…Złamanie Traktatu Suwalskiego i Żeligowskiada były największym błędem, który zaciążył na losach tej części Europy Wschodniej. A stworzona przez Piłsudskiego Litwa Środkowa, była niewątpliwie szopką wysoce szkodliwą. Józef Mackiewicz. O pewnej, ostatniej próbie i o zastrzelonym Bubnickim. Kultura, 1954

(Nie) Trzeba głośno mówić Drukuj
Autor: Ryszard Maciejkianiec   
Sobota, 25 września 2010

Narodowe fobie oraz „historyczne immunitety”

Za największe dzieło Wilnianina Józefa Mackiewicza jest uznawana powieść „Nie trzeba głośno mówić”, w której autor …”dokonuje wielkiej rewizji polityki polskiej, tak w pierwszych latach niepodległości jak w czasie wojny. Jej ładunek polityczny jest tak znaczny i ważny, że trzeba ją uważać także za traktat polityczny o samoistnym znaczeniu. (…) Mackiewicz pisze, że wszystkie nieszczęścia, jakie spotykały Polskę w czasie drugiej wojny światowej i później, biorą początek z grzechu pierworodnego, jakim było lekceważenie niebezpieczeństwa bolszewizmu przez Piłsudskiego” (Adam Pragier „Wiadomości”, Londyn, 1969, nr 43 (1230).

Jest w niej również poruszona tematyka wileńska, w tym działalność AK, która poprzez swoje czyny nie tylko sprzyjała okupacji Wilna i Litwy przez wojska sowieckie, ale też faktycznie wydała w sowieckie ręce – do obozów, na rozstrzał i wygnanie najbardziej wartościową młodzież tej ziemi. Ale o tym nie trzeba głośno mówić…

Jest tam wiele innych historycznych epizodów, które dotychczas stanowią narodowe tabu, skazujące społeczeństwo na bycie w nieszczerości i zakłamaniu, mylnie myśląc, że trwanie w takim stanie daje siłę.

Jest to więc, jak wynika już z samego tytułu dzieła, nie tylko wielki traktat polityczny, ale też próba przełamania narodowych fobii i narzuconych stereotypów, poza które rzekomo nie powinny się wychylać poszczególne jednostki społeczeństwa, aby nie być okrzykniętymi odszczepieńcami i zdrajcami.

O mechanizmach powstawania historycznych stereotypów i fobii, prowadzących do błędnych ocen, oraz wiele innych niezwykle aktualnych tematów porusza powyższy autor również w utworze „Gdybym był chanem…”, który jest godny uwagi każdego Litwina – z pochodzenia czy obywatelstwa.

Poza fobiami narodowymi wobec historycznych postaci i wydarzeń, które rzekomo można tylko tak a nie inaczej oceniać, doszły w ostatnich kilkunastu latach współczesne nam wypadki i ludzie, którzy mają tzw. „immunitet historyczny”, a którzy w związku z tym znaleźli się poza krytyką, poza lustracją, stanowiąc rzekomo wzorzec do naśladowania dla kolejnych pokoleń, a o wynaturzeniach których też nie trzeba głośno mówić.

Ostatnio przełomu w zmowie milczenia odnośnie „immunitetów historycznych” dokonali dwaj historycy polscy Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk , wydając obszerne dzieło – dokument „SB a Lech Wałęsa” (SB – polska filia sowieckiego KGB), którzy przedstawiają drogę Lecha Wałęsy (pseudonim „Bolek”) od podpisania deklaracji o współpracy z SB, poprzez donosy na swoich kolegów i pobieranie pieniędzy za donosy – do uzależnienia się i faktycznej zdrady, która miała też wpływ i na wydarzenia na Litwie.

Niestety, proces poszerzania się kręgu „immunitetów”, wznoszących się ponad Konstytucję, prawo i publiczną ocenę nabiera tempa. Przed kilkoma dniami na taką tendencję zwrócił uwagę Kęstutis Čilinskas w publikacji Wszystko na sprzedaż aż do ostatniej kropli sumienia (Atgimimas, 2008.09.18 d), z której niestety wynika, że kryminalny Sejm, rząd i prokuratura, wraz ze stojącymi ponad nimi oligarchami, stanowią konglomerat, który uniemożliwia postęp w budowaniu obywatelskiego, opartego na zasadach sprawiedliwości, państwa, rozwój gospodarczy na podstawie ekonomii rynkowej oraz tworzenie trwałego mechanizmu bezpieczeństwa narodowego.

Co więcej, krąg tych, którzy nie podlegają krytyce i publicznej ocenie, a o ich nawet przestępczych działaniach nie można głośno mówić, dziś sięga już nawet poszczególnych działaczy partyjnych i samorządowych oraz ich rodzin, którzy poprzez powiązania z przestępczym światem oraz propagandę na koszt społecznych środków stają się nietykalni i niekaralni, siejąc w lokalnych środowiskach postrach i beznadzieję na demokratyczne przemiany. Szczególnie jest to charakterystyczne na Ziemi Wileńskiej, gdzie mówienie prawdy jest wyjątkowo niepopularne, i gdzie wewnętrzna okupacja polskiego środowiska w wykonaniu AWPL, a faktycznie jej lidera, jego rodziny oraz najbliższego otoczenia opierających się na postsowieckie struktury i układy, osiągnęła niespotykany nie tylko na Litwie poziom.

Nacjonalizmy – sposób na propagandę i prowokacje

W celu zachowania tego stanu i niedopuszczenia do zmian na tym terenie, są specjalnie intensywnie eksploatowane litewsko – polskie animozje, jednoznacznie używane dziś w celu trzymania nierozeznanej ludności w stanie niewiedzy i niepewności jutra, pogłębiania izolacji i wewnętrznej okupacji wbrew tradycji, wierze i zdrowemu rozsądkowi, metodami żywcem wziętymi z arsenału sowieckich służb. I kto próbuje krytykować ten stan rzeczy – otrzymuje łatkę albo anty-Polaka albo anty-Litwina w zależności od obiektu krytyki.

Wprawdzie z biegiem czasu jest coraz trudniej ukrywać, iż za tymi patriotycznymi hasłami wcale nie stoją czyny, że wszystko jest zakłamane i skorumpowane, aż do ostatniej kropli sumienia, że za kilkanaście lat rządów Akcji, Ziemia Wileńska coraz bardziej negatywnie wyróżnia się na tle innych części Litwy, i że za nadużycia przy przeprowadzaniu reformy rolnej i zwrocie ziemi, oraz hamowanie przyjęcia generalnego planu rejonu ponosi odpowiedzialność Akcja Wyborcza.

Przed kilkoma dniami w środkach masowego przekazu ukazała się informacja, iż „Vilnija” domaga się rozwiązania Akcji Wyborczej, a podstawowym powodem ku temu są rzekomo odbyte przed kilku miesiącami na Litwie jeździeckie pokazy w strojach legionowych, w wykonaniu klubu jeździeckiego z Polski. Ten list „Vilniji” o potrzebie rozwiązania Akcji jest godny uznania za majstersztyk propagandy i prowokacji. Po pierwsze – precyzyjnie wybrany moment na początek wyborów, które Akcja Wyborcza z roku na rok prowadzi na zasadzie obrony wobec wroga „osaczonej twierdzy”, i taki upubliczniony list „Vilniji” był jej pilnie potrzebny. Po drugie, wystarczy podstawowego wykształcenia, aby zrozumieć, że jeźdźcy z Polski w legionowych strojach nie mają nic wspólnego z wymogami Ustawy o powodach do rozwiązania partii. Po trzecie – nie jest żadną tajemnicą, że podstawowym elektoratem Akcji jest starsze pokolenie, nie orientujące się w zawiłościach okresu przemian, dla którego legioniści, konie i stroje narodowe stanowią świętości z okresu ich młodości. A wiadomo, że świętości trzeba tłumnie bronić wobec zakusów „Vilniji”, poczynania i obraz której są dziś odnoszone, niestety, do każdego i wszystkich Litwinów.

Można więc sądzic, że jakoby nawzajem się zwalczające Akcja Wyborcza oraz Towarzystwo „Vilnija”, są kierowane z tego samego ośrodka. Dziś to szczególnie rażąco rzuca się w oczy.

W sierpniu b.r., w wydawanym w Londynie od roku 1940 „Dzienniku Polskim”, ukazał się wywiad z M. Płażyńskim, obecnym prezesem warszawskiej „Wspólnoty”, realizującej wbrew głoszonym hasłom i wbrew polityce Unii Europejskiej dezintegrację środowisk i organizacji polonijnych wobec krajów zamieszkania, w którym wyżej wymieniony wybitnie w negatywnym świetle przedstawia głównie Litwę. A między wierszami wywiadu w dalekim Londynie jak najwyraźniej są czytelne czyny, prowokacje i obrazy, kreślone przez Akcję Wyborczą i „Vilniję”. I o tym widocznie trzeba otwarcie i głośno mówić.

Dziś, naszym zdaniem, rzeczywiście potrzebna na Ziemi Wileńskiej społeczna regionalna obywatelska inicjatywa, która podjęłaby się analizy i zapoczątkowania naprawy już wiekowych zaniedbań – okresu międzywojennego, sowieckiego i awepelowskiej okupacji – stanu gospodarczego, warunków socjalnych i stosunków społecznych. Tylko, że „Vilnija” pasuje do tego jak najmniej.

8 września b.r. w Delfi.lt ukazała się obszerna publikacja Alvydasa Butkusa p.t. Słowiańskojęzyczny obywatel krajów bałtyckich, w której autor, specjalizujący się w tematyce łotewskiej, odnotowuje wymowną identyczność zachowań Rosjan w Łotwie i działaczy Akcji Wyborczej na Litwie, jakby byli kierowani z tego samego centrum, widocznie nie wiedząc, że w Polsce nie odbyła się lustracja, że tam pozostały dziesiątki tysięcy uzależnionych ludzi, i że dziś przy współczesnych możliwościach i układach „pomoc” poprzez Warszawę wygląda bardziej wiarygodnie i przyzwoicie. Inna rzecz, że autor, naszym zdaniem, bezpodstawnie odnosi poczynania Akcji do wszystkich Polaków, wysuwając na czoło problemu racje emocjonalne, zamiast racjonalnych. Uważamy bowiem, że istnienie wykształconych na Litwie grup mniejszościowych może być atutem kraju, w tym też wobec potrzeby odpierania różnorodnych interwencji w sprawy Litwy ze strony sąsiednich krajów. I że nie język, którego używają mniejszości stanowi zagrożenie, ale ich stosunek do Litwy, ich dezintegracja i uleganie wpływom służb innych państw.

Ciekawe, że mimo upływu czasu, żaden z politologów nie podjął się analizy wydarzeń w Wilnie z wiosny roku 2004, kiedy to precyzyjnie przygotowany i zupełnie nieoczekiwanie wymierzony przez Akcję Wyborczą cios w koalicję, która miała być powtórką z minionej kadencji, zdestabilizował sytuację w stolicy i państwie, a Wilno straciło dynamikę rozwoju i do dziś nie może rozwiązać problemu stabilności władzy, mimo że za kilka miesięcy będzie rzekomo jedną ze stolic kultury Europy. Odnieśliśmy wtedy i odnosimy do dziś wrażenie, że był to czyjś udany eksperyment jak poprzez małą partię, na której działalność nie jest zwracana szczególna uwaga, można doprowadzić do znacznego zamętu w stolicy i państwie.

Nieskuteczne próby zmiany sytuacji

Warto odnotować, że mniejszość polska niejednokrotnie próbowała zmienić stan rzeczy. Szczególnie wart uwagi jest okres z lat 1999-2001, kiedy to w roku 1999 Związek Polaków na Litwie w swoim piśmie rozpoczął dyskusję o tym, że Polacy – obywatele Litwy mają konstytucyjne prawo przystępowania do wszystkich legalnych organizacji politycznych i nie muszą należeć wyłącznie do Akcji Wyborczej, a kierownictwo Związku odmówiło poparcia dla listy wyborczej Akcji w wyborach samorządowych. Niestety, już po kilku miesiącach siedziba Związku i redakcji pisma została doszczętnie zdewastowana i okradziona, a „nieznani sprawcy” dotychczas nie zostali ujęci. Widząc, że w środowisku polskim może się rozpocząć proces budowania obywatelskiego społeczeństwa, że sprawcy napadu mogą być pociągnięci do odpowiedzialności karnej, a przy okazji mogą wyjść na jaw wielomilionowe nadużycia przy budowie Domu Polskiego w Wilnie – do Wilna niebawem przybywa A. Stelmachowski, prezes warszawskiej organizacji „Wspólnota”, którego pobyt na Litwie przygotowywał znany ówczesny doradca prezydenta oraz ówczesny dyrektor Departamentu Wychodźstwa i Mniejszości Narodowych R. Motuzas.

Ten warszawski zaledwie społeczny działacz, który zamierzał jakoby zasadzić okolice Wilna sadami, zostaje przyjęty na najwyższym szczeblu – przez premiera oraz prezydenta i przed wyjazdem wcale nie ukrywał, że uzyskał zgodę na rządzenie z Warszawy Polakami – obywatelami Litwy (?!), według własnego widzimisię. Niebawem więc się rozpoczęły systematyczne, niemal codzienne napady na siedzibę redakcji i Związku Polaków, działacze Akcji zorganizowali równoległy zjazd tej społecznej organizacji, a wyłonionych w sposób nielegalny osób władze Litwy, w tym prezydent zaczęli kierować zaproszenia i pozdrowienia mimo oczywistej nielegalności tego przedsięwzięcia. Sprawa bandyckiego napadu została umorzona. Procesy sądowe przeciwko opornym, broniącym konstytucyjnego prawa do niezależnego zrzeszania się, swobody słowa i głoszenia obywatelskich opinii trwały aż do roku 2007.

Był to okres początku głębszych jakościowo przemian w stosunkach społecznych w środowisku polskim, kiedy to dzięki Akcji Wyborczej, „Radiu znad Wilii” i postkomunistycznym pismom finansowanym z Polski, powstało wyjątkowo niekorzystne dla postępu i demokratycznych przemian porozumienie, rozciągające swoje wpływy na samorządy – Wilna, solecznicki, wileński i trocki oraz na prezydenturę i szereg rządowych instytucji – rząd, Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Departament Mniejszości Narodowych. Ta sieć tzw. przedstawicieli, najczęściej przez powiązania rodzinne, uniemożliwia przekazywanie jakiejkolwiek bądź nie pasującej dla tego ugrupowania informacji czy opinii, a w związku z czym Polacy na Litwie są raczej odbierani jako jednorodna masa, nieżyczliwa Litwie i wszystkiemu co litewskie.

Jeszcze jednym dowodem, że rozpychanie się Akcji i coraz głębsze wżeranie się awepelowskiej zarazy w tkankę społeczeństwa odbywa się za zgodą i poparciem centralnych władz i instytucji państwa, były wybory samorządowe w roku 2007. Wtedy to obserwatorzy różnych partii z rejonów wileńskiego i solecznickiego, przedstawili Głównej Komisji Wyborczej cały szereg dowodów wołających o pomstę do nieba, świadczących o tym, że w tych rejonach Akcja Wyborcza nagminnie łamie prawo wyborcze, Konstytucję, wolną wolę obywateli. Tym niemniej wybory zostały uznane za ważne, żadna z osób, winna naruszeń, nie została pociągnięta do odpowiedzialności. Należy więc oczekiwać, że w zbliżających się i następnych wyborach nikt już żadnych zastrzeżeń zgłaszać nie będzie, a przestępczy proceder łamania prawa wyborczego stanie się codziennością na terenie tych samorządów.

***

Od dłuższego czasu uwagę świata przykuwają przygotowania do wyborów prezydenta Stanów Zjednoczonych. Realnym kandydatem na urząd głowy najpotężniejszego mocarstwa jest Murzyn Barack Obama, głównie dzięki poparciu białej ludności Ameryki. Dla ciekawości zadajmy więc sobie pytanie – czy mógłby być prezydentem Litwy Polak? Odpowiedź może być tylko negatywna. Dopóki na Litwie będzie działała Akcja Wyborcza, liderów której cechuje skrajny prymitywizm, nie wykazujący najmniejszego postępu, powszechne zakłamanie i skorumpowanie do szpiku kości, agresja wobec wszystkiego i wszystkich, co ma inne zdanie – litewscy Polacy nie mają szans na żadne kariery, na perspektywę i na szacunek.

Może więc właśnie w tym tkwi przyczyna poparcia dla Akcji ze strony najwyższych czynników w państwie?

O tym też trzeba dyskutować i głośno mówić.

Ryszard Maciejkianiec