…My, Wilnianie…(…) Tuśmy wrośli od wieków, w tę Ziemię Wileńską i nikt jej obrazu z serca nam wyrwać nie jest w stanie. I po największej nawet burzy, ci z nas, co się ostali, zdrowi czy ranni, z okopów, lasu czy piwnic, z zagranicy, czy tylko z domu, wrócimy do swej ziemi i będziemy ją orać. Józef Mackiewicz. Gazeta Codzienna, 1939

Gwiazdy i kamienie (urywki) Drukuj
Autor: Zofia Bohdanowiczowa   
Niedziela, 23 stycznia 2011

Kraj był jeszcze zdyszany od gniewu.
Przewalały się chmury, kłębiły się sosny, wzdymała się ziemia, opęczniała od leśnych i polnych mogił. Świstały wiatry na rozdrożach, jak sine ostrza szabel cięły liściastą ciemność lasów. Nocne gwiazdy sypały się z kniei obłoków jak śmiercionośne kule. Świty podarte w złote i czarne strzępy dygotały trzepotem starganych sztandarów, groźne wieczory dyszały purpurą łun.
Piaski, mchy i trawy - śpieszni grabarze pobojowisk - zagrzebywały żużle biwaków i ułomki oręża. Ale puszcze Rudnicką i Bersztańską przecinały przesiecze, wyrąbane moskiewskim toporem, i pracy wieku całego było trzeba nad tymi do dna otwartymi grobowcami.
Nieciosane krzyże bez dat, bez imion wystrzelały nad kopczykami jak sztywne gałęzie wyschłego wawrzynu, co z liścia osmużony, z kolistego kształtu wieńca w rosochaty badyl odgięty, sterczał nad trumną chwały. W zaduszkowy wieczór paliła się czasem świeczka na takim kopczyku, rzekłbyś, niedogasły płomyk wielkiego ognia, co nad tą ziemią przeleciał; chybotliwe źdźbło jasności, łączące zasypane ziemią serce z pamięcią żywych ludzi.
Pamięć ludzka, której czas jeszcze nie zdążył z burzliwego potoku w łagodniejącą rzekę wywieść, była chaosem. Wrzała w niej kipiel buntu, wirowały odmęty bólu. Jeszcze nie dosięgła owego zakrętu lat, za którym miała się rozlać siną, chłodną falą rezygnacji, aby dalej już, płynąc, rzeźbić nowe koryta przyszłości.
Jeszcze żyli rycerze i piewcy odlatującej epoki.bohdanowiczowa
Po zakątkach Europy tułali się mężowie w czamarach i konfederatkach, dziwni i obcy na tle pęczniejącego do¬brobytem życia Zachodu. Zadziwiali innych, jak cudaczne ptaki zamorskie, jak pogrobowcy rycerskiego średniowiecza lub jak obłąkańcy, których filozofia romantyczna pozbawiła rozsądku. Żyli więc wśród świata, nie powiązani z nim, przepływając po powierzchni z upartym zapatrzeniem płonących oczu we własne urojenia. Karmili się nie tyle chlebem, ile swą dziwną mową, dla obcych podobną do szelestu i zgrzytu, i pieśniami przy dźwięku gitary. „Nie było, nie było, Polsko, szczęścia tobie” - śpiewali i w kieliszku wina, w gałązce ziela, zaplątanej w bukiet na stole, w ciemności wieczornej za szybą - wypatrywali ojczystych obrazów. Tak żyli dzień za dniem, rok za rokiem, aż do tej godziny, gdy śmierć wyławiała ich z niespokojnej fali wędrówek jak okruszałe liście.
Jeszcze Wincenty Pol, który „pod bramą rzymskiego cmentarza na śmierć swą" czekał, malował rodzime krajobrazy słowem, które miało w sobie zieloność młodych pół i złocistość lipcowego miodu. Cyprian Norwid wykuwał granitowe strofy w samotności tak doskonałej, że niemal na pograniczu wieczności stojącej. Jeszcze Teofil Lenartowicz mazowieckie skrzypki stroił, a na wileńskim grobie Władysława Syrokomli ledwo dwuletnia murawa porosła. Kornel Ujejski, uderzając w posępny ton biblijny, do nowych lotów wzywał, wielkość przeznaczeń przed oczy stawiał. W Wilnie, w kościele św. Jana, jeszcze się pod stropem kołysały pieśni niedawnego organisty, Stanisława Moniuszki, podobne do ballad mickiewiczowskich albo do przedwiecznych rycerskich śpiewów.
Po syberyjskich kopalniach, po kazamatach, po zawalonych śniegami chatach zesłańców dygotał jeszcze żar bojowy niedawnych lat; jeszcze tam gorzało uniesienie i wiara. Im cięższa niewola i praca zginały ciało, tym wyższe były wzloty ducha ku gwiazdom nadziei. Tam to w cichości nie wyrażonej ni mową ni pieśnią dokonywały się ostatnie całopalne dopełnienia ofiary, rozpoczętej orężem.
Wyłuskana z granic ojczyzna rozlewała się po całym świecie na wschód i na zachód, utrwalając nowe granice mistyczne, znaczone ognistymi słupami gwiazd.
Z popiołów klęski rodziła się nowa mądrość: pierwsze ogniwa braterstwa z ludem. W podgrodzieńskiej Milkowszczyźnie młodziutka pani Eliza Orzeszko już odwracała pełne goryczy serce od przeszłości i obmyślała nowe formy życia; romantycznej myśli podciąć lotki, aby po ziemi chodziła, serce poddać pad rozkazy rozumu, czyny wybuchające i gasnące jak ognie wulkanów zamienić w codzienne uczynki rozsądnej wytrwałości. Wtórowała jej w nawoływaniu na nowe szlaki schylona nad niedolą wsi koleżanka szkolna Maria Konopnicka; przytakiwał gorąco zatułany w świecie emigrant Tomasz Jeż, mocne ramię podpory już szykował nikomu nie znany młodzieniec Bolesław Prus.
Po miejskich salonach, po dworach i dworkach nawet czytywano Kanta i Comte’a, odsuwano się od Kościoła, odrzekano od tradycji, za wzór biorąc zasobną mieszczańskość Zachodu. Ale wieczorami, przy zamkniętych okiennicach śpiewano mazurka Dąbrowskiego, patrząc przez łzy na owite krepą portrety na ścianach i wojskowe pod nimi medale.
Powietrze pełne było kołujących wiatrów, pokrzyżowanych prądów, poplątanych przewiewów. wirujących przeciągów i zamieci rozstajnych dróg.
Pod tym górnym zamętem i szumem leżał nisko fundament mocny i niezmienny: ziemia i chłopi.
Nad wioskowymi chatami szumiały skrzydła przelatującego romantyzmu, przepływał obok niego przyziemny nurt pozytywizmu, bokami prześcigał zimnym wiewem racjonalizm. Ale chaty pozostały nienaruszone, przycupnięte nisko jak grzyby leśne, których nie zdołał pokruszyć wicher łamiący drzewa.
W Życiu wiejskim, jak przed wiekami, tak i teraz, prze¬cinały się jak w kształcie przydrożnego krzyża dwa kierunki: mocna pozioma linia ziemi i wysoki pion kościelnej wieży. Na tym przeogromnym krzyżu człowiek rozpinał treść swego życia: pracował w polu i modlił się w kościele.
*
Z traktów i dróg litewskich zmiotło już ślady burzy. Ciągnęły pa nich zimą trójkątne sanie chłopskie, latem małe wózki, szlacheckie kałamaszki, pańskie powozy, jak i dawniej. Przejezdni pozdrawiali się, nawoływali, zdejmowali czapki, mijając krzyże przydrożne. Koła grzęzły w piachu albo płozy skrzypiały w śniegu. Małe żmudzkie koniki stawały u podsieni karczmy, strzygąc uszami i zagębiając pyski w workach z obrokiem.
Jedna z takich drag biegła prosto spod sklepień Ostrej Bramy przez podwileńską I.ipówkę, przez ciche Rudomino aż do Turgiel nad Mereczanką. Stąd rozszczepiała się na drobne dróżki i zimą wyglądała jak srebrna gałąź rozsypująca się w coraz drobniejsze odrośla i witki.
Przy tych polnych dróżkach siedziały zbitymi gromadkami wioski, zaścianki, przewijały się po nich kręte rzeczki okryte krzywymi mostami, u boków falowały wzg6rki brzozowe, słowem, rozkładał się tu szeroko ten krajobraz, gdzie kończy się powiat wileński i zaczyna falować wzgórzami uśmiechnięta ziemia oszmiańska.Bohdanowiczowa autograf
Na łagodnej podturgielskiej równinie lśniła sinym blaskiem zamarznięta rzeczka, a przy niej wzdłuż drogi ciemniały chaty i wystrzelała spomiędzy konarów starodrzewu kościelna dzwonnica Kamianki.
Zdawało się, że wszelkie życie uciekło z tej wioski, tak cichy był wstający tu ranek zimowy.
W nocy padał śnieg. Ścieżkę, przedeptaną od kuźni do dzwonnicy kościelnej, zrównało z polem. Droga usypana na parę łokci w górę wznosiła się pod same okienka chat, wpierała się bokami w płoty i zaraz za kościołem ginęła w sosnowym lesie.
Michał Kłuba brnął przez zaspy, wydeptując głębokie puszyste ślady na szlaku wczorajszej ścieżyny. Podszedł pod dzwonnicę. Spadzisty dranicowy dach grzązł brzegiem w śniegu, niskich ścian nie było widać. Na grubo ciosanych deskach, wzdłuż szpar i spojeń, bielał nawiany snieg. Kłuba zgarnął rosę z obwisłych wąsów i pchnął ciężkie skrzypiące drzwi. Z wewnątrz powiało zapachem zbutwiałego drzewa i znajomym od wielu lat półmrokiem. W świetle bijącym od drzwi widać było koło bierwionowych ścian kulawy zydel obrosły pajęczyną, dębowy antałek z wybitym dnem, zardzewiałą łopatę. W głębi wznosiły się wąskie strome schodki bez poręczy, podobne do drabiny, a obok nich zwisał sznur od dzwonu.
Michał przesunął łopatę, trącił nogą zydel, dotknął ręką sznura. Popatrzył w górę, zadarłszy głowę, i nawykiem lat raczej odgadł niż zobaczył zarysy dzwonu między zasypanymi otworami dzwonnicy.
- Kab ich robacy! Kab ich zaraza, Moskalów bezbożnych! - mruknął gniewnie i wyszedł zatrzasnąwszy drzwi.
 Przekopał się jeszcze po śniegu do wrót kościelnych. Nic się tam nie zmieniło, bo i jakże się mogło zmienić? Drzwi były zamknięte, zabite w poprzek deską, a na sznurach umocowanych u podwoi wisiała wielka czerwona pieczęć z dwugłowym orłem. Patrzały te dwie drapieżne głowy z zakrzywionymi dziobami w dwie strony świata : ku zaśnieżonej wsi i ku drodze do Turgiel ginącej w lesie.
Od miesięcy już kościół był zamknięty. Michałowi zdawało się, że lata minęły od tych czasów, kiedy co rana ciągnął sznur dzwonu i ogłaszał ludziom, lasom i łąkom, że za chwilę w tym starym wrośniętym w ziemię kościółku rozpocznie się Msza święta. Odkąd pracę w kuźni oddał w młode silne ręce syna, całym jego zajęciem było dogldanie kościelnego obejścia, sprzątanie kościoła i dzwonienie. Teraz zostało tylko bezradne człapanie po przykościelnym dziedzińcu albo siedzenie w mrocznej kuźni i patrzenie w rozżarzone do czerwoności węgle.
- Ot, i dożyła nasza Kamionka, że już wiara ludziom zabierają! - wzdychał brnąc po śniegu.
Tuż za kościołem uboga kryta słomą plebanijka smutno zwieszała ośnieżoną strzechę nad krzywym gankiem. Zajrzał przez okno. To samo: poczerniały stół sosnowy, półka sękata, dwa krzesła i na ścianie białe ślady po krzyżu i obrazach. Pleban jegomość, jak odjechał wózkiem chłopskim w dzień wyznaczony ukazem, tak raz tylko przez umyślnego przysłał list, że żywy i zdrów i Bogu parafian oddaje. To było jesienią. A potem zasypało świat śniegiem i ciszą.
Zza pochyłej ściany plebanii wyszedł człowiek oblepiony po kolana śniegiem. Miał na sobie barankową czapkę, długi kożuch i przewieszoną przez ramię flintę. Młodą twarz okalał jasny zarost. spod czapki patrzyły pogodne niebieskie oczy.
- Pan Zygmunt! - zawołał Michał. - Dawno ja ciebie, panok, nie widział! A taki przywędrował ty znów w nasza strona! I w taki śnieg!
Młody człowiek roześmiał się szeroko:
- Wędrowcowi śnieg bratem, a słota siostrą! A co tu słychać w Kamionce, Michale? Ty po dawnemu, widzę, przy kościele?
Michał machnął ręką:
-Ot, tyle tego, co obejdę co rana! Sam pan widzisz!
Pan Zygmunt kiwnął głową:
- Widzę, wiem. Po całej okolicy ludzie o tym mówią. Na wiosnę ma przyjechać pop.
- Przyjedzie. Mówią, co w maju...
- Będzie z was robił prawosławnych. Na wieży zbudują cebulę i będzie cerkiew.
- Kościół tak oni mogą przebudować, ale narodu katolickiego nie zmienią.(…)
*
Na Wielkanoc pocieplało tak nagle, że resztki śniegu spłynęły na drogi i ścieżki, a lśniąca ziemia parowała. mocno w południowe godziny, aż kłębiło się nad skibami od białawych, ulatujących w górę obłoczków.
Kamionka ożyła w świąteczne dni. Rozbrzmiewała nawoływaniami, śmiechem i skrzypieniem wozów, wlokących się po błocie. Ludzie wyjeżdżali do kościoła do Turgiel, wracali rozgrzani wiosennym słońcem. Odświętne koszule kobiet barwiły się spod rozpiętych kożuchów czarno-czerwonym wyszyciem, chustki na głowach lśniły od białości, migotały paciorki na szyjach.
Po chatach świeciły ze ścian świeże palmy wite z nieśmiertelników i pachniało gotowaną wędzonką. Po obejściach chłopcy i dziewczęta taczali jajka, barwione na czerwono w łupinach cebuli. Staczały się te jajka po pochyłości byle wzgórka jedne za drugimi i coraz rozlegały się okrzyki:
- Wderzyła! Wderzyła, moja jajka w twoja! Naczsia. już dwie jajki ja wygrał!
- Stasiuk! Nie już to jajków kaczać nie umiesz? Patrzaj, koci się bokiem i krzywo!
- Olesia! Dawaj ! Zagramy z tobą!
Dnia już przybyło wiele i zmierzch był długi, pachnący ziemią, ciepły jeszcze od słonecznych godzin dnia. Ktoś grał na harmonii, młode głosy poczynały wtórować i pod wschodzącymi gwiazdami wieś szumiała wiosenną radością ludzi.
W trzeci dzień świąt odbył się ślub Marty z Wincentym. Od wczesnego rana gwarno było w chacie Tyszkiewiczów. Zeszli się sproszeni sąsiedzi, swatowie, drużbanci i drużki. Tyszkiewiczycha wysypywała na stół świeże bułki z przetaka, układała na miskach pęta kiełbas. Tyszkiewicz, chodząc po izbie, kłaniał się i zapraszał: - Proszę zakąsywać, swaty! Drużbanty, wasze zdrowie!
Brzęczały grube szklanki z wódką, śmieli się głośno mężczyźni, popiskiwały zagabywane dziewczęta.
Pierwszy drużbant, Pietruk Nasiukiewicz, w nowych butach i pięknie wyszytej koszuli, wstał z ławy: - Szmat my pojedli, szmat popili! Czy nie pora już nam do kościoła jechać?
Stara Kodzicha, co z tradycji na wszystkich weselach swacią bywała, podeszła do stłoczonych w rogu izby dziewcząt:
- A nu! drużki mileńkie! Pannie młodej śpiewamy! I zaraz rozstąpiły się dziewczyny na dwie strony, rzekłbyś, dwie grzędy kwiatów różowych, smukłych i gibkich nad gęstwiną marszczonych spódnic. W głębi za nimi w samym rogu izby siedziała Marta na dębowej dzieży, dnem do góry odwróconej. Miała na sobie pięknie bieloną cienką koszulę, haftowaną obficie, i spódnicę z miastowej wełny. Od spuszczonych powiek cień padał na matowobiałe policzki. Wśród rumianych dziewcząt wyglądała jak obca, z innego świata przybyła.
Kodzicha grubym głosem zaczęła pieśń. Podchwyciły dziewczęta i cała izba rozbrzmiała żałośnie przecią¬ganą melodią:
Tuman jawor pa dalinie ścilii sia,
A nasza Marfusia z matko dzieli sia,
Tabie, matula, jedna kaszula, a mnie dwie,
Bo ja pojada do cudzych ludziów, a  ty nie...

Tyszkiewiczycha już po pierwszych słowach pieśni zaczęła płakać w głos. Zawtórowała jej ciotka Agata, pochlipywały sąsiadki i sama Kodzicha, choć doświadczona swacia, poczęła łzy ręką ocierać.
Marta siedziała nieporuszona, nie podnosiła oczu. Łzy spływające po jej twarzy kapały na lnianą koszulę i nie wsiąkając w szorstkie płótno świeciły na piersi jak rozsypane perły.
Zebrane u drzwi i w sieni dzieci, widząc tę ogólną żałość, uderzyły też w głośny płacz. A pieśń płynęła zwrotka po zwrotce jak przejmująca skarga.
Wincuk stał koło ojca pod ścianą i czuł, że i jego ogarnia niespodziany, duszący w gardle żal. Ale nie od pieśni stało mu się tak smutno na duszy, a od patrzenia na. schyloną głowę Marty. Ten upragniony i wyczekiwany dzień wesela zamykał sobą przeszłość jasną od marzeń i nadziei, a przyszłości nie odsłaniał. Jakież będą dni i lata, co przyjdą? Po raz pierwszy niepokój o Martę zaćmił jego radosną pewność własnego szczęścia. Czy dobrze jej będzie, gołąbce, ze mną? Czemu pobladła i głowę spuściła?
Ale w tej chwili stojący obok Michał Kłuba zerknął na syna i trącił go łokciem:
- Co ty? Nie już to z babami płakać umyślił? Rozwesel się!
Zaraz też umilkły drużki, a drużbanci poczęli śpiewać zadzierżyście i głośno:
Oj, borem, borem, barawinoju,
A chtoż tarn, jedzie? Kniaź z drużynoju...

Pod ten śpiew jęli goście zwolna wychodzić z izby i ustawiać się gromadą u bramy. Na drodze stały już wozy: pierwszy, zaprzęgnięty w dwa wrone konie, ustrojony był sośniną. Miał na nim jechać Wincenty ze swatem, Piotrem Biadulą. W drugim, przygotowanym dla Marty i swaci, barwił się na siedzeniu ze słomy piękny, w gwiazdy wytkany kilim i czerwone papierowe róże zdobiły uprzęż końską.
Drużki wyprowadziły Martę z chaty. Trzasnęły bicze, na którymś z wozów rozległy się skoczne dźwięki harmonii i cymbałów i cały orszak potoczył się drogą, rozpryskując spod kół strugi rzadkiego błota.
Wzdłuż drogi u wrót i płotów stały roześmiane szczęśliwie dzieci, wpatrzone w ten niepowszedni widok. Stare kobiety kiwały głowami w takt muzyki i mrużąc w słońcu oczy, uśmiechały się łagodną siecią zmarszczek. Szczekały podniecone psy, gdakały kury, wystraszony kogut bił skrzydłami na płocie i piał przeraźliwie. Wjechali w las i długo jeszcze spod sosen i świerków dolatywały do wsi pieśni, jazgot cymbałów i głęboki bas harmonii.
Wrócili pod wieczór, kiedy chaty okrywały się liliową pomroką, a dzwonnica kościelna była jeszcze złota jak olbrzymia, wyrosła u
 drogi dziewanna. Dranice na czubku świeciły jak niezliczone drobne płatki kwiatu, a niżej porosłe mchem lśniły zielono jak liście.
Z gęstniejącego przy ziemi zmierzchu wybłyskiwały okna chaty Tyszkiewiczów, gorejące, czerwone od zapalonych łuczynek i świec woskowych. Z otwartych szeroko drzwi leciała różowa smuga światła przez całe podwórze aż do samych wrót.
Różowość ta jaśniała przez całą noc i dygotała nieustannym rytmem tańca. Posiekana taktem cymbałów jak I drobnym gęstym deszczem, huczała coraz niskim grzmotem basów - rzekłbyś, burza, od błyskawic złota przewala się w bierwionowych ścianach.
Podwórze zatłoczone aż po płot i odrynę, szumiało pieśniami i śmiechem. Z otwartych okien buchało gorąco i muzyka. Czasem ten rozgwar rytmiczny, rozkołysany tempem tańczących nóg i basowych strun, przycichał, jak wiatrem w oddal zniesiony szum nawałnicy. Wtedy przyśpiewka wyraźna i czysta wzlatywała aż pod ciemne niebo jak śpiewający wśród burzy ptak:
A u Słucku na ryneczku
 Pjuć chłopcy harełoczku!

I znowu wszystko poczynało dudnić i grzmieć, wirował krąg warkoczy, chustek, wzniesionych rąk i nie ustających, wrośniętych w rytm melodii nóg ludzkich.
- Ech, Lawonicha, Lawonicha! - wybijał wysoki głos i zaraz tonął w monotonnym dudnieniu, w oszołomionym, zapamiętałym, zdyszanym korowodzie.
Cała Kamionka i cała noc wiosenna owinięte były, omotane w te rytmiczne kręgi. Kolebały się chaty, krzywe przydrożne wierzby, droga błyskająca kałużami i rozsypane nad wsią gwiazdy. W nieobjętej milczącej ciemności świata to jedno miejsce na ziemi wibrowało jak nie znające snu serce, którego pulsowanie dygotało nawet w mrocznym bezruchu lasu. Zdawało się, że na całym zacichłym świecie, uspokojonym i bewładnym, ta jedyna wioska, roztrzęsiona niepokojem, porwana w rytm miarowy, płonąca czerwonym blaskiem, toczy się w czarnej nocy jak wirująca kometa. W weselnej radości ludzi biło szybkie tętno zapamiętania i niemal bolesnego krążenia w takt melodii, co zaczarowała tancerzy. Półprzymknięte oczy, rozchylone wargi, zdyszane oddechy i kręgi, kręgi szumne,. kołychliwe, szerokie jak koła na, wodzie... Ech, Lawonicha!
Marta wciąż w korowodzie przodująca coraz to z innym tancerzem, kołysała się gibko, poddana każdym ruchem dźwiękom kapeli. Była różowa ze zmęczenia, oczy miała lśniące i wydawałaby się szczęśliwa, gdyby nie uśmiech, przylepiony do warg na całą tę noc. Ten uśmiech niepokoił Wincentego, migał mu przed oczami w splątanym kole tańczących tak wyraziście, prześladował go tak nieustępliwie, jakby to nie uśmiech był, a skarga i wołanie o pomoc. Pił wraz z innymi niezliczoną ilość kieliszków, jak na pana młodego przystało, tańczył do upadłego, aż wreszcie ten uśmiech Marty rozjątrzył go jak niemy a nie zasłużony wyrzut.
- Umyśliła zęby szczerzyć przez całą noc! Ot, złośliwa! Pełen kipiącej urazy przyłapał ją w pewnej chwili w kącie izby i schwycił za, rękę:
- Czego śmiejesz się?
- Co ty? - szepnęła zdumiona. - Toż wesele!
I w tej chwili gniew jego zgasł. Miała przecież rację. Kiedyż się śmiać, jeśli nie na weselu? To znów te same przywidzenia, co mu zatruwały czas narzeczeństwa i teraz w tę szczęśliwą chwilę na nowo owładają sercem. Ale to już chyba ostatni raz. Marta jest jego żoną, to jest rzeczywistość i prawda, a wszystko inne urojenia.
Objął ją i pociągnął w krąg tancerzy, uspokojony od razu i tak pełen szczęścia, że tylko zdołał szeptać patrząc jej w oczy:
- Marfusia moja! Gołąbeczka!
Michał Kłuba, pijany i zgrzany od zaduchu, wyszedł z izby. Spojrzał na gwiazdy.
- A to już świt idzie - pomyślał i poszedł drogą, pragnąc otrzeźwieć.
Doszedł do kościoła i przysiadł na przydrożnym karmieniu u bramy cmentarza. Było ciepło, ziemia parowała wiosennym zapachem. Za drogą nad ciemnym zagajnikiem jaśniała blado wstążka świtu i rzucała poblask na niskie łąki. Brzózki, bezlistne jeszcze, ale obrzmiałe od różowych pączków, rysowały się na tle tej zorzy wdzięczną misterną siatką gałązek.
W głowie Kłuby szumiała wódka, myśli przelatywały  to mgliste i niewyraźne, to jaśniejące trzeźwością.
- Tak i ożenił ja syna! Daj im, Bożenka, dobre życie! Ech, dola, dola ty nasza!
Obrócił się na kamieniu, spojrzał na kościół. Czubek dzwonnicy już jaśniał, opłomieniany wschodem, ściany ciemniały w granatowym mroku. Na dachu kręciła się pierwsza, wrona, dziobała mchy na gontach i otrząsała z rosy pióra.
Serce Michała Kłuby ścisnęło się tą samą, co zawsze, nieucichłą zgryzotą.
- Och, dola, dola! - powtarzał i ocierał załzawione oczy.
Teraz ta dola, co z prastarego kościoła Kamionki usunęła Boga, co odebrała wieśniaczemu życiu radość i siłę, wyłaniała się z pomroki nocy nowym dniem, pełnym troski i przygnębiającej nudy. Jeszcze się kołysało powietrze muzyką, jeszcze ziemia i niebo tętniły tańcem, wtórował pogłos przyśpiewek i śmiechu, huczały basy, dygotały cymbały, grzmiała harmonia... A wszystka razem, i odgłos wesela i nieruchomy milczący kościół i świt nad brzozami - wszystko było odrętwieniem. I drętwiał siedzący na kamieniu Michał Kłuba, przymykając oczy przed zorzą.
*
W parę tygodni potem Piotr Tyszkiewicz i Michał Kłuba stali przed kuźnią. Nadchodził wieczór. Z parku dworskiego dolatywały jeszcze pojedyncze głosy ptaków i na czubkach drzew leżał odblask zachodu. Niezliczone kamienie, których pełno było na drogach, ścieżkach i polach, poróżowiały od zorzy. Nad prastarymi lipami za drogą migotała blado pierwsza gwiazda.
- Teraz ostatnia pora - rzekł Kłuba. - Jak nie zrobim teraz, to musić nigdy nie zrobim.
Z kamiońskich chat wychodzili ludzie. Szli Nasiukiewicze, Kodzie, Jurałowicze, Pileccy, Prokopowicze. Nieśli piły i siekiery. Wchodzili na obejście kościelne i zdjąwszy czapki patrzyli ponuro na ozieleniałe mchem ściany, na krzyż. Wzdychali, drapali się po głowach.
Stary Kłuba wraz z Tyszkiewiczem stanęli tuż pod drzwiami kościoła na wielkim kamieniu młyńskim, który jako przedproże był tu przed wiekami położony. Kłuba. ogarnął spojrzeniem gromadę, położył siekierę na ziemi i ciężkim powolnym ruchem ukląkł na oba kolana. Zakaz też wszyscy klękli aż zadudniało. Obróceni twarzami ku zamkniętym drzwiom kościelnym mówili mocno i głośno: - Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny…
W łagodnym porannym powietrzu szumiały niskie głosy mężczyzn jak roztoczysty pogłos zbliżającej się burzy, Od gromady kobiet, stojących u płotu, rozległ się cichy płacz. Lekki wiatr kołysał odkryte czupryny, muskał brody i wąsy. Oczy siwe i modre, bure i czarne, lśniące blaskiem młodości i omglone starością, cierpliwe, łagodne, wierne oczy białoruskie wpatrzone były wszystkie w drzwi kościoła, jakby przenikając do wnętrza, przez grube deski. Tam wewnątrz były znajome twarze Świętych Pańskich i Aniołów, ołtarze z wiankami ziół na proch zeschłymi i niebieskie gwiazdy malowany strop. Tam był wspólny od wieków rodzinny dom ich ojców i dziadów. Tam mieszkało błogosławieństwo, nadające sens życiu i pracy.
Tam drewniane kolumienki nasiąknięte były pieśniami: jasną, podobną do pogodnego świtu nutą „Godzinek", żałosnym lamentem „Gorzkich żalów", rozkołysaną od dzwonów pieśnią „Wesoły nam dzień dziś nastał" i prostymi jak nuty dudki wierzbowej zwrotkami kolęd. Tam jeszcze drżały u ołtarzy niezliczone odmawiane różańce i pacierze. Cały kościół żył jeszcze wibrowaniem serc ludzkich.
Teraz słowa modlitwy biły w milczące zamknięte drzwi, gdzie jak dwie serdeczne rany czerwieniły się moskiewskie pieczęcie.
Gałązka lipy, ruszona wiatrem, załomotała w kościelne okno. Nietoperz rzucił czarny cień na szyby. A słowa modlitwy, mówione równymi głosami, miały w sobie tę samą fizyczną siłę, jaką ma lemiesz pługa wrzynający się w milczącą ziemię. Kamiońscy ludzie po raz ostatni modlili się przed progiem swego kościoła.
Potem wstali, ujęli oburącz siekiery i nie patrząc sobie w oczy, okrążyli kościół. Michał Kłuba uderzył pierwszy. Na omszałym zrębie wyrosła szeroka szczerba. Rozległy się zaraz inne uderzenia. Łoskot siekier napełnił powietrze. Pracowali w milczeniu. Włazili po drabinach na dach, zrzucali w dół potrzaskane gonty, porąbane deski.
Teraz już i kobiety wzięły się do roboty. Składały na płachty odszczepki i deski, znosiły je do stojących na drodze wozów. Coraz jakiś wóz naładowany wysoko, odwoził drzewo do świrn6w i schowków w kamiońskich obejściach. Kominy wszystkich chat dymiły obficie, paliły się wszyst¬kie we wsi piece i szedł z dymem ku niebu kościół kamioński jak ostatnia całopalna ofiara.
Tak pracowali przez całą noc w milczeniu, w pośpiechu, w nie ustającym trzasku rąbanego drzewa i w swędzie dymu, który niesiony wiatrem od wsi, bił im w oczy.
Przychodził raz czy dwa pan Wierzbawicz. Zrazu, zatrwożony niepomiernie, załamywał ręce i próbował odwieść ludzi od straszliwego zamiaru. Ale gdy na wszystkie jego perswazje odpowiadali niezmiennie:
- Trzeba, panoczku, trzeba! Toż wiarę ratujem! - machnął w końcu ręką i zamknął się we dworze, nie wysuwając nosa na świat. Dolatujący zza parku huk siekier z. początku napełniał go lękiem i udręką najstraszliwszych przeczuć, a potem wyobraźnia jego poczęła dostrzegać piękno tego groźnego wydarzenia - i pan Wierzbowlcz jął opiewać wierszem patriotycznym zburzenie kościoła, przywoławszy w pomoc Homerowe strofy o upadku Troi.
Przez tę noc stwardniały twarze kamiońskich ludzi,. wargi zacisnęły się zawziętością, oczy płonęły i gniewem i rozpaczą.
Gdy przyszła kolej na dzwonnicę, najpierw zdjęli dzwon. Zakołysał się w ich rękach, ostatni raz zajęczał głucho i zsunięty w głęboki dół, zakopany, zamilkł na zawsze. 8tali chwilę nad tą mogiłą, nie mogąc zebrać sił do dalszej pracy. Aż Piotr Tyszkiewicz opamiętał się pierwszy:
- Da Bóg, wykopiem jeszcze! Nie my, to dzieci nasze! Będzie nam znowu dzwonił!
W pewnej chwili tego zapamiętałego w gorzkiej pracy czasu Michał Kłuba wyszedł ze zwalisk belek i desek,. niosąc oburącz tabernakulum. Wszedł z nim do pustej kuźni i zamknąwszy za sobą drzwi, postawił w kolumienki i anioły rzeźbioną skrzynkę na palenisku pełnym rozżarzonych węgli. Niebieski płomień zapełgał po złoconych ściankach, poczerniały i zgięły się pilastry. Kłuba stał nieruchomo i patrzał, dopóki ogień nie objął wszystkiego. W wy¬obraźni widział wciąż białą Hostię, tak niedawno jeszcze podnoszoną rękami jegomości. Powtarzał nieświadomym c szeptem:
- Jezu, zmiłuj się! Zmiłuj się, Jezu! - i nie wiedział, że łzy jedna za drugą kapały mu na sumiaste wąsy.
Od wczesnego rana młody Nasiukiewicz i Pilecki orali we dwie sochy obejście kościelne. Doły po zrąbanych i z grubsza wykarczowanych drzewach zasypane były piaskiem i cała przestrzeń od drogi aż po skraj dworskiego parku, od kuźni aż pod las, wydawała się teraz niepomiernie wielka i pusta. Niebo stało się nagle bardzo wysokie nad tym kawałkiem ziemi, jakby przerażone pustką odpłynęło w górę. Na skibach siadały wrony, zgrzane konie parowały, sochy krajały święconą ziemię w lśniące skiby. Jedyny ślad po kościele, wielki kamień młyński świecił łysą głową na środku pola. Tegoż dnia zabronowali, a pod wieczór zasiali owies.
Michał Kłuba ciemnym już wieczorem wyszedł z chaty i stanął u skraju tego pola. Patrzył w noc, gdzie nie było znajomych i drogich sercu zarysów dzwonnicy i dachu kościelnego. Były tylko gwiazdy, zda się liczniejsze niż dawniej i bardziej promienne. Sypały się po kopule nieba, kapały aż po widnokrąg złotymi kroplami, jakby chciały zapełnić sobą otwartą wiatrom pustkę.
Kłuba oparł się o pień drzewa koło kuźni i milcząc patrzał przed siebie. Żal i gorycz ostatnich dni ustąpiły już z jego serca. Napełniała je teraz twarda i ponura radość.
- Dobrze zrobione - myślał. - Owies wzejdzie l znaku nie będzie.
Zza, kuchni wyszła Marta, stanęła obok cicho. - A co, Martusia? Nie śpisz?
Popatrzała na zorane pole: - Smutno teraz...
Ale Kłuba machnął ręką i rzekł twardo:
- Kościół my stracili, ale wiara święta została!
Po czym spojrzawszy na jej twarz bielejącą w mroku. posmutniałą i po dziecinnemu łagodnie czystą, położył jej rękę na ramieniu:
- Czy dobrze tobie z nami, Martusia? Czy nie nudno? Milczała chwilkę, potem zdjąwszy jego rękę ze swego ramienia, ucałowała ją i rzekła spokojnym, jasnym głosem: - Bóg zapłać za dobre słowa, baćku...
*
W pewne majowe południe przyjechał z Wllna do Kamionki nowy, niedawno z Petersburga przysłany urzędnik w asyście dwóch młodych ludzi, sekretarzy czy pomocników. Był to człowiek w średnim wieku, przystojny, elegancki, pachnący wodą lawendową i wtrącający do rozmowy francuskie słowa, czym oszałamiał zupełnie wpatrzonych w niego nabożnie młodzieńców. Przyjechali nowiutką, lśniącą bryczką dwukonną i tuż przed kuźnią skręcili w stronę dworskiego parku. Patrzący przez okno stary Kłuba słyszał jak dworskie psy ujadały i jakieś podniesione głosy dolatywały przez gąszcz drzew. Zawołał Wincentego i rzekł:
Teraz nasza godzina przyszła. Przyjechał uradnik. Będą pytać. żeb my tylko sprawy nie pokpili! Ty siedź w chacie, ja do nich wyjdę.
Po jakimś czasie urzędnicy wyszli pieszo na drogę, rozglądając się bacznie wokoło.
-. Jakże to? - denerwował się starszy. - U was w papierach kościół jest, a we wsi go nie ma! Gdzież on, pytam was, messieurs?
Stropieni młodzieńcy patrzyli w milczeniu wystraszonymi oczami.
- Dziedzic mówi, że kościoła tu nigdy nie było! Jamais! Skąd u licha wziął się on w rejestrach kancelarii?
- My nie śmiemy wiedzieć - odezwał się nieśmiało niższy młodzieniec, skubiąc w zakłopotaniu jasne wąsiki.
-Wasz poprzednik kazał zapisać, Iwan Piotrowicz. On że jeździł po okolicy i kościoły spisywał.
Urzędnik zmarszczył brwi;
- A czy wyście tu widzieli kiedy kościół?
- Śmiem odpowiedzieć: my tu nigdy nie byli. My pierwszy raz.
Michał Kłuba wyszedł z kuźni szeroko uśmiechnięty z głupkowatym wyrazem twarzy, Pokłonił się przybyłym w pas.
- Ty dawno tu mieszkasz? - spytał urzędnik, łaskawie kiwając głową w odpowiedzi na pokłon.
- Ja tu urodzony.
- Aa! - ożywił się urzędnik. - To gadaj, gdzie tu kościół?
Twarz Kłuby rozjaśniła się najdobroduszniejszym wyrazem, uśmiech nie schodził z warg:
- Najbliższy to musić w Turgielach.
- Tiens! - mruknął urzędnik. - Nu, a tu u was gdzie kościół?
- Jaki kościół?
- Nu, polski, pański?
 - Nie ma, panoczek!
- A był?
- Chto jego wie? Może i był...
 - To gdzież on?
- Chto?
 - Kościół!
- Jaki?
Urzędnik już czerwieniał z gniewu. Dwaj młodzieńcy patrzyli groźnie na Kłubę. Więc zdecydował się teraz grę całą poprowadzić ku obmyślonemu zawczasu końcowi.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej i poczciwiej, pokłonił się raz jeszcze z taką czołobitnością, że urzędnik pytająco spojrzał na towarzyszów. Ci zaś przymilnie uśmiechnęli się obaj. A Michał Kłuba rzekł:
- Jeżeli wielmożny pan oficer pozwolisz, tak ja powiem jedno.
- Gadaj!
- Zeszłego roku przed jesienną porą jak raz byli u nas pany uradniki. Jeden niski, i gruby, a drugi wysoki i czarniawy. Do jego ten niski mówił: Iwan Piotrowicz i kłaniał się jemu nizieńko, musić, ca ważny był ten wysoki.
Urzędnik teraz słuchał uważnie i dla pewności raz jeszcze spytał:
- Jak mówisz, jak się nazywał ten wysoki?
- Iwan Piotrowicz! Ważny on był i krzyczał tak, co w całej wsi było słychać.
- I co?
- I ot, oni takoż pytali, gdzie kościół i haniebnie gniewali się, co kościoła u nas nie ma! Już my ze strachu nie wiedzieli, gdzie i podziać się! Prosto podżyłki wszystkie u nas trzęśli się! I nie wiadomo co by dalej było, tylko co... - Kłuba urwał i ze zmieszanym uśmiechem podniósł oczy na urzędnika. Ten zaś złagodniał już zupełnie. Poklepał Kłubę po ramieniu i rzekł:
- Nie bój się. Mów całą prawdę.
- Tak nie pagniewaj się, panok! Bieda w tym, co oni oba trzeźwe nie byli. Podkierzone mocno. Ten czarniawy krzyczał, aż i zwalił się jak długi na drogę. A ten niski siadł podle jego i płakać począł. Tak my ich na bryczka pięknie ułożyli, siana poddawszy, cob wygodniej było, a ichni woźnica powiózł swoich panów z powrotem do Wilna.
Urzędnik pokiwał głową z wyrazem ubolewania i zwrócił się do młodzieńców:
- Voila„ messieurs! Zagadka rozwiązana! Wiemy wszak wszyscy, że Iwan Piotrowicz za urzędowanie w nie¬trzeźwym stanie został ze swego stanowiska odwołany. n`est-ce pas? Wiemy też, że tej zimy, czy to z rozpaczy, że znalazł się w niełasce, czy też z rosnącego nałogu, zapił się na śmierć. A my oto ponosimy dziś skutki jego tak szkodliwego urzędowania!
Młodzieńcy słuchali pilnie, potakując z uszanowaniem. - Ah, canaille! - tu urzędnik zacisnął pięści w nowiutkich zamszowych rękawiczkach - po pijanemu jeździł i po pijanemu kościoły spisywał!
- Ileż szkody przyniósł Rosji i Cerkwi świętej ! - wyszeptał jeden z młodzieńców głosem drżącym z oburzenia. Kłuba stał na boku i zdawał się nie rozumieć nic z tej rozmowy. Tępym wzrokiem patrzał przed siebie i czapkę -w ręku obracał.
Urzędnik ruchem pełnym łaskawości skinął na niego i podał mu w dwóch palcach błyszczący pół rubel.
 - Żegnaj, dobry człowieku! A pamiętaj, zawsze mów prawdę! Prawda popłaca! - mrugnął wesoło okiem w stronę lśniącej monety.
Po czym wszyscy trzej poszli w stronę, dworu, a po chwili słychać było odjeżdżającą w kierunku Turgiel bryczkę. .
Michał Kłuba odetchnął głęboka i spojrzał w niebo.
- Sława tabie, Bożeńka - wyszeptał i schował pół rubla za pazuchę…

Na podstawie: Zofia Bohdanowiczowi. Gwiazdy i kamienie. Nakładem Katolickiego Ośrodka Wydawniczego „Veritas” w Londynie, 1960 r.

Poprawiony: Poniedziałek, 24 stycznia 2011