…Do Mackiewicza nikt nie chciał się przyznać i dlatego, że taki literacko zacofany, i dlatego, że okropny reakcjonista, ale czytali, aż im się uszy trzęsły. Pośród znanych mi polskich literatów nikt tak nie pisał. Szlachcic szaraczkowy, jak go nazwałem, z tych upartych, wzgardliwych, zaciekłych milczków, pisał na złość. Na złość całemu światu, który czarne nazywa białym i nie ma nikogo, kto by założył veto. I właśnie w tej pasji jest sekret jego stylu. Czesław Miłosz. Kultura,  1989

Szczenięce lata Drukuj
Autor: Melchior Wańkowicz   
Wtorek, 01 lutego 2011

 

Trzeba wiedzieć, że Wańkowiczów było jak rojstu w Mińszczyźnie i wygodniej było przezywać ich od majątku albo, jeżeli imię ojca było rzadkie, z ojca.
Poważne sąsiady na nas, Wańkowiczów kalużańskich, miały poglądy wyrobione i niezłomne. Mój najstarszy brat, Czesław, ugarnirował sernikami, na „stajni” u solidnego profesora, sufit i huknął ze strychu domu „kłasnego nastawnika" jakąś drewnianą figurą. Pedagog tyle że się strachu najadł, ale biednego Czesia musiano przenieść do Wilna. Co w Wilnie zrobił - nie wiadomo, ale według wersji starszego rodzeństwa ojciec miał z nim w gabinecie długą rozmowę, potem zaprowadził go do alei pod figurę, gdzie stała ławka, na której tradycyjnie pokolenia brały basy - po czym Czesia zesłano do Chyrowa.
Jużciż Chyrów musiał zdać się „opiece" końcem świata - były to zagorzałe domatory.
Pewnego razu ojcu udało się wypchnąć czterech sąsiadów na Wystawę Paryską, sam zaś pojechał w tydzień po nich. Zastał ich w Paryżu w hotelu... rżnących w winta. Natychmiast po przyjeździe ze swego ihumeńskiego powiatu rozstawili stolik i nie zdążyli być ani razu na wystawie.
*
Majątek babki, matczyne Nowotrzeby, był ongiś od książąt Giedroyciów kupiony, a położony w przepięknej dolinie Niewiaży o szesnaście wiorst od Kowna, dzierżony był od czterech pokoleń w rękach matriarchatu, tak się bowiem składało, że przechodzi w linii kobiecej z matki na córkę, z babki na wnuczkę. A że dziedziczki żyły krzepko i długo, rękę zaś miały twardą i zwyczaje starodawne, zachował się w Nowotrzebach obyczaj żywcem przeniesiony z początków XVIII stulecia.


Na wprost ganku, nie takiego tam „polskiego" ganku, jak bywają we dworkach na mazowieckich piaseczkach - z filarkami, ale tęgiego, szklonego weneckimi oknami, gdzie pod sufitem lepiły się jaskółcze gniazda, pod ławkami legiwały kundle, a po stołach, jak dzień długi, suszyły się wiecznie jakieś rumiani; jakieś żywokosty i inne gospodarskie ingrediencje - na wprost garnku tego była sień ogromna, ciemnawa, chłodna zawsze.


Nie dałoby się, mimo wszelkich chęci, hallem jej nazwać jak w ojcowskich Kalużycach. Sień to była prawa, obstawiona olbrzymimi, przepastnymi szafami. Jako mały chłopak, urządzając pośród zwałów dziedzicznych tumaków i popielic wigwam w przepaściach szafy, rozmyślałem, że zapewne najprzód ustawiono szafę, a potem wkoło niej „obudowano" dom.
Dom bowiem sam był niski. Belki podpierały sufity, do których można było ręką sięgnąć. Futryny drzwi, na których wisiały przybite blachy towarzystwa asekuracyjnego, były tak niskie, że wysocy goście rżnęli o nie głowami nieomylnie, ku naszej nieopisanej radości.
Z sieni owej na lewo szło się do dużego stołowego pokoju, gdzie długi, jak plant kolejowy, stół, kryty ceratą, biegł aż pod przeciwległą ścianę. Na ścianie tej od góry do dołu wisiały święte obrazy, a pomiędzy nimi ogromny krzyż z relikwiami Świętych; stołowy bowiem pokój w dni adwentu, wielkiego postu i innych uroczystości był miejscem codziennych modłów.
Przy ścianie podłużnej był znowu ustawiony sprzęt-olbrzym - szafa z trzech przęseł, o trzech drzwiach jak wierzeje stodoły.
Pochodzenie tej szafy było następujące: Prababka - z Pohoskich (ze skonfiskowanego Szopowa) Baczyżmalska - tak kochała swe córki, że nie chcąc się z nimi rozstawać i w nocy, kazała zrobić szafę z trzema przęsłami, drzwi miały u dołu zawiasy i na noc opuszczały się wraz z pościelą. W tej szafie nieraz struchlałe panny się chowały, gdy słynny pasjonat, wiodący się z Tatarów, pułkownik Baczyżmalski, wracał zezłoszczony do domu. Dom wtedy pustoszał i jedynie żona odważała się wychodzić go spotykać, czasem nawet z obrazem świętym w ręku.


Za pierwszymi drzwiami tej szafy chowano herbatę, cukier, różne tam żelatyny i cynamony. Była to domena rezydentki - panny Agaty, której jedyną ważną czynnością było zaparzanie herbaty i rąbanie cukru z głowy. Za drugie drzwi ,;odstawiano z obiadu". Tam to się obiegła koło piątej z otrzymanym od babki wyślizganym przez lata kluczykiem.
Klucz otrzymywało się niezmiennie z dwoma napomnieniami: „kręcąc, ciągnij do siebie" i „nie łasuj zanadto".
Trzecia część szafy to były wódki i wina. W onym wieku interesowały mnie mało, o tyle chyba, że się wykradało stamtąd biszkopty i czasem udało się ratlerkowi babki wlać w gardło kieliszek wódki. Piesek jechał wówczas nosem przez wszystkie pokoje i merdał ogonkiem, co babkę napawało niezmierną rozterką: „wściekł się, czy nie?".

Z jadalnego szło się do kredensu, gdzie rezydował lokaj i jadała służba. Jadali „abraduki" - kluski z grubej mąki w słoninie, „skrydle" - z takiejże mąki placki ociekające tłuszczem i twarde jak skóra, „szpekuchy" - pierogi, których cienką powłokę rozdymała masa gorącej słoniny, „szwilpiki" - placki z gotowanych kartofli, pieczone w piecu „kekory" - takież placki nadziewane różnym nadzieniem z mięsa, warzyw i sera - wszystko to pływające w roztopionej słoninie lub zalane sosem, zwanym „mizgutia" (słonina z podśmietaniem); wreszcie nie wiem czemu z polska zwany „maćkiem"; ale piekielnie litewski wymysł - łój barani zakrzepły między dwiema warstwami ciasta.


Specjalnym świętem było „skierstuwie" - bicie wieprzy, kiedy cały dom objadał się „wiadorami" (kiszki nadziane tartymi surowymi kartoflami) i „szupienią" (kasza z pęcaku, gotowana na ogonach wieprzowych.)
Na zimę przygotowywano dla czeladzi tak zwany „kindziuk", czyli „skiłłądź" (ten ostatni termin ma być polski) - brzuch wieprzowy, tęgo nabity obrzynkami mięsa, zaprawiony saletrą i korzeniami, i wędzony.
Te przysmaki, pojawiające się na „drugim stole", były nieodwołalnie przynoszone na pierwszy stół jako przystawka znajdująca entuzjastów.


Ów pierwszy stół był tłusty, obfity, ciężki, ale poza kołdunami, ogórkami z miodem, kisielem i paru innymi podobnymi rarytasami mający powszechnie na świecie używane potrawy. Tylko nazywały się one specyficznie i dopiero wyruszywszy w świat, z mozołem musiałem się uczyć, że np. „Pani Nowakowska" nazywa się szarlotka, że „Panną Reginą" nigdzie nie nazywają smakowitej zresztą leguminy z kremu kryjącego czekoladę przetartą z chlebem razowym, itd.
Do źródłosłowu „Pani Nowakowskiej” dobrnąłem; okazało się, że „za nieboszczki pani Szemiotowej" (siostry prababki, jednej z tych, co to sypiały w szafie) koczem „w gości" przyjeżdżała taka pani z Warszawy i nauczyła robić szarlotkę.


Ze stołowego i kredensu szło się dalej - do części służbowej domu. Była to jego część przybudowana w klitki i w składziki, w spiżarenki, komórki, kładówki obfita, dostępna „ludziom", półdziki katom żyjącym na strychu, w których płonące w ciemni oczy waliło się z rewolweru, pacom - ogromnym szczurom litewskim, na które stawiało się przemyślne pastki.


W „dziewcząt pokoiku” od pułapu zwisały pęki brzozowych mioteł, na które ku wieczorowi siadały senne muchy zgarniane zdradziecko w worki. Okna tu już wychodziły na trzaśnisko (drwalnię) z. jednej strony, na splątany zielony sad z drugiej.  Fioletowe od słodkiego ciężaru, napierały gałęzie śliw na gorejące w słońcu okna. Tutaj przed wieczorną chwilą rozgwarzały się klechdy o „ragana" - czarownicy i o zaklętej pannie, której pałac, zapadły w ziemię („piłkalnie" - grodzisko), znaczył odległy o dwie wiorsty kurhan, o czarodziejskim „żmogusie", tu dzwoniły smętne

Siejau ruta, siejau mieta, siejau lilijeja

albo skoczne:
Jurgis, Jurgis, imk mania,
 Tu ne gausi geresnia,
 (Jurgis, Jurgis, weź mnie.
Ty nie znajdziesz lepszej.)

albo polskie, np.:
Ulica Kościelna, a dom numer trzeci,
Zabił pan Wiszniewski żonę, troje dzieci.
Nad panią Wiszniewską wszystkie dzwony biją,
Nad panem Wiszniewskim stare wilcy wyją.

albo wesołe:
Ty pan Jan, ty pan Jan, a ja panna Anna,
Ty bogaty kuwalerze, a ja biedna panna,
Ty myszlałasz, panie Janie, co ja cień .kokała,
A ja ciebie, panie Janie, za durnego miała.

Tu też odbywały się dyskusje. Pamiętam spór o znaczeniu szlachectwa. Negował je syn ogrodnika przy wyraźnej aprobacie większości. Zaperzona stara Jankowska, szlachcianka, użyła nieodpartego argumentu: „Wszak Matka Boska była szlachcianka".
- Jak to?
- A czyż nie mówi się w litanii: ;,Panno Szlachetna"?
Opozycja umilkła.

Aż wreszcie tę część domu kończył pokój panny Agaty, „składzikiem" zwany, gdzie pośród olbrzymich wyprawnych, żelazem kutych kufrów rezydowała sztywna i kostyczna stara panna, przepędzająca nas, niby stado wróbli, skręconą w pytę ścierką.


A z sieni na prawo wkraczało się w amfiladę pokoi „pałacowych", jak z nabożeństwem mówiła służba. Pałacowość ta streszczała się do tego, że w „pierwszym pokoju", który też tak się oficjalnie nazywał, była woskowana posadzka i piec hermetyczny, co się z naciskiem podkreślało (po prostu drzwiczki były zaśrubowywane, a nie zasuwane na rygielek), a w salonie posadzka z tafli mozaikowych, przy czym na środku olbrzymia gwiazda w esy-floresy; inkrustowana czarnym dębem.


W pierwszym pokoju na kanapie za stołem rezydowała babka, właścicielka i naczelna władza nowotrzebskich włości. Szła tam, jak rok długi, niezwykle trudna kabała, która nazywała się Plewna i miała tę właściwość, że wychodziła tylko o tyle, o ile podkręcielowałem babce karty.
Babka nosiła czarne czepce z szerokimi jedwabnymi wstążkami, a na święta pluszowy kaftan z białymi koronkami u szyi i mankietów i wielką staroświecką klamrę-broszę wysadzaną brylantami.
Pierwszy pokój, rezydencja babki, był ośrodkiem całego domu; stąd, zza stołu, na którym rozłażono kabałę, szły dyspozycje gospodarcze, tutaj, w pierwszym pokoju, bawiono mniej uroczystych, bardziej swoich gości.

Za to salon, ogromny o szerokich oknach weneckich, był pokojem najmniej używanym, od wielkiego dzwonu. Nawet gamy kazano nam wygrywać na fortepianie stojącym w stołowym, fortepian zaś w salonie był koncertowy, to znaczy, że wyłączny przywilej znęcania się nad nim miała ciotka Karewina, mieszkająca, stale przy babce (w myśl tradycji matriarchatu!), bębniąca na cztery ręce z guwernantką albo z najstarszą córką, niebywale huczne morceaux.
Co tam grano, nie pamiętam, ale z repertuaru solowego pamiętam „Modlitwę dziewicy", ,;Przebudzenie się lwa", walczyki: „Raz ją widziałem z kotkiem na ręce" oraz ;,Leć, leć, motylku, leć, dalej, dalej..." i repertuar patriotyczny.


Tak więc salon, poza owymi periodycznymi bębnieniami, stał zwykle zimny, uroczysty, widny przez oszklone, szerokie, zawsze zamknięte drzwi.
Kiedy drzwi te otwierano, znaczyło to, że przyjechali goście wyjątkowo nudni i dostojni.
Na szerokich czeczotowych kanapach, których nogi z czarnego hebanu rzeźbione były w kształt pazurów, rozsiadały się szerokobiodre imoście, jacyś niebywale świąteczni panowie, a domownicy wypychali się wzajemnie do „bawienia" gości.
W pewnej chwili ulgę przynosił stary Karol w bardzo majestatycznym tużurku, który na te uroczyste chwile miał specjalnie solenną formułkę. Roztwierał szeroko drzwi i obwieszczał: „Proszę na obiad - wieczerza podana".


Ta „wieczerza" i wymowa przez nos, jak również białe rękawiczki imponowały mi bardzo. Tylko portier; obwieszczający: „Wilna - wtoroj zwonok", miał równą „dignitas" w moich oczach.
Z innych funkcyj, związanych z salonem, zanotowaćc należy, że w nim zawsze stawiano choinkę, co poprzedzał wzmożony wywiad według wszelkich reguł Coapera (z zaczajaniem się „na podsłuch" pod kanapą, łóżkiem, w szafie itd.), tyczący się natury prezentów, jakie mają być otrzymane, oraz że przed „przybraniem" święconego, które zastawiano w pokoju „końcowym" idącym za salonem, przynoszono do salonu i stawiano wypieczone ciasta, przy czym z reguły kolce u „baumkuchena z dwustu jaj" objadały szczury.


O ileż cieplej i weselej, i jaśniej żyło się w pierwszym pokoju.
Pamiętam partię preferansa: ksiądz - proborszcz, starzec siedemdziesięciokilkuletni, o czerwonej opalanej twarzy i mlecznej czuprynie, ceniony u nas jako „nie litwoman" i pochodzący ze szlachty drążkowej. Był to myśliwy o tyle namiętny, o ile niefortunny. Po każdym nieszkodliwym strzale do ptaka tłumaczył, że „szroty objęli za szeroko i puścili środkiem". Raz widziałem go triumfującego, ale krótko.

Siedzieliśmy w altanie na górze, Pojatą zwanej, i siostrze mojej stoczyła się mufka da głębokiego parowu. W tejże chwili zobaczyliśmy, że po przeciwległej krawędzi parowu skrada się poczciwy ksiądz Wojtkiewicz wyczyniając pad naszym adresem srogie a tajemnicze znaki.
Nim zorientowaliśmy się, huknął z dwururki raz, paprawił drugi i, wydając radosne okrzyki, pogramolił się na dół, znikając nam z oczu.
„Tfu, paszkustwa", posłyszeliśmy wkrótce sierdzite sapanie i, ukazał się nam zdetonowany proboszcz, niosąc w ręku postrzelaną mufkę, którą wziął… za szaraka.


Proboszcz był impetyk, ale miał złote serce. Pewnego razu obraził się na Nowotrzeby straszliwie. Wczesnym rankiem w pierwszy dzień świąt Wielkiejnocy wybrali się do niego „panowie" - gatunek ludzi w babskich Nawotrzebach nieznany i zjawiający się tylko na święta itp.
Był tam nasz kochany adwokat i przyjaciel, mecenas Hryniewski, doktór „domu" Rymoid - Mickiewicz, wuj Sewerutek Korewa, mąż owej ciotki od fortepianu, powstaniec-inwalida, bawiący się ze szlachecką niedołężnością w jakąś fabryczkę dachówek w Kownie.
Cała kompania ustawiła się pod plebanią i huknęła:
Nim ranek zabłyśnie, zabłyśnie,
Ksiądz proboszcz Magdusię uściśnie, uściśnie. Alleluja!
I choć Magdusia stara była i szpetna nie do wiary, ksiądz proboszcz, czerwony jak burak, nie witając się poleciał do Nowotrzeb za rzekę, na skargę do „Pani Prezydentowej" (dziadek, sędzia graniczny z wyboru, prezydował kiedyś na jakimś zjeździe sędziów).


Już to w ogóle mieliśmy szczęście do proboszczów - pasjonatów. Poprzednik księdza Wojtkiewicza, ks. Bitowtt, bywało w czasie mszy tak chwycił ministranta za ucho, że wrzask nagły głuszył organy. Z kazalnicy, tak bez pardonu, z imienia i nazwiska „przebierał" parafian, że ci w dzikim popłochu hurmem wysypywali się z kościoła przed kazaniem.
- Kazimierzu, zamykaj drzwi, żeby to bydło nie powychodziło - grzmiał ks. Bitowa gramoląc się na kazalnicę.
- A ty, rudy psie, zajency przyszłasz strzelać, ci co - przerywał nagle kazanie, widząc, że parobczak przykląkł na jedno kolano.


W ogóle polszczyzną wszyscy u nas mówili specjalną, kowieńską, na tle czego bywały nieporozumienia.
- Podnieś się, dziewczynka - wołał raz ks. Bitawtt, spowiadając dzieci i nie widząc uczennicy z konfesjonału.
- Więcej podnieś się, nie widza ciebie!
- Więcej!...
- Kiedy nie moga - odpawiada wreszcie cienki głosik spod okienka konfesjonału.
Ksiądz Bitowtt przechyla się gwałtownie i purpurowieje z gniewu: mała zadarła już spódniczkę wyżej głowy.


Następca ks. Wajtkiewicza miał również tendencje sportowe, ale dotyczące konnej jazdy.
Ternu ja, niegodny, kazałem osiodłać kania, który miał dziwny narów: wszedłszy w kałużę i nie poderwany w czas za cugle, kładł się w wodę i tarzał się na grzbiecie. Było ta po deszczu. Eskapada zakończyła się zaraz za bramą w pięknej bajurze. Długa suszyła się w słońcu sutanna księdza i już towarzystwo całe zasiadło do obiadu, gdy ujrzeliśmy księdza z rozwianą czupryną, trzepaczką wytrzepującego sutannę rozpiętą na płocie.
(Ksiądz w spodniach! Był to dla nas widok rewelacyjny!)


Myliłby się jednak, kto by przypuszczał, że złych mieliśmy księży. Byli to dzielni, prości ludzie, wypełniający swe obowiązki z poświęceniem. Gorszące sceny zdzierstwa i wyzysku, które niejednokrotnie spotykałem patem w Królestwie, nie były tam znane. Szanowano ich głęboko w naszym domu, babka-staruszka księdza całowała w ramię, ksiądz zawsze pierwsze miejsce zajmował przy stole przed najstarszymi paniami.
Teraz więc przy preferansie siedział ksiądz Wojtkiewicz, rządca p. Paszkowicz, szlagon z sienkiewiczowskich Wadoktów, ogromny, ze zwisającymi wąsiskami, o krzaczastych brwiach, ciężki, mrukliwy i powolny. Kiedyś na Prima Aprilis podano kopiasty półmisek kołdunów, nadzianych... trocinami. Szlagon zjadł pięć kołdunów nie mrugnąwszy okiem.


Trzecim partnerem był Garzas-Gorzowski, ongiś po prostu Garzas, zbogacony z małego i zapraszany tylko w rzadkie okazje.
Czwartą wreszcie była Wanda Siemaszkowa; słynna artystka, rezydująca o dziesięć wiorst w rodzinnym Krzewinie.
Jej wytworne suknie, silne perfumy, melodyjny głos i całe zachowanie się rasowej i wykwintnej kobiety stanowiły we dworze nowotrzebskim egzotyczne zjawisko.
 - Nia idź pan tak! - krzyczy nagle do p. Paszkowicza imć Garzas - Garzowski i rozgorączkowany wpiera sękaty palec przez stolik w biust Siemaszkowej - ona kozyra ma!
 - No coż wypuczyłasz oczy, kieby jaka czerepacha - krzyczy z pasją partner Siemaszkowej, ks. Wojtkiewicz, zły, że mu psują grę.


Do pierwszego pokoju przylegały pokoje sypialne: babki, ciotki, kuzynek itd.
Babki pokój był ciemny i surowy. Duży obraz jakiegoś włoskiego mistrza, wyobrażający Wniebowzięcie, wisiał na ścianie. Łóżko od sufitu opięte było białym muślinem. Najważniejsza była komoda, w której babka przechowywała ślazowe i inne cukierki, gdzie w bieliźnie porozkładane były wonne saszetki, a w najzdolniejszej szufladzie w wielkim pudełku, wykładanym esami floresami z naklejonych muszli, przechowywały się familijne precjoza; na wielkie uroczystości pokazywało się to z komentarzami: to -
Hali, otrzyma, jak będzie na pierwszym balu; to - Mani, otrzyma przy wychudzeniu za maż; to - Reni, jak się będzie zaręczać.


Patrzyłem na te tam sznury korali, śmieszne manele z dętego złota, po których biegły ścieżynki drobnych brylancików ni ta uśmiech dziewczyński, na zastygłe w srebrnych zoksydowanych niezdarnych oprawach, po staremu szlifowane diamenty, o blasku wypełzłym niby spłukanym łzami wielu pokoleń, na drogie solitery, przy których z jednakim nabożeństwem, w pudełeczku od pigułek na różowej watce, spoczywał dęty krzyżyk złoty o martwym turkusiku (od jakiejś matki chrzestnej) - patrzyłem na to wszystko z podziwem, ze źle robionym lekceważeniem i ukrytą zazdrością. Dla mnie tam, jako dla chłopaka, nic nie była: jakiś medalik złoty, którego nie dawano nosić, „ba zgubi", i sygnet rznięty w szafirze, który miałem otrzymać po dojściu da pełnoletności.
W pokoju babka mieszkałem jakiś czas od trzech do sześciu lat życia, nim nie sprowadzono Niemca, profesora Blese.


Nie musiałem być zbyt wygodnym szlafkamratem. Pamiętam, że utrzymawszy pewnego razu wieczorem prezent: pistolet pneumatyczny, bijący do celu ostro gumową kulą, i blaszanego koguta, piejącego gdy mu się dmuchało w ogon,  o świcie już obudziłem się z wielkiej emocji i radości, zapiałem, a kiedy się babka obudziła - prasnąłem w nią z pistoletu; zgórowałem - i ze świętego obrazu nad łóżkiem babki posypała się szkło.


Czy i jak mnie za to ukarana - nie wiem, ale gradację kar mam dobrze w pamięci; najnudniej, aczkolwiek najlżejsza to była kara, było stać w kącie. Toteż uciekałem z niego, zwykle więc delegowano Alinkę, pannę respektową jeszcze mojej matki, która wyhodowała nas wszystkich. Alinka zastawiała kąt krzesłem i rozsiadała się na nim z mruknięciem „ot - trucizna"... i pilnowała wiernie, nim wyznaczany kwadrans nie minął.
Miała też potem pysznie za swoje - udawałem, że przynoszę żabę w czapce. Żab stara panna panicznie się bała, biegła do swego pokoiku, zamykała go na klucz i ze szczotką do zamiatania w ręku siadała na łóżku z podwiniętymi nogami w pozycji obronnej.


Z biegiem czasu „ulepszono" stawianie mnie do kąta; najprzód przywiązywano mnie za nogę do stołu, ale kiedy okazało się, że potrafię za sobą ciągnąć stół po domu, w dążeniu np. do jakichś roczników „Biesiady Literackiej", przywiązywana mnie do nogi fortepianu.
Następnym stopniem kary było „klęczenie" z nieodłączną zapowiedzią, że jak jeszcze raz to się powtórzy, to będę klęczał „na .grochu", a ostatnią i najwyższą karą, pachnącą ponurym średniowieczem, było „leżenie krzyżem".


Tę karę pasjami lubiłem. Człowiek kładł się jak długi na samym środku stołowego lub „pierwszego pokoju" na chodniku i oddawał się kontemplacji, a przechodzący domownicy z nabożeństwem musieli delikwenta wymijać. W okna sączył się szary zmierzch, gdzieś z drugiego końca ogromnego domu, z kredensu, dochodził brzęk szykowanych sztućców, stary Karol wnosił kulistą naftową lampę, zegar cykał równo, równiutko w takt z chłopięcym sercem.
Czemu tak lubiłem tę karę? Phi!..: - śmieszna to była rzecz - ten arsenał srogich środków wychowawczych sprzed kilkuset lat w dobrych rękach babczynych.


Do pokoju babki przylegał długi ciemny korytarz, nie wiadomo czemu „garderobą" zwany, w ogromnych bowiem jego szafach stały słoje konfitur, góry powideł, wory suszonych gruszek i skrzypki ze specjałami, jakie spożywał na wizytach jeszcze Chryzostom Pasek: śliwki suszone, nadziewane kminkiem, marchwią, masą migdałową.


Teraz już z garderoby wylot był na świat, w słoneczny kwadrat drzwi wiodących na werandę, z tyłu domu. Był na tej werandzie pokoik lalek - miejsce przeze mnie pogardzane, i była na wysokiej podmurówce z zewnątrz werandy sklecona z desek przeze mnie „odrynka" (stodółka), gdzie znosiłem ususzoną przez siebie trawę, sypiałem, przechowywałem zapasy żywności (zajęcza sałata, szczaw, żywica z wiśni, rdzeń łodyg tataraku, specjalny gatunek żółtych liści - o to szło, że się jest na bezludnej wyspie) oraz broń: procę, łuk i pikę zakończoną twardym sękiem, budzącą podziw i zazdrość rówieśników.


Nad moją odrynką schody biegły na górę, na „balkon".
Balkonem zwały się dwa pokoje na górze, przeznaczone na przysięgłe mieszkanie kawalerskie. Kawaler tam, na dale, nie był tolerowany na noc wcale.
Jeśli nocowały tam osobniki płci męskiej, to takie, które o swej męskości same musiały mieć grube wątpliwości - różne kanoniki, różne doktory łyse a dychawiczne, mecenasy i kauzyperdy trzy ćwierci do śmierci. Nocowały też tam godne małżeństwa, którym się słało najpompatyczniejsze atłasowe kołdry, opięte w holenderskie prześcieradła, stawiało ogromne srebrne świeczniki i kładło na umywalce mydło migdałowe w cynfolii.
Cała męska reszta, bez względu na to, ile tego zjechało sztuk, lokowana była na balkonie.


Lokum to było godne i wygodne. Okiennice były postrzelane jak sito rewolwerowymi kulami, na podłodze rozżarzonym pogrzebaczem powypalane inicjały i sentencje. Łoża były szerokie, jesionowe, piec rozsiadły jak się patrzy, okna małe, podzielone na szybki, do których cisnęły się jesienią dojrzałe gałęzie cukrówek - najwcześniejszych gruszek.
Balkon miał jedną małą niewygodę, której inaczej niż zakamieniałą tradycją wytłumaczyć nie można: przedmiot nader w sypialni potrzebny, a nawet konieczny, był zawsze, bez względu na ilość nocujących, jeden. Ustawiamy ceremonialnie na środku pokoju, nie mógł sprostać zapotrzebowaniom i stawał się zazdrośnie strzeżonym monopolem starszych panów.
My, młodzież, musieliśmy w nagłych chwilach życiowych emigrować na zewnątrz, gdzie było bliżej dokomina na dachu (nogę tylko przez balustradę przełożyć) niż na ziemię na dół.


 Z dachu nocą piękny był widok. Olbrzymie, przepastne morze starodrzewu szło w dół aż ku srebrnej Niewiaży. Górą obłoki wlokły po klombach i gazopach srebrny cień. Świerszcze grały w oficynie kuchennej, jak za króla Ćwieczka.
 Balkon - była ta warownia męska nie tknięta nigdy nogą kobiecą. Był to matecznik kawalerski, obsługiwany wyłącznie przez lokaja i lokajczyków. Pokojówka, wzywająca do „pani starszej" albo do „pani młodszej" (pani młodsza - to ciotka Korewima: miała sześćdziesiąt lat), wspierała się na trzy pierwsze stopnie schodów i stamtąd się wydzierała. W razie choroby, osobnik z balkonu był transportowany na dół do „ pokoju końcowego", rodzaju Kamczatki, położonej za bawialnymi pokojami i za światem; bo nawet do takiej czynności jak nacieranie terpentyną nikt, ani nawet pani młodsza, na balkon by nie poszedł.
Babka jedna, najwyższy suweren, arcykapłan domostwa, punkt najwyższy hierarchii, w którym schodziły się dwa obozy: górny - męski i dolny - kobiecy; miałaby prawo wizytacji balkonu i nieraz groziła inspekcją, ale staruszka nie wwindowałaby się po schodach.


Życie w tym bastionie wszeteczeństwa zróżnicowane było i sfery zróżnicowane.
Najruchliwszym podłożem kawalerskiego matecznika byliśmy my - „mikroby", poczynając od lat dziesięciu-jedenastu.
Na balkon się wędrowało zostawszy uczniem szkoły średniej. Pierwszy przyjazd do domu - na święta Bożego Naradzenia, był połączony z tymi, niejako, „postrzyżynami".
- Janie, czy Jan nie wie, gdzie mi pościelą? pytał młody człowiek stangreta; którego dziad jeszcze był stangretem w Nowotrzebach.
- Noo - gniaduk, to już tylko lenujesie (leni się) - woła Jan na lewego dyszlowego, nie odpowiadając nic.
Jak szalone mkną sanki zataczając się pa śliskim gościńcu. W gniaduku, który oficjalnie, ale bezskutecznie nazwany jest przez „państwo" Kiejstutem, gra śledziona. Sanie wjeżdżają na zamarzniętą Niewiażę. Tafelki lodu ze szklanym dźwiękiem biegną spad kopyt po ściętym szkliwiu. Dźwięk radosny. Zdaje się, w szybko bijącym sercu, w pulsującej krwi turlika się ten sam trel lodu.
Konię wpadają przez bramę pod jarzący się wszystkimi oknami dom. Janczary dźwięczą triumfalną
 fanfarę.


 „Hau" - powiada stary podwórzowiec, „Pilnuj" - gwoli rytuałowi.
Pa czarnych czeluściach sieni płynie kulista powitalna lampa. Stary rządca, kilka pokojówek, lokajczuk pomagający wygramolić się z sań. Z błyszczącego kwadratu drzwi wejściowych słychać nawoływania: „Mania, Hala, Bazia - nie wybiegajcie - zaziębicie się, błaźnice".
 Wreszcie oto jestem!
 Ściągają sławucką burkę z dachy, dachę z bekieszy, bekieszę ze sweteru, sweter z kurtki uczniowskiej - i oto jestem!
Jeszcze ostatnie beznadziejne: „Nie całujcie się z nim, niech odejdzie"; ale to już nic, już jestem u babczynych kolan, już mnie chwyta chór głosów, że urósł i że całkiem do „nieboszczyka pana  podobny”.


 Teraz prowadzą mnie jeść,  teraz czas natężyć uwagę:
 - Nieś panicza rzeczy na balkon - mówi do lokajczyka babka.
Robię się wyższym o głowę: jestem w pięknym galowym mundurze ze jeszcze rosyjskiego gimnazjum Chrzanowskiego w  Warszawie. Ogromny, wysoki, błękitny kołnierz o sutych galonach jest diablo nie-
wygodny - ale co za efekt!


  Służba cała mówi już bezapelacyjnie „paniczu", a nie w trzeciej osobie. Rządca proponuje wódki „po drodze". Głupie siostry parskają śmiechem, nie wiadomo czego. Czerwienię się i staram odpowiedzieć basem, zacierając ręce, jak robią starsi panowie: „Dziękuję - nie przemarzłem".
Teraz wjeżdża ogromny na cały talerz befsztyk, sakramentalnie podawany tym, co są „z drogi".


Z drogi bywali zawsze różni ciekawi panowie: geometra, weterynarz, budowniczy; mieli zawsze z sobą pełno osobliwości: narzędzia, łańcuchy, przyrządy, cybuchy, papierośnice z „ludzkiej skóry" (jak mówili), zegarki „ankrowe" albo „na kamieniach", dewizki z pękami zachwycających breloków. Byli z drogi, jedli uroczysty befsztyk i pachnieli poezją szerokich nieznanych światów.
Teraz ja jestem z drogi....


Jeszcze parę koniecznych pytań: jaka droga z Kowna, czy na Użledzkiej górze ślisko?
A wreszcie:
- Melaś, idź spać, bo jesteś zmęczony (w poczciwych Nowotrzebach tkwiła jeszcze tradycja przyjeżdżających koczem z Warszawy).
I Melaś szedł spać na balkon, upojony, dumny, słyszące za sobą ostatnie upominanie pad adresem lokajczyka: „Idź, popatrzaj, czy juszka w piecu u panicza założona".


Później, dopiero wiele później, ściągały z preferansa starsze pony, omawiając wzajemne błędy w wistowaniu i jakiegoś efektownego „totusa bez atu".
Skoroś się teraz przycupił pod kołdrą, człowieku, posłyszeć mogłeś wiele kawałów częściowo tylko dla cię zrozumiałych.
Jedzie tramwaj, jedzie, po żelaznej szynie,
 Tak i wuj pojedzie na młodej dziewczynie.
Oj dana!...
śpiewał Tol, starszy brat, do wuja Sewerutka.
- Idzże ty, doprawdy słuchać hadko - sapie wuj Sewerutek mocując się z nogawką.


Wuj Sewerutek był to dobroduszny grubas i safanduła.
Miał brzydkie przyzwyczajenie: powracając w nocy z preferansa., gdy tylko był w dobrym humorze, bez litości „solił mi jednego plaskacza po sempiternie", co nie powiem, aby wywoływało rozkoszne przebudzenie.
Pewnego razu wziąłem zemstę srogą. Świtaniem pompnąłem śpiącemu wujowi do nosa z wykradzionej w aptece panny Agaty potężnej lewatywy amoniaku.


- A-a-a-hm! A-u, a-u, a-hm - czmychał wuj Sewerutek drgając boleśnie. Nagle wzrok jego padł na moją figurkę, przytulaną w kącie pokoju, zestrachaną nie na żarty swoim wybrykiem.
- Łajdaku! - ryknął szlagon, plącząc z wściekłości słowa wśród rzęsistych łez - amoniaku, łajdaku!... „Amoniaku, łajdaku..." - grzmiało potężnie na całą okolicę.
Zestrachani, nagle przebudzeni, zerwali się mieszkańcy balkonu.
„Wuj zwamowvał!"
Bo poczciwy Sewerutek w istocie szalał. Pochwyciwszy stojący w kącie „pagaluk" rządcy (dębczak o grubej głowice-buławie z sęków) i wywijając nim nad głową, rycząc swoje: „Łajdaku - amoniaku", gnał za mną w dół po schodach, potem przesz klomb; z klombu na gazon, z gazonu w sad, w aleję, nad rzekę...


Dolne pokoje domu zaroiły się od główek niewieścich. Pomykałem w koszulinie mocno krótkiej; bielizna szła ze starszego na młodszego brata, a patem na najmłodszego, który rósł równie szybko. Koszuliny więc nasze raczej przypominały figara. Za mną gnał wuj.
Niebawem wspólna niedola nas połączyła.
- Idź, łajdaku, przynieść spodnie - sapie wuj z jednego krzaka.
- Ani myślę - replikuję z drugiego.
Jakże bo! Z okna wysuwa się śliczna główka, cel mych wzdychań, główka Steni Kulwieciówny, przed którą wczoraj właśnie zaprezentowałem się w uroczystym mundurze.


Wuj siedzi w jednym krzaku, ja w drugim. Rozbudzane okna dworu najeżone twarzami.
Wreszcie wujowi lokajczuk przynosi spodnie; ja, za 'karę, mam zostać w krzakach.
Wielka bieda! Byle chyłkiem dotrzeć do Niewiaży - wszak tam i bez tego rozciągało się państwo nagiego człowieka.


Niewiaża, głęboka przejrzysta rzeka, wolno płynęła nalana aż pa zielone brzegi splątanych dżungli ożyn i łozy.
Tam świtaniem wyjeżdżało się z rybakiem lekką łódeczką "rybować". Z czarnej toni ciągnęło się zapadłe w bezdeń sznury, nad połyskliwy nurt wysiepywało się szkliste pokrętne ciała ujętych na haczyki węgorzy.


- Ci wiesz, pania, co ja pawiem -ciągnął poczciwy, obrosły aż po oczy dzikolud, rybak Małecki, pykając ogromną faję - wengorz, to taka żywioła, że on dlatego i na ziemia idzi, gdyby wonż: ot niechaj tylko miesionc na pełnia, znaczy sień, weszendszy bendzie jak groch kwitni, wsamakurat wengorzy na groch wychadzoń z wody. Kiedy tylko człowieka zawidzi, kiedy szmorga do wody, k i e d y szmorga  -  tylko dzierżyś - gdyby wian *(* Gatunek błotnego robaka (rybki) bardzo śliski, w okamgnieniu zagrzebujący się w piasek; używany jako przynęta na węgorze) jaki... A rada jemu można dać, kiedy kto praktyka ma - trzeba jemu naprzeciw piasku podsupanić; jak zapełźni ma piasek, obojentny w rzeczywistości sień robi - tylko zabieraj do torby.


Rzeka i las, i łąka! Wielka szmaragdowa dolina Niewiaży, ogradzana dwoma pasmami zielonych wzgórzy, pociętych wąwozami, gdzie w rozpadlinach czerniała gęstwa świerków.
Tymi wąwozami wchodziło się na górę, wsiąkało się w wilgotną przepaścistą ciemność lasów, a gęstym podszyciu, świerkowo liściastych.


Miałem jednorurkę pistonówkę dziwerowaną o lufie ośmiogrannej. Ojca z niej pono uczono strzelać, uczono też jakichś stryjów z pobocznych linij i starszych braci.
Z tą flintą odbywałem cudowne wyprawy w głąb „czarnego lądu" albo „pampasów", albo „dżungli".
 Jedyne niebezpieczeństwo prozaiczne, jakie trzeba było wyminąć, to okno w pierwszym pokoju, przy którym kabałę ciągnęła babka.


Biegłeś, człowieku, z ganku, wzdłuż domu, wzdłuż kwietnych rabatów, na których w rozwartych kielichach tulipanów złociły się odwłoki pszczół. Buchał z tego zapach kwietny i miodny, zapach sytny i dostały. Panna Agata z witką, polowała na motyle dla szpaków, a uśmierciwszy którego, wołała: „Szpaś... Szpaś"... Gdzieś spośród klombów wybiegały wtedy czarne kulki (szpaczki panny Agaty miały obcięte skrzydła i ogonki) i toczyły się do ręki dającej przysmak.


Słońce grało po ścianach domu; z obejścia całego, z tych tam pokrzykiwań, poskrzypów, brzękań, nawoływań; z dymów kuchennych, z pracowitego gdzieś tam w kuchni stukania noży - sączyła się cicha melodia nowotrzebskiego dnia.
Melodia ta kończyła się zaraz za ogrodem; zbiec jeno ze schodków, przesadzić drogę - i wpadałeś, człowieku, w las - w inny świat, chyba na Antypodach położony.
Tam mogłeś liczyć tylko na wierną strzelbę i na nóż fiński przytroczony do pasa.


Wrona, siedząca samotnie na ugorze pod lasem i czyszcząca osowiale dziób, dawała piekielne emocje, jakich nigdy potem nie dało mi życie. Człowiek sunął kilometr na brzuchu jakimś zeschłym łożyskiem strumienia ku tej wronie; czołgał się przez jałowce i wykroty, serce waliło tak potężnymi falami krwi, że spiekłe usta rozchylały się nie mogąc nastarczyć wzruszonemu oddechowi, a w oczach pod czaszką zapalały się i gasły różnokolorowe plamy.
Wrona, nie doczekawszy jeszcze jakich trzydziestu kroków czołgania się, machała leniwie skrzydłami i leciała jak miękki blin po jaśni nieba.


Ale zostawało wzruszenie i odprężenie emocji. Jakże słodko było leżeć teraz na wznak na mchu leśnym; wietrzyk biegł po mokrej koszuli, górą płynęło zielone rozchwiejne marze listowia.
Zewsząd dochodziły wabiące głosy puszczy: ostry skrzek sójki, kwilenie żołny albo jastrzębia, kukanie kukułki, kucie dzięcioła, cmokanie wiewiórek.
Wszystko to były istoty zaczarowane, niedostępne, wiodące po dziuplach i po wysokich gniazdach, po lazurach podniebńych i po szelestnych trawach swoje cudownie skryte, pulsujące jakimś odmiennym sensem życie.


Kiedym, jaka siedmioletni chłopak, zastrzelił pierwszą wiewiórkę, mierząc w wysoką koronę drzewa „na sztorc", pionowo, „żeby było bliżej", i kiedy niemal na twarz mi spadło bursztynowe stworzonko z dwiema krwawymi rankami od dwu śrucin na białymn brzuszku - serce podskoczyło mi pod samo gardło, bo zdało mi się, że z tej zielonej podniebnej rozchwiei wyszarpnąłem jeden akord życia, jedną z jego zagadek.


Nie uświadamiałem sobie swych myśli, ale kiedym potem w domu z podziwem patrzył, jak zamiast ciepłego, śmiesznego, cmokającego i nakrytego kitą stworzonka, mam w ręku sztywne ciało o zdrewniałym, wyprostowanym ogonie i zaszklonych oczach, doznawałem zapewne takiego uczucia jak ów rybak, co złowiwszy syrenę, czuje, że mu się pod rękoma rozpływa w pianę morską.
Z jednej strony były grządki kwietne z panną Agatą, z drugiej nieodgadnione życie. Ku temu życiu się szło - w głodnej tęsknocie.


Z tą tęsknotą walczył statecznie - dom. Nie babka, nie ciotka, nie wychowawcy. I nie morały, nie przypowieści mądre, nie upominania.
Cóż bo byliśmy my - strony działające - mały siedmioletni chłopak i grono kobiet, które miało go w opiece, wobec dostojnego domu, w którym tok życia ułożyły pokolenia?


Kiedy tylko pierwsze przymrozki ścisnęły ziemię, rozbłyskiwały łuną świetlną o godzinie przedświtu piece. Światła czerwone drgało przez szpary drzwi w sypialnych pokojach. Dom przepełniał zaciszny trzask spopielających się żywicznych polan. Wstawał dzień. Narządzano podwójne okna. Na kolorowej wacie któraś z sióstr wyczyniała esy floresy z jarzębiny, z głogów. W środku stawiano wysmukły kieliszek od szampana, napełniony „witryolejem". Patrzyłem nań z szacunkiem, ba to „trucizna". Wtedy wyłaził mróz i zamalowywał szyby. Dom był ufortyfikowany, przygotowany na walkę z zimą - do wiosny.
Wtedy w tej zamkniętej fortecy poczynał się długi szereg zimowych obrządków (co tam czyniły sójki moje, po lasach skrzypiące?).


Naprzód był adwent. Na długim  stole stawały garnki z pierzem alba zboże do przebierania kąkolu (kochany nowotrzebski domu, nie wiedzieliśmy obaj, ty z sędziwości, ja z głupoty, że istnieją, od króla Stasia ponoć jeszcze, młynki do czyszczenia ziarna). Lampy naftowe rzucają ciche światło.
Zacznijcie, wargi nasze, chwalić Pannę Świętą - zaczyna babka.
Zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą - podchwytuje niemrawy, mruczący chór głosów (przy stole siedzi kto chce - nie tylko służba domowa, ale i rodziny parobków).
Chwała Ojcu, Synowi, Bogu Przedwiecznemu - mówi babka.
I równemu Im w Trójcy Duchowi Świętemu odpowiadam z namaszczeniem pełną grochu gębą (przebieramy właśnie grach suszony i objadamy się nim, ile wlezie - przyjemność, którą trudno zrozumieć „latom męskim").
- Modlisz się do Boga i objadasz się podczas tego - gorszy się nauczyciel, p. Blese, luter, przez drzwi swego pokoju wysłuchujący moich praktyk.


Kochany panie Blese! Dom nowotrzebski - to nie kircha z krzyżem surowym pośrodku, bez organów i „iluzji", gdzie się przychodzi do Boga, jak do feldfebla zdawać rzetelny raport. Dam nowotrzebski modli się każdą drzazgą swej ściany, śpiewem siedzących w niej świerszczów, siorbaniami nosów bab parobczańskich, merdaniem agonów tych tu kundli, co, mimo surowego zakazu, powłaziły pad stół:
Kochany panie Blese! Jedź pan do Szarytek w Kownie zgorszyć swoje uszy luterskie śpiewem odwiecznej kantyczki.


Kościół, obyczajem u nas przyjętym, rozdzielony na dwie połowy: z prawej mężczyźni, z lewej kobiety. Juozapa, Juozapa  pokołysz dziecień - rozpoczyna
śpiewać ciągnący się klajster piskliwych głosów kobiecych.
Nia benda, nia benda, jak sobia kcecie odgrzmiewa krnąbrnie z prawej chór męski.
Przez witraże sączy się różnokolorowe światło; z ciemnego ołtarza błyskają wota - srebrne nogi, ręce i serca; papierowe kwiaty schną w odwiecznym pyle.


Nasz Bóg, panie Blese, jest cierpiący, jak i my, podległy pokusom, jak i my; mieszka z nami, jest z nami w każdej godzinie życia, jest swoją osobą w domu; zdążyliśmy się do niego przyzwyczaić; co tam mówić o jedzeniu grochu w czasie modlitwy - my, ludzie ułomni, nawet grzeszyć przyzwyczailiśmy się w Jego obecności.
Toteż, kiedy w Nowotrzebach zaczyna się czterdzieści dni Wielkiego Postu (pościmy trzy dni w tygodniu, w czym w piątki suszymy), a garbaty karbowy zaintonuje pieśń:
Jezu Krysta, Boża miły,
Baranku barzdo cierpliwy. –

Każdy czuje tę wielką bardzo cierpliwość Baranka Bożego.
Teraz, w Wielkim Poście, madły się odbywają klęcząco; z jednej strony długiego stołu jadalnego - służba, z drugiej - państwo. Na ceratowej kanapie (tak pokryć przepyszny biedermeier!) stoi lampa kulista, przy niej klęczy staruszka babka. Po skończonym nabożeństwie rzucamy się ją podnosić. Wtedy , ludzie idą do kredensu, gdzie już otworzono antałek czarnego słodkiego piwa warzonego w domu. Każdy otrzymuje po kufelku. Tak przez cały Wielki Post.
*
Kiedy przychodzą święta, w czasie których ma się cieszyć „każda żywioła" (każde stworzenie), cieszy się dom nowotrzebski po społu ze służbą.
Podłoże katolickie ludu stwarzało więź istotną, braterstwo krwi.
W ojcowych Kalużycach, wyrosłych jako placówka kresowa, na szlaku Smoleńskim, w bramie DźwinoDnieprowej, nad Berezyną, pośród ludu prawosławnego, inaczej, bardziej manu militari, bardziej feodalnie,  układało się życie tamecznego dworu.
Tu, w Kowieńszczyźnie, żyliśmy więcej „po domowemu"; wszak od krzyżackich czasów nikt nas „nie ruchał" i życie dworu było przetransponowanym na wyższy poziom życiem wiejskiej chaty.
Jadąc w odwiedziny do szaraczkowej szlachty, znajdowałem bardzo bliskie podłoże, bardzo niedalekie formy życia. Kiedy kawaler, prosząc pannę do tańca, mówił: „Strzelam do waćpanny", na co ta odpowiadała: „nie bojam się", kiedy ulubiona towarzyska zabawa – zadawanie zagadek - była przeze mnie złośliwie nadużywana przez stawianie takich oto pytań:
Wziąłem munsztuczek,
 Zagrałem kilka sztuczek
Na trąbie w tym momencie –
 Na jakim instrumencie?
i kiedy mi spłoniona szlachcianeczka odpowiadała krygując się: „na fortefianie", to były to ot takie sobie śmiesznostki, pod którymi kryło się istotne dobre wychowanie, rycerskość dla kobiet, szacunek dla starszych i wielkie poczucie godności własnej.


Brzydko się zaczynało, gdy to wszystko liznęło trochę kultury. Eksfelczer wojskowy, szlachcic zagrodowy, chwalił mi się, że sprowadza z Kowna malarza, który bierze pięć rubli za metr i wymaluje mu na suficie „nimfa, znaczy sień, nad ruczajem na poduszce".
Tęskno mi teraz, kiedy pełno mam naokoło „nimf na poduszce", żeby młody polny głos gdzieś odezwał się blisko: „strzelam da waćpanny".
Z jednego byliśmy gruntu.


Toteż w dzień Wilii, zaraz po wieczerzy wigilijnej państwa, przy tymże stole w stołowym pokoju zasiadała służba. Na miejscu babki prezydowała kucharka Kaźmierzowa i garbaty „gospodarz" (włódarz) Laskowski. Babka wchodziła z opłatkiem, dzieląc się ze wszystkimi, przy czym każdemu mówiła indywidualne życzenia. Nie zawsze były te życzenia sladkie.~ Czasem babka pochylała się do ucha:
- Patrzaj... - zaczynał się cichy szept, po czym nic już nie było słychać, tylko palec wskazujący  Babki surowo groził. Zaczerwieniony delikwent ułamywał opłatek, całował w rękę i skwapliwie ustępował miejsca... następnemu.


Kiedy się to działo w stołowym, my, dzieci, siedzieliśmy już w pierwszym pokoju przy bakaliach, najedzeni jak bąki. Jakże bo! Wilia składała się z ośmiu - dwunastu potraw i mimo solidne i uważne objadanie się, iżby na wszystko miejsca starczyło, miejsca tego nie starczało.
W pośrodku stołu pofalowanego bielą obrusa, na pękach siana (ze ździebeł jego wróżyliśmy, czyje życie dłuższe) stawiano tak zwaną „kucję" - ogromną salaterę poczwórną, w której mieściły się cztery zasadnicze potrawy Wilii, cztery paskudztwa ku tradycji przyrządzone, których nikt nigdy nie tykał. Jestem przekonany, że kucja sięgała swym pochodzeniem zamierzchłych czasów pogańskich.
Był tam kisiel owsiany, wyglądający jak brudny klajster, rozdęte ziarna gotowanej pszenicy, groch i jęczmień oraz mleko makowe.

Babka tylko, jaka pani domu, musiała każdej potrawy spróbować i podlać „sytą" (miód z wodą), bo inaczej nadchodzący rok nie dałby dostatku. Krzywiła, się, zwłaszcza .przy kisielu, ale mus to mus.
A kiedy już i państwo, i służba byli najedzeni, roztwierano szeroko wielkie szklane drzwi olbrzymiego salonu. Na tle ogromnej stuletniej agawy (która właśnie co rok oczekiwano, że zakwitnie „raz na sto lat" i ze „strzałem jak z armaty") stała większa jeszcze choinka.


Otrzymywaliśmy prezenty, wyrażając oficjalną radość (wiedzieliśmy i widzieliśmy, dzięki wzorowemu wywiadowi, już na kilka dni wcześniej, co otrzymamy; raz nawet, dzięki zdradzie lokaja, zdołałem wykraść z szafy i popukać sobie z flinty, którą później uroczyście otrzymałem), a potem zaczynało się objadanie drzewka. Hej! Bo drzewko nasze nie było ani takie, ani siakie. Ani zbytnie w błyskotki kupne, sztuczne śniegi, niemieckie diabełki, aniołki, szklane kulki i inne wykrętasy, ani, Boże broń, stylizowane na ludowa i na „polsko". To było poczciwe, praktyczne drzewko, jakie w Polsce stawiano (jeśli stawiano) przed trzystu laty, kiedy żadnych tam syntez polskości i ludowości. od święta wysentymentalniać nie trzeba było, bo skrzypiał nimi każdy żuraw każdej studni.
Drzewko więc było w dary konkretne zasobne i chodzić mogłeś koło niego, bracie, trzy dni i objadać się gruntownie.


Poza świeczkami i lepionymi w domu łańcuchami z różnokolorowego papieru, wszystko tam można było w gębę włożyć. Od góry do dołu czerwieniały „pepinki" - małe kolorowe jabłuszka, zawieszone na różnobarwnych włóczkach. Równie obficie wisiały figi, pierniki, złocone i srebrzone orzechy i duże cukierki „kri-kri". W papierowych koszyczkach znajdowałeś, człowieku, malagę (suszone winogrona), migdały, daktyle itd. Doskonałości te zrywało się na miejscu i rozdzielało między parobczańską dziatwę.
*
Teraz od Świąt szedł jeden ciąg festynów aż do Nowego Roku. Każde z nas przywoziło przynajmniej po dwóch kolegów lub koleżanki. Korepetytorzy, którzy latem z nami dukali, też przyjeżdżali i zwozili kolegów. Do nauczycielek też zjeżdżały jakieś przyjaciółki - stare panny - przyjeżdżały z matkami i ciotkami dawne nauczycielki i bony, z którymi zachowywały się serdeczne stosunki; namykały się dawne rezydentki, zamienione ongiś z sąsiednimi dworami po jakichś awanturach do czasu na inne, ściągali z rodzinami wszyscy „klienci domu" ksiądz, adwokat, doktór, wuj Sewerutek, przyjeżdżało z Wodoktów trzech osiłków, synów rzadcy.


Zawiązywały się tam flirciki kplatoniczne, wzdychania, utarczki babskiego i męskiego obozu, przeplatane tradycyjnymi psikusami, jak słanie prześcieradeł na prętach leszczynowych zamiast na ramie z materacem, podczas gdy przy łóżku stawiano nieckę z wodą, zaszywanie w mankietach rękawów nocnych koszul i wsypywanie w nie mąki; płeć męska wywzajemniała się straszeniem, co dawało pole niewiastom bać się, a „:bać się" pojmowano jako nieodłączny atrybut kokieterii i kobiecości: więc wieszaliśmy lub kładli na łóżka w damskich pokojach manekiny imitujące trupy, więc ukazywaliśmy się szarą godziną w bieli prześcieradła, brzękaliśmy po strychu łańcuchami; wyliśny jako wilki w zagajach. Były to figle, że tak rzeknę, rytualne, uświęcone tradycją i niekaralne. Aż dziw, że te wszystkie dryblasy tak powtarzały dowcipy pokoleniami.


My, Wańkowiczuki, staraliśmy się zaprowadzać innowacje; Cześ kiedyś kupił karminu i na wielkim zjeździe gości, w sypialnych pokojach powkładał w utensylia niewymawialne po ziarnku karminu- przerażenie niewiast nie miało granic i już Janowi kazano zakładać konie po doktora, gdy zbrodnia się wykryła; Tol z floweru misternie poprzestrzeliwał też obiekty; ja - Francuzce, starzejącej się pannicy, kochającej się w koledze korepetytora, Litwinie, gdy pytała, jak ma go żegnać w ojczystym języku, poradziłem rzec: pobuczok manu in subinia, co, jaka że verbis expressis (dzisiaj powiedzielibyśmy - po marszałkowsku) określało miejsce, gdzie ma ją pocałować - rzuciło młodego człowieka w pąs, a otoczenie w konsternację.
Oj, mieliśmy potem, bo mieli za te pomysły indywidualne!
*   
Taki oto we dworze całym od Bożego Narodzenia do Nowego Roku gwałt panował a skweres; następowała mobilizacja służby domowej, to znaczy dziopy wiejskie odrabiały dniówki robocizny, tłukąc talerze i szklanki, a nad tym całym rozedrganym harmiderem rozpięte było pytanie: „gdzie się ich wszystkich położy?"


 - Babciu, gdzież go jeszcze zmieścimy? – pytają wnuczki babki, która czyta list Józia Mickiewicza zwiastującego swój przyjazd na wakacje (ów Józio jest to pięćdziesięcioletni stary kawaler).
- W małym garnuszku kaszka smaczniejsza -odpowiada ze szczerym zadowoleniem babka.


Oba fortepiany grzmiały do upadłego i każda klasa gości bawiła się po swojemu: małe mikrusy były strzęsione do jednego pokoju, kilkoletniejsze w różne tam „cztery kąty a piec piąty" bawiły się w stołowym pokoju (przy czym się wróżyło: erczyk, perczyk puma guli - wylecieli na Trzy Króli. -Panie Janie Kapistranie, czemu nie grasz na organie? - grałem, grałem, zapomniałem, ale teraz przypomniałem - una, duo, tres - żaba, baba, zając, pies!), a młodzież w salonie tańczyła nie tylko walca, oberka  i mazura, ale i krakowiaka, pas d'Espagne, polkę węgierkę, pas de patineur itd.


Panie starsze kwokały na kanapach, panny paniektóre znikały na pogwarki w dziewiczych czeluściach domu, panowie rżnęli przy trzech, czterech stolikach i uroczystych świecach w karty, ja zaś jeden, jak wilczek, czułem się do żadnej z tych grup nieprzynależny i przeciw wszystkim „sprężony".
Rzecz w tym, że bracia starsi ode mnie o piętnaście i dziesięć lat, za życia rodziców jeszcze zdołali się opierzyć, ja zaś, jedyny „Mińczuk", skazany byłem na wegetację w tych babskich Nowotrzebach.
Fantazję chłopca pobudzały opowiadania a rycerskim żywocie „męskich" Kałużyc, .gdzie chłopak ad szóstego roku życia nie rozstawał się z koniem i strzelbą, gdzie bracia moi byli postrzelani w rożnych wypadkach, głowy mieli porozbijane przez dzikie ogiery, gdzie stada wilków podchodziły pad dwór; gdzie w psiarni, oprócz doborowych psów myśliwskich, hodowały się puchacze; na kuchni żuraw; w drwalni swojskie niedźwiedzie.


Nasłuchałem się biadań najstarszego brata, Czesława, późniejszego znanego myśliwego w Mandżurii i w Afryce, że „zbabieję", i chłopięcą duszę w całkowitym władaniu trzymał nieustający zaciekły bunt przeciw tym słodkim nabożeństwom majowym odprawianym ze służbą w woni kanwalij, przeciw tym tam miodapłynnym mądrościom drobnej szlacheckiej burżuazji kowieńskiej, kałamaszkami w robocze konie truchtującej do parafialnych kościołów.


Ot, siedziało to wszystko po świątecznych kanapachh, dookoła okropnie brzydkiej lampy naftowej na wysokiej porfirowej kolumience.
Wziąłeś, człeku, mufkę na wujową laskę i zaimprowizowazłeś z ciemnej sieni na jarzący się pierwszy
 pokój - rzymską katapultę.
Wali się wysoka lampa na czcigodne robrony. Po woskowanej posadzce płynie morze ognia. A kiedy akcja ratunkowa przyszła ku pomyślnemu końcowi, ciotka z wyrzutem:
 - Melaś, czwartą lampę w tym raku tłuczesz!


 Podrzut .głowy. Obawa kary. Ale zmniejszenie laurów...
 - Piątą, ciociu - mówię cicho.
 - Ale ty nienaumyślnie, moje dziecka, przypadkiem? - insynuuje babka.
 Milczę. Cóż pawiem?
 Goście dowcipami starają się zatrzeć niemiłą sytuację.
 Im też się nieraz dostaje.


 Raz, wlazłszy na dach, puściłem przez komin otwartym okapem, prosto w gar z zupą, ogromne polano; kucharka mieszała właśnie. Chodziła potem z obwiązaną gębą, jak niemy wyrzut sumienia; zupy na obiad nie było, a ja snułem się trzy dni ogólnie wyklęty – szarpany przez wyrzuty sumienia – do następnego razu...


Strych i dach lubiłem pasjami, zimą bowiem w  braku lasu, tam znajdowałem namiastkę nieznanych krajów, polując ze „Smith Wessonen" w ręku na zdziczałe koty i dokonywając odkryć. Między innymi, na strychu, w starej skrzyni pełnej papierów znalazł się skrypt z własnoręcznym podpisem króla Zygmunta Augusta (16 czerwca 1570 r.), dający Nowotrzebam przywilej na karczmę, skrypt pisany po białorusku, rozpoczynający się ad słów „bił nam czołom czasznik nasz".


Na strych wychodził kwadrat wycięty w suficie ustępu. Ustęp pośrodku domu, to był przywilej kobiet i dzieci. Dla reszty - były szalety za drzwiami w bujnych łopuchach.
Staś E., doskonały strzelec, zauważywszy kiedyś, że udało się do nich grono dziewic, zebrał nas, umieścił na drzwiach szaletu pudełko od papierosów i głośno zakładał się o rubla, że trafi w sam środek, przy czym kula przebije obie ściany.
Długo cierpiały dziewice nowotrzebskie, ważąc w sobie wybór między męczeństwem a hańbą, aż wreszcie, na „raz, dwa, trzy - strzelam", rozwarły się drzwi i wyskoczył z nich barwny bukiet spłonionych dziewcząt.


Siedząc na strychu sprokurowałem sobie dwie cegły uwiązane w ścierce na sznurze.
Marzłem godzinami, wartując, chociaż byłem opatulony w kożuch, rękawice i czapkę z nausznikami. Skoro tylko wreszcie zajaśniał kwadrat, znaczyło to, że ktoś wszedł i zapalił świecę.
Wtedy, wyczekawszy, aż się klient „rozgości", puszczałem z łomotem cegły w dół, z tym obliczeniem, że ze straszliwym hukiem roztrzaskiwały świecę i gasiły światło.


Razu pewnego, Badzio M., duży, dwunastoletni dryblas, wyskoczył z rozpiętą garderobą do hieratycznego salonu przed kanapę z pluszowymi matronami, krzycząc:
- Babciu, tam coś straszy!
Chwila to była triumfu niezapomnianego.


Aż wreszcie ta długa, ciężka zima przechodziła, a z nią moja niewola. Zimą w babskich Nowotrzebach dzieciom nie wolno było wychodzić, aby się nie przeziębiły. U progu wolności siały Święta Wielkanocne.
Jak Wilia miała swoje tradycyjne potrawy, tak i Wielkanoc miała swoje niezbędne minimum, którego nie przyszłoby do głowy nigdy nikomu zmniejszyć, choćby czasy były najcięższe.


Musiała być ogromna głowizna z jajkiem w pysku, pieczone prosięta, gotowana szynka - przysmak, który mieliśmy tylko ma Wielkanoc, bo przez cały rok jedliśmy tylko wędzone szynki. Były, wstyd przyznać się, wszelkie rodzaje zwierzyny, bo Nowotrzeby pojęcia nie miały o ochronie zwierzyny, w lasach naszych polował, kto chciał, i babka od kłusownikaw kupowała wszystko o każdym czasie. Były to złe tradycje matriarchatu - babskich rządów czterech pokoleń.


Ciasta miały swoją hierarchię. Musiał być „dziad", „cygan", „prześcieradło", nie mówiąc o babach olbrzymach i sękaczu z dwustu jaj.
Pośrodku wszystkiego stały dwie arki z rzeżuchy, w które wstawiane były baranki z cukru. Dla czeladzi ustawiano wielkiego barana z masła z oczami ze śliwek suszonych.


Od rana nie jadło się nic i poprzednich dni mało. Modlitwy trwały aż do południa, jak zwykle, ze służbą.
Aż kiedy buchnęło: „Wesoły dziś dzień nam nastał"... wiedzieliśmy, że otworzą się drzwi, wjedzie taca z ćwiartkami jajek, którymi babka podzieli się ze wszystkimi, znowu nie szczędząc maksym i napomnień. Po czym służba pójdzie do swego stołu, a my do swego.


Babka rozpoczyna, biorąc na talerz kawałek głowizny wycięty koło ucha.
Panowie skupiają się przy wódkach. My szmyrgamy z talerzami i krajemy, co chcemy.
Czytałem o takiej uroczystej uczcie u Eskimosów, gdzie pierwszy kąsek, ociekający tłuszczem, bierze do ust uroczyście patriarcha rodu.
Domu nowotrzebski! Na którym też byłeś kilometrze między jurtą eskimoską, a „lunchem"?


Po generalnym objadaniu się, szło towarzystwo ociężałym krokiem do stołowego, na rosół w filiżankach.
Potem długa w noc przewraca się w boleściach żołądka wuj Sewerutek, narzekając, że na pewno ten rosół zaszkodził.


Od Wielkiejnocy szła wiosna wielkimi krokami. Po ogrodzie, po lasach, wszędzie stały drewniane korytka pod naciętymi brzozami. W kredensie panował wielki ruch: wiadra soku brzozowego, do którego dodawano rodzynek, wlewano do butelek i wysyłano do lodowni; mimo korków umocowanych drutem i zasmolonych, połowę butelek zwykle rozrywał fermentujący płyn. Resztę chłodnego z lodu „brzozowiku" spijaliśmy w upały letnie, przy czym odkorkowywanie należało do kunsztu starego Karola.


Olbrzymi ni to sad, ni to park nowotrzebski, staczający się zboczem góry do rzeki, z obu stron obramowany był wielkimi przepastnymi wąwozami. Odwieczne jesiony i olchy, rosnące z dna wąwozu, miały korony pod naszymi stopami. Panował tam zwilgły mrok; krynice otwierały swoje błyszczące oka; olbrzymie, wielkości głowy ludzkiej, białe purchawy tajemniczo połyskiwały w ciemni; nad głową, na wielkiej wysokości szumiał dach listowia; wiosna fermentowała w tych wąwozach skrycie i skondensowanie, jak tęgi napój. Aż, wybuzowawszy się, wylewała się w słoneczny świat.
Po szumiących rowach, łączących rzekę z jeziorami, rybak stawiał bucze. Rzeka - nasza główna domena, spłynęła już ostatnimi krami, na których siedzą poważne wrony. Srebrzyste, perliste turlikanie słychać w drobnej fali, która unosi ostatnią pianę; pachnie wikliną.


Teraz więcej żyjemy w wadzie niż na lądzie. Z wysokiej góry, na której stoi dom nowotrzebski, schodzą od czasu do czasu „w odpowiednich ku temu porach" ludzie stateczni do kąpieli. Patrzymy na nich z podziwem, jak na istoty z innej planety. Wuj Józef z Petersburga ma białe ciało, jak prosię, i z lekka piegowate. Mecenas - przychodzi kąpać się z ręcznikiem, którym się ociera! Najlepsze są „baby". Zbudowano im kąpiel, mimo to kąpią się w koszulach, biorąc się za ręce po dwie, stoją w wodzie po kolana i kucają z wielkim krzykiem.


My, męskie kijanki, hasamy nago kilometrami brzegu. Wiejskie baby, napełniające świat klekotem klepaków, pędzą nas, wymyślają od bezwstydników, ale bezskutecznie: same to rozumieją, że nie czas wciągać portek, gdy trzeba pędzić patrzeć, jak zajechała beczka po wadę, jak rusza prom, nadpływa parostatek, rybacy wyciągają sieć, pławią się konie, wpław przez rzekę przeprawia się bydło.
Usiłujemy siadać konno na płynące krowy; nurza się jedna, przeskakujemy na drugą; z altanki w ogrodzie słychać okrzyki oburzenia; to całe towarzystwo w fularach kolorowych, w kapeluszach, rękawiczkach, z laskami, z parasolkami, spływa ku rzece, aby zażyć przejażdżki łodzią przy zachodzie słońca.


Niebawem wypływa naładowana ładź i dziewice intonują (naturalnie) ,;Płyń, barko moja"...
Pawi P., bogobojna właścicielka czterech starych panien, z których jedna jest u nas nauczycielką, płynie w wieńcu swych pociech. Nazywana jest przez nas: „siedzi na kanapie i ma za złe".
Dziki krzyk indiański! Brunatne ciało płynie do łodzi. Gwałt i przerażenie: „Adelu, Zasiu, Kundziu zabraniam wam patrzeć!"


- Tonę! - krzycę zduszonym głosem.
Zacna matrona walczy ze sprzecznymi uczuciami: jakże tu dać gołego z wody wyciągnąć?
- Piotrze, podajcie wiosło, Jezus, .Maria - szepcze bogobojny koczkodan. Istotnie - co tu robić? Tak - narażone życie, a tak - cnota.
Piotr, przewoźnik, który promenuje łodzią to stado aligatorów, mniej się wzrusza.
- Isz, wyrabia sień, paszkustwa - mruczy przez faję i okuciem wiosła dziobie „trupa" w pośladek, co ma natychmiastowy skutek.


Na rzece bytujemy do pierwszych owoców. Wtedy zaczyna się owocobranie i pakt wieczystej przyjaźni z Herszkiem, Mowszą, Pejszkiem, Judkiem i Rufkiem - pięciu synami Srula sadownika.
Jeśli ongiś istniał związek jaszczurczy, to ten można było nazwać antywiewiórczym.
Gdzieś z rana rozlega się przed naszym balkonem krzyk:
- Wiewiórkes!
Wtedy obowiązany jest pędzić, kto żyw. Powszechna mobilizacja!


Uzbrojeni w kije, w towarzystwie wspaniałego kundla, Cezara, otaczamy jabłoń lub gruszę z wiewiórką.
 Zaczyna się pogoń po całym sadzie, aż zwierzątko ucieka na jakiś najwyższy klon i z wysokości, na której nie mogą go dosięgnąć nasze kamienie, patrzy na nas drwiąco.
Wtedy występuje Pietruk, syn furmana. On i Cezar to dwa nasze główne atuty.

Pietruk wspina się bosymi stopami na drzewo, u szyi ma uczepiony na sznurku długi pręt leszczynowy, zwierzątko ucieka coraz wyżej, ale Pietruk posiada w sobie dziwną lekkość przesuwania się po bardzo drobnych już gałęziach.
Obserwujemy z zapartym oddechem grę człowieka i zwierzęcia, kołysanych wiatrem. Pietruk omal już sięga wiewiórki swoją leszczynową tyką. Zwierzątko jest już na samym końcu gałęzi - robi teraz z wysokości dwudziestu metrów imponujący skok w dół. Wspaniale sprężone ciałko z opuszczanym na wiatr ogonem, płynie po linii prostej na ziemię, gdzie czekają rozstawieni prześladowcy z kijami i Cezar.


Pewnego lata upolowaliśmy dwadzieścia dwie wiewiórki. Od tego, kto wiewiórkę zabił albo psu odebrał, kupował Srul skórkę za dwadzieścia kopiejek. Byliśmy zdyscyplinowani, mieliśmy podzielane role, hasło mobilizacyjne: „Iryksz - tyksz - tyksz - tyksz" - każdy musiał podać dalej i pędzić na miejsce akcji.


Syna wuja Sewerutka, Brunona, ochrzczonego tym imieniem przez matkę na pamiątkę siedmiu Brunonów-męczenników, skazaliśmy raz za uchylenie się od mobilizacji na karę śmierci przez powieszenie. Ale, że ostatecznie baliśmy się tego zrobić, więc, w drodze amnestii, skazaliśmy go na wypicie karafki wody, pod zgrozą odwiedzionego kurka mojej pistonówki.
Chłopak był zupełnie blady, miał krople potu na czole i wyszedł „bulkając w środku wadą", jak zapewniali oprawcy.
Proszę nie myśleć, że jestem zachwycony naszymi wyczynami. Rejestruję je po prostu. Byliśmy dzikawe zwierzuki.


Brunon był naszą ofiarą. Kiedyś, kiedy topiliśmy cukier na świecy, kazałem mu nastawić język na kroplę karmelu. Toż to było wrzasku! Jedząc zupę ze wspólnego talerza, kazałem mu przegradzać łyżką talerz i czekać, aż ja najprzód wyjem swoją połowę. Widząc, że w obu połowach talerza ubywa zupy, zaczynał Brunaś jeździć rozpaczliwie łyżką od brzegu do brzegu, starając się nie wypuścić zupy ze swojej połowy.
Pewnego razu, było to w przeddzień mego wyjazdu do szkoły, wykapałem mu na łeb w nocy całą stearynową świecę, a gdy się rano obudził, krzyknąłem, że ma parchy. Z wrzaskiem poleciał do matki, obdrapywano go nożem, parzono gorącą wodą - kwiczał jak prosię i przy tym akompaniamencie, odjeżdżałem spod ganku, żegnany ponurymi spojrzeniami domowników.
*
Teraz po wyjeździe młodzieży do szkół dwór nowotrzebski stawał się cichy i, zasnuty w szarugi, świecił w długie wieczory szeregami jarzących się okien.
W „dziewcząt pokoiku", w "składziku" - zasiadały rzędy zasmarkanych dzieciaków - ofiary tajnego nauczania uprawianego zawodowo przez ciotkę, klucznicę, wszelkie kuzynki. Nieszczęsne Piotruki, Józiuki i Bałtruki zgłębiały, w którym raku koronował się Bolesław Chrobry. (…)

Część druga. Kalużyce
Kiedy po raz pierwszy (miałem wówczas osiem lat) przywieziony zostałem do ojczystych Kalużyc, „spadło ze mnie całe babstwo nowotrzebskie."
Od pierwszej chwili, kiedym, wyszedłszy przed budynek stacji w Borysowie, ujrzał czwórkę w lejcowe gniadosze, przysiadające na zadach, liberię haftowaną srebrnymi herbowymi strzałami, kiedy bryczka, skacząc po niedokarczowanych drożynach leśnych, pomykała białoruskimi polami, polanami, obramowanymi na horyzoncie w leśny gąszcz, od tej pierwszej chwili wziął duszę chłopięcą w swoje nieodparte władanie kraj brzóz, mgieł i wrzasowisk, kraj ojców moich.


Hej! - długaż to była droga, opętanych czterdzieści wiorst po bitych dudniących szlakach; kraj biedny, grunt sapowaty, kraj, pachnący grzybem, zwierzyną, smolakiem i przedziwnymi zapachami łąk, w biciu derkaczy, w strzępach mgły, leżącej jak pierzyna na ziemi, wyrzucający pod kopyta koni długie i szare, pachnące chlewem i udojem, mrugające świetlikami okien ulice białoruskich wsi. Smakowicie chlupią pad kopytami bajora, na obróconych do góry dnem korytach wzdłuż ścian siedzą w zgrzebnych płótnach chłopi; świnie białoruskie, w prostej linii od dzika, chude, czarne, na wysokich nogach, śmigłe jak psy lub konie, uganiają po opłotkach budowanych niby głuche ściany z bierwion.


I znowu bryczka wpada w smolistą noc, chlaszczą po twarzy mokre gałęzie, aż wreszcie droga i noc, brzozy przydrożne i wsie, grzbiet stangreta i potężny okap sławuckiej burki siedzącego obok stangreta rządcy - wszystko to zlewa się w jedno: śpię.
A kiedy się budzę, bryczka, przechylając się powali, brnie przez wieczne błota w tunelu kilkusetletniej lipowej alei. Z daleka przed nami jarzy się wszystkimi światłami kalużański dom.


Dom ten, księga żywa pokoleń, budowany był przez dzieje, rozrastał się na generacjach, niby pancerz jakiegoś zwierzęcia na jego żywym ciele.
Poczęło się to z domku ekonomskiego, przed jakimś dwustu laty, do którego po pożarze wnieśli się państwo.
Ten damek ekonomski, dziewięć okien frontu, stanowił i teraz cały fronton domu; ujęty w mocną ramę starodrzewia, lip i kasztanów, mały domek świecił niewinnie białym gankiem, tając w głąb parku idące liczne załamy dworu, który z pokolenia w pokolenie dobudowywano.
Gdyby tak dom z nawały zieleni oczyścić, ujrzałbyś snadnie, że stoi w czterech regularnie pod kątem prostym załamanych kondygnacjach. Odkryłem to nierychło.


- Kalużyce do mnie powinny należeć - zakomunikowałem bratu, gdyśmy kiedyś podjeżdżali pod dam. - Dom bowiem od podjazdu ma kształt litery W, a od parku jest M.
- To ja nie potrzebuję od parku zalatywać - odparł brat, Witold, gramoląc się z bryczki,
No, i osiadł w Kalużycach, dla mnie zostawiając matczyne Nowotrzeby.


Mała fasada dużego dworu wywoływała zawsze złudzenie optyczne. Gość, przyjeżdżający po raz pierwszy, wyładowywał się z sani, ogarniając niedźwiedzie ruchem oszczędnym, kuląc się w sobie, schylając głowę, przygotowując się na wkroczenie do małego domku. (Byłyż bo, Boże odpuść, figurki na tej Białorusi, nie szukając daleko, stryjowie Bohdan, Joachim i Florian, trzej bracia równej statury. Dziesięciopudowy Florian, zwany w rodzinie „lekkomyślnym Florkiem", nosił, pamiętam, kołnierzyki N. 58)* (*„Nie prawie się drobno ktemu porodzili" - pisał o Wańkowiczach Rey z Nagłowie.)


Tymczasem wprowadzano gościa do przestronnego hallu, na który płonący kominek rzucał ciepły blask.
Po zdjęciu tych tam walonków i opatuleń, po wykruszeniu z wąsów sopli lodu i wyczmychaniu się, prowadzano go chodnikiem, tkanym w domu, do ogromnego salonu pęczniejącego w mahonie i palisandry. W tym salonie panował wyłącznie Czechowicz i Walenty Wańkowicz. Wielki portret siostry prababki, z Goreckich marszałkowej Wysogierdowej, miał taki ostry wzrok, „który wszędzie na raz patrzył". Mówiono, że babka po nocy chodzi i za nic w świecie żadna z niewiast nie przeszłaby przez salon szarą godziną.


W sąsiednim salonie wisieli Czechowicz, Smuglewicz i malatury poczciwego wuja Szwoynickiego, mego chrzestnego, towarzysza ojca z wygnania, który małżeństwo rodziców zeswatał i był „najlepszym malarzem pośród rolników i najlepszym rolnikiem poród malarzy".


Nowsi malarze, kiedy już zaczęli się wciskać za naszych rządów, nie odważali się wisieć w obu salonach. Wisieli w gabinecie brata, w „kancelarii", po gościnnych pokojach.


W pokoju stołowym, mającym dwa kominki z zielonej majoliki i woskowane jesionowe belki spod sufitem, wisiały inne jakieś stare bohomazy rodzinne i szereg malowideł na desce roboty Bartelsa *, [*` Piotr Chmielowski w „Wielkiej Encykl. Ilustr." tak m.i. pisze o Bartelsie: „Bartels Artur (1818-1885), piosenkarz i karykaturzysta, otrzymawszy ogładę wykwintną i edukację modną, był znany jako dowcipny i jowialny twórca piosenek i satyr, niekiedy bardzo pieprznych, które krążyły w kółkach znajomych. Dopiero od 1858 r. ukazują się jego „Łapigrosze" z własnoręcznymi karykaturami, „Pan Atanazy Skorupka, człowiek postępowy", komedia trzyaktowa „Serce Brata", jednoaktowa „Niewiniątko". W latach następnych dwa zbiorki piosnek z towarzyszeniem fortepianu .(do których sam układał melodie, a z których niektóre jak np. „Ach,, Panno Marianno" inscenizował Schiller w „Reducie"), „Goście", oraz „Tydzień Poleski". Daleko atoli więcej pozostało jego pieśni okolicznościowych, zazwyczaj satyrycznie zabarwionych, w rękopiśmie. Cząstkę z nich małą ogłosił Kazimierz Bartoszewicz.(…) ] wyobrażających białoruskie sceny myśliwskie. Bartels, żonaty z siostrą ojca, pozostawił w Kalużycach pełne szuflady plansz i niewydanych utworów.


Materiały te częściowo ocalały. Wiosą 1934 r. znalazłemm u brata w Poznańskiem pożółkły rękopis pod tytułem: Twurdoyada, poemat odużająco opisowy z prologiem ż epilogiem, czyli ile pani Twardowska  jednym tchem wypowiedzieć może.


Pani Twardowska! Myślą pobiegłem wstecz do Kalużyc. Jeden z pokojów nazywał się „Pani Twardowskiej". Ale pokoje nazywały się najdziwaczniej. „Zielony" miał czerwone obicia, „Turecki" - mebelki z czasów Księstwa Warszawskiego itd. Nikt więc nad nazwą „Pokój pani Twardowskiej" nie łamał głowy.
Dopiero z tego pożółkłego poematu zrozumiałem, że była ta rezydentka mieszkająca w Kalużycach w połowie XIX wieku.(…)


Chłopak w Kalużycach rósł, dziwnym rozpadem tradycji, niby w kasztelu obronnym.
Wprawdzie i obecnie lasy podchodziły pod dom, zimą wilki myszkowały po obejściu (zagryzły naszego kuca, a raz, wpadłszy na kwik koński z puni,*(stodoła) zobaczyliśmy kania z zadem wyrwanym; wilki spłoszyliśmy, ale konia trzeba było dostrzelić), ale w najbliższej gminie panował łaskawie stanawaj pristaw, w Ihumeniu Sąd Pokoju, w Mińsku gubernator i tak dalej - aż do cara.


A mimo to całe nastawienie domu było takie, jakby te Kalużyce oto, rzucane w ocean chłopski, same sobie miały wymierzać sprawiedliwość, same stanowiły normy.
Dwór nie uznawał sądów, nie zwracał się do nich w miarę możliwości. Było zasadą - wymierzać sobie samemu sprawiedliwość, samemu nagradzać, samemu karać. Bić rzadko, ale jak bić, to żeby bity się zwalił.
Starzy ludzie bardzo nie aprobowali brata: „ot niabaszczyk pan Mela", mówili z rozrzewnieniem, „bywało wozinie w kancelarju, dy jak zadaśt...".


Da dworu po osąd ściągali ludzie ze wszystkich naszych wsi tzn. tych, które należały do Kalużyc przed uwłaszczeniem, a teraz zostawały w symbiozie gospodarczej z dworem (las - .pastwiska - odrobek). Dwór był nie tylko materialnym rozjemcą, ale godził małżeństwa, interweniował, gdy macocha biła pasierbicę itp. Zdarzyło się, że do dworu przyszli sprosić o rozwód.


„Pan", w zasadzie, chodzić był winien zawsze w nimbie patriarchalnej łaskawości, niby „dobre słomo", ale nie do pomyślenia była sytuacja, by nie mógł mieć racji, aby mógł znaleźć się w sytuacji śmiesznej, aby mógł zawdzięczać chłopu jakąkolwiek przysługę, aby mógł o coś prosić, za coś dziękować.


"Pan" kiedy jechał przez wieś, biegły z całej wsi dzieciaki otwierać wrota - za co z bryczki rzucało się im na ziemię łaskawie cukierki, wożone na ten cel w kieszeniach burek, albo miedziaki - o co powstawały bójki w pyle gościńca.


„,Pan", który o dziesiątki wiorst ad domu, przejeżdżając przez wieś, zgubił koło, złamał dyszel, na skutek czego potrzebował kogoś gdzieś posłać o kilka wiorst, wkraczał do pierwszej lepszej chaty i polecał zrobić to a to.


Byłoby obrazą nie do pomyślenia, ale też i niespodzianką, aby chłop za przysługę zażądał czegokolwiek. Nawet spotykana w Królestwie formułka "co łaska" nie miała miejsca.
Cały wygląd, wszystkie pokłony i uśmiechy Białorusina szły w kierunku zadokumentowania, że przepełniony jest radością, że dostatecznie nagodzony jest samym szczęściem, płynącym z faktu usłużenia „panu".


I o ile tylko chłop był w sferze zasięgu gospodarczego dworu, metoda, zapewne urobiona wiekami, zalecała nie nagradzać go z miejsca, zapamiętać gdzieś tam, przy okazji, dać jakieś drzewo z lasu, wypas itd..
Metoda ta, której wymagał swoisty prestige, była kosztowna dla dworu. Chłopi, przynoszący jagody, grzyby, orzechy, nigdy nie przynosili ich na sprzedaż. Miało ta formę prezentów (gościńców) składanych dworowi, w zamian za co dwór wywdzięczał się gościńcem w pieniądzach.


Ta forma, że od pana nie można żądać, bo wszystko jest jego i jest on absolutnym władcą, miała swoje odbicie nawet w normalnych kontraktach.
Co rok, na przykład, na wiosnę, zapełniał się gazon tłumami chłopów z wieńca wsi okolicznych, którzy przychodzili „godzić paszę".
Za prawo wypasu każdy z nich winien był określoną liczbę dni roboczych. Ale nadto każdy w zawiniątku przynosił - jako lenne symboliczne - jajka, w zamian za co otrzymywał poczęstunek z wódką.
- Niechby który nie przyniósł  jajek- mawiał brat, gorliwie przestrzegający wszelkich tradycyj - za nic mu nie dam paszy.


Któż powie, jakie tam metody tresury stosowali przed wiekami osiadający na kresach rycerze! Dość, że teraz w XX wieku, ustrój patriarchalny był we krwi obu stron zakorzeniany głęboko, potrzebny jak wada, jak powietrze.
Chłop lubił czuć silną rękę nad sobą, rozumiał się na tej „pańskości" i kochał się w niej. Instynktem przedziwnym umiał odróżnić „pana z panów" od miejskiego ciaracha, który wszak niczym na pozór nie różnił się od „.pana" w ubraniu i zachowaniu.
Do pojęcia pańskości nieodłącznie były przywiązane polskość i katolicyzm.


Brat zasiadał w sądzie jako sędzia przysięgły. Chłop, zapytywany o wyznanie, drapał się w głowę i odpowiadał wstydliwie:
- Nieczem chwalitsia. Mużickoj.
Sąsiad Wiktor Ciundziewicki wysyłał swego leśnika dla dokonania jakiejś operacji wola za granicę. „Ale jakżeż ty będziesz tam z ludźmi mówił - zafrasował się - toż tam po niemiecku mówią". „A ciż tam, panoczku, mużykow nie ma!" - odpowiedział, pełen dobrej myśli, Białorus.


Kiedy ukaz tolerancyjny w 1905 r. otworzył możność przechodzenia na katolicyzm, do sąsiada, Aurelego Janiszewskiego, kpiarza, doskonale znającego lud, przyszedł chłap radzić się.
- Naturalnie, przechodź na pańską wiarę. Usie cari katoliki, nasz tolki mużickoj wiery, ależ i jon ustydiusia i ma Kaladu napeuno pierejdzie.


Subtelności rozróżnień teologicznych były temu ludowi, zupełnie bezreligijnemu, na ogół obce. Stary pan Wiktor Swida z Hlewina, sąsiad, biskup kalwiński zajadły i Polak prawy, „żurił" któregoś z poddanych. Chłopina sumitował się: „Ciż ja jaki Kalwin, panoczku albo iny złodziej?"
- Szto ty haworisz?! - spąsowiał pan Wiktor.

Nie mogę sobie odmówić podania wypadku z doświadczeń sądowych brata. Szła sprawa o zgwałcenie. Zeznaje chłop w łapciach:
- A sztoż, panoczku, idu ja hetak wiaczarkom, aż glażu, u kustiku ż...a bliasnuła.
- Huu... - ryczy z uciechy sala.
- Niet, wy pażałusta, skażitie tolko: fakt wy widali ili niet - przerywa prezes, ratując powagę Sądu.
- Chwakta ja nie bacził: on uże był unutri.


Z pojęciem pańskości polskość też była związana nieodłącznie. Wielki Książę objął Borysów - wielkie dobra. Urządził huczny festyn ludowy, w którym, pragnąc zyskać popularność, sam brał udział. Były tam wyścigi w workach itd.
Byli też nasi ludzie. Zapytywano o uprzejmego amfitriona, wykrzywiali się pogardliwie:
- Wiadoma - nie z praudziwych panau.
Będąc w szkołach, przyjeżdżałem na wakacje z ideami demokratycznymi w głowie; w Nawotrzebach - podawałem służbie rękę, co, aczkolwiek z pewną dezaprobatą, było przez nich tolerowane.
Mowy o tym nie mogło być w Kalużycach (…).
Opublikowano na podstawie: Melchior Wańkowicz. Szczenięce lata. Czytelnik 1957.

 

Poprawiony: Sobota, 05 lutego 2011