznańskiego, a nowym wojewodą Bociański, również z Poznańskiego. Nowe władze reprezentowały odmienne stanowisko co do przygotowania wyborów do władz samorządowych. Po pewnym czasie zostałem zaproszony przez starostę Dworaka na rozmowę na temat zbliżających się wyborów i zaproponował mi on ściszą współpracę z sobą, gdyż zamierzał stanowiska wójtów w powiecie obsadzić przeważnie z nominacji, lub przeprowadzić wybory tak, aby wyborcy głosowali na wytypowanych przez niego kandydatów. Następnie obiecał mi, że jeżeli będę lojalnie z nim współpracował, to przy następnych wyborach zapewni mi stanowisko posła do Sejmu. Odpowiedziałem mu, że w wyborach 1930 r. do pewnego stopnia narzuciliśmy reprezentantów do Sejmu temu zróżnicowanemu pod względem etnicznym społeczeństwu. Teraz musimy mu dać możność wyboru ludzi, do których ma zaufanie - zarówno na stanowiska wójtów jak i inne stanowiska w gminach i powiecie - aby czuło, że jest współrządcą na swoim terenie. Specjalnie chodziło mi o tereny litewskie, w których większość duchowieństwa i ludności szczególnie zwracała uwagę na praworządność i wyrażała chęć do udziału w pracach samorządowo - gospodarczych.
- Jeżeli pan Starosta podziela moje stanowisko, to będę z panem współpracował. Co do obietnicy zapewnienia mi stanowiska posła do Sejmu w przyszłych wyborach, to oświadczam, że mogłem posłem zostać w czasie ostatnich wyborów i nawet wojewoda Raczkiewicz pytał dlaczego nie byłem na liście.
Propozycji współpracy nie przyjąłem i oświadczyłem, że jeżeli na niektórych terenach będzie się starał wystawić kandydatów niepopularnych, to będę się temu sprzeciwiał, szczególnie jeżeli chodzi o stanowiska wójtów i radnych. Od tego czasu, jak się później okaże, Dworak szukał przyczyny do rozgrywki ze mną.
Po wyborach największą urazę miał do mnie za wprowadzenie do władz gminnych w Lyngmianach nie tyle działacza, ile solidnego gospodarza na 60 hektarach. Litwina Gajgalasa. Następnie również o stanowisko wójta, którego z mojego poparcia wybrano wbrew zaleceniom administracji. Był to popularny Polak, właściciel folwarczku Lidakinie, Aleksander Runowicz. W skład rady gminnej wszedłem również ja. Jako radny gminny uczestniczyłem w posiedzeniach. Dbając o dobro Państwa, chciałem pogodzić drastyczniejsze zadrażnienia między administracją państwową a miejscową ludnością. Chodziło mi przede wszystkim o gaszenie antagonizmów wywołanych przez szowinistyczne czynniki litewskie i następujące po nich szykany władz wobec ludności litewskiej. Chodziło mi także o to, żeby za jakieś wykroczenie byli ukarani, jeżeli to jest możliwe, jego sprawcy, a nie cała społeczność litewska.
W latach 1932-34 dwukrotnie wziąłem udział jako delegat samorządu gminnego w zjeździe delegatów Związku Gmin Wiejskich Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie. Prezesem tego związku był wówczas bardzo znany i ceniony rewindykator dóbr polskich i zabytków z Rosji - Aleksander Lednicki, który także pomagał Polakom w opuszczaniu Rosji. Delegacja była za każdym razem podejmowana na zamku przez prezydenta Ignacego Mościckiego. Jako przewodniczący delegacji przemawiałem do prezydenta, apelując o pozytywne popieranie tego skrawka Rzeczypospolitej, zwanego Polską B.
Wspominałem już o zadrażnieniach, jakie powstały na terenie Święciańskiego, czy to przez nacjonalistów litewskich, czy też drastyczniejsze reakcje władz. Był to bodajże rok 1933-34, gdy władze administracyjne zamknęły gimnazjum litewskie w Święcianach. Do gimnazjum tego uczęszczało około 300 młodzieży. Ówczesny dyrektor gimnazjum, ksiądz Aleksander Micas, o którym już poprzednio wspominałem, zwrócił się do mnie o pomoc w sprawie anulowania tego zarządzenia. Znałem dyrektora i niektórych profesorów oraz ich stosunek do Państwa Polskiego. Nie był wrogi, ale jak to zwykle bywa nie tylko w uczelniach obconarodowych, ale i w polskich, znajdzie się paru tzw. rozrabiaczy, którzy urządzają jakieś niespodzianki czy to nauczycielom czy komu innemu. W tym wypadku chodziło o to, że jakiś uczeń w starszej klasie wymalował na tablicy szubienicę i "zawiesił" na niej kilku naszych dostojników. Naturalnie tego rodzaju wybryków tolerować nie można, ale wydawało mi się, że konsekwencje powinni ponieść sprawcy, nie zaś 300 uczniów. Wychodząc z tego założenia, zaproponowałem dyrektorowi, by pojechał razem ze mną do Wilna i przedstawia sprawę kuratorowi Okręgu Szkolnego Wileńskiego, Marianowi Godeckiemu. Kurator po wysłuchaniu wyjaśnień księdza-dyrektora oraz mojej na ten temat opinii, oświadczył nam, że gimnazjum będzie otwarte, co też się stało w parę dni. W tej sprawie ani ze starostą, ani z wojewodą bezpośrednio się nie konsultowałem.
Po jakimś czasie zgłosiły się u mnie mieszkanki Lyngmian ¬Błażewicziusowa i Żemajtisowa. Obie były wdowami i z płaczem oznajmiły, że ich synowie, Wincenty i Józef, zostali aresztowani pod zarzutem usiłowania przeniesienia za granicę - korzystając z przepustki rolnej - jakichś zakazanych informacji. Byli to studenci Uniwersytetu im. Stefana Batorego. Te biedne kobiety prosiły, abym się zgodził stanąć jako świadek obrony w sądzie doraźnym i przedstawia tam opinię, jaką się ci dwaj młodzi cieszyli w środowisku, a także, bym wyraził przed sądem własne zdanie o nich. Podjąłem się tej roli i w swoim zeznaniu przed sądem okręgowym w Wilnie scharakteryzowałem oskarżonych - nie negując, że są Litwinami - jako spokojnych, pragnących zdobyć wyższe wykształcenie młodych ludzi. Byłem jedynym świadkiem obrony. Prokurator oświadczył w swej oskarżycielskiej mowie, że student Błażewiczius został aresztowany na Dworcu Wileńskim bezpośrednio po otrzymaniu od agenta wywiadu - nota bene swego kolegi i również studenta tegoż Uniwersytetu - listu, który zgodził się dostarczyć pod wskazany adres. Prokurator stwierdził również, iż materiały zawarte w tym liście spreparowane były przez wywiad i nie mogłyby przynieść straty Państwu. Ale ponieważ oskarżony - nie wiedząc co to za materiały - zgodził się je przenieść, przeto gdyby ów agent był rzeczywistym szpiegiem, straty mogłyby być bardzo poważne. Dla obu podsądnych oskarżyciel zażądał kary śmierci, lecz sąd zakwalifikował ich winę łagodniej i wydał wyrok skazujący obydwóch na bezterminowe więzienie. W sprawie drugiego oskarżonego nie zeznawałem.
W jakiś czas po tym procesie moi przyjaciele, posłowie Krasicki i Polkowski, przyznali w rozmowie ze mną, że starosta Dworak obwiniał mnie przed nimi jakobym występował w obronie szpiegów. W reakcji na ten zarzut profesor Petrusewicz i adwokat Szabelska wnieśli do sądu w moim imieniu sprawę karną przeciw staroście Dworakowi o szkalowanie mojej osoby. Ja tymczasem kontynuowałem swoją pracę w szkole i również na terenie pozaszkolnym.
Jesienią 1933, działając jako prezes straży ogniowej, wspólnie z członkami straży postanowiliśmy wybudować remizę strażacką z salą i sceną na różne imprezy. Wiązało się to z poważnymi wydatkami, które mieliśmy nadzieję jakoś pokryć. Teren pod budowę dostaliśmy darmo od zarządu gminy w
centrum miasteczka Lyngmiany, na rynku, na którym nie odbywały się już jarmarki. Do Departamentu Lasów Państwowych zwróciliśmy się z prośbą o materiały budulcowe i również otrzymaliśmy je bezpłatnie, zaś prace przy ich obróbce wykonali gratis mieszkańcy Lyngmian i pobliskich wiosek. Gotówkę na pozostałe materiały zdobyliśmy przez organizowanie zabaw i loterii fantowych. Mieszkańcy Lyngmian, jak i wiosek - niekiedy nawet dość odległych - ¬znosili atrakcyjne fanty, nie skąpiąc na ten wspólny cel m.in. prosiaków, królików, kur, zboża, czy pięknych lnianych wyrobów.
Również Batalion Ochrony Pogranicza, którego dowódcą był podpułkownik Antoni Sikorski, nie szczędził nam w tej akcji swego poparcia. Zresztą byłem niejako członkiem Ochrony Pogranicza, gdyż w roku 1930, jeszcze przed wyborami, jego ówczesny dowódca pułkownik Kobyłecki w asyścię swego sztabu, w gabinecie byłego starosty Mydlarza, udekorował mnie honorową odznaką KOP-u. W grudniu 1934 dom strażacki był gotów, dedykowaliśmy go imieniu Marszałka Józefa Piłsudskiego i odbyło się uroczyste poświęcenie. Byłem trochę zdziwiony, że na uroczystość poświęcenia nie przybył nikt z władz powiatowych, jeszcze bardziej byłem zdziwiony, gdy w parę dni później otrzymałem dekret z Ministerstwa Oświaty przenoszący służbowo mnie wraz z żoną do powiatu Wołkowyskiego. Zgłosiłem się do kuratora Godeckiego i oświadczyłem, że ja i moja żona rezygnujemy z pracy w szkolnictwie. Kurator po porozumieniu się z szefem wydziału personalnego kapitanem Felą rezygnacji nie przyjął, natomiast zaproponował mi kierownictwo wyżej zorganizowanej szkoły w Ławaryszkach pod Wilnem. Propozycję tę przyjąłem.

Wołkowysk
Moja praca w Ławaryszkach nieprzewidzianie trwała bardzo krótko. Dwunastego maja 1935 roku zmarł Marszałek Józef Piłsudski, a Jego śmierć wstrząsnęła całym społeczeństwem. Uroczystości żałobne objęły cały kraj. W naszej miejscowości ludność z udziałem szkoły wzięła spontaniczny udział w uroczystościach żałobnych, po czym normalny tok zajęć zmierzał do zakończenia roku szkolnego. W czasie wakacji w jakiejś sprawie - którą trudno już dzisiaj sprecyzować ¬pojechałem do Święcian. Politycznej działalności zupełnie w tym czasie nie prowadziłem i nawet nie wziąłem pod uwagę tego, że rozpoczęły się przygotowania do mających się odbyć w okresie późnojesiennym wyborów do ciał ustawodawczych. Nie pamiętam dokładnej daty, w każdym razie byto to w sierpniu, kiedy zostałem zaproszony na rozmowę przez kuratora Godeckiego. Kurator oznajmił mi, iż ma wiele trudności i kłopotów z mojego powodu, a to dlatego, że - jak oświadczył - zmienił dekret ministra w sprawie mojego przeniesienia i pozostawił mnie na terenie Wileńszczyzny. Naciski na niego pochodzą bezpośrednio od premiera Prystora, został on bowiem poinformowany przez swoje władze administracyjne (przez wojewodę Bociańskiego i starostę Dworaka) jakobym na terenie Święciańskiego prowadził akcję przeciw żonie premiera, Janinie, kandydatce na posłankę do Sejmu. Jak już wspomniałem, działalnością polityczną w ogóle się nie zajmowałem i nawet nie myślałem o tym czy pan Prystor ma żonę, czy jej nie ma. Kurator zwrócił się do mnie, bym mu ułatwił rozwiązanie tej sprawy i zaproponował mi stanowisko instruktora oświaty pozaszkolnej w obwodzie szkolnym Wołkowyskim, jak również etat mojej żonie w jednej z tamtejszych szkół w mieście. Propozycję kuratora przyjąłem i równocześnie poinformowałem go, że niebawem - jak mnie powiadomili moi adwokaci - z mojego oskarżenia odbędzie się rozprawa w Sądzie Grodzkim w Święcianach przeciw staroście Dworakowi, a ja w żadnym wypadku nie ustąpię od żądania rozpatrzenia tej sprawy przez sąd.
Istotnie wkrótce doszło do rozprawy. Starosta zasiadł na ławie oskarżonych (w tym przypadku byto to krzesło). Mocne przemówienie dziekana Rady Adwokackiej, Petrusewicza, wspierane przez adwokatkę Szabelską, wprawiło sędziego w zakłopotanie. Posłowie Krasicki i Polkowski, zeznający jako świadkowie, potwierdzili opinie, wypowiedziane przez starostę Dworaka pod moim adresem. Sędzia zarządził krótką przerwę, po której ogłosił wyrok uniewinniający starostę. Przeciwko temu wyrokowi adwokat Petrusewicz zapowiedział apelację w Sądzie Okręgowym.
W dniu 1 września 1935 rozpocząłem urzędowanie w Wołkowysku przy tamtejszym Inspektoracie Szkolnym. Był to teren dla mnie nowy, zasiedlony przez znaczny procent ludności polskiej, jednak w większości przez Białorusinów wyznania rzymsko-katolickiego, greko-katolickiego i prawosławnego. Trzeba było szybko zorientować się jak w tych warunkach rozpocząć pracę, przeważnie z dorosłą młodzieżą i ze starszymi rolnikami. Należało także tonować napięcia wywoływane z jednej strony przez białoruskie czynniki nacjonalistyczne, a z drugiej, szczególnie wśród ludności prawosławnej - przez komunistów. Jako człowiek nowy na tym terenie, musiałem poznać szefów różnych urzędów. Nawiązywanie znajomości rozpocząłem od starosty, którym był Olgierd Pobóg - ¬Malinowski. Pierwsza wizyta u niego nie udała się. Gdy zgłosiłem się o umówionej godzinie, a woźny mnie zameldował, przybyło nagle trzech panów, którzy zostali przyjęci przede mną. Natomiast mnie woźny zakomunikował, że starosta prosi, abym poczekał, gdyż musi przyjąć jakąś delegację z burmistrzem na czele. Poprosiłem woźnego o palto i poszedłem do swojego biura. Po jakimś tygodniu pan starosta dzwoni do mnie zaprasza na rozmowę. Zgodziłem się, ale dodałem, że chcę być przyjęty punktualnie, gdyż nie mam czasu na czekanie. Mimo tego małego zgrzytu; wizyta przebiegła w bardzo miłym nastroju. Starosta, posługując się mapą upstrzoną czerwonymi chorągiewkami, objaśnił mnie jaka jest sytuacja w terenie. Po zapoznaniu się ze schematem mojej pracy, zapewnił mnie, że Wydział Powiatowy będzie się starał pomóc finansowo, szczególnie przy zakładaniu bibliotek ruchomych i kursów dokształcających dla dorosłych. Obiecał także opłacać z funduszu Wydziału Powiatowego sekretarki i bibliotekarki. Zapewnił, że mogę przychodzić do niego, bez meldowania się, w każdej chwili. Ja natomiast kładłem nacisk na skoordynowanie pracy z inżynierem rolnym w kółkach rolniczych już istniejących i nowo powstających, w zespołach przysposobienia rolniczego, a także z instruktorem do tego rodzaju pracy oraz w organizacjach młodzieżowych, których liczebność była bardzo znikoma. Wszystko to wymagało nawiązania kontaktu z tymi organizacjami i pochłaniało dużo czasu. Interesowała mnie również sprawa osadników wojskowych, którzy rekrutowali się z ochotników Armii Polskiej z lat 1914-1920. W pracy tej natrafiałem na pozytywne współdziałanie czynników społecznych, zainteresowanych podniesieniem kultury na wsi. Cały ten plan pracy opierał się przede wszystkim na pomocy nauczycieli szkół podstawowych. Władze szkolne jak i Związek Nauczycielstwa, którego prezesem był pan Sz. Zasada, oraz kierownictwo Związku Strzeleckiego i Związku Młodzieży Wiejskiej "Siew" odnosiły się pozytywnie do tego zagadnienia. Wojewodą białostockim został były naczelnik Wydziału Bezpieczeństwa w Wilnie, a potem wojewoda wileński Stefan Kirtiklis, zdeklarowany piłsudczyk, z którym znaliśmy się z czasów wieloletniej współpracy na Wileńszczyźnie. Nową organizacją, jaką z kilkoma kolegami - byłymi wojskowymi - założyliśmy, był Związek Ochotników Armii Polskiej - do czego zresztą jeszcze wrócę. Fakty, które tutaj podam, rzucą trochę światła na stosunki panujące w tym czasie.
Był to bodaj rok 1936, gdy zostałem powiadomiony przez swego adwokata, że moja sprawa przeciwko staroście Dworakowi została wyznaczona i niebawem odbędzie się w Sądzie Okręgowym w Wilnie. W tym samym czasie zostałem wezwany do Wilna do kuratora Godeckiego. Okazało się - jak mi powiedział kurator - że są naciski z góry, abym sprawę wycofał z sądu. Nie chcąc kuratorowi robić przykrości, powiedziałem, że jeżeli starosta za pośrednictwem wojewody złoży na ręce kuratora pisemne oświadczenie odwołujące stawiane mi zarzuty, wówczas sprawę wycofam. Następnego dnia kurator odczytał mi to oświadczenie. Brzmiało ono tak: "Ponieważ pan Święcicki wycofał z sądu sprawę przeciwko mnie, ja odwołuję zarzuty postawione mu wobec posłów Krasickiego i Polkowskiego".
- Czy wystarcza panu takie oświadczenie? - zapytał kurator.
- Nie wystarcza - odpowiedziałem. - Powinno ono brzmieć tak: "Ja starosta Dworak odwołuję postawione panu Święcickiemu zarzuty jako nieistotne i proszę, by pan Święcicki wycofał sprawę z sądu".
Następnego dnia kurator oświadczenie otrzymał. Sprawę z sądu wycofałem.
W Wołkowysku, podczas mojego spotkania ze starostą Pobóg-Malinowskim, który wysoko cenił swą pozycję reprezentanta rządu, obyła się taka oto rozmowa:
- Co ja słyszę - mówił starosta - podobno posadził pan na ławie oskarżonych starostę w Święcianach? Jak się to stało, że druga instancja nie odbyła się? Jak się to skończyło?
- Zakończyło się wycofaniem przeze mnie sprawy z sądu, gdyż pan starosta odwołał swoje zarzuty. Uważałem, że takie załatwienie sprawy było wystarczająco honorowe.
Drugim momentem charakteryzującym stosunki na krótko przed wojną, było spotkanie w prywatnym mieszkaniu wojewody Kirtiklisa w Białymstoku. Wojewoda zaprosił pięć czy sześć osób, abyśmy wspólnie wysłuchali pułkownika Koca, który w audycji radiowej przedstawił obywatelom Polski deklarację powstałego Obozu Zjednoczenia Narodowego. Po wysłuchaniu deklaracji wojewoda zapraszał nas w porządku alfabetycznym, pragnąc poznać nasze opinie. Wszyscy zabierający głos przede mną wyrażali się o deklaracji krytycznie. Dodałem ze swej strony, że założenia zawarte w tym dokumencie uważam za ostatni gwóźdź do trumny Rzeczypospolitej. Wojewoda powiedział, iż nasze oceny pokrywają się z jego opinią, wobec tego przełożonym władzom zgłosi swoją rezygnację i poprosi o przeniesienie go na emeryturę, co też istotnie wkrótce uczynił. Jeden z uczestników tego spotkania, inżynier Kazimierz Trojanowski, ówczesny inspektor przysposobienia rolniczego na województwo Białostockie, po zajęciu przez Sowiety tych terenów został wywieziony w głąb Rosji, którą dopiero opuścił razem z Andersem. Brał udział w kampanii II Korpusu, zmarł w USA w 1982 roku.
Tymczasem życie szło swoją drogą. Obóz Zjednoczenia Narodowego rozpoczął działalność i po rozwiązaniu ciał ustawodawczych przystąpił do organizowania nowych wyborów. W roku 1938 w naszym Inspektoracie Szkolnym odbyła się konferencja z udziałem wojewody Jankowskiego i paru jeszcze innych dygnitarzy administracji państwowej. Na specjalne zaproszenie wojewody i ja brałem udział w tej konferencji, następstwem czego była propozycja wojewody Jankowskiego, abym rozpoczął organizowanie szlachty zagrodowej oraz wziął pomocniczy udział w wyborach z ramienia Obozu. Odmówiłem. Wywołało to zdumienie zebranych. Wojewoda, czy któryś ze starostów, zapytał o motywy mojej odmowy. Odpowiedziałem, że "nie chcę z panami wisieć na tej samej latarni i oświadczam panom, że do kolegium wyborczego zgłoszę swoją kandydaturę jako niezależny". Kandydaturę istotnie zgłosiłem, ale w kolegium otrzymałem 28 głosów, a potrzeba było 35. Przeszedł kandydat OZN-u, Krzywiec, właściciel folwarczku w powiecie Wołkowyskim, brat pułkownika Krzywca, szefa Sztabu DOK Grodno. Na wyborze specjalnie mi nie zależało, chciałem tylko pokazać, że jestem w opozycji.
Następne moje spotkanie z wojewodą Jankowskim nastąpiło w Wilnie, gdy niespodziewanie spotkaliśmy się w kolejce, oddając na rozkaz Sowietów broń osobistą. Natomiast wojewoda Kirtiklis odwiedzał mnie kilkakrotnie w sklepie przy ulicy Św. Anny. Zaklinałem go, by się gdzieś ukrył, ale on uważał, że jest już za stary, aby się nim Sowieci interesowali i o ukrywaniu się w ogóle nie myślał. W efekcie został wywieziony i wszelki duch po nim zaginął. To samo spotkało kuratora Godcckiego i wielu wielu innych.

W przededniu wojny
W początkach maja 1939 niespodziewanie otrzymałem nominację na stanowisko inspektora przysposobienia rolniczego na województwo Wołyńskie, poczynając od 1 lipca 1939. Przyjęcie tej propozycji uzależniłem od możliwości otrzymania od władz szkolnych bezpłatnego urlopu na okres nieograniczony. Czas był niewyraźny. Będzie wojna, czy nie będzie? Pojechałem do kuratorium, by przedstawić tę sprawę kuratorowi Godeckiemu. Kurator ustosunkował się negatywnie do sprawy udzielenia mi urlopu, powiedział, że sytuacja niepewna, że może będzie wojna, a wtedy byłbym potrzebny władzom szkolnym. Jeżeli do września wojna nie wybuchnie, to będzie skłonny poprzeć moją sprawę, bym urlop otrzymał. Władze polskie liczyły się z możliwością wybuchu wojny. Liczono się również z przygotowaniem odpowiednich prac gospodarczych, a w szczególności rolnictwa. Zarządzono przygotowanie rolników do akcji siewnej. Biorę w tej akcji udział w powiecie Wołkowyskim i przez parę miesięcy odbywam z agronomem powiatowym zebrania informacyjne z rolnikami zrzeszonymi w kółkach rolniczych i niezrzeszonymi, zalecając by odpowiednio przygotowali glebę do akcji siewnej oraz zapewniając pomoc w dostarczeniu nawozów sztucznych i ziarna siewnego. Praca ta zajęta mi niemal całe lato, a w polityce okres był coraz gorętszy.
Gdzieś w połowie sierpnia pojechałem do Warszawy, by zasięgnąć jakichś konkretniejszych wiadomości jaka przyszłość nas czeka. Po rozmowach z różnymi osobami wojskowymi i politykami doszedłem do wniosku, że wojna jest nieunikniona. Przypadkowo spotkałem się z paroma znajomymi oficerami, którzy pełnili służbę na granicy Prus Wschodnich. Ich relacje brzmiały tragicznie. Akcja przygotowawcza do odparcia natarcia wyglądała niemal groteskowo. Rozlokowane na całej granicy Prus Wschodnich oddziały - przeważnie piechota - za jedyną osłonę przed wrogiem miały wykopane przez siebie żołnierskimi łopatkami okopy, dołki mogące chronić przed atakami z broni myśliwskiej. Byłem prezesem Związku Ochotników Armii Polskiej, który liczył około trzystu członków. Wiceprezesem naszej organizacji był generał Przeździecki.

Początek dramatu – przyjazd z Warszawy
Po przyjeździe z Warszawy, wraz z paroma członkami zarządu naszego Związku udaliśmy się do dowódcy naszego garnizonu i zameldowaliśmy mu, że Związek ma około dwustu członków zdolnych do noszenia broni, którymi garnizon może w pełni dysponować. Dowódca podziękował za nasze - jak się wyraził - dobre chęci, z których jednak skorzystać nie może, gdyż magazyny mobilizacyjne są puste. Któż mógł przewidzieć, że ci właśnie ludzie, którzy z bronią w ręku mogli być pożyteczni w ratowaniu Ojczyzny, padną pierwsi ofiarą bezwzględnego terroru NKWD i zostaną wraz z rodzinami wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego.
W parę dni po moim powrocie z Warszawy stacjonujący w naszej miejscowości Pułk Strzelców Konnych wyruszył w pole owacyjnie żegnany przez pełne nadziei społeczeństwo. Sprowadziłem rodzinę z letniska, w mieście trwały bowiem przygotowania do spodziewanej wojny. Nauczycielki, urzędniczki i wiele innych kobiet powołano na przeszkolenie sanitarne, organizowano pogadanki na temat zabezpieczenia się przed ewentualnym atakiem gazowym. Masek przeciwgazowych nie było, miały je zastąpić jakieś tampony, które w razie nalotu należało zawiązywać na usta; zalecano szybko opuszczać mieszkanie. Wojny jeszcze nie było, ale mimo podawanych przez radio uspokajających wiadomości, tkwiliśmy w pełnym napięcia oczekiwaniu.
1 września i ta straszna wiadomość. Wojna wybuchła. Nikt jednak nie skapitulował, wszyscy trwali na stanowisku ¬- władze i naród.
Pierwszego dnia - gdzieś w powiecie - myśliwce niemieckie ostrzelały pastuchów. Między 1 a 16 września na naszych terenach żadnych walk nie było, jedynie od czasu do czasu przeleciał niemiecki samolot myśliwski, który nie atakował ani miast, ani dworców kolejowych, tylko czasami postrzelał do znajdujących się w polu lub na drodze osób. Dużo czasu spędzaliśmy przy radioodbiornikach, słuchając wiadomości z terenów, na których toczyły się walki z Niemcami.
Szesnastego września wieczorem zaskoczyła ludzi ewakuacja władz i już tego wieczora można było zauważyć osobników z czerwonymi opaskami i z karabinami. Byli wśród nich również Żydzi. Wojska sowieckie zbliżały się do wschodnich granic Polski. Nie czekając na ich przybycie, zostawiłem mieszkanie pod opieką służącej, a sam z rodziną udałem się na stację kolejową, aby jechać do Wilna. Sabotaż już działał, na stacji oświadczono nam, że pociągi na Lidę nie kursują, gdyż są zerwane mosty. Do Wilna można jechać tylko przez Baranowicze. Wykupiliśmy bilety i w nocy udaliśmy się do Baranowicz. Pociąg posuwał się powoli i do Baranowicz przybył rano. Tam poinformowano nas, że na pociąg do Lidy musimy czekać do wieczora. Wielu pasażerów - między nimi i my ¬obawiając się nalotu na dworzec kolejowy, udało się do pobliskiego lasu, gdzie przesiedzieliśmy do wieczora. Wieczorem wróciliśmy na dworzec.
Od czasu do czasu przelatywał jakiś samolot, lecz ostrzeliwań nie było. Około godziny 23 podstawiono pociąg, który w przeciągu kilku minut został szczelnie wypełniony. Całą trasę do Lidy, a następnie do Wilna, odbyliśmy bez przeszkód.

W szponach okupanta
17 września 1939 roku w Wilnie był dniem ciszy przed burzą. Żadnego alarmu lotniczego, żadnego przelotu samolotów nieprzyjacielskich; zwracał natomiast uwagę wzmożony, nerwowy ruch uliczny znamionujący oczekiwanie czegoś, z czym aczkolwiek zgodzić się nie można, to jednak zbliża się owo fatum z nieubłaganą konsekwencją i przygniata swym ciężarem. Część władz cywilnych i wojskowych opuściła już miasto. Wszyscy udawali się w kierunku granicy litewskiej. Wiadomo już było, że w nocy z 16 na 17 wojska sowieckie złamały pakt o nieagresji, przekroczyły polską granicę, szybko zagłębiając się w nasz kraj i podążając w kierunku Wilna. W godzinach przedwieczornych na ulicach zabłysło światło elektryczne, megafony rozmieszczone w różnych punktach miasta podały sensacyjną wręcz wiadomość o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez cały niemal świat. Podano także, iż w Niemczech wybuchła rewolucja i że spodziewane jest rychłe zakończenie wojny. Co bardziej naiwnych i entuzjastycznie nastawionych opanował szał radości. Ludzie na ulicach padali sobie w ramiona - radości było co niemiara. Lokale publiczne zapełniły się po brzegi, w kawiarniach i restauracjach ani jednego wolnego miejsca. Tłum, nieświadom rzeczywistej sytuacji, uległ sfałszowanym wiadomościom radiowym.
Siedzieliśmy w popularnym lokalu wileńskim "Zacisze" i w licznym gronie rozprawialiśmy o wojnie. W pewnym momencie do naszego stolika podszedł znajomy oficer i poprosił o chwilę rozmowy. Szeptem oznajmił mi, że czołgi sowieckie są już w granicach Dworca Wileńskiego. - "Jeżeli pan nie wierzy ¬dodał - proszę połączyć się z pocztą na dworcu, poprosić do telefonu pracującą tam moją żonę i zapytać". Biorąc na dwoje tę wiadomość, po kilku minutach otrzymałem twierdzącą, niestety, odpowiedź. Wieść lotem błyskawicy obiegła lokal, który pospiesznie zaczął się opróżniać. Wszyscy najwyraźniej doszli do wniosku, że na dalszy rozwój wypadków bezpieczniej będzie oczekiwać w domu.
Noc z 18 na 19 września przeszła względnie spokojnie. Poza dochodzącymi od czasu do czasu odgłosami strzelaniny karabinowej w różnych punktach miasta, żadnej bitwy nie było.
O wczesnych godzinach rannych z okien domów mogliśmy już obserwować czołgi sowieckie na rogu ulic Jasińskiego i Sierakowskiego. Wokół czołgów - grupki ciekawych gapiów. Niektórzy śmielsi stają na stopniach czołgów i rozmawiają z czołgistami. Nasze zdziwienie wywołuje widok paru cywilów, jak się okazało, młodych chłopców wileńskich, z karabinami ¬- zdążyli już zorganizować milicję "bezpieczeństwa".
Wilno opanowano prawie bez walki. Kilka spalonych czołgów i kilka potyczek naszej młodzieży z bolszewikami nie zmienia tego faktu. Już przed południem zaczęły wkraczać do miasta liczne oddziały piechoty. Na ul. Wielkiej koło Starego Ratusza - czerwone sztandary i grupka ludzi, przeważnie mętów, wśród nich dwie siostry Dziewickie, Dembiński, Jędrychowski, Sztachelski i jeszcze kilku przedstawicieli komunizującej młodzieży Wilna. Pytam przechodnia co to znaczy, odpowiada, że to delegacja społeczeństwa wileńskiego oczekuje, by powitać dowództwo wojsk sowieckich, które zajęty miasto. Ładna historia! Grupa chłystków i mętów społecznych ma reprezentować całą ludność polskiego miasta. Targa mną bezsilna złość. Z przyjemnością kazałbym wychłostać tę bandę gałganów, niby obywateli polskich, a z tak lekkim sercem witających najeźdźcę.
Na drugi dzień radio sowieckie podało obszerny komunikat o zdobyciu Wilna przez "świetną" (doblestną) armię sowiecką, która stoczyła "ciężką walkę z faszystowskimi wojskami polskimi”. Następnie dowiedzieliśmy się o spontanicznym powitaniu wojsk sowieckich przez społeczeństwo wileńskie, którego przedstawiciele w przemówieniach powitalnych wyrażali wdzięczność i składali na ręce dowódcy wojskowego hołd dla towarzysza Stalina "za wyswobodzenie Ziemi Wileńskiej spod okupacji polskich panów". Cały komunikat naszpikowany był znanym sowieckim fałszem, obłudą i bezczelnym zakłamaniem, obliczonym na propagandę wewnętrzną i zagraniczną.
Jak wyglądała ta "świetna armia" wkraczającą do Wilna? Masy żelastwa w postaci tzw. tanków przerabianych z kołchoźniczych traktorów, sznury rozklekotanych ciężarówek, a następnie wojsko: brudna, nędznie odziana, zbita masa wygrodzonych, ponurych ludzi. Jakież zdziwienie opanowało wilnian, gdy uzmysłowili sobie, że to ta armia - według zapowiedzi i radiowych przemówień dostojników sowieckich ¬chce iść na podbój świata w celu oswobodzenia ludów spod jarzma ucisku kapitalistycznego. Armia, której artylerię i inny sprzęt ciągną - tak jak i żołnierze - wychudłe, nędzne szkapy w powiązanej sznurami uprzęży. Jakże dobitnie i plastycznie widać było na tym jednym przykładzie dwudziestoletni "dorobek" gospodarki i kultury ZSRR. Kultury dziegciu, terroru i nędzy. Patrząc na to wszystko i porównując z marszem sowieckim na Warszawę w 1920 roku odnosiło się wrażenie, że prawie nic nie uległo zmianie, chyba tylko ludzie jakoś skartowacieli. W całej tej masie żołnierzy na próżno by szukać słowiańskich typów o jasnych czuprynach i niebieskich śmiejących się oczach, tak dobrze nam znanych, co zresztą wcale nie znaczy, że przez nas kochanych. Teraz w Wilnie snuła się przed nami jakaś przedziwna rasa ludzka - mieszanka Chińczyków, Kałmuków, Kirgizów, Tatarów i innej na dalekich azjatyckich przestrzeniach żyjącej zbieraniny. Władcy tych mas dumnie obwieszczali światu o rzekomo szczęśliwych, wolnych i niezależnie rozwijających się w stalinowskim słońcu republikach ZSRR.
Gdzie jest armia szczęśliwej Białoruskiej Republiki, która według oficjalnych komunikatów zajmuje północno-wschodnie ziemie Polski, a w nomenklaturze wyzwala braci "Zachodniej Białorusi"?
Mimo sztucznie wytworzonego przez ciemne elementy entuzjazmu, jakże łatwo wyczytać można było także na ich - ¬rozmodlonych w stronę komunizmu - twarzach zdziwienie i rozczarowanie. Toteż oklaski i okrzyki cichły, a chorzy na komunizm podlegali, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, wyleczeniu. Pacjenci poważniej zakażeni zdrowieli dopiero przy bliższym zetknięciu się z realizatorami raju na ziemi. Lecz byli i tacy, dla których z drogi do raju powrotu nie byto.
Tak to wyglądał triumfalny przemarsz przez Wilno armii niosącej rzekomą wolność masom uciskanym pod panowaniem "pańskiej Polski".

Wybawiciele
Jeszcze przed wkroczeniem Armii Sowieckiej do Wilna na ulicach miasta pojawiła się milicja naszej mniejszości narodowej. Ludność ta radośnie witała wkraczających żołnierzy sowieckich, a do Polaków odnosiła się z niechęcią. Żołnierze sowieccy od razu rzucili się do sklepów - kupowali dosłownie wszystko. Trzeba przyznać, że nie rabowali, a płacili. Po paru dniach półki w sklepach świeciły pustkami. Panowało przekonanie, że żołnierze nie wykupili wszystkiego, a tylko właściciele sklepów ukryli część towarów.
Zameldowałem się u swojej władzy przełożonej w Kuratorium, zostałem przyjęty przez kuratora Mariana Godeckiego i powiedziałem mu w jakich warunkach i dlaczego znalazłem się w Wilnie. Kurator polecił mi wracać na moje dawne miejsce w Wołkowysku, ponieważ tamtejszy inspektor szkolny Rogowski gdzieś zaginął, a jego następca, Chłosta, nie daje sobie rady. Wielu nauczycieli było oficerami rezerwy i powołano ich do wojska. Kurator liczył się z ich powrotem i słusznie uważał, iż nie byłoby dobrze, gdyby wracali na dawne stanowiska, gdzie znani byli w środowisku jako rezerwiści z oficerskimi stopniami, co w nowej sytuacji powinni ukryć. A ponieważ wśród miejscowej ludności, zwłaszcza wśród młodzieży mniejszości narodowej, spory procent stanowiły elementy prokomunistyczne, istniało więc niebezpieczeństwo denuncjowania tych nauczycieli u władz sowieckich. Stąd też należało ich przenieść do innych miejscowości, gdzie nie byli znani. Nauczyciele istotnie wracali i w ciągu krótkiego czasu przemieszczenia te zostały dokonane.
Również w Wołkowysku ludność mniejszościowa radośnie witała wkraczające wojska sowieckie, a z niechęcią odnosiła się do Polaków. Właścicielka sklepu, w którym kupowaliśmy przez kilka lat i która w stosunku do nas była przedtem bardzo uprzejma, powiedziała teraz mojej żonie: "Wasze już się skończyło, teraz będzie nasze. Dla was nie będzie nic, wszystko co mamy, mamy dla naszych wybawicieli".
W tym czasie przyjechał z Mińska nowo mianowany, tzw. naczelnik Urzędu Oświaty - niepozorny, nędznie   i brudno odziany - towarzysz Reznikow. W rozmowie z nim napomknąłem, że jego garnitur jest już mocno podniszczony; na co odpowiedział, że nie może się przebrać w inny, gdyż jego bagaż jeszcze nie nadszedł. Po paru dniach, gdy bagaż w dalszym ciągu nie przychodził, zaproponowałem, że mu pożyczę lub podaruję odpowiedni garnitur. Propozycję pominął milczeniem, za to gdy go zapytałem czy spotykał Polaków, których przed pierwszą wojną światową było w Mińsku przeszło 45%, odpowiedział, że ich nie widział, po czym dodał: "może oni i są, ale dopiero rosną" .
Z terenu nadeszły wiadomości, że zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich miejscowi komuniści, chcąc się dobrze zasłużyć "wybawicielom", zamordowali w Piaskach miejscowego ks. dziekana i właściciela folwarku, byłego posła na Sejm z ramienia BBWR. Zamordowano również właścicieli majątku położonego około 10 km od Wołkowyska. Właścicielami byli dwaj bracia Rosjanie, którzy majątek prowadzili wzorowo i żyli w przykładnej zgodzie ze swoim otoczeniem. Ziemię z inwentarzem żywym i martwym mordercy podzielili pomiędzy siebie. Ich radość trwała jednak krótko, gdyż po głosowaniu za przyłączeniem Zachodniej Białorusi do Związku Sowieckiego dowiedzieli się, że ziemię muszą oddać do zorganizowanego sowchozu, a i cały zrabowany inwentarz trzeba zwrócić. Niektórzy zdążyli już konie czy krowy sprzedać, a inne sztuki po prostu zabić i zjeść. Wszystko więc musieli odkupić i oddać.
Przed głosowaniem za przyłączeniem wyszło również zarządzenie o rejestracji polskich oficerów. Podczas mojego urzędowania zgłosiło się do inspektoratu kilku oficerów w galowych mundurach, przy szablach - i oznajmili mi, że idą się meldować. Bardzo im tego odradzałem, lecz nie posłuchali. Nasi oficerowie nadal wierzyli, że chroni ich Konwencja Genewska. Jednego z tych oficerów-nauczycieli nazwiskiem Borzym znalazłem później na liście katyńskiej.
W okresie zimy 1939/40 zbiegło przez granicę do Wilna paru znajomych Białorusinów. Odnaleźli mój adres, odwiedzili mnie w mieszkaniu i opowiedzieli o tej nowej "radosnej rzeczywistości", jaka jest udziałem tamtejszej ludności. Trzeba by - mówili - całować tę ziemię, po której stąpał polski policjant.
Zbliżał się czas zapowiedzianego głosowania za przyłączeniem do Sowietów Zachodniej Białorusi. Przechodząc przez rynek, na którym odbywał się wielki wiec, słyszałem "opowieści" jakiegoś mówcy, jak to szczęśliwie, w spokoju i dobrobycie żyją mieszkańcy republik sowieckich. To samo szczęście - zapewniał agitator - może być udziałem mieszkańców Białorusi, jeżeli będą głosować za przyłączeniem. Potem wystąpił oficer sowiecki i oświadczył, że szczęście, jakie spotyka mieszkańców Zachodniej Białorusi, wyzwolonej spod jarzma polskiego, będzie trwałe, gdyż oni tutaj przyszli na stałe i nigdy stąd nie wyjdą. Do głosowania za przyłączeniem agitowano również na wiecu, zorganizowanym dla szerokiej publiczności w kinie, gdzie informowano m.in. obywateli o ich nowych prawach i obowiązkach względem państwa oraz o nowych normach współżycia. Przewodniczącym zgromadzenia był kryminalista, skazany wcześniej na dożywotnie więzienie za morderstwo. Przedstawił się, podał swój "nienaganny" życiorys, potem opowiedział o swoich "strasznych cierpieniach i prześladowaniach", jakich doznał od Polaków i na końcu, apelując do zdrowego rozsądku zgromadzonych, nawoływał do glosowania na rzecz Sowietów. Następnie jakiś oficer udzielał informacji jak mają się zachowywać obywatele w życiu codziennym, żeby nastąpiła zgoda prowadząca do dobrobytu i szczęśliwości, tak jak to już ma miejsce we wszystkich republikach sowieckich. Powiedział m.in., że we współżyciu różnych narodowości nie wolno używać obraźliwych słów pod adresem którejkolwiek z nich - na przykład nazwanie Jewreja Żydem jest niedozwolone i wielce obraźliwe. Obecny na sali ogólnie znany i szanowany dr Bepczuk poprosił o głos i wyznał, że jest Żydem, przy czym absolutnie go to nie obraża, gdy ktoś na niego mówi Żyd, ponieważ taka jest polska nazwa jego narodowości, zaś Jewrej to nazwa rosyjska. - Siadaj durniu! - przerwał mu brutalnie oficer. - Jak ja mówię, że słowo Żyd jest obraźliwe, to jest obraźliwe i jeśli powiesz na kogo Żyd, to pójdziesz do więzienia.
Od Reznikowa dostałem polecenie zwołania zebrania inteligencji, która ma uchwalić rezolucję nawołującą za przyłączeniem ich ziem do bratnich republik sowieckich. Wybrałem na to zebranie dużą salę, lecz już nie pamiętam instytucji, do której należala. Zaproszenia w kilkuset egzemplarzach wysialiśmy do wszystkich warstw społecznych. Na krótko przed zebraniem towarzysz Reznikow oświadczył, iż mu jestem niepotrzebny i wobec tego zostanę przeniesiony do Porozowa. Odpowiedziałem: Kto mnie ma dzisiaj przenosić? Przyszła wreszcie władza, która przyniosła nam wolność, więc niech się o mnie nie martwi. Ja sam znajdę sobie pracę tam, gdzie będę chciał.
Połączyłem się telefonicznie z zarządem miasta, który już miał wydział szkolnictwa, a przewodniczącym którego został nasz nauczyciel, stary emigrant rosyjski Matysiak o zapatrywaniach radykalnych. Został on mianowany komisarzem oświaty na powiat i podlegał mu także inspektorat. Kiedy powiedziałem Matysiakowi jak towarzysz Reznikow mnie potraktował, zaraz zaprosił tamtego na rozmowę. W jej efekcie zostałem na miejscu, zaś. Reznikow zakomunikował mi, że n najbliższym zebraniu wygłoszę przemówienie:
Sala była przepełniona. Za stołem prezydialnym siedział dwóch oficerów NKWD. Na wygłaszanie przemówienia nie miałem najmniejszej chęci, więc skoro tylko dostrzegłem nauczyciela Woźnickiego, mającego opinię "komunizującego” natychmiast go przywołałem prosząc, aby mnie zastąpił. Zgodził się, zaś ja poinformowałem prezydium, że przemówienie wygłosi obywatel Woźnicki. - A wy nie chcecie? - zapyta groźnie jeden z oficerów. - Nie to, że nie chcę ¬odpowiedziałem - tylko nie potrafię przemawiać tak dobrze ja obywatel Woźnicki. Oficer wstał i obwieścił: - Święcicki nie chce przemawiać, przemówi Woźnicki.
Nie było na co czekać. Wymknąłem się niepostrzeżenie z sal pospieszyłem do domu wziąłem najniezbędniejsze rzecz, powiedziałem żonie, aby się przygotowała do opuszczeni Wołkowyska, udałem się na stację kolejową i wsiadłem do pierwszego pociągu jadącego w stronę Wilna. W Lidzie musiałem się przesiąść, lecz zanim nadszedł właściwy pociąg, na peronie podeszło do mnie dwóch milicjantów i jeden zapytał co mam w bagażu. Odpowiedziałem, że tylko naczynia kuchenne nie ma powodu mnie zaczepiać. Popatrzyli na siebie i odeszli
Kiedy nadszedł pociąg, wsiadłem do najbliższego wagonu przechodząc po drugiej stronie pociągu, przesiadłem się do innego. Do Wilna dojechałem bez przeszkód i natychmiast poprosiłem kuzynkę, aby pojechała do Wołkowyska przywiozła moją żonę z dziećmi, ponieważ 28 październik Wilno z okolicą zostaną oddane Litwie. Żona przyjechała po paru dniach i zaraz udaliśmy się na stację kolejową, aby odebrać bagaż. Kiedy czekaliśmy w poczekalni drugiej klasy, podszedł do nas oficer NKWD i zażądał, abym z nim poszedł.
 – Gdzie i po co? - zapytałem. - Na krótką rozmowę - usłyszałem odpowiedzi. Wyszliśmy na peron, obejrzałem się, wypatrując żony, lecz zamiast niej zobaczyłem za sobą sowieckiego żołnierza z karabinem i nasadzonym nań bagnetem. Zaprowadzono mnie do biura naczelnika ruchu, tam jednak siedziało kilku NKDWzistów. Kazano mi wyjąć wszystko kieszeni. Co miałem przy sobie, położyłem na stale, a żołnierz dokładnie mnie przeszukał. - Teraz - rozkazał jeden z nich - pójdziecie na rozmowę da naczelnika!
W pokoju, do którego zostałem wprowadzony, trudno było oprzeć wrażeniu, że ze wszystkich stron jestem osaczony. Biurka stały w rzędach po lewej i po prawej stronie - za ¬każdym z nich NKWDzista. W głębi naprzeciw drzwi wejściowych rozpierał się za swym biurkiem oficer, który wskazał krzesło przed sobą pośrodku pokoju. Zaczęło badanie: imię i nazwisko, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców, ich zawody, gdzie mieszkali, gdzie pracowali, gdzie ja pracowałem itd. Zwróciłem przesłuchującemu uwagę, że ma telefon na biurku, więc może połączyć się z Okręgiem Szkolnym, gdzie mu wszystko o mnie powiedzą. Oficer miał na kolanach jakąś kartkę, na którą - zadając pytania - od czasu do czasu spoglądał. Po długiej indagacji zapytał wreszcie dlaczego uciekłem z Wołkowyska. Zerwałem się z krzesła, podszedłem do biurka i wyrzuciłem z siebie ostro:
- A dlaczego oddaliście Litwinom Wilno? Gdybyście nie oddawali Wilna, nie miałbym potrzeby uciekać. Tutaj mam rodzinę, rodziców i krewnych, z którymi kontakt byłby zerwany!
Oficer oparł się wygodniej w fotelu, popatrzył na mnie przeciągle i bardzo spokojnym głosem powiedział: - Idźcie sobie do domu.
Na dole w biurze pozwolono mi zabrać ze stołu wszystkie odebrane wcześniej przedmioty. Wróciłem do domu. Bagaż ze stacji kolejowej odebraliśmy na drugi dzień przez posłańca.

Litwini obejmują władzę w Wilnie i okolicy 
Na drugi dzień po przyjeździe do Wilna zgłosiłem się do Kuratorium, które w tym czasie kurator Godecki przekazał władzom litewskim. Wszyscy nauczyciele i wszyscy urzędnicy państwowi zostali zwolnieni z pracy, teatry polskie zamknięto. Pracę mogli otrzymać tylko ci, którzy byli urodzeni na tych terenach i znali język litewski. Dotychczas, gdy przyjeżdżałem do Wilna, przeważnie na krótko, zatrzymywałem się u moich rodziców; teraz - skoro zanosiło się na dłuższy pobyt ¬wynająłem sobie mieszkanie przy ul. Portowej i zacząłem się rozglądać za jakąś pracą zarobkową. Początkowo zarabiałem trochę na giełdzie, żona uczyła języka litewskiego na różnych kursach.
Litwini na ogół nie szykanowali Polaków. Wprawdzie parę razy zdarzyło się, że gromadka Litwinek chodziła po polskich kościołach w czasie nabożeństw i przeszkadzała w modlitwach, ale były to wypadki sporadyczne. O ile za czasów rządów sowieckich sklepy świeciły pustkami - teraz znów wróciły do względnie dobrego zaopatrzenia. Wartość złotego polskiego ustalono następująco: pierwsze 100 zł wymieniano w stosunku 1 zł = 1 lit litewski; na rodzinę można było wymienić w tej proporcji 500 zł, lecz za każde następne 2 zł otrzymywało się już tylko 1 lita.
Polaków, przeważnie wojskowych uciekających przed Niemcami, internowano w obozie w okolicy Kowna. Osoby cywilne, szeregowcy i podoficerowie mogli opuszczać obóz, kiedy chcieli, natomiast oficerowie musieli starać się o przepustki. Pewnego dnia zgłosiło się u mnie dwóch młodych ludzi. Byli to dwaj byli studenci, przed laty sądzeni przez władze polskie za szpiegostwo. Prokurator żądał wówczas dla nich kary śmierci, a ja broniłem ich w przekonaniu, że są niewinni. Zostali skazani na bezterminowe więzienie; teraz, po pięciu latach pobytu we Wronkach, wyszli na wolność i w nowej sytuacji postanowili mi się odwdzięczyć za tamtą obronę, oferując pomoc. Jeden bowiem objął stanowisko w policji w Saugumie, a drugi - w Zarządzie Miejskim. Dzięki temu miałem poparcie wysoko postawionych czynników.
Ludzie pozbawieni pracy, aby zdobyć pieniądze na utrzymanie, zaczęli wyprzedawać swój dobytek. Powstało wiele sklepów komisowych. Gdzieś w początkach grudnia ja także założyłem komis, do którego zacząłem przyjmować meble. Niezbędny lokal otrzymałem od sióstr Bernardynek w ich klasztorze, z wejściem od ul. św. Anny. Mniej więcej w tym czasie zjawił się u mnie wojskowy lekarz w stopniu pułkownika wraz ze swym siostrzeńcem - porucznikiem - i poprosili o pomoc w legalnym opuszczeniu obozu internowanych. Znalem pannę Ciunajtie, sekretarkę nowo mianowanego burmistrza Wilna - niezwłocznie udaliśmy się do niej. Sekretarka wstawiła się w naszej sprawie u swojego szefa i zaledwie po paru minutach rozmowy wróciła z przepustkami na opuszczenie obozu, wypisanymi na nazwiska obu oficerów. Oświadczyła przy tym, że burmistrz nie będzie stawiał żadnych przeszkód oficerom, którzy chcieliby opuścić obóz. Pułkownik mógł więc kontynuować swą praktykę lekarską i leczył Polaków, natomiast porucznik zajął się zwózką mebli. Obaj przetrwali wojnę.
W kilka dni po wizycie oficerów przyszło do mnie czterech czy pięciu innych oficerów rezerwy, a wśród nich mój znajomy, nauczyciel Walenty Romanowski. Radziłem im, aby się zwolnili z obozu, lecz oni argumentowali, iż lepiej tam pozostać, gdyż chroni ich Konwencja Genewska i żadne niebezpieczeństwo im nie grozi. Niestety, nazwisko Romanowskiego i parę innych nazwisk, które pamiętałem, znalazły się później na liście katyńskiej .
Inteligencja, która straciła pracę biurową, gremialnie przestawiła się na pracę fizyczną, uczyła się języka litewskiego i zarabiała na życie drobnym handlem. Życie, aczkolwiek biegło zupełnie już innym torem, zaczęło wracać do normy.. Stan taki trwał do połowy maja 1940 roku. (...)

 

Poprawiony: Niedziela, 10 lipca 2011