…Jestem za ścisłością, gdyż wydaje mi się, że jedynie prawda jest ciekawa. Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej bogata i wielostronna, i barwna, niż wykoncypowane jej przeróbki. Józef Mackiewicz

Jak to było z Litwinami (urywek) Drukuj
Autor: Józef Mackiewicz   
Niedziela, 27 października 2013

To co było państwem, a następnie tradycją „Obojga Narodów", rozpadło się ostatecznie w latach 1920 — 1921. Odtąd stosunki polsko-litewskie cechuje monotonna stagnacja: ani pokoju, ani wojny, aż do słynnego ultimatum polskiego, po którym przyszło mniej więcej normalne współżycie sąsiedzkie. Był to okres bardzo krótki, bo przerwany wybuchem drugiej wojny światowej. Ponieważ republika litewska nie wyrzekła się swych pretensji do Wilna, a jednocześnie zachowała formalną urazę do Polski za ultimatum, przeto z chwilą, gdy zwycięstwo przechyliło się decydująco na stronę niemiecką, można się było spodziewać, że Litwini wkroczą na Wileńszczyznę. Tak się jednak nie stało. W konflikcie polsko-niemieckim Litwa stanęła uczuciowo po stronie Polski. Politycznie zachowała neutralność. Natomiast zdaje się nie ulegać wątpliwości, że w wypadku niepowodzenia Niemiec wystąpiłaby otwarcie po stronie Polski i sojuszników, aby odebrać zagrabioną jej przez Hitlera Kłajpedę.

Rząd litewski nie znał tekstu tajnego protokołu do układu polsko-angielskiego (fatalnego zresztą dla nas z innych względów). Jak wiadomo, §2 tego protokołu, obejmując Litwę pojęciem pośredniego zagrożenia Polski ze strony Niemiec, mógł być komentowany jako rozciągnięcie gwarancji brytyjskich również i na państwo litewskie. Czy można z tego wyciągać wniosek, że Litwa stanęłaby po naszej stronie w rozprawie z Niemcami, gdyby ten protokół znała?...

Dziś, po latach, jeden z kierowników ówczesnej polityki zagranicznej Litwy, gdy go o to zapytałem, nie odpowiedział wprost, słusznie być może uważając pytanie za zbyt obcesowe. I tylko w zamyśleniu:
— Dlaczego nam o tym nie powiedziano?!
— No, a jak pan myśli, dlaczego?
— Nie mam najmniejszego pojęcia... — odparł, rozkładając ręce.

17 września 1939, z chwilą zdradzieckiej napaści Związku Sowieckiego na Polskę, stanowisko Litwy nie uległo zmianie, a raczej powiedzieć można, przybrało formy rycerskości, rzadko spotykanej w stosunkach politycznych pomiędzy państwami. Zarówno oddziały polskie jak ludność cywilna, uciekająca na terytorium Litwy, przyjęte zostały gościnnie, mimo tylu lat wzajemnych niesnasek. Z trzech państw bałtyckich jedyna tylko Litwa nie wypowiedziała pobytu posłowi polskiemu, uznając w dalszym ciągu istnienie suwerennej Polski.

Ale wypadki toczą się ze śmiertelną szybkością. Brytyjskie gwarancje dla Polski okazują się świstkiem papieru wobec napastnika sowieckiego (tajny protokół wciąż nie jest znany). Jednocześnie widmo tego czerwonego napastnika zawisa nad Litwą. Pan Zechlin, reprezentujący w Kownie Trzecią Rzeszę, czyli jedyne państwo, które poza Sowietami stanowi rzeczywistą siłę w Europie Wschodniej, nabiera wagi. Ludzie nad Bałtykiem przenoszą z wolna wzrok z Londynu i patrzą w Berlin. Ale Berlin nie rusza palcem, gdy Sowiety narzucają kolejno Estonii, Łotwie i Litwie swe pakty i bazy wojskowe.

W tym miejscu następuje moment mało znany szerszemu ogółowi społeczeństwa polskiego. Sowiety zmuszają Litwę siłą do „paktu przyjaźni", jednocześnie wciskają jej gwałtem Wilno, którego ona nie chce i przed którym broni się do upadłego. To znaczy, nie dlatego nie chce, żeby się wyrzekała swoich do niego pretensji, i nie dlatego się broni, żeby go nie chciała, ale dlatego, że forma narzuconego jej wraz z Wilnem paktu pozbawia Litwę faktycznej suwerenności i oddaje ją pod protektorat Sowietów.

W Kownie panują jednak bardzo surowe przepisy prasowe. O tym co się dzieje za kulisami, o dramatycznych rokowaniach w Moskwie, do gazet nic się nie przedostaje. Jeszcze raz nadzieje Kowna skierowują się w stronę Berlina, ale zawiedziona z tej strony mała Litwa, zdana na łaskę kolosa sowieckiego, przyjmuje umowę, robi dobrą minę w złej grze, utratę części swych praw suwerennych pokrywa urzędową manifestacją radości z powodu „odzyskania" Wilna i wmaszerowuje na terytorium przedtem polskie, z którego dziś ustępują wojska... sowieckie.

Poseł Rzeczypospolitej Charwat dopiero teraz opuszcza Kowno, składając protest.

* * *

Jest już jesień głęboka w tej części Europy Wschodniej. Nici babiego lata powiązały skiby jesiennej orki. Trakt z Kowna przez Koszedary,  Rykonty,  Zawiasy wybiega na góry Ponarskie. Wokół ciągną się biedne wrzosowiska i rosną] jeszcze bardzo stare drzewa, o których wspomina Mickiewicz. Z gór roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na Wiłno. W chwili, gdy pierwsze oddziały litewskie schodzą serpentyną w dolinę miasta, upstrzone jest ono jeszcze czerwonymi szmatami, które tu zatknęli bolszewicy.

I oto w tej chwili następuje jedno z najbardziej drama¬tycznych nieporozumień, w konsekwencji tego odmętu, w jakim pogrążone zostały od lat stosunki polsko - litewskie. O ile słuszne i logiczne było stanowisko, że je tak nazwiemy,  „legitymistyczne" posła polskiego w Kownie,1 o tyle niepolityczny j wydawał  się   odruch   społeczeństwa  polskiego  w  Wilnie. W październiku 1939 Polskę przesłaniają dymy pogorzelisk i gruzów. Całe jej terytorium rozdarte zostało przez dwóch straszliwych wrogów. W takiej sytuacji wkroczenie Litwinów j do Wilna stanowiło ulgę. Narzucały się słowa: „Chwała Bogu, żeście przyszli na zmianę bolszewików! Na razie starajmy się powrócić do zgody, i niechby się ona stała zadatkiem przyszłość, gdy minie zawierucha, a wtedy rozstrzygniemy jakoś nasze sprawy". Tymczasem wszystko układa się odwrotnie. Położenie jest bardzo ciężkie, bo trudno wymagać od obywateli jednego państwa, by obnażali głowy przed sztandarami innego państwa, gdy ono anektuje ich bez pytania. Z drugiej jednak strony wiszą jeszcze czerwone płachty, a oto Litwini wkraczają ze znakiem Pogoni, który był naszym znakiem od wielu bardzo wieków, herbem pokoleń, symbolem wspólnej potęgi. Dramat tkwi w tym, że teraz ludzie postponują go przezwiskiem „kobyłka", odzywają się gwizdy, śmiechy i kpiny. Dramat tkwi w jakimś fatalnym qui pro quo, gdyż jednocześnie ten sam tłum, w nienawistnym, ale głuchym, raczej pokornym milczeniu, rozstępuje się przed łokciami czerwonoarmiejców, a gdy ciężarówki ich długimi murami wywożą na wschód biblioteki, zbiory, maszyny, dobro prywatne, komunalne i państwowe, nikt za nimi nawet kamieniem nie rzuci... Przykro, ale że tak było, zaprzeczyć niepodobna.

W wilię Dnia Zadusznego radio litewskie, które nadawało na przemian po litewsku i po polsku, ogłasza program uroczystości: „Jutro... itd. społeczeństwo litewskie uczci na cmentarzu Rossa wielkiego Bassanowicza, społeczeństwo zaś polskie złoży hołd na grobie serca marszałka Piłsudskiego..." Był to niewątpliwy gest. W zarządzeniach policyjnych wzywa się tylko do unikania wszelkich pochodów poza cmentarzem. Młodzież polska do przepisu tego się nie stosuje i organizuje, bardzo zresztą niewinną, manifestacyjkę. — Od tego dnia jak nożem uciął!.. (…)

* * *
Przyłatałem tu do tła wypadków moją osobę, dla ilustracji głównego skrętu, z którego rozchodzą się drogi polsko- litewskiego nieporozumienia. Bo oto byłem zawsze głosicielem rewindykacji tej racji stanu, której politycznym uosobieniem w naszej przeszłości stało się Wielkie Księstwo Litewskie ze stolicą w Wilnie. Koncepcja uważana była przez ogół społeczeństwa polskiego przed wojną za herezję polityczną, a po wkroczeniu Litwinów niemal za zdradę. Tymczasem mnie właśnie ci Litwini odbierają koncesję. Dlaczego?

Utarło się w społeczeństwie polskim uważać Litwę za kraj opanowany manią wielkości. Tymczasem Litwa opanowana jest manią małości. Utarło się pomawiać Litwę o pretensje nie tylko do Wilna, ale do Grodna, Nowogródka, do Bóg wie czego!... Tymczasem ona, za Boga właśnie, nie chce nawet Oszmiany! Ba, gdybyż to dążyła do wcielenia Mińska litewskiego... Nie w tym bowiem leży trudność porozumienia polsko-litewskiego od r. 1918, że Litwini chcą za dużo, tylko w tym, że chcą — za mało. Nie w tym, że anektują nam Mickiewicza, ale w tym, że go się zaczynają, wypierać. Nowa Litwa, zrywając kolejno z tradycjami politycznymi starej, przedzierzgnęła się w państwo ciasno nacjonalistyczne, które przyszłość swą widziało w odwróceniu od przeszłości, a my ze swej strony uczyniliśmy niestety wszystko, by Litwinów w ich etnograficznym odosobnieniu utwierdzić.

Cenzura litewska w r. 1940 zabrania nazywać Wilno „stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego", inaczej niż w znaczeniu historycznym. Zabrania używać słów „Wielkie Księstwo Litewskie" w odniesieniu do współczesnych terytoriów, pociętych sowiecką i niemiecką okupacją. Zabrania głoszenia idei politycznej restytucji Wielkiego Księstwa Litewskiego. Społeczeństwo zaś polskie, skostniałe w zadawnionych przesądach, ograniczone w wolności prasy, nie mogło pojąć, że w tym okresie polityka litewska w Wilnie była w rezultacie bardziej antykrajowa, niźli antypolska w ogóle.

Szczytowym punktem tej polityki była ustawa paszportowa, zimą 1940. Doprowadziła ona do takiego absurdu, że w Wilnie, ogłoszonym za stolicę państwa, znalazło się raptem 150,000 „obcokrajowców" na 200,000 mieszkańców! Człowiek urodzony poza granicami nakreślonej przez traktat moskiewski republiki litewskiej, np. w Smorgoniach, jako „obcokrajowiec" politycznie uciążliwy posiadał w Wilnie prawa mniejsze niż np. Francuz urodzony w Paryżu, ale przebywający w Litwie na prawach normalnego cudzoziemca.

Tu już nie „endecy", ale pierwsza lepsza mleczarka z Jaszun czy Podbrodzia, urodzona w Oszmianie albo w Lidzie, zaciskała pięści (był krótki okres, gdy „obcokrajowcom" nie wolno było nawet jeździć pociągami). Fatalnym rezultatem te¬go rodzaju polityki było rozszczepienie i pokłócenie całej ludności w obliczu wspólnego wroga. Rozpoczęły się bójki. Litwini tłukli się z Polakami po kościołach o język nabożeństwa, a pod Ostrą Bramą, na swoją bazę, przejeżdżali bolszewicy, którym nikt nie ośmielał się zwrócić uwagi, że nie uchylają nakrycia głowy przed obrazem cudownym Matki Bożej...

Było już pod wiosnę, gdy ni stąd ni zowąd zaczęły krążyć niezliczone anegdoty i wersje, w których stacjonujący w kraju bolszewicy nieodmiennie odgrywali rolę poskromicieli Litwinów i obrońców Polaków.
— Pan słyszał co było wczoraj na poczcie? Polak oddaje j list, a jemu urzędnik odrzuca grubiańsko i każe mówić po litewsku. A w kolejce stał oficer sowiecki. Poszedł za okienko j i w mordę Litwina, w mordę!
Na trzeci dzień w „Bristolu":
— Oficer litewski obraził kobietę-Polkę, a bolszewicy z sąsiedniego stolika w mordę Litwina, w mordę!
I to „w mordę" mówiło się z takim smakowitym mlaśnięciem, z takim ciepłym cmoknięciem...

Żadna absolutnie z tych opowieści nie była prawdziwa2, ale oczywiście nie mogło być gorszego skutku tej waśni, niż obdarzanie bolszewików rolą biblijnego archanioła Gabriela!

Tragedia tamtych dni, to błędna polityka litewska, która na mniejszą skalę dokonała tego, co Niemcy zrobili później na większą — mimowolnej popularyzacji bolszewików. To - z drugiej strony — stanowisko społeczeństwa polskiego, które zamiast naprawiać błąd litewski, jaszcze go pogłębiało, angażując się politycznie w innym kierunku niż tego wymagał zarówno rozum jak interes obydwóch narodów.

Jeżeli mianem polityki określimy działanie na przyszłość, musimy przyznać, że była ona wyjątkowo krótkowzroczna, gdyż ówczesna waśń polsko-litewska musiała się skończyć tak, jak się skończyła już 15 czerwca 1940, gdy armie czerwone ostatecznie przekroczyły granice i wspólny wróg ogarnął cały kraj.

Wiadomości 1947 nr 33 (72)

1.  Zostało   ono   krytycznie   ocenione   tak  przez   rząd   polski  w  Angers; [L. Mitkiewicz, Wspomnienia), jak przez ówczesnego  ministra Spraw j Zagranicznych    Litwy    Staszysa    Łozoraitisa:    litewskie    MSZ    miało proponować posłowi Charwatowi pełnienie swych obowiązków nadal bez j przeszkód. Prof. Witold Staniewicz określił wyjazd posła Charwata jako „samowolny". (Por. Piotr Łossowski, Litwa a sprawy polskie 1939 - 1940. PWN, Warszawa 1982). B. T. 1983

2. Obsada baz sowieckich ściśle przestrzegała obowiązującego ją w tym czasie nakazu-zakazu utrzymywania jakichkolwiek stosunków z miejscową ludnością, nawet w formie „bratania się". B. T. 1983

Poprawiony: Niedziela, 05 stycznia 2014