…Złamanie Traktatu Suwalskiego i Żeligowskiada były największym błędem, który zaciążył na losach tej części Europy Wschodniej. A stworzona przez Piłsudskiego Litwa Środkowa, była niewątpliwie szopką wysoce szkodliwą. Józef Mackiewicz. O pewnej, ostatniej próbie i o zastrzelonym Bubnickim. Kultura, 1954

„Gdyby Dziadek żył...” Drukuj
Autor: Piotr Kownacki   
Poniedziałek, 20 maja 2013

Z przyczyn zrozumiałych nie mogę pisać pod własnem nazwiskiem w żadnem z wychodzących obecnie w Wilnie dzienników polskich. Zmusza to mnie do wydania paru poniższych artykułów dyskusyjnych w formie broszury, którą też oddaję na sąd  P. T. Czytelników.
Autor.

Prawdzie śmiało spojrzeć w oczy

Od pewnego czasu na łamach dwóch dzienników wileńskich toczy się. spór o to, czy należy już teraz przystąpić do omawiania i ujawnienia tego wszystkiego, co legło u podstawy wrześniowej tragedii Narodu Polskiego?

Wielu jest wśród nas takich, co jak najszybciej chciałoby ustalić odpowiedzialność za klęskę, która na Naród i państwo spadła. Wielu też twierdzi, że przynajmniej do końca wojny należy opuścić na przeszłość zasłonę i myśleć jedynie o tem, jak skończyć ze straszną teraźniejszością.

Wyrazicielem pierwszej opinii jest „Gazeta Codzienna", która raz po raz usiłuje ustalić fakt odpowiedzialności regime'u ozonowego i poszczególnych osób tego ugrupowania politycznego za wszystko, co spadło na nasze głowy w przeciągu ostatnich paru lat w ogóle, a w roku 1939-m w szczególności.

„Kurjer Wileński" natomiast twierdzi, iż chwila obecna bynajmniej nie jest odpowiednią na „pranie brudów".

Który kierunek i który z dzienników ma racją?

Jeśli chodzi o kierunek, to racje, ma pierwszy, a jeśli chodzi o dzienniki - to drugi. 

Pozornie twierdzenie nasze zawiera wewnętrzna sprzeczność. Ale tylko pozornie.

Rację bowiem mają ci, co dążą do jak najszybszego wyjaśnienia przyczyn upadku i ustalenia odpowiedzialności. Ale rację też ma „Kurjer Wileński" twierdząc, iż nie czas i nawet nie miejsce na „pranie brudów".
Niewątpliwie wywlekanie już dziś na światło dzienne szczegółów systemu „Brześcia" i „Berezy" oraz podawanie nazwisk domniemanych (ale nie ustalonych jeszcze) sprawców poszczególnych zbrodni regime'u mogłoby się z łatwością przeistoczyć w „pranie brudów". Natomiast szukanie przyczyn klęski i gromadzenie materjałów jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem każdego uczciwego Polaka.

Może niepotrzebnie wspomina już dziś „Gazeta Codzienna" o płaceniu „długów karcianych synalka" (typowy przykład brudu), ale też nie postępuje należycie względem własnego Narodu „Kurjer Wileński" cenzurując oświadczenie premjera Polski, Sikorskiego, gdy ten mówi o odpowiedzialności nie jednostek, lecz systemu rządów pomajowych w Polsce.

Wręcz zasadniczy błąd popełnia wychodzące w Paryżu „Słowo" gdy zamiast nazywania rzeczy po imieniu, daje do zrozumienia, że to tylko „Ozon", a nie cały system pomajowy, przyczynił się do klęski Polski.

Otóż, jeżeli mamy dojść do prawdy, jeżeli mamy szukać dla Polski dróg, na których uniknęłaby błędów przeszłości, musimy sięgnąć do samego źródła zagadnienia i nie bać się burzenia pomników i legend, tworzonych przez dwadzieścia lat naszej niepodległości państwowej.

Nie to nas powinno dziś interesować, czy generała Zagórskiego zamordował Wenda, czy bandą zbirów, którzy napadli na Zdziechowskiego, dowodził Kirtiklis, a samochodów na porwanie Mostowicza dał Maleszewski, lecz to, jak i dlaczego zbrodnie te uszły bezkarnie, a sprawcy mogli pozostawać w szeregach korpusu oficerskiego, funkcjonarjuszów administracji państwowej, czy też policji?

Sprawcami poszczególnych przestępstw z pewnością zajmie się po wojnie uzdrowione i prawdziwie niezależne sądownictwo polskie, bo istotnie obecnie nikt z nas nie rozporządza właściwym aparatem do wydawania wyroków, ale już dziś, na podstawie faktów powszechnie znanych, możemy wyciągnąć wnioski o odpowiedzialności politycznej. Nie jest „praniem brudów", jeżeli np.  już dziś stwierdzimy, że przez odsuwanie społeczeństwa polskiego od wpływu na rządy, całkowita odpowiedzialność spada na tych, co stworzyli sobie w Polsce monopol na pracę polityczną i społeczną, to znaczy na cały obóz pomajowy, na cały obóz Piłsudskiego.

Nikomu .nie należy zamykać drogi do rehabilitacji, l każdy do niedawna sługa „sanacji" ma prawo dziś pracą i krwią własną okupić błędy, popełnione nieraz    w   dobrej wierze, ale nie należy też zaciemniać obrazu przeszłości, bo inaczej nigdy nie potrafimy wyciągnąć właściwych wniosków   na   przyszłość. To też zamykanie,   chociażby    czasowe,  oczu,    i    puszczanie wszystkiego w niepamięć zalecanem być nie może.
Zawsze lepiej prawdzie   spojrzeć    w    oczy,    chociażby ta prawda była straszna i upokarzająca. Nie, bójmy się obcych. Oni o tym, co się w Polsce działo, dzięki sławojowskiemu systemowi cenzury, wiedzieli nieraz więcej i lepiej niż społeczeństwo polskie, które błądziło w mrokach i o stanie rzeczy w państwie nieraz sądziło z mów, wygłaszanych na akademjach i bankietach ku czci przeróżnych domorosłych „mężów stanu", którzy w obliczu wydarzeń naprawdę dziejowych zmaleli do wielkości .zaplutych karłów".
Kto zatem chce naprawy, ten prawdy się nie boi, ani na chwilę jej z oczu nie będzie spuszczał i nie zasłoni jej przed oczami własnego społeczeństwa.

Odpowiada cały obóz

W jednym ze swych przemówień oświadczył premjer rządu polskiego w Angers, gen. Sikorski, iż wina tego, co się stało, obciąża regime, który ostatnio w Polsce panował.

Nikt dotychczas publicznie przeciwko temu oświadczeniu nie zaprotestował. Nikt w obronie systemu rządów „sanacji moralnej" nie wystąpił.

Są jednak głosy, które się odzywają ostatnio, a które gotowe są zacieśnić odpowiedzialność do jednego tylko odłamu obozu pomajowego, mianowicie do t. zw. „Ozonu". Jest to stanowisko bądź błędne, bądź świadomie zmierzające do zaciemnienia istotnego obrazu stosunków, panujących w Polsce od .szeregu lat.

. Stwierdzić należy, że odpowiedzialność ponosi cały obóz Piłsudskiego, bez względu na to, czy będą to grupki z okresu .bąrtlowania", czy sławkowskiego  .łamania kości", czy wreszcie ozonowego „jednoczenia"   narodu   kapralskiemi metodami
Sławoja i Śkwarczyńskiego.
.
Ten, kto twierdzi, że „Ozon" ma być gorszy .od „BBWR”, albo; pozostaje w grubym błędzie, albo kogoś chce zdezorjentować. Bez „BB" nie byłoby, „Ozonu", i różnica pomiędzy temi organizacjami polega jedynie na tem, że „BBWR" istniał w okresie wojującej piłsudczyzny, a „Ozon" powołano do życia w momencie, gdy w pewnych „ośrodkach" poczęto sobie zdawać sprawą z tego, iż się. zabrnęło w ślepy zaułek.

Możliwem jest, iż za czasów Koca próbowano znaleźć z tego zaułka wyjście, lecz wnet zrezygnowano i do władzy przyszli najwierniejsi wyznawcy tak zwanej „ideologji".

Pamiętamy wszyscy dobrze jesień 1938 r., kiedy to się zaczęło od niedoszłej „nocy św. Bartłomieja", po której miał powstać rząd „narodowy" z Grabowskim na czele, a skończyło się na powołaniu Skwarczyńskiego i Wendy, tych z najbardziej „pierwszej" brygady — piłsudczyków bez najmniejszej plamki, którzy w swoim czasie spełniali każdy rozkaz.

W ten sposób regime powrócił do tych, od których zaczął w maju 1926 r. i twierdzenia, że „Ozon" to co innego niż „BBWR", niż „Partja Pracy", „Związek Naprawy Rzeczypospolitej", Związek Legjonistów", „Peowiaków" i t. p., nikt obronić nie zdoła.

Oczywiście zwalanie odpowiedzialności na ludzi, którzy właśnie w ostatniej chwili sprawowali rządy, jest najprostszem wyjściem z sytuacji, powiedziałbym odruchowem. Ale odruchami kierować się nie możemy. Stąd nie wolno nam twierdzić, że odpowiedzialnymi są Rydz, Kasprzycki, Sławoj, a bez winy są Sławek, Kozłowski, Prystor, Jądrzejewicz, Świtalski, Bartel i Piłsudski.

Wszyscy oni w mniejszym lub większym stopniu pchali Polską ku przepaści i każdy z nich winien stanąć albo przed trybunałem stanu, albo przed sądem opinji publicznej.

Tych, co się odważyli w walce o władze przelać krew bratnią, nie osłania przed sądem nawet majestat śmierci. Kto za życia stawiał sobie pomniki, nie może liczyć na to, że czyny jego zostaną osądzone dopiero z perspektywy pokoleń.

Zresztą wybuch wojny zapoczątkował nowy rozdział w dziejach Polski. Rozdział poprzedni, od maja 1926 r. do września 1939 r. został całkowicie zamknięty i zanim rozpoczniemy rozdział jeszcze dalszy — Polski po drugiej wojnie światowej — mamy prawo i obowiązek zbilansowania tego, co Naród nasz przeżył w przeciągu przeszło 13-letnich rządów piłsuddczyzny.

Musimy to uczynić skoro, jak to oświadczył premjer Sikorski, powrotu do tego, co było, być nie może.

„Gdyby Dziadek żył..."

Z wielu ust zarówno w Polsce, jak i na emigracji, słyszy się dziś słowa — westchnienie: „Gdyby Dziadek żył..".

Ma to oznaczać, że gdyby   jeszcze   żył Piłsudski, to niewątpliwie nie przeżywalibyśmy tak strasznej klaski.

Zastanówmy się przez chwilę, co właściwie twierdzenie powyższe zawiera?

Są dwie możliwe interpretacje:
1)  Gdyby   Piłsudski  żył,   polityka  zagraniczna Polski byłaby tego rodzaju, że   nie   doszłoby  do wojny i rozgromienia Polski;

2)  Gdyby   Piłsudski,   a   nie   Rydz - Śmigły, stał   na czele arrnji polskiej, gdyby   nawet do wojny i udziału w niej Polski doszło, zdołalibyśmy   się   przeciwstawić   Niemcom i w oczach świata wyglądalibyśmy tak, jak wyglądają dziś Finowie.

Czy przyjmiemy za podstawę pierwszą, czy też drugą interpretację, stwierdzić musimy, iż zdanie o Piłsudskim zawiera treść zgoła fałszywą.

To, co się działo w polityce zagranicznej Polski od przewrotu majowego, aż do chwili, gdy oddziały, dowodzone przez gen. Bortnowskiego ruszyły na Zaolzie, było konsekwentnem rozwijaniem zasad, jakie usiłował wcielać Piłsudski, zarówno po maju 1926 roku, jak również i przedtem, w okresie sprawowania urzędu naczelnika państwa.

Przypomnijmy, że pakt o nieagresji z Niemcami został podpisany za życia Piłsudskiego, który ponadto niejednokrotnie podkreślał, że obok wojska, także i polityka zagraniczna jest przedmiotem jego szczególnego zainteresowania.1. Po ustąpieniu ze stanowiska ministra spraw zagranicznych, Augusta Zaleskiego, na miejsce jego mianowany został pułk. Józef Beck, człowiek szczególnie bliski Piłsudskiemu, żołnierz 1-ej brygady, który od 1918 roku jedynie z bardzo krótkiemi przerwami (bodaj głównie wtedy, gdy Piłsudski ustąpił z wojska i mieszkał w Sulejówku) stale był przy jego osobie.

Zresztą, ileśmy to razy słyszeli, że właśnie Beckowi powierzył Piłsudski wykonywanie swego „testamentu" politycznego w części, dotyczącej polityki zagranicznej. Nie słyszeliśmy też z obozu piłsudczyków ani jednego głosu, który prostowałby to twierdzenie. Nawet po rozbiorze Czechosłowacji nikt z piłsudczyków nie wystąpił z protestem przeciwko polityce Becka, jako niezgodnej ze wskazaniami Piłsudskiego.

Społeczeństwo polskie nie wie, czy wogóle jakikolwiek „testament" polityczny Piłsudski pozostawił, ale wie z całą pewnością, że Józef Beck do ostatnich dni życia Piłsudskiego uchodził za człowieka najbardziej Piłsudskiemu oddanego, a wyrazem ciągłości jego polityki i jej związku z polityką wodza obozu pomajowego było właśnie to, że przy wszelkich „zmianach wart" minister Beck zawsze pozostawał na swojem stanowisku.

Innemi słowy, nic nie przemawia za tem, że gdyby Józef Piłsudski żył, Józef Beck nie pokierowałby polityką zagraniczną Polski tak, jak nią pokierował w okresie pierwszego i drugiego rozbioru Czechosłowacji.

To, co się działo po tragedii czeskiej, było już procesem bodaj od stanowiska Polski niezależnym i Polska nie miała innego wyboru: albo dobrowolnie podzielić los Czechosłowacji, albo chwycić za broń i walczyć w obronie samodzielnego bytu.

Do takich wniosków dochodzimy nawet przy bardzo pobieżnej analizie pierwszej interpretacji „westchnienia"' do Dziadka. A jakie mamy dane po temu, by twierdzić, że inaczej wyglądałaby kampanja wrześniowa, gdyby na miejscu marszałka Śmigłego stał marszałek Piłsudski?

Nie jestem oczywiście ekspertem w sprawach wojskowych, więc moje zdanie co do kwalifikacyj wodzowskich obu tych generałów nie może być dla nikogo miarodajnem.  Są jednak orzeczenia obcych, a w pierwszym rzędzie niemieckich wojskowych, które przez to, że są prawie identyczne, mogą być uznane za miarodajne.

Ocena przyczyn naszej klęski przez fachowców sprowadza się do dwóch zasadniczych momentów: 1) armja polska nie była należycie wyposażona w lotnictwo, broń pancerną i przeciwpancerną oraz 2) miała złe dowództwo.

Jeśli chodzi o moment pierwszy, to znajdujemy potwierdzenie tego zarzutu w świadectwie tych wszystkich, którzy brali udział w walkach z Niemcami,. A mamy takich świadków tysiące. Ta strona zagadnienia pozostaje chyba poza sporem.
Mamy więc do ustalenia, czy gdyby Piłsudski żył, armja  nasza byłaby lepiej wyposażona, czy przedewszystkiem byłaby ona wyposażona w ten sposób, że mogłaby się przeciwstawić nawale niemieckiej?

Nie widzę najmniejszych danych na poparcie tej tezy.

Przecież Rydz-Śmigły objął naczelne dowództwo nad armją w 1935 roku t. j. po śmierci Piłsudskiego. Sprawował  on ten urząd przez 4 lata i 4 miesiące. Piłsudski zaś był dyktatorem wojskowym przez okrągłe 10 lat i miał za sobą przeszło 4 lata tłuste — przedkryzysowe, kiedy po przewrocie majowym objął skarb państwa w stanie kwitnącym po latach oszczędnej gospodarki ministrów, nie uznających „luzów budżetowych". Zapewne w przeciągu 4-ch lat mógł Rydz-Śmigły wiele jeszcze zrobić, wszak hitlerowcy też objęli władzę stosunkowo niedawno i w przeciągu 5 lat potrafili odrobić stracone przez  poprzedników, skrępowanych jeszcze klauzulami Traktatu Wersalskiego, lat nie 10 nawet, lecz 16.

Należałoby się zatem spodziewać, że   obóz  Piłsudskiego, „obóz żołnierzy",    który potrafił dać wojskowych kierowników bodaj 3/4-ym    urzędów  cywilnych, powinien był   w  przeciągu 10 lat stworzyć podstawy militarnej potęgi Polski.

Gdy zmarł wódz tego obozu, tak wiele się na ten temat mówiło, że 999 Polaków na 1000 w to święcie wierzyło. Więc po śmierci Piłsudskiego należałoby wymagać od jego następcy, by armję jedynie dozbroił, bo przecież uzbrojona już musiała być. l zresztą „dozbrajanie" się odbywało. Społeczeństwo dawało dowody ofiarności na ten cel nietylko od marca 1939 roku, lecz znacznie wcześniej i chwilami ma się wrażenie, że jeśli chodzi o broń pancerną i lotnictwo, to 70 proc. uzbrojenia, było wynikiem akcji „do"-zbrojeniowej, gdyż przedtem, za wodzostwa Piłsudskiego, robiło się w tej dziedzinie bardzo mało.

Są to zresztą supozycje „cywila", które nie przyszłyby do głowy, gdyby nie ustęp z przemówienia gen. Sikorskiego, podanego przez radjo w pierwszych dniach marca r. b. Z tego ustępu wynika, że od 1929 r. w dziedzinie rozbudowy lotnictwa armja nasza nie poczyniła postępów. A działo się to wówczas, gdy w armji niepodzielnie rządził Piłsudski, a późniejszy premjer Prystor z jego ramienia przeprowadzał „czystkę" w szeregach korpusu oficerskiego, aż go dokumentnie wyprał z elementu podejrzanego o „niebłagonadieżnośt." wobec wodza i regime'u pomajowego.

Dziwnym nawet może się wydawać ten zbieg „czystki" z zastojem, który po niej nastąpił. Nie wolno też zapominać, że szefa lotnictwa w osobie gen. Rayskiego odziedziczył marszałek Rydz po marszałku Piłsudskim i nie mamy żadnych danych na to, by twierdzić, że, gdyby Piłsudski dożył był dnia l września 1939 r., już gen. Rayski nie stałby na czele polskiego lotnictwa wojskowego.

Nic więc nie przemawia za tem, by za Piłsudskiego mogło być lepiej, niż za Rydza.

Tyle co do wyposażenia technicznego armji polskiej.

Możliwe, iż marszałek Piłsudski miał nieco, lub nawet znacznie większe kwalifikacje na wodza naczelnego niż marszałek Rydz-Śmigły. O to się sprzeczać nie będę. Ale jedno znowuż jest dla każdego jasnem, że marszałka Rydza otrzymała Polska w spadku po marszałku Piłsudskim. Otrzymaliśmy go w „testamencie" wraz z całym kompletem wyższych dowódców i wraz z całą organizacją naczelnych władz wojskowych.

Pamiętamy doskonale spór o organizację tych władz i wiemy, że to, co w tej dziedzinie było po maju zrobionem,. było „dziełem” Piłsudskiego. Rozpisywały się też o tem obszernie pisma sanacyjne, podnosząc pod niebiosa jego genjusz.

To, co w tej materji wiemy, pozwala nam twierdzić, że Rydz-Śmigły żadnych zasadniczych zmian w „dziele" swego mistrza nie poczynił. Nie mamy też żadnych danych twierdzić, że Piłsudski nosił się z zamiarem dokonania jakichś większych reform i czy te reformy, gdyby żył, w latach 1935-39 przeprowadził. Wiemy również doskonale, że w czasie kampanji wrześniowej niemal wszystkiemi armjami, a było ich 8, czy 9, dowodzili generałowie - legjoniści, a więc ze szkoły Piłsudskiego. Jeśli nawet znalazł się tam jeden, czy drugi (Rummel, Kleberg) z dawnych generałów armij zaborczych, to byli to w każdym razie oficerowie, którzy także (szczerze, lub nieszczerze) hołdowali doktrynie wojennej „pierwszego" marszałka.

Na to więc, by twierdzić, że gdybyśmy mieli na miejscu marszałka Rydza, marszałka Piłsudskiego, to byśmy nie ulegli Niemcom w tak piorunującym tempie, trzebaby przyjąć za pewnik: 1) że w okresie czasu od maja 1935 roku do września 1939 r. marszałek Piłsudski zreorganizowałby naczelne władze wojskowe, chociażby w myśl projektu gen. Sikorskiego z r. 1924, który to projekt Piłsudski w liście do ówczesnego ministra spraw wojskowych nazwał „nieudolnem naśladownictwem instytucyj francuskich"2. 2) że rozpędziłby on na cztery wiatry większość swych dotychczasowych współpracowników, obdarzonych być może ogromem przywiązania do jego osoby, lecz pozbawionych, jak to wykazał przebieg kampanji wrześniowej, dostatecznej umiejętności dowodzenia większemi jednostkami wojskowemi, 3) że potrafiłby on wreszcie w tym samym czasie zdobyć odpowiednie fundusze i wykształcić nowy zastęp ludzi, zdolnych do usunięcia tych wszystkich braków w dziedzinie lotnictwa, broni pancernej, fortyfikacyj i t. p., lekko mówiąc niedociągnięć, jakie się ujawniły podczas kampanji wrześniowej.

Niestety, Piłsudski w ostatnich paru latach swego życia tego rodzaju zamiarów nie zdradzał. Zajęty on był rzaczej procesem „pogłębiania rewolucji" majowej, jeśli użyjemy terminologji naszych wschodnich sąsiadów.

Jakież zatem są podstawy do twierdzenia, że gdyby żył Józef Piłsudski, byłoby lepiej niż za Edwarda Rydza?

Mojem zdaniem — żadnych.

Płacimy rachunek za zbrodnię majową


W tem miejscu powracamy do słów premjera gen. Sikorskiego, który oświadczył, iż główna wina za nasz upadek spada na system rządów sanacyjnych.

Jeśli zatem chodzi o ludzi, to odpowiedzialność ich określa się przedewszystkiem stopniem ich udziału w wprowadzeniu i utrwaleniu tego fatalnego systemu.

Wielu dziś w Polsce przeklina rządy „sanacji moralnej", zapominając nieraz o tem, jak to było w maju 1926 roku. Rzucamy gromy na ostatnich wykonawców, zapominając a twórcach.

Za klęskę wrześniową ponosi odpowiedzialność nietylko ten, kto stał u steru rządów, czy też u „koryta", w roku 1939-ym, ale także i ten, kto w roku 1926-ym organizował strajk kolejarzy, by utrudnić przewiezienie do Warszawy wojsk wiernych przysiędze, kto w tych wojskach prowadził agitację, kto przedtem wśród oficerów organizował tajne związki, a po przewrocie stojąc na baczność słuchał .Pierwszej brygady", lub zachwycał się genjalnością wywiadów o „ekstrementach", „obwarzankach", czy też „muszkach  sejmowych".

Dziś musimy powiedzieć sobie otwarcie, że przyczyn złego należy szukać nietylko w Rydzu, Mościckim i Becku, lecz znacznie głębiej, dalej i wcześniej.

U kolebki tragedji  wrześniowej stoi zbrodnia   buntu   majowego. Za złamanie przysięgi, za walki bratobójcze na ulicach Warszawy, za skrytobójstwa „nieznanych sprawców", za Brześć i Berezę płaci dziś Naród polski straszny rachunek.

A w imię czego zamach majowy został dokonany?

Leżą przedemną roczniki starych dzienników, a w nich pierwsze wywiady, oświadczenia, hasła:

Zadużo nieprawości !

Honor żołnierza opluty przez karłów !

Plaga partyjnictwa !

Sejmowładztwo!

Mię będę tu rozważał, co system pomajowy dał Polsce w dziedzinie nieprawości, jak rozumiano honor żołnierski, jak zwalczano partyjnictwo i do czego sprowadzono rolę ciał ustawodawczych oraz kto w nich ostatnio zasiadał - to  zaprowadziłoby nas do prania brudów". Ale musimy tu jednak ustalić, w jakiej chwili i co obalił- obóz Piłsudskiego w maju 1926 roku?

Mówiło się, że obalił rząd Witosa.  

Tak! Ale nietyiko Witosa.

Obalił rząd koalicyjny, rząd oparty na większości   polskiej, rząd który był symbolem zasady, że w Polsce Naród polski ma być gospodarzem, decydującym o losach państwa.            
Obalił nie „rozwydrzonych partyjników", jak   to się wówczas wmawiało wszem i  wobec, lecz obalił tych, co potrafili w myśl zasady - dobro Rzeczypospolitej najwyższem prawem - poczynić ustępstwa ze swych interesów i programów partyjnych, by wspólnemi siłami dźwignąć Naród i państwo na wyższy szczebel.

Stwierdzenie tego faktu nie jest „praniem brudów", jest jedynie przekreśleniem legend, które nam przez szereg lat wbijano do głowy.

Dziś, właśnie dziś, najwłaściwsza pora, by to sobie przypomnieć i uświadomić, że przewrót majowy przerwał proces konsolidacji społeczeństwa polskiego, proces, który się rozpoczął 28 maja 1923 r., kiedy powstał pierwszy rząd większości polskiej, a który obalili ci sami ludzie, którzy w maju 1926 r. rozpoczęli z bronią w ręku walki bratobójcze, by dać Ojczyźnie „sanację moralną" w dziedzinie politycznej, a „radosną twórczość" w życiu gospodarczem.


Więcej w walce z partyjnictwerh zrobili ci, co partje polskie doprowadzili do zgody i współpracy niż ci, co fałszując wybory powołali do życia Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem, lub zapędzali ludzi „czapką i papką", pogróżkami i posadami do Obozu Zjednoczenia Narodowego, który zresztą w swem pierwszem — kocowem wydaniu poczynał nieśmiało głosić te same hasła narodowe, jakie były u podstawy obalonego w maju rządu Witosa.

Dlatego też przewrót majowy   nie   waham    się    nazwać buntem i zbrodnią,   za którą dziś płacimy wszyscy.   Jedni zaczynne, lub bierne poparcie tej zbrodni, a drudzy za to,   że nie potrafili zbrodni tej należycie się przeciwstawić, że dopuścili do zwycięstwa zamachowców, a potem nie prowadzili z systemem rządów pomajowych, tak bezwzględnej walki jaką właściwie prowadzić należało.

Uprzytomnijmy sobie raz na zawsze jedno: bez zamachu majowego nie byłoby rządów obozu Piłsudskiego; nie byłoby więc tego systemu, który dziś zgodnie bodaj uznaliśmy za źródło klęski i upadku.

Więc nie czas dziś wzdychać do Dziadka, lecz myśleć należy o tem, jak nie dopuścić do powrotu tego, co właśnie on i jego obóz w Polsce wprowadzał.

Bądźmy więc na ten raz mądrzy choć po tej ogromnej „szkodzie", po tej strasznej klęsce, jaką na nas zamach i rządy piłsudczyzny sprowadziły.

Warunek przebaczenia


Mówią nam dzisiaj: „poniechajmy sporów, zapomnijmy przynajmniej na pewien czas o błędach przeszłości".

Sporów możemy w każdej chwili poniechać, ale pod, warunkiem, że nikt nam nie będzie dowodził, że łamanie przysięgi, że walka bratobójcza, że wysyłanie po nocy oficerów dla porachunków osobistych i partyjnych, że katownie w Brześciu i Berezie nie były zbrodnią i hańbą, lecz koniecznością dziejową, obroną honoru żołnierskiego, lub wręcz objawem genjuszu.

Na takie „poniechanie sporów" żadnemu uczciwemu Polakowi przysłać nie wolno.

To samo z „błędami przeszłości".

Na pewien czas wolno ich rozstrząsanie na bok odłożyć, choć zapominać o nich nie wolno. Właśnie dziś nie wolno! Ale i „odłożenia" bezwarunkowego być nie może.

Można „odłożyć”, ale tylko wówczas, jeśli błądzący błędy swe uznał i zrozumiał. Jeśli sam z błędnej drogi nawrócić pragnie, Ale jeżeli błądzący nadal po starej, utartej ścieżce kroczy, jeżeli dziś jeszcze, po strasznych dniach wrześniowych, łokciami się rozpycha i na czoło stara się wysunąć - wówczas nic innego społeczeństwu nie pozostanie, jak mu brudną (że nie użyję epitetów z „wywiadów") przez niego zabrudzoną bieliznę, pod nos podsunąć i na właściwe miejsce odepchnąć.

To o błądzących.

A co począć z przestępcami?

Dla nich ani wybaczenia, ani zapomnienia być nie może.

Niektórzy ponoć to zrozumieli i dobrowolnie zdejmując szlify pułkownikowskie, czy generalskie, proszą o przyjęcie ich do armji polskiej, by jako zwykli szeregowcy mogli albo śmierć - pocieszycielkę znaleźć, albo błędy, co Ojczyznę zgubiły, odkupić.

Ale dla zbrodniarzy, dla przestępców, co Polskę nietylko zgubili, lecz hańbą okryli, dla katów Brześcia i Berezy, dla zbirów, co pod osłoną mundurów oficerskich napadali i katowali, dla deprawatorów duszy żołnierskiej i urzędniczej, którzy bandytów organizowali i osłaniali, dla skarbokradów, sprzedawczyków, dla gwałcicieli sumienia polskiego — dla tych nie może być wybaczenia, ani zapomnienia.

I dlatego nieraz z trwogą patrzy społeczeństwo polskie na to, co się dzieje w Angers.

Z niepokojem nieraz łapie słowa, które padają w komunikatach radjowych i podają nieraz nazwiska aż nazbyt dobrze znane i tylko wtedy się uspakaja, gdy słyszy, że tam jednak nie o wszystkiem się zapomina, że jednak do szeregów odrodzonej armji polskiej niema dostępu dla Sławoja i Miedzińskiego, a Dąb-Biernacki i Rayski staną przed sądem i nietylko historia ich osądzi, gdyż dosięgnie ich sprawiedliwość ludzka.

Gdy się myśli o obecnych losach Polski, mimowoli nasuwa się wspomnienie czasów „Potopu".

Pamiętamy też słowa króla Jana Kazimierza, wyrzeczone do Kmicica, który bijąc się w piersi błagał o przebaczenie: „Kto w tym kraju koronę nosi, niewyczerpaną winien mieć wybaczenia gotowość..."

Dziś niema królów, ale suwerenem państwa jest Naród. On będzie sprawiedliwość wymierzał i karał lub odpuszczał winy. Ale ci, co chcą przebaczenie uzyskać, winni już dziś paść na kolana przed Majestatem umęczonej Ojczyzny i wielkim głosem wołać:

Przebacz nam Matko, bośmy błądzili i przeciwko Tobie grzeszyli.

Kto tego nie rozumie, dla tego w przyszłej Polsce miejsca nie będzie.

Wilno, w marcu  1940 r.


Piotr Kownacki

Przypisy:

1),Dodam, że za obopólną zgodą P. Prezydenta i szefa gabinetu p. Bartla, dyrektywy w stosunku do polityki międzynarodowej polskiej pozostają, jak dawniej, w moim ręku'. — Słowa końcowe wywiadu z redakcją .Głosu Prawdy* z dn. 30.Vl.28 r. o przyczynach rezygnacji ze stanowiska premjera.
2) List do gen. Sikorskiego, pisany z Suiejówka dn. 29.II.24 r.

Od redakcji pogon.lt:
W zamieszczonym tekście została zachowana pisownia drukowanego wydania z roku 1940 .




Poprawiony: Poniedziałek, 20 maja 2013