…Złamanie Traktatu Suwalskiego i Żeligowskiada były największym błędem, który zaciążył na losach tej części Europy Wschodniej. A stworzona przez Piłsudskiego Litwa Środkowa, była niewątpliwie szopką wysoce szkodliwą. Józef Mackiewicz. O pewnej, ostatniej próbie i o zastrzelonym Bubnickim. Kultura, 1954

Zwycięstwo prowokacji Drukuj
Autor: Ryszard Maciejkianiec   
Sobota, 25 września 2010
Widmo krąży po Europie – widmo nacjonalizmu(…). Jeszcze rok – dwa i wybuchnie. Jest to widowisko szokujące dla prostego obserwatora – a banalnie proste dla każdego cybernetyka. Na każdą akcję występuje reakcja. (Janusz Korwin Mikke).

Nienawiść zdarza się dosyć często wśród ludzi, ale nastroje mijają, ludzie z czasem sobie wybaczają. Jest jeden wyjątek. Tym wyjątkiem jest nienawiść oparta na pogardzie. (z wypowiedzi internauty).

Jak na razie  minęły wszystkie możliwe wybory, dlatego za zabranie głosu w temacie nie będzie można nas posądzić o stronniczość na potrzebę chwili. A mówić naprawdę jest o czym. I trzeba. A szczególnie o wydarzeniach, które miały miejsce w przeddzień wyborów do Europarlamentu. I wypada o tym mówić przede wszystkim nam, Polakom litewskim.

Przed kilku laty Polska ustanowiła dla osób, mieszkających poza Polską, a uważających siebie za Polaków , swoiste uroczystości – Swięto Polonii i Polaków za Granicą. Swoiste, bo w tym samym dniu w Polsce jest obchodzony Dzień Flagi RP. Swoiste również z tego powodu, że nikt inny na świecie nie obchodzi święta narodowości własnej. Czyli święto, które negatywnie wyróżnia Polaków na świecie w krajach ich zamieszkania – typowe zachowanie się  wypiętej, prowokacyjnej polskości.

Postkomunistyczne pisma wydawane na Litwie za pieniądze podatnika z Polski,  jak też pisma ukazujące się w Polsce  informowały, że kilkutysięcznym, biało-czerwonym pochodem Aleją Gedymina, główną ulicą Wilna, uczczono w sobotę ( 2 maja b.r., )    `na Litwie Dzień Polonii i Polaków za Granicą, a także 20 -lecie założenia Związku Polaków na Litwie (ZPL).

Polskę reprezentowali: wicemarszałek Sejmu RP Jarosław Kalinowski, senator Maria Pańczyk-Poździej z komisji ds. emigracji i łączności z Polakami za granicą oraz ambasador RP na Litwie Janusz Skolimowski.

Trwający 1,5 godziny przemarsz zakończyła msza święta w kaplicy Ostrej Bramy w intencji wszystkich Polaków.

Nie trudno więc sobie wyobrazić, co by się działo w Polsce, jaki to byłby rwetes i skandal polityczny, gdyby dla przykładu Niemcy z udziałem oficjalnych przedstawicieli Bundestagu zaczęliby urządzać podobne demonstracje, niosąc własne trójkolorowe flagi we Wrocławiu, Szczecinie czy Gdańsku. Czyli na ziemiach, które do drugiej wojny światowej znajdowały się w składzie Drittes Reich.

Co dał taki nakazowy pochód pełen pogardy wobec społeczeństwa  i  historii Litwy, zwiezionych z terenu, według rozdzielnika ludzi?

Głosy w zbliżających się wyborach dla Tomaszewskiego i Kalinowskiego? Owszem. Jednocześnie budząc w kolejnych pokoleniach Litwinów niechęć wobec Polaków na Litwie. Zaznaczmy – niechęć świadomie prowokowaną przez miejscowych prowadyrów oraz oficjalną Polskę.

Warto też odnotować, że podobne pochody z udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski nie odbywają się w żadnym innym państwie, w żadnej innej stolicy, na żadnym innym terytorium, siłą włączonym w okresie międzywojennym w skład Polski.

Niezwykle ważna jest jednak Litwa w rachubach tych, którym zależy, aby w tym korytarzu między Unią Europejską a Rosją panował niepokój, uprzedzenia, wzajemna niechęć, niepewność jutra, zamęt! Komu służą te prowokacje – pytanie wyraźnie retoryczne.

„Dziękuję za pracę i zaangażowanie na rzecz społeczności polskiej na Litwie, za promocję polskiej kultury, języka polskiego, za działalność na rzecz utrwalania podmiotowości społecznej Polaków i ich obecności w życiu obywatelskim Litwy” – napisał prezydent RP Lech Kaczyński.

Trudno powiedzieć, czy prezydent RP wcale się  nie orientuje  w prowokacyjnych i najwyraźniej prorosyjskich poczynaniach Akcji i jej przybudówki tzw. Związku Polaków, czy też te prowokacje uważa za poczynania właściwe. Zastanawia też ,  co przywódcy państwa polskiego uważają za pracę i zaangażowanie się, kulturę i obywatelską obecność. Wspólna lista wyborcza z prorosyjskimi organizacjami pod hasłem „Wmieste my siła”, finansowanie Akcji Wyborczej przez związaną z rosyjskim gazem sławetną „Dujotekanę”,  czy też niedawna wystawa poświęcona wydarzeniom w Gruzji, zorganizowana przez Ambasadę Rosji w Domu Polskim w Wilnie – to tylko kilka faktów z długiej listy, świadczącej o obracaniu się działaczy Akcji w orbicie ambasad Rosji i Polski.

Podobne gratulacje nadesłał też premier Donald Tusk zapewniając,  że i on oraz jego rząd przedstawiają „postulaty poprawnych warunków funkcjonowania mniejszości polskiej podczas wszystkich spotkań z władzami Litwy”.
Zapewnił, że dokłada wszelkich starań, „by strategiczne partnerstwo pomiędzy Polską i Litwą rozwijało się przy pełnym poszanowaniu praw mniejszości polskiej na Litwie”.

Tylko, mówiąc szczerze, czy władze Litwy mogą dziś realizować postulaty, wysuwane przez Akcję, widząc jej wyraźnie agenturalną działalność, wiedząc, że lista postulatów i pretensji jest układana poza środowiskiem polskim na Litwie i że najważniejsze postulaty w granicach kompetencji samorządów powinni zrealizować sami działacze Akcji, sprawujący w rejonach wileńskim i solecznickim władzę (zwrot ziemi, oświata na szczeblu samorządowym, planowanie przestrzenne, rozwój regionalny itp.) ?

Karygodny udział  J. Kalinowskiego i ambasadora J. Skolimowskiego w prowokacyjnym pochodzie przez Wilno był nadomiar spotęgowany wypowiedzią, że cierpliwość po naszej stronie się skończyła ( „wojna czy pokój”) i pogróżkami, że jeśli Litwini nadal nie zrobią nic, by rozwiązać problemy polskiej mniejszości, to Warszawa zaskarży Wilno do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Podobne wypowiedzi padły w tym czasie również z ust ministra spraw zagranicznych R. Sikorskiego.

Jak zauważa ze zdziwieniem redaktor „Kuriera Wileńskiego” vel „Czerwonego Sztandaru” – „słowa Kalinowskiego wywołały w litewskim Internecie falę nienawiści do Polaków”. Z niemniejszym zdziwieniem dziwimy się zdziwieniu redaktora „KW” – jakiejż innej reakcji możemy oczekiwać na ”świńsko – nierycerską” prowokację szytą grubą nicią nacjonalizmu z wizją budowy międzypaństwowych stosunków nie dalej niż na zbliżające się wybory i zdobycie mandatu europarlamentarzysty?!

W powyższym zachowaniu i wypowiedziach oraz w wielu innych przypadkach  najwyraźniej słychać echa bliskowzrocznej polityki Polski z okresu międzywojennego,świadczące o  słabej znajomości własnej historii i nauki z niej płynącej, a   przede wszystkim nieuświadomianie sobie, że w okresie międzywojennym , częściowo i  z winy Polski nie powstał między Bałtykiem a Morzem Czarnym pas przyjaznych państw, który możliwie mógłby się przeciwstawić sowieckiej agresji, sprzyjając umacnianiu się państwowości Litwinów, Białorusinów i Ukraińców.  I  to się dziś powtarza, szczególnie w stosunku do Litwy i Białorusi widać to najwyraźniej. Co prawda w postaci groteski, zatruwającej atmosferę swoim zakłamaniem i prymitywnością.

Zajęcie Wilna, przekazanie bolszewikom Mińska, zajęcie siłą Zachodniej Ukrainy, zagarnięcie Zaolzia – to niedalekowzroczna demonstracja agresji i siły, za które dla dobra współpracy i wobec wspólnego zagrożenia, należałoby się  dziś co najmniej wyrażenie skruchy, a nie demonstracja buty, a najlepiej przeprosiny za historyczne, wobec najbliższych sąsiadów, błędy Piłsudskiego i piłsudczyków. Ta odwieczna i niezmienna nieomylność polskich polityków i historyków (której również my ulegaliśmy jeszcze przed dziesięciu laty) przy obecnych możliwościach dostępu do źródeł informacji jest po prostu rażąca i zakrawa na tępotę. Zresztą przysyłanie z wielkopańska na międzynarodowe litewsko – polskie rozmowy parlamentarne delegacji, pod przewodnictwem osoby specjalizującej się  w doglądzie bydła,   nasuwa sugestie co do traktowania społeczeństw i państw poza wschodnią granicą Polski. Natomiast takie prowokacyjne demonstrowanie pogardy, pychy i nieomylności jest, jak i w okresie międzywojennym, jedynie dowodem słabości i moralnego upadku elit politycznych Polski. Każdy, w miarę oświecony człowiek, widzi to i rozumie.

Natomiast sąsiadujące narody bez wątpienia mają prawo na własną interpretację historii i ocenę współczesności, tym  bardziej, że w wielu dziedzinach są znacznie do przodu w porównaniu z krajem nad Wisłą. Należy też mieć na uwadze, że wszystkie te kraje, od Estonii po Ukrainę, mają bardziej skomplikowane warunki odbudowy własnej państwowości, pełniąc trudne misje państw granicznych, za co Polska powinna byłaby być im głęboko wdzięczna. 

Stronniczość i ukształtowane stereotypy historyczne, z których nie są w stanie dotychczas wybrnąć polscy historycy i politycy, celnie w swoim czasie ujął Józef Mackiewicz w eseju „Gdybym był chanem…”. Czas  więc najwyższy, aby oni sami dokonali nowej oceny i ustawienia akcentów wielu wydarzeń historycznych – od ogłoszenia  niepodległości w roku 1918, poprzez pokój ryski, rządy Piłsudskiego i piłsudczyków, stosunek do narodów sąsiednich, drugą wojnę światową oraz działalność AK i decyzje jej dowództwa odnośnie powstań i zrywów, ułatwiających zajmowanie terenu przez kolejnego okupanta sowieckiego. Trwanie Polski w zakłamaniu historycznym jest jedną z poważnych przyczyn, utrudniających ułożenie z wizją na przyszłość wiarygodnych i poprawnych stosunków ze swoimi sąsiadami, z tą częścią Europy, która niegdyś  się nazywała Wielkie Księstwo Litewskie i skąd szło zagrożenie  dla Moskwy, a nie na odwrót.

(…) Historycy polscy nie stanowią wyjątku z tej reguły stronniczości, a zdarza się, że są nawet klasycznym jej eksponentem. Czyta się często wnikliwe analizy, konstatuje głęboką wiedzę, szczerą erudycję, gdy chodzi o krytykę własnego narodu w sprawach wewnętrznych lub słuszny zewnętrzny interes Polski. Nigdy natomiast nie czytałem, aby interesy sąsiadów w odniesieniu do Polski uznane zostały kiedykolwiek za słuszne. Na przykład Niemiec albo Rosji.

Chętnie wierzę, iż odpowiada to prawdzie w większości wypadków historycznych. Z drugiej jednak strony nasuwa się pytanie: czy człowiek o zdrowych zmysłach może uwierzyć, że z jakichś trzech narodów: A, B, C, których granice przytykały do siebie w przeciągu tysiąca lat, w każdym sporze w przeciągu tych 1000 lat – rację mógł mieć zawsze tylko jeden naród “A”, zaś narody “B” i “C” nigdy?

Czy raczej w tak dziwny zbieg okoliczności dziejowych uwierzyć jest trudno? Wydaje się, że trudno. Po prostu dlatego, że narody składają się z ludzi, zaś ani ich skład organiczny, ani warunki życia na naszej planecie nie są tego rodzaju, aby mogły pewnej grupie ludzkiej gwarantować w przeciągu tysiąca lat wyłącznie pobudki słuszne, a innym grupom wyłącznie pobudki niesłuszne. Naturalnie w przedstawieniu rzeczy ubiegłych dużo zależy od poziomu uczonego-historyka; przyznać jednak musimy, iż w spopularyzowanej praktyce, historiografia polska da się sprowadzić do następującej formuły: Żółkiewski w Moskwie – to bohater; Suworow w Warszawie – to zbrodniarz(…). (Józef Mackiewicz, Gdybym był chanem…“Kultura” /Paryż/nr 6/128 z 1958 r.).

Przy okazji warto też przytoczyć kilka innych wypowiedzi osób, należących w okresie międzywojennym do elit politycznych i intelektualnych,  które krytycznie oceniały politykę Polski wobec sąsiednich narodów. Dlatego nawiązywanie przez polskich polityków do tych skompromitowanych wzorców z okresu międzywojennego w wieku XXI,  będąc w składzie UE – jest, naszym zdaniem, przejawem prymitywizmu i szkodnictwa.

Sprawę litewską chciał Piłsudski rozwiązać za pomocą konspiracji POW, czym przyczynił się do zatrucia atmosfery polsko-litewskich stosunków. W ciągu jednego roku 1920 zła­mał dwa traktaty, z Litwinami “Suwalski”, z Ukraińcami “Warszawski”(…). Ta niezmiernie przykra afera Suwalska, pokryta w Polsce częściowo zakłamaną, częściowo tromtadracką apologetyką, wystarczyłaby sama dla wykazania braku poczucia “romantyzmu” w działaniach Piłsudskiego. Skończyło się na tym, że Piłsudski, który w przeciwieństwie do endeków wyciągał rzekomo braterską dłoń do Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, i dążył do współżycia na zasadach federacji, został przez nich znienawidzony i stał się symbolem “złej Polski” bardziej niż naj­zacieklejsi nacjonaliści polscy. (Józef Mackiewicz. Zwycięstwo prowokacji. Monachium. 1962)

 Po wojnie 1920 spotkała nas „szalona okazja”. Spotkał nas cud, choć nie był to jakiś „cud nad Wisłą”, lecz cud, że po upływie stuleci trzy sąsiednie potęgi zostały pobite lub osłabione. Na taką okazję państwa i narody czekają nieraz na próżno, przez długie i mroczne stulecia swych dziejów. Nie wyzyskaliśmy tej okazji. Dobrowolnie zrzekliśmy się spuścizny jagiellońskiej. Dobrowolnie oddaliśmy wrogowi wschodniemu ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilka milionów mieszkańców (…).

Apologetycy ryscy chełpili się racją stanu i „wstrzemięźliwością”. Oddanie bez walki wielkiego terytorium z kilku milionami mieszkańców poczytane zostało za wielką mądrość polityczną(…).

Drugi argument apologetyków hańby ryskiej wygląda na pierwszy rzut oka solidniej. Argument ten głosi, że postąpiliśmy mądrze oddając bolszewikom ziemie między Słuczą a Dnieprem, gdyż nasz młody organizm nie zdołałby „przetrawić” tego obszaru. Ten argument zapożyczony z dziedziny funkcjonowania przewodów pokarmowych i organów trawienia byłby słuszny, gdybyśmy mieli zamiar (a kto wie ilu z nas go nie miało!) obszary te anektować i polonizować (…) Czy nie było innego sposobu współżycia z Białorusinami prócz inkorporacji i polonizacji?… I tak – w nawiasie – czy pomyśleliśmy o tych, których nie trzeba było polonizować, bo byli już od wieków spolonizowani, o tej dzielnej, twardej, pracowitej szlachcie zagrodowej i zaściankowej, o tym milionie Michniewiczów, Tumiłowiczów, Huszczów, Kandybów, Szpilewskich, Czarnyszewiczów i tylu, tylu innych, którzy w pierwszej kolejce poszli pod nóż, lub na tułaczkę do tundr Karelii lub kopalń Uralu? Bez echa i rozgłosu, bez rozdzierania szat przez obłudną prasę, bez łezek współczucia ze strony różnych obrońców praw człowieka, bez opieki UNRRy czy UNO powędrowały setki tysięcy tych pierwszych w dziejach współczesnego świata „displaced persons” na śmierć i poniewierkę. Opustoszały zagrody, zaścianki i „okolice” – zrównane z ziemią lub zmienione w kołchozy (…).

 Traktat ryski nie był nawet katastrofą, bo katastrofy w dziejach narodu nie można przywiązywać do jakiejś chwili. Był tylko objawem, zapewne najjaskrawszym, choroby toczącej myśl polską. Był objawem atrofii racji stanu. Racji opartej na pewnym minimum moralności politycznej. Był objawem raka dojutrkostwa zbudowanego na fałszywym poczuciu bezpieczeństwa(…).

Jeżeli okres żywego Piłsudskiego był daleki od ideału, to „Piłsudczyzna bez Piłsudskiego” była tragikomedią, tym tragiczniejszą, że większość Polaków nie zdawała sobie sprawy z idiotycznego impasu, w który Polskę wpędzili trzymający się kurczowo posad i posadek piłsudczycy (…).

Pan Bociański w sposób obleśny podlizywał się wojsku. (…)I zachował życzliwą neutralność, gdy chuligani w mundurach oficerów polskich z rozkazu Biernackiego pobili – na oczach żony i dziecka – bezbronnego profesora Cywińskiego (…).

Pan Bociański był pułkownikiem „dyplomowanym”, a więc tumanem ex definitione. „Dzielny” zdaniem niektórych głupich ziemian, był najgorszą kombinacją – chytrej tępoty z energią. Zresztą, jeśli o politykę chodzi, był na terenie Wileńszczyzny miniaturą i wiernym wykonawcą generała Sławoja Składkowskiego. Nie uznawał Litwinów i Białorusinów. W stosunku do Litwinów stosował różne chwyty skarbowo-policyjne. Białorusinów w ogóle nie uznawał za naród….(M.K Pawlikowski. Wojna i sezon. Wilno, Czas.2008.)

Problem i przyczyny konfliktu polsko – ukraińskiego niezwykle dobitnie ujmuje prof. Marian Zdziechowski, rektor USB, który wyraźnie solidaryzując się z opinią proukraińskich działaczy zaznacza, iż w świadomości nie jednego Polaka ukrainizm oznacza Lachów ribaty, jest synonimem hajdamaczyzny, która była jedynie odpowiedzią na działania ze strony Polski.

(…) Początkiem swoim nienawiść Ukraińców do Polski sięga daleko wstecz – aż do XIV wieku, gdy ekspansję polską ku Wschodowi uwieńczyło zagarnięcie ziem państwa halicko – wołyńskiego przez Kazimierza Wielkiego.(…) Faktem konkretnym, wyprowadzającym autora z równowagi, jest podbój Lwowa, a wraz z nim całej Rusi Halickiej, ale nie ów podbój sprzed wieków, który był dziełem Kazimierza Wielkiego, lecz podbój dokonany na początku 1919 roku przez wojska Piłsudskiego i uwieńczony przechrzczeniem ziem miedzy Zbruczem a Sanem, czyli Ukrainy Zachodniej, na Małopolskę Wschodnią – tak jak niegdyś carat przechrzcił Królestwo Polskie na Kraj Przywiślański. Czy podbój ten był dla Polski – pyta Kuczabski – koniecznością życiową? Nie, Rzeczypospolita Polska i Ukraina Zachodnia stanowiły na przełomie 1918 i 1919 roku dwie równorzędne i równowartościowe kreacje polityczne z tą różnicą, że zachodnio – ukraińska demokracja była zdrowsza od polskiej – nie było tam demagogii, zamilkły waśnie miedzy partyjne, górę brał duch solidarności, masy ludowe wyróżniał daleko większy, niż w Polsce, zmysł dla sprawy narodowo – państwowej. Rozum polityczny nakazywał Polsce sprzyjać przetworzeniu Galicji Wschodniej w państwo zachodnio – ukraińskie. (…) Czy nie było dogodniej dla Polski – woła autor – mieć na wschodzie sprzymierzoną Ukrainę niż bezpośrednio sąsiadować z bolszewikami? Polska – dowodzi dalej – straciła nie powtarzalną sposobność zapoczątkowania przyjacielskiego współżycia z Ukrainą. (…) I zniszczyła Polska zaczątki ukraińskiej państwowości, zdobywając Lwów (…). (Marian Zdziechowski. Pierwiastek zachowawczy w idei ukraińskiej. Widmo przyszłości. Fronda. W-Wa 1999.)

„…Oczywiście zwalanie odpowiedzialności na ludzi, którzy właśnie w ostatniej chwili sprawowali rządy, jest najprostszym wyjściem z sytuacji, powiedziałbym odruchowem. Ale odruchami kierować się nie możemy. Stąd nie wolno nam twierdzić, że odpowiedzialni są Rydz, Kasprzycki, Sławoj, a bez winy są Sławek, Kozłowski, Prystor, Jedrzejewicz, Świtalski, Bartel i Piłsudski. Wszyscy oni w mniejszym lub większym stopniu pchali Polskę ku przepaści i każdy z nich winien stanąć przed trybunałam stanu, albo przed sądem opinii publicznej.

Tych, co się odważyli w walce o władzę przelac krew bratnią, nie osłania przed sądem nawet majestat śmierci(…). (Piotr Kownacki. „Gdyby Dziadek żył”…Wilno, 1940 r.)

Są to tylko krótkie urywki zaledwie z kilku dzieł i traktatów, poznanie których zmusza inaczej oceniać wydarzenia historyczne i inaczej widzieć z ich perspektywy przyszłość. Czy Kalinowscy, Sikorscy i im podobni są dziś w stanie  wyleczyć się z raka dojutrkostwa i powstrzymać narastanie atrofii racji stanu – jest raczej wątpliweTym bardziej, że aktualnym wymiarem  racji  stanu jest odpowiedzialne myślenie i budowanie wspólnoty nie tylko na okres wyborów i nie tylko w ramach swego kraju, lecz w ramach Europy i w szczególności Europy Środkowo – Wschodniej na historycznych ziemiach WKL i Korony.

Odnotowując zachowanie się polityków, warto również zwrócić uwagę na nagniatanie atmosfery przez polską prasę, w tym przez wpływowy dziennik „Rzeczpospolita”. Tym bardziej godne  uwagi są te  publikacje, które ukazują się spod pióra dziennikarzy, zwanych „reżymowymi”, a którzy  doskonale się orientują, jakie publikacje spodobają się  aktualnej władzy.

A więc 9 maja b.r. na łamach powyższego pisma zabiera głos małżeński duet Jerzy Haszczyński i Maja Narbutt. Publikacje brzmią nieprzyjaźnie i z pogardą wobec Litwy, w tonie wypowiedzi Kalinowskiego i Sikorskiego, jednocześnie wyraźnie świadcząc o braku rozeznania w temacie i  są rozliczone właśnie na poklask władz i nierozeznanego tłumu. J. Haszczyński w komentarzu Co z tą Litwą? twierdzi nawet o promoskiewskich (?!) działaniach władz Litwy, o ile nie będą wykonane wszystkie postulaty układane poza polskim środowiskiem na Litwie.  Z kolei Maja Narbutt przeprowadza wywiad z działaczem Akcji Wyborczej, byłym przewodniczącym kołchozu im. Przykazania Lenina,  Antonim Jundą (Honor i pieniądze Polaka na Litwie), którego pola ciągną się kilometrami. Z każdym rokiem obszar uprawianych przez Jundę pól jest większy. Dzisiaj gospodaruje już na 1500 hektarach cierpliwie i wytrwale skupowanych oraz branych w dzierżawę (jako były przewodniczący kołchozu u swoich byłych podwładnych kołchoźników. przyp. mój) Przeciętne gospodarstwo rolne na tych terenach ma jednak zaledwie kilka hektarów.

– A wie pani, że ja już dawno mam więcej ziemi niż generał Konarzewski? ( Daniel Konarzewski 1871 – 1935, generał, prawnik i archeolog. W latach 1925 – 1931 I   wiceminister Spraw Wojskowych. Pochowany W Punżankach w rejonie święciańskim.) Bo on miał tylko pięćset hektarów – mówi Jundo.

Swej polskości  Antoni Jundo gotów jest bronić zażarcie.

– Kiedy urzędnicy chcą, bym z okazji świąt flagę wywiesił, mówię, że owszem, mogę. Ale polską albo tę z wieloma gwiazdami, europejską. Bo litewskiej jakoś mój organizm nie przyjmuje – tłumaczy Jundo.

No właśnie – z praw obywatela Litwy do nabywania własności były przewodniczący kołchozu korzysta pełną gębą. Ale flagi litewskiej nie wywiesi, sugerując oczywiście swoim faktycznie do dziś spauperyzowanym podwładnym zachować się podobnie. I w oczach dziennikarki Maji Narbutt najwyraźniej jest typowany na bohatera – Polaka, patriotę, mimo że patriotyzm to nic innego jak miłość do ojczyzny własnej, a nie cudzej.

Ma więc rację Tadas Bagdonavičius, wiceprezes wspólnoty polskich Litwinów, pisząc w miesięczniku „Aušra”:
(…)Powiedziałbym, że wśród nas bardzo rzadko, czy też w ogóle nie zdarzają się przypadki publicznego ignorowania interesów państwa polskiego, czy przejawy szowinizmu –i wyjaśnia, że to samo powiedzieć o litewskich Polakach byłoby trudno(…) Miejmy nadzieję, że na to zwrócą uwagę również politycy z Polski, którzy wspierają narodową tożsamość litewskich Polaków i nie zastanawiają się o skutkach – mogą one z czasem doprowadzić do dużych nieporozumień, gdyż mniejszość narodowa, której brakuje tożsamości obywatelskiej, zawsze będzie niezadowolona z państwa – wnioskuje autor. Nie widząc, oczywiście, z dalekich Sejn  ważnego szczegółu – antyprawne działania Akcji Wyborczej mają miejsce na oczach władz Litwy, w stolicy i tuż obok stolicy – cynicznie, otwarcie i niezmiennie od lat łamiąc prawo i Konstytucję.Szczególnie podczas wyborów   ludność na terenach podwileńskich jest faktycznie pozbawiona prawa na wolny wybór, tajemnicę głosowania, a zwożenie, spajanie wyborców oraz ich zastraszanie są podstawowymi metodami „zwycięskich wyborów”, wyniki których   są zatwierdzane zazwyczaj bez żadnych zastrzeżeń. Bowiem tylko tym sposobem mogła  być wybrana do Europarlamentu osoba z sadystycznymi skłonnościami prześladowania każdego i wszystkiego, co niesie demokratyczne zmiany oraz wyzwalanie się ludzi z postsowieckich układów. Bojąc się najbardziej jednego,  że ludność, mimo terroru propagandowego, zrozumie, kto tak naprawdę uniemożliwił jej zwrot własności,  pozbawił ją  godności i przyszłości.

Czyli ten ostatni mini bastion despotyzmu w Unii Europejskiej trwa najwyraźniej z przyzwolenia władz,uniemożliwiając formowanie obywatelskich postaw i obywatelskiej integracji. Szarego, okupowanego przez półświatek i zastraszonego od lat obywatela – litewskiego Polaka, nie winiłbym za aktualny stan rzeczy.

On, jak i każdy inny obywatel ma prawo oczekiwać od państwa obrony jego systematycznie naruszanych praw, do  wszechstronnej i rzetelnej informacji, do godnego życia,  możliwości swobodnego wyboru i swobody działania.

***

Poruszając temat przedwyborczych demonstracji politycznych, warto odnotować, iż od kilku lat zmierzają one w stronę któregoś z kościołów, a najczęściej – w stronę Ostrej Bramy. Kościoły oraz place przykościelne w polskich parafiach na Ziemi Wileńskiej stały się ostatnio stałym miejscem rozpowszechniania i natrętnego wciskania niewybrednych i oszczerczych w treści ulotek wyborczych. Udział w takich demonstracjach, akcjach, balach turystycznych, kończących się mszą św. prowadzi, naszym zdaniem, do spłycania wiary, do budowania postaw chrześcijanina i katolika na niby – a w wyniku `do kosmopolityzmu i ateizacji społeczeństwa.

A kiedy na czele takiego politycznego przedwyborczego pochodu, podążającego do Ostrej Bramy, widzimy ambasadora – wychowanka Moskiewskiego Instytutu Sowieckiej Dyplomacji oraz „prezydenta” Związku Polaków na Litwie, wychowanka elitarnej też moskiewskiej Akademii Politycznej przy CK KPSS – trudno by wątpić, iż w naszym społeczeństwie wyraźne zwycięża prowokacja.

 Przed kilku laty, kiedy powstała na Litwie Partia Pracy pod przewodnictwem rosyjskiego działacza Wiktora Uspaskicha, ukazała się informacja, iż  działacze tej partii mają zamiar demonstracyjnie udać się po zjeździe do katedry wileńskiej, aby poświęcić sztandary partyjne. Episkopat Litwy zareagował natychmiast  i zaznaczył, że Kościół politycznej działalności nie prowadzi, a katedra jest zawsze otwarta dla wierzących, ale nie dla demonstracji politycznych.

Można więc tylko ubolewać, iż inaczej jest w niektórych parafiach polskich i, że w czasie, gdy jest ku temu najwyższa potrzeba, zabrakło nam kaznodziei – obywateli, których słowo i postawa, mogłyby być drogowskazem dla ulegających prowokacjom.

Ryszard Maciejkianiec