…Genezy koncepcji mojej skłonny jestem dopatrywać się w założeniach politycznych W. Ks. Witolda: obydwa państwa utworzyły wówczas związek, który upodobnić można do dwóch ludzi opartych wzajem plecami, a zwróconych twarzami w przeciwległe strony. Wielkie Księstwo Litewskie na wschód, Korona na zachód. W ten sposób każde z tych państw miało zabezpieczone tyły. Nic oczywiście nie stało na przeszkodzie, aby działać miały, zależnie od okoliczności, w jednym kierunku wspólnie. Józef Mackiewicz. Prawda w oczy nie kole, 2002

Nazwisko Józefa Mackiewicza (brata głośnego redaktora „Słowa") nie jest dostatecznie znane czytającemu ogółowi w Polsce. Tylko nieliczni wiedzą, kim jest ukrywający się pod literkami „J.M.” w wewnętrznych stronach „Słowa" utalentowany reporter wileńskiego pisma. Bo reporter to niewątpliwie dziś w Polsce jeden z najzdolniejszych, ruchliwy i wnikliwy, piszący barwnie a lekko, zamaszyście a z wdziękiem, z pasją i jednocześnie z finezją, z sarkaniem a również z humorem. Na tym nieprzeciętnym talencie poznali się najlepiej... cenzorzy, którzy stale dzielą swą ojcowską troskliwość pomiędzy obu braci. Józef Mackiewicz, też bowiem zatrąca chętnie o tematy polityczne - wprawdzie jego podejście jest inne, bo podchodzi do tematów nie od strony zasad ani ideologii, ale od strony małych, ciemnych, ubogich ludzi - lecz potrafi uplastycznić brudne plamy tych nędznych wegetacji, przeciwstawiając je tromtadracji oficjalnej, pełnej frazesów górnych, odświętnych, wzniosłych.

Józef Mackiewicz ogłosił ostatnio książkę, która dla amatorów reportażu stanowi prawdziwe delicje. Tytuł jej brzmi Bunt rojstów (Wilno 1938). Przedmowę Ferdynanda Ossendowskiego częściowo skonfiskował cenzor.
Bunt rojstów to cykl reportażów z Kresów, z naszych zapomnianych, kochanych tylko na bankietach w Warszawie Ziem Wschodnich. To cykl wszechstronny, wyczerpujący, pisany przez autochtona, który każdy zabytek tej trzeciej części Rzeczypospolitej zjechał koleją, autobusem, końmi, piechotą, rozkochanego w tym ludzie, w jego gwarze, w jego tradycjach i charakterze, i usposobieniu, i zwyczajach. To fotografia dokładna, niemiłosierna, bez retuszu. To akwarela pełna barw i życia, i poezji. To szkice kredką jakżeż wyraziste, oryginalne, o mocnych konturach, o silnym rysunku. To chwilami pastel miękki i surowy, tam, gdzie autor opisuje niewdzięczną, surową, pierwotną naturę tych ziem: głosy puszczy, roztopy Prypeci, bagna Polesia, urok polowania, grozę zamieci śnieżnej, wdzięk poranku czy atmosferę kresowych dworów. Ale nade wszystko, to jest mocne, jaskrawe, brutalnej silne, pełne gryzącej ironii, pełne boleści oskarżenie naszej biurokracji, jej tępoty, jej niezna¬jomości kraju, jej doktrynerstwa, jej bezmyślności, jej niechęci do tych ziem, którą chce szablonami i frazesami uszczęśliwić, którą uważa za miejsce zesłania, za polską katorgę. O, panowie starostowie, radcowie, inspektorzy itd. będą na pewno należeć do najpilniejszych czytelników Buntu rojstów - choć z nie mniejszą pewnością nie będą się przyczyniać do propagandy i rozpowszechniania tej książki.
W swoim cyklu Józef Mackiewicz potrąca o wszystkie dziedziny życia Kresów. Pierwszy reportaż obejmuje ciekawe zagadnienia szerzenia się sekt wśród ludności prawosławnej Ziem Wschodnich. Temat to dla „warszawisty" czy „krakowera" zupełnie nieznany, czyta się te opowiadania o „cudach", „prorokach", „objawieniach", o nabożeństwach jak jakąś opowieść o średniowieczu: takie to wszystko dziwne, odległe, niewiarygodne. Można było wyciągnąć znacznie więcej z tak niezwykłego tematu. Ale i tak laik dużo się dowie o zagadnieniach kościelnych i religijnych naszych Kresów, o których ogół z reguły nie ma żadnego wyobrażenia. Świetny jest rozdział Dygnitarze i łosie, łagodny sarkazm dotyczący „reprezentacyjnych" polowań ma wymowę niepospolitą. Bunt Narocza opisuje plastycznie i wiernie głośny skandal zrujnowania nieszczęśliwych chłopów naroczańskich bezsensownymi pomysłami Dyrekcji Lasów Państwowych, która w ogóle na przestrzeni całej książki srogie a najzasłużeńsze odbiera cięgi. Słusznie bardzo pisze Mackiewicz, że był to bunt własności przeciwko wprowadzaniu komunizmu przez władze. Podróż na Północ jest znowuż barwnym i plastycznym opisem nonsensów polityki komunikacyjnej na Kresach, zupełnej klapy kolei Woropajewo - Druja, i wreszcie katastrofy, jaką dla miast i osiedli pogranicza jest ustawa o strefie pogranicznej. Wspaniały jest cykl reportaży z Polesia - opis podróży na Prypeci, odszu¬kiwanie niezamieszkałej i nieuwidocznionej na mapach wioski poleskiej, nieznanej nawet sekwestrom, wreszcie - świetny obrazek rekrutów, po¬wracających z dalekiego Grudziądza do nędzy i beznadziejności polskiej chałupy: „I co teraz?" - pyta się rekrut, wracając po 2 latach do zagrody, gdzie nie ma co robić i nie ma żadnych szans pracy i zarobku. Tutaj moment charakterystyczny: Mackiewicz prawie z żalem podnosi, że rekruci już mówią po polsku, już nie „po tutejszemu", już nie gwarą miejscową. Niestety - szybko tej wymowy mazurskiej czy pomorskiej zapomną!
Doskonałe są i dalsze szkice: jak wyglądają bezmyślne „inwestycje" w Wołożynie, rujnujące ludność i będące dosłownie rzucaniem pieniędzy w błoto, doskonały obrazek z żydowskiej wilegiatury pod Wilnem, A Szwarce Bor, satyra na manię „organizacji" zgoła fikcyjnych w jakiejś wygłodniałej mieścinie, wreszcie całość zamyka rozmowa z „malkontentem i defetystą", którym (według terminologii władz) jest oczywiście nieszczęśliwy ziemianin kresowy, z trudem broniący resztki zagonów ojczystych, autochton „żubr" na paruset morgach błota i bagien, stały przedmiot szczególnej nienawiści biurokratów i ich kreatur. Pyszny to obrazek - jakby skarykaturowana replika Chodźki czy Rzewuskiego1. Bo gdzie ich pogoda, gdzie ich wesołość, gdzie ta buta szlachecka w zgubnym „złośliwym płatniku", gdzie staropolska gościnność w ruderze, gdzie na wszystkich meblach widnieją pieczęcie komornika.
Dwie cechy uderzają przede wszystkim w książce Mackiewicza. Jedna to kolosalna, wyjątkowa i znajomość, i miłość tych biednych Kresów. To nie zdawkowy reportaż napisany na zamówienie jakiegoś warszawskiego brukowca, pośpiesznie, banalnie, „z łezką", po tyle a tyle od wiersza. To trochę spowiedź, trochę pamiętnik, trochę psalm pokutny. Mackiewicz nie daje nic zdawkowego. Kocha nawet biedę i brud, i radość, i ciem¬notę. Aż chwilami zanadto.
A druga to jednak wpływ literatury rosyjskiej. Bunt rojstów wywodzi się z Sinedryna, z Gogola. To książka szlachcica Wielkiego Księstwa Litewskiego - ale pilnego ucznia wielkich kierowników carskiej biurokracji - ale również „białogwardyjca".
Debiut Józefa Mackiewicza jest udany, o ileż przerasta on różne reklamowane, a w rzeczywistości płytkie i nudne wielkości. Ci ostatni wszelkich dołożą starań, by książka Mackiewicza przeszła bez echa. Niech więc czytelnicy uderzą w tę mafię, rozchwytując i wykupując Bunt rojstów. Bo warto, naprawdę warto.
Pierwodruk: „Czas" (Kraków) 1938, nr 41.
 1.Autor ma na myśli Obrazy litewskie (1840-1850) Ignacego Chodźki i Pamiątki Soplicy (1839-1841) Henryka Rzewuskiego (przyp. red.)

Opublikowano na podstawie: Józef Mackiewicz i krytycy. Antologia tekstów pod redakcją Marka Zybury. LTW, Łomianki 2009.

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com