…I wypuściłbym na Europę patrole mongolskich opryczników, aby nahajami z byczej skóry, strzegły wolności słowa, i nie dopuszczały przemocy jednego z tych słów nad drugim. Bo nie to wydaje mi się najważniejsze w życiu, jakie kto ma przekonania, a to jedynie - by każdy je mógł swobodnie wypowiadać. Józef Mackiewicz. Gdybym był chanem… Kultura, 1958

WILNIANIE ZASŁUŻENI DLA LITWY, POLSKI, EUROPY I ŚWIATA

aktor. Autor Barbara Hołub.

- Czyż to nie symptomatyczne, że mieszka pan na osiedlu "Ostrobramska"?

Zygmunt Kęstowicz:-...które swego czasu przemianowano na "Gocław przy Trasie"...? - Ale wierzyłem, że Ona o "swoje" się upomni, i proszę -jest Ostrobramska...

- Czyli jednak został w panu sentyment.

- Nie tylko sentyment, proszę pani, nie tylko! Wiara została i pamięć. Ale sentyment - też. Zna pani takie powiedzonko: - Zajedziesz do Wilna na jeden dzień - zostaniesz wilnianinem na zawsze! Skąd się to powiedzonko wzięło?... Może z niepowtarzalnego piękna tego miasta, a może z jego historii? Może z tego kresowego tygla narodowości, wierzeń, języków, tradycji, z tej ludzkiej mozaiki, w której od wieków mieszały się sprawy Polaków, Litwinów, Żydów, Białorusinów, ba, nawet Tatarów. Kłócili się ze sobą, godzili, żenili, znów się kłócili, bili między sobą, potem znów żyli w zgodzie, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba było bronić wspólnej skóry. A amatorów na Wilno nie brakowało - i z lewa, i z prawa.

I tak, wiek po wieku, powstała szczególna grupa ludzi, którą dziś można by nazwać wileńską diasporą. Rozproszyły nas losy po całym świecie, i czy będziemy ją nazywać diasporą litewską czy polską - nie przestanie być naszą, wileńską.

Ale też nie byłbym Polakiem, gdybym nie wspomniał o Kresach, o tych dworkach szlacheckich, rozsianych po Wileńszczyżnie - o tych polskich gniazdach, ostoi naszej kultury, tradycji, patriotyzmu... Nie masz ich teraz... nie ma! "Żal pomyśleć, ale słodko wspomnieć!" - jak mówią wilnianie.

- Jest pan wilnianinem z urodzenia czy też z owej , "jednorazowęj" bytności? - Rozumiem, ściąga mnie pani z obłoków na ziemię. A więc, krótki życiorys: Urodziłem się w miejscowości Szaki pod Kownem (rocznik 1921), ojciec Józef Klemens (1878), członek POW (Polska Organizacja Wojskowa), często zmieniał miejsce zamieszkania (!). Osiedliliśmy się wraz z matką, Anną Małgorzatą (ur. w 1883) i babcią Elżbietą (ur. w 1840) w kresowym miasteczku Postawy. Mnie oddano na nauki do Wilna... przepraszam! Znów przeskoczyłem. Sama pani widzi, jak to miasto przyciąga. A więc: wczesne dzieciństwo to echa wojny światowej i świeżo odzyskanej niepodległości. Ojciec, związany z Piłsudskim, przekazał mi w spadku miłość do Dziadka i, jak pani widzi, pozostałem tej miłości wierny. Pamiątki i fotografie wiszą w tym pokoju wszędzie! Zmienialiśmy miasta i mieszkania, ale "tego pokoju" - nie! W pewnym okresie pewnych osób nie wpuszczaliśmy tutaj, więc i pamiątki przetrwały nienaruszone.

- Gdy się czyta pisma Piłsudskiego, w niejednym nie sposób z nim się zgodzić.

- Ale przeważnie miał rację. A poza tym Dziadek był bezkompromisowy. Krzyczał na swoich rodaków, walił im prosto w twarz to, co o nich myślał, a jeśli się czasem mylił - wybaczano mu. Szanowano go i, najzwyczajniej w świecie, kochano.

A dzieci... Proszę pani, kiedy Marszałek pojechał na Maderę, żeby sobie odpocząć-jak Madera Maderą, nikt tam nigdy nie otrzymał takiej fury własnoręcznie nagryzmolonych listów, żeby wracał, żeby uważał na siebie, żeby był zdrów...

Wiedzieliśmy wszyscy, że był chory, ale nikt nie dopuszczał myśli, że może go zabraknąć. A jednak...

Pamiętam dokładnie ten dzień. Poszliśmy rano na wycieczkę na Górę Trzykrzyską - kilku chłopców z konwiktu oo. Jezuitów i nasz wychowawca, ksiądz prefekt. Nagle, gdzieś koło południa, przybiega brat infirmiarz, odwołuje księdza prefekta, o czymś rozmawiają. Za chwilę ksiądz wraca, blady, usta mu drżą. Widzę jak dziś jego zmienioną twarz... - "Umarł Dziadek" - mówi i szybko się odwraca.

Nie musieliśmy pytać, czyj dziadek umarł. Wiedzieliśmy wszyscy-nasz! (...)

- Mówi się, że patriotyzm Piłsudskiego miał rodowód wileński, w ogóle kresowy.

- Moim zdaniem ten kresowy patriotyzm polegał przede wszystkim na konieczności przetrwania, a przetrwać na Kresach nie było łatwo, no i ciągle trzeba było tych Kresów bronić. Z pokolenia na pokolenie przyzwyczajano się po prostu do tego. I wcale to nie było jakimś ewenementem, że na przykład mój pradziad, urodzony w 1792 roku, uciekł do Napoleona mając 15 lat! W naszym obecnym pojęciu - uciekło dziecko... (...)

To nie koniec zapędów turystycznych mojej rodziny - moja babka, sanitariuszka z 63. roku, mój dziad, powstaniec...

- Spadły na nich restrykcje po klęsce powstania?

- A jakże? Nie było kresowej rodziny, której by te restrykcje nie dotknęły, w ten czy inny sposób. Przeważnie wędrowali na Sybir.

- Szkoda, że nie pamięta pan babci, sanitariuszki z powstania styczniowego...

- Pamiętam doskonale. Babcia, po osiemdziesiątce, była w rodzinie najstarsza, ja, pięcioletni pędrak - najmłodszy, więc rozumieliśmy się dobrze i byliśmy sobie bardzo potrzebni. Sznurowałem jej zawsze buciki, a ona uczyła mnie starych piosenek. Zapamiętałem jedną do dziś...

- Jaka to była piosenka?

- Niezwykła, proszę pani, naprawdę niezwykła, ale dowiedziałem się o tym po 60. latach dopiero! (...)

Miłoż to było widzieć ojcu, matce,

Syna w kontuszu i w konfederatce

Pas na nim lity, a u boku - szabla,

Wąs zawiesisty, mina - iście diabla! (...)

- Co sprawiło, że już od dziecka wyrastało się wówczas w szczególnej aurze patriotycznej żarliwości?

- Widzi pani, był to początek lat dwudziestych. Wtedy miało się tę aurę na co dzień, w domu. I miało się dużo więcej czasu. Przy naftowych lampach łatwiej się czytało te wszystkie książki, na których chowali się moi rodzice. Najpierw Konopnicka, potem Sienkiewicz, Kraszewski, Asnyk... Nie przeszkadzała telewizja, radio dopiero raczkowało, więc można było sobie czytać i w ogóle żyć "jak Pan Bóg przykazał", spokojnie, po domowemu. W jadalni stał duży stół dębowy, rozsuwany dla gości na "proszone" obiady czy kolacje (u nas przeważnie w soboty), jadło się powoli, żeby wiedzieć, co się je i mówi. Tak, tak, proszę pani, rozmawiało, a nie jak dziś: chap!... chap!... chlup!... chlup! przy jakimś tam stoliku i - cześć!! Właśnie cześć, a nie do widzenia, żeby tylko prędzej!!! I czego mi najbardziej w późniejszym życiu brakowało, to tych długich kolacji, no i tego stołu! Ten duży stół w jadalni był dla nas, kresowiaków, symbolem przeszłości i bardzośmy oboje z żoną do niego tęsknili. A tęsknota-rzecz "namolna". A więc rada w radę-zbudowaliśmy drewniany domek na Suwalszczyźnie (oczywiście!), z jedną izbą, na ten stół właśnie. Domek stoi i stół - też. Podobny do przedwojennego, tylko mniejszy - wedle stawu grobla, jak zwykł mawiać mój ojciec. Ale stół stoi i czeka!

- Nie mniej ważne od stołu jest to, co na stole...

- ...było, chciała pani powiedzieć? - Oj, było, było smakowicie i obficie! Kuchnia wileńska znana była z tego. (...)

- Nie tylko ludzie się przemieszczają, proszę pani. Potrawy - też! Ale te typowo wileńskie, jak kińdziuk czy kołduny, przeszły już właściwie do legendy. Tak jak kwas chlebowy w odrutowanych butelkach (pękały czasem z nadmiaru "mocy"), musujący, z rodzynkami, podawany dla ochłody w skwarne popołudnia...

- Mówi się, że Wileńszczyzna słynęła zwłaszcza z serów.

- Sery wileńskie cieszyły się zasłużoną sławą. W większych majątkach zakładano nawet serownie. Pamiętam taką głowę "szwajcarskiego" sera z Żelazowszczyzny, którą nam czasem przywoził w prezencie sam właściciel takiej właśnie serowni, pan Korwin Kurkowski. Podobno te jego "szwajcary" szły nawet za granicę. (...)

- Urodził się pan na Kowieńszczyźnie. Jest pan bardziej związany z Kownem czy z Wilnem?

- Z Wilnem - zdecydowanie! Kowieńszczyznę pożegnaliśmy w 1922 roku. Potem były Postawy, a w 1931 - Gimnazjum OO. Jezuitów w Wilnie.

- Czy do tego gimnazjum mógł się zapisać każdy?

- Rozumiem podtekst pani pytania. Oczywiście - można je było uważać za elitarne, ale przede wszystkim ze względu na wysoki poziom nauczania. Uczyli nas wybitni wykładowcy, nierzadko - uniwersyteccy , (prof. prof. Krzyżański, Wasilewski, Zujewski, Antoni Gołubiew, ksiądz Tomasz Rostworowski, ksiądz Kucharski, ksiądz Dąbrowski, ksiądz Jan Wojciechowski), których nazwiska są zapisane w historii nie tylko nauki, ale i - Powstania Warszawskiego. (...)

A co do mnie - w 39. w czerwcu zdałem maturę, zapisałem się na Wydział Prawny Uniwersytetu im. Stefana Batorego i ostrzyżony "na zero" pomaszerowałem na sierpniowy turnus JHP:

- Co to takiego?

- Junackie Hufce Pracy! Zgodnie z zarządzeniem ministra oświecenia publicznego każdy maturzysta musiał "zaliczyć" miesięczny turnus pracy fizycznej, ale takiej na serio-z łopatą, kilofem czy siekierą, i to bez taryfy ulgowej, z bąblami i odciskami na rękach! Turnus trwał miesiąc, ale zapamiętałem go - na całe życie!

Pierwszego sierpnia skierowano cały nasz turnus na linię Nakło-Strzelewo za Bydgoszczą na pierwszą linię umocnień na granicy z Niemcami! Przed nami - tylko pułk piechoty i -Niemcy. Otrzymaliśmy wojskowe mundury, zamiast karabinów-łopaty, i na gwałt budowaliśmy betonowe umocnienia, przeciwczołgowe zapory, jakieś bunkry, maskowaliśmy stanowiska karabinów maszynowych, artylerii przeciwlotniczej...

- Czyli - przygotowania do wojny?!

- Wojną pachniało już od wiosny. Matka, żegnając się ze mną, nie kryła obaw i - łez. Ojciec jak to ojciec - klepnął mnie po ostrzyżonej głowie: "Pilnuj jej! Może ci się przydać". Akurat pilnuj! - miałem wtedy 18 lat i zupełnie co innego w tej ostrzyżonej głowie! Miałem teraz mundur, orzełka na czapce, byłem żołnierzem! - a broń... "Dadzą mi karaaabin na..." -jak tylko się zacznie...

No i się zaczęło. Pierwszego września rano... Umacniamy przyczółek mostowy. Nagle warkot samolotu. Nasz? Nasz! Wybiegamy na szosę, machamy czapkami, żeby tylko nas zobaczył! A tu - jedna seria po szosie, druga po moście! Odpryski kamieni, drzazgi, kurz... "Pod most!... pod most... pod belki... pilnujcie głów, gówniarze!" - woła dowódca. W parę sekund jesteśmy po pas w zimnej wodzie. Próbuję wyjrzeć poza most... "Do cholery jasnej!! Schowaj ten swój durny łeb, chcesz go stracić?! ...może ci się przydać..." - Wróciły do mnie te słowa.

- Co było potem?

- Zaczęliśmy się wycofywać na Bydgoszcz, Toruń... Mosty na rzekach były zerwane. Kluczyliśmy nocą po wiejskich drogach, kryjąc nasz tabor i siebie w jakichś lasach lub zagajnikach, byleby nas z góry nie wypatrzyli. A potem - przez Sochaczew, Błonie, za jakimś pułkiem artylerii ciężkiej, który z trudem sobie torował drogę-dotarliśmy do Warszawy. Z 10. na I1. przeszliśmy przez most Kierbedzia, zaminowany(?), strzeżony przez pancerniaków. Co chwila odzywały się nasze zenitówki, szukając białymi punkcikami wybuchów jakiegoś celu na szarzejącym niebie. Był już prawie świt, nim znaleźliśmy się na drugim brzegu Wisły. Przeprawa przez most (zaminowany?) trwała około godziny!

Nasz turnus rozformowano na Dworcu Wileńskim. Tabory utknęły wraz z naszymi plecakami gdzieś na placu Bankowym jeszcze poprzedniego wieczoru, więc we trójkę (wilnianie oczywiście), lżejsi o dobrych kilkanaście kilogramów (prowiantu, bielizny itp.) - zaczęliśmy, już na własną rękę, szukać jakiegoś sztabu lub przynajmniej jakiejś jednostki, która by nas zechciała "wcielić".

I znów zapchane drogi. Jedni, tak jak my - szli na wschód, inni - z powrotem do Warszawy... co chwila: "Lotnik! kryj się!" I znów nosem w kartofliska...

Żeby nie wpaść w ręce posuwającej się za czołgami niemieckiej piechoty (byliśmy przecież w mundurach), zdecydowaliśmy się rozstać i, każdy na własną rękę - przedzierać lasami na Kresy. Ja postanowiłem dostać się na Polesie, do majątku mamy. Dobrnąłem do Puszczy Białowieskiej, skąd miałem niedaleko do Prużany, a stamtąd - już tylko krok do Kowalewszczyzny. (...)

- Od wystraszonych sąsiadów dowiedziałem się szczegółów. Ojca zamknęli na drugi dzień po zajęciu miasta. Podobno główną przyczyną aresztowania była tablica z Piłsudskim. Radzono mi, żebym się nigdzie nie pokazywał i zmiatał z Postaw jak najprędzej. Znajomi wytrzasnęli "propusk" i już bez żadnych przygód dojechałem do Wilna. W Wilnie miałem krewnych i, słabą wprawdzie, nadzieję na studia uniwersyteckie.

- A co się stało z ojcem?

- Skazali go na 8 lat łagrów w Miedwieżegorsku, w Karelofińskiej Respublice. Udało mu się potem dotrzeć do Andersa, następnie normalnie: Jerozolima, Teheran, Bejrut. Zmarł w Londynie, w styczniu 1954 roku.

Matka zbiegła na Ukrainę, gdzie znalazła schronienie u krewnych w Tuczynie nad Horyniem. Jak na troje najbliższych sobie ludzi - dość j duży "rozrzut"! Z ojcem nie spotkaliśmy się już nigdy.

I znów - Wilno! Najpierw zajęli je Rosjanie, potem oddali Smetonie, a w pół roku później Stalin zabrał i Wilno, i Litwę. Na uniwersytecie-bo to mnie teraz najbardziej interesowało -totalny krach. Polacy musieli go opuścić. Wszyscy: i profesorowie, i studenci. Słynny Uniwersytet im. Stefana Batorego przestał istnieć, de nomine i de iure! A my, Polacy, poszliśmy na bruk.

Zaczęło być chłodno i głodno. Z wieloma takimi jak ja "specjalistami" zacząłem na Zarzeczu kopać torf. W ciągu tygodnia zarobiłem równowartość kotleta wieprzowego w bufecie II klasy na Dworcu Głównym. Do tego doszły nowe kłopoty z zameldowaniem! Trzeba było udowodnić czarno na białym stały pobyt w Wilnie przed 1939 rokiem! Inaczej - won z miasta! Uratowała mnie podrobiona książka meldunkowa. A tu nowa klęska - komisja poborowa i przydział: Wojenno Morskoj Fłot -Władywostok (na 5 lat!). Matko Boska Ostrobramska, ratuj!

Na drugi czy trzeci dzień jedna z moich "torfowych" koleżanek powiada: Zygmunt, do diabła z torfem! Idziemy statystować do "Lutni". Mój krewny, Witold Rychter, jest tam w radzie artystycznej, on nam wszystko załatwi. Rzuciliśmy ten cholerny torf i poszliśmy na "lekki chleb", do teatru. Chleb może i był lekki, przede wszystkim dlatego, że mało go było. Liczyło się jednak to, że jako "artist" mogłem być nie powoływany do Wojenno Morskowo. U nich "artist" to strasznie ważna figura! Z tego też względu w wileńskich teatrach roiło się wtedy od takich potencjalnych "artistów".

- Awans z pozyskiwacza torfu na aktora był olśniewający.

- Różnie można na to patrzeć. Gdyby moi rodzice wiedzieli, że idę w komedianty-ciężko by to przeżyli. Kiedyś zupełnie inaczej zapatrywano się na to, "co uchodzi". Po wojnie pisał do mnie ojciec z Londynu, żebym sobie wybrał jakiś solidniejszy zawód, a ja akurat wtedy grałem Figara w Krakowie, w Starym Teatrze, i byłem już dość znanym aktorem.

A wtedy, w 1940 roku, dla mnie, 19-letniego chłopaka - niezależnie od mego widzenia "komediantów", ewentualne znalezienie się na afiszu obok Ordonki, Sempolińskiego, Perzanowskiej czy Kurnakowicza byłoby niewyobrażalnym awansem.

Wprawdzie przed wojną zaglądały do postawskiego Domu Ludowego znane teatry, z Redutą na czele, oglądaliśmy Malicką i Sawana, bywał u nas "na kołdunach" stary Leon Wołłejko - ale wtedy nasz świat i świat teatru to były zupełnie inne światy.

- Podobno Wilno kochało teatr.

- Proszę pani, Wilno było dla nas najwspanialszym miastem świata, ale jakkolwiek by na to patrzeć - było to niewielkie miasto. Niektórzy nazywali je prowincją. Jednak ta prowincja, nawet w tak ciężkim okresie, jakim był 40. i 41. rok -miała sześć polskich teatrów, z "Pohulauką" i "Lutnią" na czele. Wszystkie przedstawienia szły kompletami, a "Krakowiacy i Górale", wystawieni w "Lutni" w 1941 roku, z Hanką Ordonówną w roli Basi, stały się manifestacją patriotyczną.

- Z tych sław zazdroszczę panu znajomości z Hanką Ordonówną. Tyle lat minęło, a jej piosenki nie przeżyły się wcale.

- Miałem szczęście występować obok Hanki Ordonówny przez dwa lata i, proszę mi wierzyć, że to, co się słyszy z zachowanych nagrań, to tylko drobna cząstka tego, co sobą reprezentowała jako pieśniarka i jako aktorka. Właśnie - jako aktorka! Tak mało się o tym wie. A przecież Madame Sans Gene, Viola z "Wieczoru Trzech Króli", Basia w "Krakowiakach i Góralach" -każda z tych ról inna i świetna - świadczyły o jej wszechstronnym talencie. (...)

- Chwileczkę, wróćmy do pana... Kopacz torfu trafia jako statysta do teatru, a tu nagle - aktor?! Od statystowania do aktorstwa - droga daleka!

- Rzeczywiście, łatwiej mi było się ożenić - niż zostać aktorem. Moja przyszła żona, "usunięta" ze szkoły, miała świetne warunki zewnętrzne i piękny, szkolony głos (uczennica Olgi Olginy i prof. Ludwiga). Trafiła do "Lutni" jako chórzystka. O cały stopień wyżej od swego przyszłego męża, statysty. Zdała wprawdzie egzamin do konserwatorium, ale na tym, niestety, edukacja śpiewacza się skończyła. Trzeba było zarabiać na chleb. I chwała Bogu, gdyby nie to - nie bylibyśmy się pobrali!

- Kubuś Fatalista powiada, że wszystko w górze jest zapisane.

- Kubuś Fatalista miał rację! Musiało być zapisane w górze, że Antoniego Irzykowskiego, amanta ze sztuki "Królowa Przedmieścia" ugryzie zły pies, że spuchnie mu noga, że pójdzie do szpitala i że ja, statysta, będę musiał za niego grać na premierze. I tak się stało. Absolutny przypadek! Teatr był na własnym rozrachunku i premiera musiała się odbyć, krótko mówiąc - zespół nie miałby co jeść. Reżyser wymyślił, że ja może bym się nadał. Chciałem uciekać, ale mnie nie puścili. No i zagrałem, jakoś to wyszło. Trochę dlatego, że akurat pasowałem do tej roli, trochę wyprosiłem u Ostrobramskiej, resztę "zrobiła" wileńska publiczność. Po premierze pani Stanisława Perzanowska z panem Sempolińskim kazali mi iść do szkoły dramatycznej i zaczęli mnie tam uczyć. Jednocześnie musiałem grać za Antosia Irzykowskiego, a potem w innych sztukach - już za siebie samego. I tak, chcąc nie chcąc, zostałem aktorem. Widać tak było zapisane w górze, jak mówi Kubuś Fatalista.

A swoją drogą, żeby nie bieda w teatrze - nic by z tego wszystkiego nie wyszło.

- Polacy kochali Ordonkę. A jak ją traktowali Litwini?

- Cała wileńska publiczność - Polacy, Litwini, Rosjanie, Żydzi -uwielbiała ją. Władze natomiast miały do niej pretensję za patriotyczne piosenki, śpiewane oczywiście nie wprost, ale z takim podtekstem, że wszyscy wiedzieli, o co chodzi. No i bomba wybuchła na premierze "Krakowiaków i Górali". Litwini dobrze wiedzieli, co to za sztuka!

- Takie armaty ukryte w kwiatach?

- Polacy też wiedzieli, co w trawie piszczy. Zapachniało sensacją! Rano przed premierą - generalna. Przychodzimy do teatru, a tu - nie ma światła, nie ma ogrzewania! Litwini wyłączyli... i nie włączą! Co robić? Ktoś wytrzasnął z wojskowego szpitala zepsuty agregat, nasi elektrycy naprawili - będzie światło, trochę "pulsujące", ale będzie! Ogrzewanie też będzie! Od czego wileńska publiczność? - przynosili podziurawione specjalnie blaszane wiadra z rozżarzonym węglem drzewnym. Mróz jak diabli, całego teatru się nie ogrzeje, ale na scenie i w garderobach powinno być znośnie.

Nadchodzi wieczór. Sala pełniuteńka. Publiczność siedzi zakutana w jakieś pledy, swetry, resztki przedwojennych futer. Zimno, chyba poniżej zera, ale napięcie rośnie. (...)

A za każdą aluzję Bogusławskiego - brawa. Potem czegoś takiego w teatrze nie przeżyłem już nigdy.

I, jak było do przewidzenia, po słowach: "tutaj polską mamy ziemię!" - już nie entuzjazm lecz demonstracja! Musiało się tak skończyć.

- Czyli zakazem wystawiania sztuki?

- Oczywiście. Władze litewskie zdjęły sztukę natychmiast. Był to tylko zakaz władz miejscowych, republikańskich. Istniała szansa (nikła wprawdzie) odwołania się do centrali. O dziwo, przysłano z Moskwy komisję. Miała zadecydować o dalszym losie "Krakowiaków i Górali".

Zasiadło na sali czterech mężczyzn w granatowych garniturach i jedna kobieta w sweterku bordo. Nie liczyliśmy oczywiście na zmianę decyzji i postanowiliśmy grać bez ograniczeń, tak jak na premierze. Niech zobaczą! W przerwie zerkamy na widownię. Cała piątka siedzi jak zamurowana. Nie ruszają się z miejsc. Twardzi, psia kość! Obejrzeli do końca, poszli. My też. Do domu.

Nazajutrz przychodzę do teatru. Na bramie wielka "sztrajfa": Dziś wieczorem o 19.30 - "Krakowiacy i Górale"!

Zachodziliśmy w głowę, jakim cudem puścili. Divide et impera? Tak czy inaczej - graliśmy dalej przy bitych kompletach. Sprawa wyjaśniła się wiele lat później, a mianowicie dziesięć lat temu pojechałem do Wilna -pierwszy raz po wojnie. Na jednym z polonijnych przyjęć siadła obok mnie nobliwa, starsza pani - "Pan grał Studenta Bardosa w "Krakowiakach i Góralach" w 41. w "Lutni" - Grałem. - "Pamięta pan tę komisję z Moskwy? Miała zadecydować, czy będziecie grali czy nie". - Oczywiście, pamiętam. - "Czterech mężczyzn i jedna kobieta w sweterku bordo. To byłam, proszę pana, ja..."

Okazało się, że "towarzysze" dobrali sobie młodą osobę, znającą dobrze język polski, wilniankę, i zwalili na nią całą odpowiedzialność. - Wy tutejsza - powiedzieli - musicie się na tym znać. Decydujcie, można grać czy nie. - "Trochę się przestraszyłam, ale właściwie... tak ładnieście grali... I ta cudowna Hanka Ordonówna. No więc powiedziałam: "Według mnie chyba można". No to niech sobie grają! Podpisali "bumagę" i pojechali". - Ucałowałem serdecznie ręce starszej pani. To Litwini mieli pecha, że komisja akurat na Polkę trafiła - mówię. "Mieli podwójnego pecha, proszę pana, ja jestem Litwinką!"

"Litwo, Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie..." Bardzo skomplikowana jest ta nasza historia, prawda, proszę pani?

- Dziwnie się losy plotą... Kiedy pan wyjechał z Wilna?

- Wyjechaliśmy z Wilna pierwszym repatriacyjnym transportem w końcu stycznia 1945 roku. Wsiadając do pociągu, nie byliśmy tak zupełnie pewni, dokąd on nas zawiezie. Ale grunt palił się pod nogami. Trwały przecież wywózki, nie mogliśmy zwlekać. Więc, gdy podstawiono bydlęce wagony - władowaliśmy się czym prędzej.

- Domyślam się, że był pan już wtedy po ślubie. Jak w tamtych warunkach wyglądał ślub?

- Ubożuchno. Żona w kusym płaszczyku po mamie i w wełnianej pilotce zawiązanej pod brodą (pilotki wtedy były w modzie), ja w długich butach, jeszcze przedwojennych, w bryczesach, w kurtce po ojcu.

Sama ceremonia ślubna - cichutka i skromniutka, w kościele Serca Jezusowego. Tego kościoła już nie ma, rozebrano go do fundamentów. - Ale przysięga została.

- I żona też. Na szczęście - do dzisiaj ta sama! - A goście, jacy byli goście?

- Matka żony, siostra żony i dwoje świadków: sufler i jego żona. To wszystko. Aha! Była jeszcze podróż poślubna: autobusem-z Legionowej 107 na Mickiewicza 44.

- A koledzy, aktorzy?

- Też nic nie wiedzieli. Ale ktoś podpatrzył, jak żona wychodziła z mego mieszkania. Dziewczyna z porządnego wileńskiego domu u samotnego mężczyzny?! - Skandal! Blamaż... Biedna Janeczka czym prędzej zaniosła do teatru świadectwo ślubu, na wszelki wypadek! No i tajemnica się wydała. Wiełe byto śmiechu i radości. Ordonówna zarządziła składkę na prezent ślubny, ściskano nas, całowano. Byliśmy najmłodsi, jakby dzieci tego teatru. Lubili nas, opiekowali się nami i nam było dobrze z nimi.

W ogóle był to okres, w którym cały zespół, cały teatr był naprawdę zżyty ze sobą, a w dodatku łączył nas lęk przed tym, co było dookoła. Idąc do teatru człowiek nie był pewien, czy wróci do domu. Zaczynały się szykany, restrykcje, aresztowania, wywózki, kotły... Siostrę żony zgarnęli u szewca, brata - na ulicy. Chodziliśmy wszędzie razem, żeby, jeżeli będą nas brać, to we dwójkę...

- Dzięki Bogu, udało się uratować. Dokąd wywieziono was w tych bydlęcych wagonach?

- Do Białegostoku, choć wyjeżdżając z Wilna i siedząc trzy doby we wlokącym się transporcie, nie byliśmy tak bardzo pewni, dokąd nas dowiozą.

Ale za to na dworcu, spojrzawszy na siebie - dosłownie tarzaliśmy się ze śmiechu. Było z czego! Jedni z nas jechali w wagonach po mące, inni - po węglu...

Przy wileńskim stole. Książka i Wiedza. Warszawa 1992

Na zdjęciu: Zygmunt Kęstowicz

Nasz Czas
 

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com